Niemiec płakał, jak sprzedawał

Czy mógłby być inny tytuł wpisu dotyczącego zakupu samochodu używanego z Niemiec? Dzisiaj, 4 marca 2018, dokładnie (co do dnia!) 7 i pół roku po tym jak kupiliśmy Lanos, nasze życie wykonało zwrot o 180 stopni. Z poczciwych ludzi jeżdżących biednie wyglądającym samochodem wartym 1/10 tego co samochody znajomych, staliśmy się tak samo poczciwymi ludźmi, którzy jednak za każdym razem po wyjściu z domu będą musieli zdecydować, którym pojazdem ze swojej floty dzisiaj pojadą. Bo flota nam się właśnie powiększyła. Właściwie, ponieważ Lanosa traktowaliśmy zawsze jak członka rodziny (konkretnie takie popychadło, ale to też rodzina), to powiększyła nam się rodzina.

Wielu z Was pewnie powie, że wybór jest oczywisty, że należy wybierać komfort, bezpieczeństwo albo prędkość. Ale czy przestajecie odwiedzać dziadka, gdy temu dokuczają stawy? Albo czy nie całujecie męża, któremu zepsuł się ząb? Ewentualnie czy rezygnujecie z laptopa po zakupie tabletu? Lanos woził nas dłużej niż my woziliśmy nasze dzieci i przejechaliśmy razem ponad 70 000 kilometrów, co uśredniając ilość wożonych osób daje pewnie jakieś 200 000 osobokilometrów. Pamiętamy gdy małe Stasio uczyło się chodzić i odczuwało komfort okrążając auto, pamiętamy mój zmiażdżony palec, stłuczkę, ocierkę na parkingu, oszusta od drugiej stłuczki, stłuczkę za którą dostaliśmy 200 złotych w czasach gdy to był majątek*, wspaniałych mechaników z Jeleniej Góry, którzy tchnęli w Lanosa drugie życie, pierwsze przebite koło, pękniętą oponę zeszłej zimy i to jak uratowali nas przyjaciele. Pamiętamy wiele wydarzeń i przygód, które pamiętamy choć blog ich nawet nie zna. Pamiętamy bagno we wrześniu 2011 i niejedną zaspę, z której wyciągali lub wypychali nas dobrzy ludzie. Pamiętamy też jedne Święta na które nie dojechaliśmy, bo nam akurat samochód zaniemógł w Wigilię i to jest główne przykre wspomnienie. Ale niejeden z Was pewnie jako nastolatek pokłócił się z bratem „na śmierć i życie” (ja brata nie mam, ale chyba tak się bracia kłócą), a po tygodniu nie pamiętał ani o kłótni ani o jej przyczynie. Pamiętamy nawet jak przegapiliśmy, gdy stuknęło nam 200 000 i stawaliśmy kilometr dalej by zrobić fotkę licznika.

Nieliczni wiedzą, bo nigdy mi się nie chciało o tym napisać, że zbieraliśmy „Apacze”, czyli samochody, których rejestracja kończyła się literami „AP” jak naszego. Zebraliśmy ich ponad dwieście, a może prawie 300. Robiliśmy zdjęcia, niejednego goniliśmy lub śledziliśmy. Nasz pierwszy samochód ukształtował nas tak jak niektórych kształtuje pierwsza praca (dla niektórych pierwsza jest tą jedyną aż do emerytury, a inni zmieniają pracę gdy im się znudzi lub po prostu żeby mieć lepszą, rozwijać się, itd.). My swoim pierwszym autem najchętniej jeździlibyśmy jeszcze przez wiele lat, zwłaszcza że po wymianie akumulatora znów jest niezawodne. Właściciele psów, zwłaszcza psów, które pilnują gospodarstwa, często biorą młodego pieska, gdy stary zaczyna niedomagać, żeby ten stary młodego przyuczył (spróbowałby mąż tak zrobić żonie…). I to jest chyba najwłaściwsza analogia tego, co dziś nastąpiło. Lanos wciąż jest na chodzie i ma OC ważne do października. A my wzięliśmy pod opiekę dorodną cytrynę, żeby się z nią oswoić przed wakacjami, a w razie trudności oswojeniowych móc wciąż komfortowo jeździć swoim ukochanym pierwszym samochodem.

Do zakupu cytryny przymierzaliśmy się już rok temu. Obejrzeliśmy jedną taką srebrną we Włocławku zeszłego czerwca, ale handlarz nie wzbudził zaufania, a ona sama była pordzewiała od spodu. A i my nie byliśmy gotowi i tą rdzę powitaliśmy wówczas z ulgą. Potem długo długo nic. Oglądaliśmy ogłoszenia i widzieliśmy, że auta, które się pojawiają w internecie, wiszą i wiszą i nikt ich nie chce. Wiedzieliśmy więc, że były niedobre. Widzieliśmy też czasami fajne ogłoszenia i one znikały na pniu. Tydzień temu jednak spróbowaliśmy poszukać znowu. Spodobało nam się jedno ogłoszenie i wysłaliśmy je Tacie do recenzji. A Tata jest człowiekiem czynu i powiedział, że on by oglądał. Umówiliśmy się na oglądanie w pierwszym dogodnym dla nas, dla sprzedawcy i dla ASO terminie a był to piątek. W piątek był mróz, a cytryna stała we Włocławku niczym deja vu. Mieliśmy się tam udać pociągiem z córką, ale dziadkowie, którzy kochają córkę, postanowili oszczędzić jej koszmaru przebywania na mrozie z nami i zaopiekowali całą trójkę dzieci. Tym sposobem mieliśmy prawie-randkę i to przez cały dzień.

Tym razem sprzedawca zrobił na nas dobre pierwsze wrażenie, bo wyglądał prawie jak pan spod Szklarskiej Poręby, u którego co roku wynajmujemy apartament. Potem było jeszcze lepiej. Zerknęliśmy na przedmiot zainteresowania, a pan powiedział, że kawa mu stygnie i żebyśmy weszli do jego domu to się razem napijemy. Podano nam herbatę, pan pokazał, że cytryna należała przedtem do doktora, co nam schlebiło, bo gdybyśmy kupili, to pozostałaby w doktorskich rękach.

O umówionej godzinie pojechaliśmy razem do ASO. Mechanicy znaleźli kilka drobnych wad, usterek lub przepalonych żarówek, ale ogólnie okazało się, że samochód-igła, hamulce-żyletki, nie wymaga wkładu finansowego, nic nie stuka nie puka, lać benzynę i jeździć, a Niemiec codziennie dzwoni posłuchać silnika. Otóż nie. Jedyny tekst, który naprawdę padł to ten o żyletkach i to nie w celach reklamowych, lecz przy okazji hamowania.

Dlaczego go kupiliśmy?
1. bo pewności nigdy nie ma
2. bo kolor jest idealny i będzie łatwiej kochać autko w takim kolorze niż np. brązowe
3. bo ma radio z odtwarzaczem cd
4. bo mechanik w ASO powiedział do kolegi że to jeden z bardziej udanych silników
5. bo samochód ma bagażnik dachowy a to zawsze ze trzy stówki w suchym albo i więcej, bo ten nasz jest całkiem spoko a nie najzwyklejszy
6. bo sprzedawca ma trzy córki
7. bo sprzedawca rozmawiał z Mężem o jego doktoracie
8. bo sprzedawca z pasją opowiadał o swojej pracy
9. bo sprzedawca nie był nachalny
10. bo świeżynka dopiero przyjechała
11. bo kiedyś trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu
12. bo zawsze możemy udawać, że go nie ma
13. bo poprzedni właściciel miał na imię tak jak poprzedni właściciel Lanosa
14. bo lakier był oryginalny
15. bo fajnie kupić we Włocławku
16. bo jedynym powodem by nie kupować było to, że żadne z nas nigdy nie prowadziło innego auta niż nasze
17. właściwie najważniejsze: baliśmy się, że koleś się wścieknie, że poświęcił cały dzień i nie sprzedał

Tak naprawdę kupiliśmy go chyba dlatego, że następnego dnia mieliśmy oglądać czarną cytrynę blisko domu za dużo większy pieniążek z atrakcyjnie małym przebiegiem. Podejrzanie małym. Niezdrowo małym. Kwaśne winogrona. W dodatku czarny to nie kolor dla nas. A poza tym to oglądanie czarnej cytryny miało nas kosztować w ASO 350 złotych, a to by oznaczało, że albo piątkowy albo sobotni przegląd w ASO jest na marne. Wpłaciliśmy zadatek i umówiliśmy się na niedzielę.

Dzisiaj (czyli w umówioną niedzielę) pojechaliśmy z Tatą jako doświadczonym i nieustraszonym kierowcą, córką jako pierwszą recenzentką, fotelikiem maxi-cosi dla córki, misiem, który zawsze z nami jeździ i gotówką. Kupiliśmy. Tata prowadził, potem ja trochę prowadziłam, ale córka wolała gdy prowadził Tata, co oznajmiła głośno i wyraźnie. Po powrocie wzięliśmy dzieci i zabraliśmy je na małą przejażdżkę po mieście. Żeby pokonać swoje lęki. Dzieci były zachwycone własną lampką na suficie, pilotem do otwierania, własną klimą z tyłu i wielkością wehikułu. Jeszcze biedactwa nie wiedzą, że mają też elektrycznie otwierane okna. I nie zauważyły rozkładanych stolików. Jeszcze tyle przed nimi.

*W roku 2013 uderzono w nas na postoju. Szczęśliwie Mąż był w aucie, więc szkodnik wypłacił odszkodowanie w skromnej kwocie 200zł, a my, poczciwi frajerzy w przeciwieństwie do ludzi pokrzywdzonych przez nas, przyjęliśmy gotówkę nie obciążając OC szkodnika.

Reklamy

Obrazy i symbole

Jak często przytrafia się Wam, że coś pozornie nieistotnego nabiera ogromnego znaczenia? Czasem takie rzeczy są przez przypadek, a czasami kreujemy je sami. Na przykład przed pięciu laty chcieliśmy zjeść barszcz czerwony i napisałam o tym na blogu, Mąż przeczytał i z tego powodu co roku w trzecią niedzielę maja obchodzimy święto barszczu. To przypadek kreacji własnej. Do kreacji przypadkowej dochodzi gdy wjedziecie na pinezkę, niby złośliwie podłożoną, a okazuje się, że było to wydarzenie stricte życzliwe, bo dzięki pinezce poznaliście świetnego mechanika i pinezka staje się symbolem. Czytaj więcej

Życzliwie czy złośliwie?

Nie wiem kogo mogłaby interesować pisanina ocierająca się o grafomanię, a dotycząca czyichś wyjazdów wakacyjnych, ale dotarły do mnie liczne głosy, że pisanina takowa na temat naszych wyjazdów miałaby duże wzięcie. Mimo naprawdę obfitej ilości takich głosów, pozostałam sceptyczna. Ostatecznie nie opisałam do końca wakacji zeszłorocznych, nie napisałam ani słowa o wiosno-lecie spędzonym na Kaszubach, nikogo nie męczyłam szczegółami dotyczącymi okrążania jezior i posiłków zjadanych wraz z dziećmi w lepszych i gorszych restauracjach. Nie pisałam o kłótniach rodzeństwa ani też o jakości życia z trzecim dzieckiem, która to jakość spadła znacznie z powodu spadku na ilości i jakości snu oraz z powodu ścisku w samochodzie. A o ile trzecie dziecko sypia już lepiej i zapewne lada dzień zacznie przesypiać 10 godzin bez pobudki, to miejsca w samochodzie nie przybędzie. Tym sprytnym zdaniem udało mi się przemycić do niniejszego wpisu temat auta i chociaż zapewne liczycie na jakieś pikantne szczegóły dotyczące przyswajania marchewki przez córkę, ja jak zwykle opowiem Wam o Lanosie.

Gdy urodziłam córkę, ona zażądała by wozić ją na przednim siedzeniu. Był to sprawiedliwy podział. Dziewczyny jechały z przodu, chłopaki z tyłu, przy czym Mąż też został zakwalifikowany jako chłopak i siedział pośrodku tyłu zasłaniając mi widok przez szybę. Mi było niekomfortowo, a i jemu niewygodnie bo się na tym środku nie mieścił. Dyskutowaliśmy czy by auto zmienić czy nie, ale jednak swojego rzęcha bardzo lubimy, a on nam dobrze służy. Mąż zapewniał, że się przemęczy a na wakacje udamy się na raty, czyli zostawimy jednego z synów dziadkom i Mąż wróci po niego pociągiem. Bo nie puściłby mnie Mąż w Polskę samej z dziećmi gdyż jestem piratem drogowym i mogłabym nie dojechać lub złapać kilka mandatów z fotoradarów. W czerwcu obejrzeliśmy jedną cytrynę, która by nas miała pomieścić i nasze bagaże też, ale nie nadawała się ta cytryna. W lipcu cytryn nie oglądaliśmy, bo nasze auto stało u mechanika przez dwa tygodnie. Należy nadmienić, że nie był to nasz stały mechanik, lecz inny, który nie potraktował Lanosa dobrze. W miejscu, w którym w chwili pozostawienia auta była rdza, w chwili odbioru była już dziura. Auto wróciło do nas 22 lipca i było już za późno by myśleć o czymś nowym, bo nie oswoilibyśmy się z tym nowym przed zaplanowaną na 7 sierpnia podróżą.

Postanowiliśmy, że udamy się na wakacje Lanosem, ale nie na raty, bo to droga opcja. Na raty pojechały bagaże. To znaczy większość bagażu pojechała z nami, a reszta pojechała do paczkomatu w Kłodzku. Opcja tańsza niż bagażnik dachowy. Na wakacjach jesteśmy na Dolnym Śląsku i gdybyśmy pomyśleli lepiej, to bagaże mogłyby do nas dotrzeć dopiero po tygodniu wysłane przez życzliwą osobę, gdyż wcześniej się nie przydały, a musieliśmy je przewieźć spod Kłodzka pod Jelenią Górę na kolanach Męża, który poskąpił na ponowne przesłanie ich paczkomatem. Zapewne jest to moment, w którym niektórzy z Was wzdychają, że też nigdy na to nie wpadli (na przesyłanie bagaży do paczkomatu), a inni stukają się w głowę jak rodzina pięcioosobowa może jechać na wakacje 18-letnim rzęchem i jakie to z naszej strony nieodpowiedzialne. Otóż jest to z naszej strony jeszcze bardziej nieodpowiedzialne, bo pewnie nie uwierzycie, ale jeździ nas sześciu. Tym szóstym towarzyszem podróży jest Opatrzność! W nowym aucie zapewnimy Opatrzności honorowe miejsce na własnym fotelu, bo jesteśmy Jej bardziej wdzięczni niż naszemu ubezpieczeniu assistance.

Jeśli chodzi o assistance to kupiliśmy ubezpieczenie na lawetę i noclegi w podróży w razie awarii auta żeby się awarią nie martwić. Byliśmy zaradni. Przezorni i przygotowani na każdy żywioł. Mamy też przeterminowaną gaśnicę, porządny lewarek, pompkę z manometrem i teleskopowy klucz do kół, który się już wyrobił. Znamy swoje auto i wiemy, co może mu dolegać. Przez chwilę chcieliśmy pożyczyć nowsze auto od mamy, ale to byłoby szalone i nierozważne, bo auto mamy jest mniejsze oraz my go nie znamy i nie wiemy co może mu dolegać.

Wiem, że nikogo nie obchodzi jak jechaliśmy autostradą. Zresztą dla nas to też już nie taka pierwszyzna jak rok temu. Ale każdy się zainteresuje jak to się stało, że w sobotę po 16-tej szukaliśmy wulkanizacji. Czy niczego nas nie nauczyła styczniowa przygoda? Tym razem ktoś nam podrzucił pinezkę. Raczej złośliwie niż życzliwie. Nie było fajerwerków, huku, petardy, nie zarzuciło nas ani nie wypadliśmy z drogi. Usłyszeliśmy dziwny dźwięk (uciekającego powietrza), zatrzymaliśmy się i zobaczyliśmy sflaczałe koło. Zajechaliśmy na parking pod sklepem, sprawdziliśmy autobusy- jeździły stamtąd trzy różne i to wcale nierzadko jak na sobotę, więc od razu poczuliśmy się pewniej. Nie chcieliśmy korzystać z assistance, bo chociaż je kupiliśmy, nie wierzymy w ubezpieczenia. Poszukaliśmy w googlach wulkanizacji, zadzwoniłam i opowiedziałam naszą smutną historię a oni spytali o markę i rocznik samochodu i wówczas powiedzieli, że wprawdzie nie mają opony w odpowiednim rozmiarze, ale przyjadą i pomogą. Zupełnie jakby to, że Lanos ich przekonało. Żeby udać bardziej ogarniętych niż naprawdę jesteśmy, wykorzystaliśmy czas do przyjazdu panów na poluzowanie śrub mocujących koło. Mąż skakał po wyrobionym kluczu teleskopowym i jego skuteczność wyniosła 75%. Niestety po trzeciej śrubie klucz się zużył.

Panowie mechanicy przyjechali po 20 minutach, zmienili koło na odpowiednie dojazdowe, pokazali pinezkę w naszej oponie i kazali jechać za sobą na warsztat. Jechaliśmy przez całe miasto, co oznacza, że oni też jechali do nas przez całe miasto. Powiedzieli nam także, że nieopodal wpadła w kłopoty jedna piosenkarka, której życie niegdyś było snem. To też budujące, bo piosenkarka miała samochód ze sto razy droższy od naszego a być może nawet jest lepszym kierowcą ode mnie. Warsztat był bardzo miłym miejscem, w którym udzielono nam pomocy, zmieniono oba tylne koła i skasowano jak od biednych czyli 150 złotych. Cała operacja, wraz z powrotem na miejsce awarii zajęła dwie godziny. Warsztat wzbudził w nas tyle zaufania, że umówiliśmy się na poniedziałek na wymianę sprężyn. Jeśli bywacie w Jeleniej Górze, to wiedzcie, że chodzi o warsztat znajdujący się na Wolności 299.

W kolejnym odcinku opowiem Wam jak chodzić po Górach Stołowych, jak jeść lody z dziećmi, gdzie spać w Górach Stołowych, ile par spodni zapakować dla trzylatka na trzy tygodnie, gdzie zjeść najlepsze lody w Kotlinie Kłodzkiej, jak zwiedzić Hutę Szkła za pół ceny,  a także jak kłaść dzieci spać by się nie kopały nawzajem, jak odpieluchować trzylatka podczas wakacji poza domem, co daje Karta Dużej Rodziny, oraz dlaczego w Czechach nie ma Czechów i wiele, wiele innych.  O ile następny odcinek nastąpi, bo ja wolę jednak wieczorem leżeć i czytać niż siedzieć i pisać.

 

Wszędzie gdzie się da

Pamiętacie, jak zaczął się ten blog? Chyba tylko jeden Maurycy Teo, najstarszy czytelnik, może pamiętać. Otóż blog zaczął się od tego, że zachciało nam się barszczu w maju. Wzięliśmy wówczas nasze młode auto, zostawiliśmy rodzicom jedyne(!) wtenczas dziecko i ruszyliśmy w Kaszuby, a tu zonk! Bo albo lokale obsługiwały komunie, albo nie serwowały barszczu. Barszcz złowiliśmy dopiero w Kościerzynie i był to barszcz wyśmienity. Na marginesie wspomnę, że lokal, w którym wtedy zjedliśmy ten wyśmienity barszcz, innym razem pobrał od nas napiwek w wysokości 1zł wbrew naszej woli. Dzisiaj byśmy taki napiwek dali, ale wtedy nie było nas na to stać.

Od tamtego czasu co roku obchodziliśmy święto barszczu w trzecią niedzielę maja. Raz tylko, w roku 2014 obchody przeniesiono. W zeszłym roku, mimo braku podania tego faktu do publicznej wiadomości, barszcz jedliśmy i to w aż czterech miejscach. Nie inaczej było tym razem. To znaczy było zupełnie inaczej, bo nie w czterech, tylko w trzech i w dodatku każdy miał swój barszcz w każdym miejscu. To znaczy niektórzy, a nie każdy. Ale po kolei.

Tym razem już naprawdę wiedzieliśmy co i jak. Wiedzieliśmy, czego się spodziewać (komunie), wiedzieliśmy gdzie barszcz jest dobry, a gdzie zwykły. I planowaliśmy odwiedzić same nowe lokale zamiast jeść barszcze tylko tam, gdzie się da. A w dodatku dla utrudnienia tylko po jednym lokalu na miejscowość. Zaczęliśmy z grubej rury. Pojechaliśmy do Dziemian, które są kawałek drogi. Tam był pensjonat Dobry Adres. Akurat kateringowali dwie komunie, ale nie przeszkodziło im to w ugoszczeniu nas. W dodatku dzięki tym komuniom mogli podać barszcz, którego normalnie w menu nie mają. Barszcz był dobry, ale potem były lepsze. Właściwie trochę octem walił. Synowie biegali wokół słupa wraz z jednym z komunijnych gości. Panowie na parkingu mieli kłopot, bo nie mogli się dostać do ładnego czarnego BMW. My do ładnego zielonego acz starego Lanosa dostaliśmy się bez problemu.

Następnie odwiedziliśmy Lipusz. W głównej restauracji Lipusza odbywała się komunia i nie otworzyli swoich podwojów dla nas. W Borowej Ciotce pozwoliliby nam się rozsiąść na dworze mimo odbywającej się komunii, ale nie serwowali barszczu. A w takiej małej restauracyjce, w której kiedyś zjedliśmy nieudane pierogi, także mieli zamknięte z wiadomego powodu. A my te wszystkie lokale odwiedziliśmy jeżdżąc w kółko Lipusza wszędzie gdzie się da. Bo może nie wiecie jeśli nie jesteście z Kaszub, ale Lipusz ma taką budowę, że można po nim jeździć w kółko.

Żeby zaoszczędzić czas, rozpoczęliśmy telefoniczny rekonesans równolegle z osobistym. Samochód jechał naprzód a my się dowiadywaliśmy. Szał! Tą metodą dowiedzieliśmy się, że Leśny Dworek w Kornem był nieczynny z powodu komunii, a Dom Celebrytów w Łubianie nie serwował barszczu. Na podstawie nieodebranego połączenia wydedukowaliśmy, że Blue Orange, znany także jako Kaszubskie Jadło nie otworzył się jeszcze po tym, jak w 2014 poszedł na remont.

Przez Kościerzynę przejechaliśmy tak jak gdyby nie było w niej restauracji, bo w Kościerzynie to my jadamy podczas weekendu za pół ceny a nie w Święto Barszczu. Zatrzymaliśmy się w Astrze w Kłobuczynie, ale oni mieli komunie. Chyba dwie. Ominęliśmy Przystanek Łosoś w Egiertowie licząc, że zjemy barszcz w innym miejscu tej wsi. W innym miejscu tej wsi zwanym „obiady domowe” mieli, uwaga uwaga: 5 komunii. Słownie: pięć! Mąż wygooglał, że rzut beretem znajduje się Folkowy Dwór. Trzeba było tylko przeciąć drogę główną (krajową dwudziestkę) i pojechać na wprost przez skrzyżowanie. Ale to było niemożliwe! Z Kościerzyny nadciągały setki aut sznurem jak panny za mundurem. Zanim pokonaliśmy skrzyżowanie, przyszło nam przepuścić co najmniej sto aut! A Folkowy Dworek był oczywiście nieczynny. Zadzwoniliśmy do Przystanek Łososia i okazało się, że jest po co się tam cofnąć. Przystanek Łosoś zaserwował wyśmienity, choć mocno pikantny barszcz. Zapewnił naszym starszym dzieciom dobry kącik do zabaw, a naszej najmłodszej córce przewijak w łazience. Byliśmy bardzo zadowoleni, ale niestety na obsłużenie rachunku przyszło nam bardzo długo czekać mimo dwukrotnych próśb o tenże. Zatem nie zostawiliśmy napiwku. Lubię nie zostawiać napiwku.

Ruszając z Egiertowa zadzwoniliśmy do restauracji Schabowy Raz zapytać co tam u nich. Oni barszcz mieli jeszcze, więc pojechaliśmy tam co prędzej, bo gdyby przed nami zjawił się ktoś inny celebrujący to samo święto, to mogłoby się okazać, że gdy dojedziemy, barszczu nie będzie już. Na szczęście gdy dotarliśmy, wciąż był. Dzieci tym razem bawiły się na dworze podglądane przez szybkę. Wnętrze urzekające, urocze, miłe, przytulne. Barszcze wyborne, do tego Magda Gessler poleciła opiekane ziemniaki, a poza tym jeszcze podano chleb ze smalcem i Mąż objadł się.

Zdecydowaliśmy nie jechać już ani do Borcza, gdzie serwują barszcz pyszny acz drogi ani do Żukowa, gdzie jeśli byliby otwarci, także mieliby barszcz, gdyż po pierwsze się najedliśmy, po drugie córka płakała, po trzecie  chciało nam się spać oraz po czwarte padł nam tablet i nie moglibyśmy zrobić zdjęcia czwartego barszczu tabletem.

Prawdopodobnie od przyszłego roku Święto  Barszczu zostanie na stałe przeniesione. Albo na sobotę poprzedzającą albo na pierwszą niedzielę czerwca. Bo to się nie godzi żebyśmy w święto barszczu więcej czasu spędzali na poszukiwaniach niż na konsumpcji. Dzięki temu akapitowi za rok mamy zupełną swobodę z wyborem daty i nikt mi nie powie, że decyzja nieprzemyślana albo kunktatorska.

Życie w rodzinie wielodzietnej

Zapewne każdy rodzic wie, jak ciężko jest wybrać się z niemowlakiem na dwór zimą, gdy trzeba szczelnie ubrać niemowlaka, a potem szybciutko siebie, albo lepiej- żeby niemowlak się nie przegrzał, należy ubrać się szczelnie, a potem pocąc się obficie, owinąć niemowlaka szybciutko. Wówczas to niemowlak złośliwie zrobi kupkę i cała procedura reset. Rodzice trojaczków znają tą procedurę w wersji hardkor, a rodzice dzieci w wieku zróżnicowanym mogą się co najwyżej powymądrzać, bo dzieci w wieku zróżnicowanym takie chaotyczne już nie są. Ale z kolei zachodzi zapomnienie o szaliczku, zapomnienie o piciu, zapomnienie o siusiu. Zawsze jest o czym zapomnieć. Chcąc się gdzieś wybrać z dziećmi, których jest sporo, należy przyuczyć te dzieci do ogarniania własnej kurteczki lub uzbroić się w cierpliwość i nauczyć na pamięć przysłowia „kto nie ma w głowie, ten ma w nogach”. Wówczas to na każde niespodziewane wydarzenie można reagować spod ochronnej warstwy chilloutu.

Jak to wyglądało w naszym przypadku? Po narodzinach Małgorzaty, gdyż takie imię nosi dziewczynka, zamieniłam torebkę na różowy plecak. W różowym plecaku mam zawsze pieluszkę, mokradełko, ubranko na zmianę i kawałek tetry do wytarcia pyska. Mam tez portfelik, a czasem zamiast portfelika mam dokumenty auteczkowe i kartę płatniczą. Od niedawna także kartę dużej rodziny. Karta dużej rodziny to fajna sprawa, gdyż daje 5 groszy zniżki na litrze paliwa. Warto też mieć lokalną kartę dużej rodziny, gdyż ona pozwala za darmo wsiadać do tramwaju po to by podjechać jeden przystanek. Z kolei brzuch ciążowy zamieniłam na zieloną chustę podarowaną nam przez inną Małgorzatę urodzoną tego samego dnia co nasza Małgorzata. Do innych zmian w sumie nie doszło. Jeszcze Męża zamieniłam na fotelik maxi cosi na przednim siedzeniu. Ta zmiana jest chyba najdotkliwsza i najryzykowniejsza, gdyż w razie wypadku Mąż siedzący z tyłu skręci kark, po czym wyleci przez przednią szybę. Żywiciel rodziny nie powinien siedzieć w takim miejscu. W ogóle jeśli rodzina ma jednego żywiciela, to powinna go trzymać w bezpiecznej komnacie na miękkim łóżeczku i dbać o niego jak może. Chciałabym być takim żywicielem rodziny, zadbanym i na miękkim łóżeczku w komnatce. Na co dzień jednak jestem takim żywicielem, który gotuje obiadki i je podaje. Czy to oznacza, że nasza rodzina ma dwóch żywicieli i nie musi o żadnego z nich szczególnie dbać?

Wracając jednak do życia, to do życia wróciliśmy z pompą już 6 dni po porodzie. Wówczas to odbywała się doroczna parada z okazji święta Żołnierzy Wyklętych. Od trzech lat braliśmy w niej udział, więc i tym razem nie przeszkodził nam noworodek. Poszliśmy, zobaczyliśmy i zawiedliśmy się, bo muzeum, które co roku dawało na paradę czołg, tym razem dało pierdzący transporter i jeszcze jedno auto. Kibice nie poszli krzycząc uroczyście, że na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści i w ogóle było jakoś tak mniej niż zawsze. Pewno to dlatego, że opozycja sprzed dwóch lat jest teraz u władzy i taki marsz nie ma przeciwko czemu protestować. Zamiast tego poszliśmy do maczka. Maczkiem rozpoczęliśmy poród tydzień wcześniej, więc maczek był dobry na powitanie nowego małgorzaciego życia.

Pierwsze wyjście okazało się przegięte i zaowocowało tygodniową maligną, nawracającymi gorączkami i ogólnym osłabieniem. Innymi słowy, z osoby zdrowej jak koń, nagle stałam się słabeuszem. Kolejne wyjście z domu odbyło się dopiero 5 marca i wtedy na dobre wróciłam do życia. Owej niedzieli świętowaliśmy przeniesione święto prymulki i klasycznie, tradycyjnie, jak zawsze, jak co roku pojechaliśmy do Leklerka, gdzie kupiliśmy prymulki oraz, co jest nowością wprowadzoną dopiero w zeszłym roku, także sękacz. Natomiast 6 marca nadaliśmy Małgorzacie ostatecznie imię jakie nosi w obecnym kształcie i poszliśmy powiedzieć o tym włodarzom miasta. Tym razem w nagrodę za ładne imię nie dostaliśmy ręcznika z logo miasta, lecz książeczkę do czytania dzieciom, co w sumie jest lepsze, bo ręczników mamy dość, a książek wprawdzie sporo, lecz nigdy wystarczająco. Mimo siąpiącego deszczu prosto z urzędu, z jeszcze ciepłym peselkiem pobieżyliśmy (na piechotkę, bo w urzędach najtrudniejszy jest dojazd) do zakładu komunikacji miejskiej, który to zakład zajmuje się kartami dużej rodziny, czyli czymś bardzo ważnym dla nas.

W kolejnym tygodniu było lajtowo, wróciłam do skręcania mebli, stopniowo powstawała meblościanka z białych regałów na książki. Tydzień później w ikejce kupiliśmy nadstawki tak żeby każdy regał miał swoją własną nadstawkę. 17 marca zjedliśmy nasze najgorsze sushi, ale już następnego dnia po raz pierwszy poszliśmy z Małgorzatą między ludzi celem uczestniczenia w warsztacie sushi zorganizowanym przez uznany autorytet kulinarny i filmoznawczy, czyli Roberta. Robert jest drugą po Marcinie, osobą, która wystąpiła na blogu imiennie. Wydarzenie to (warsztat oczywiście, nie wystąpienie Roberta na blogu)  jest bardzo ważne i przełomowe, gdyż nigdy przedtem nie tknęłam surowej ryby, a u Roberta zjadłam surowego tuńczyka i surowego łososia oraz dotykałam surowego sandacza* gdy go wkładałam wraz z tempurą do frytkownicy. Dzień po sushi u Roberta gościliśmy gościa u siebie na sushi korzystając z metod i warzyw, które poznaliśmy dzień wcześniej. Kolejnego dnia zjadłam sałatkę z pieczonych warzyw z rukolą i sezamem i postanowiłam, że będę się zdrowo odżywiała. To w marcu odkryłam także, iż koktajl bananowy z cukrem i bez jest równie dobry, więc można pić koktajl bez cukru, a za to obficiej słodzić herbatę. Pijam więc koktajl bananowy z ziarenkami chia, a poza tym więcej słodkich herbat i póki co nie czuję się zbyt zdrowo ani tym bardziej lekko.

Przełomowym dniem w życiu naszej dużej rodziny był 21 marca. Wtedy to, po przemieszczeniu książek w biblioteczce aby stały tematycznie, tuż po południu wyruszyliśmy na wycieczkę z okazji pierwszego dnia wiosny. Wówczas to pokonaliśmy nasze własne granice i wyjechaliśmy z Trójmiasta na północ, co się do tej pory nie zdarzyło nawet gdy byliśmy jeszcze rodziną małą oraz średnią. Chcieliśmy pojechać do Rumii, ale wylądowaliśmy aż w Wejherowie, czyli jednej ze stolic Kaszub**. W międzyczasie karmiliśmy w lesie oraz mieliśmy popas w maczku. W Wejherowie weszliśmy do sklepu papierniczego, który pachniał sklepem papierniczym z lat 90-tych. Tam dzieci postanowiły że chcą mieć „glutkowe piłki” i dostały je. Miasto jest jednym z tych miast, które przepięknie wyglądają w słońcu. Naszą rodzinną tradycją jest też, że w pierwszy dzień wiosny dziecko wchodzi do sklepu i może wybrać sobie dowolną słodycz. W tym roku oba dzieci zgodnie wybrały mentos jako że lubują się w mentosach od czasu gdy wraz z tatą zrobiły eksperyment z mentosami i colą. Zrobiły też z tatą eksperyment z sodą i octem, ale jakoś na ocet z tego powodu nie lecą. Spytacie pewnie, co było takie przełomowe poza przemeblowaniem biblioteczki, bo gołe oko tego nie widzi? Otóż okazało się, co najważniejsze, że Małgorzata jest bardzo wycieczkową dziewczyną. Dobrze jeździ samochodem a w terenie idzie w chuście i nie gada za dużo, a gdy chce to zje i idzie dalej. Zupełnie nie utrudnia wycieczek. A także, co nie mniej ważne, że nasze telemaniaki potrafią być w plenerze i lubią się babrać w błocie i nic a nic nie zgnuśniały od zeszłego roku.

Poza tym w marcu nasz starszak polubił eksperymenty, kosmos i znany kanał scifun na youtubie (w kwietniu polubił 5 sposobów na), zatem postanowiono zabrać go do planetarium. Mamy jedno planetarium nieprzyzwoicie blisko, bo w Gdyni, ale ono odkąd wyremontowali i jest najbardziej wypasione, to nie przyjmuje zwiedzających, lecz kształci nawigatorów na eksport. Kiedyś powstanie też planetarium w Gdańsku, ale zanim to się stanie, to nasz starszak może zostać marynarzem i udać się na rzeczony eksport, zatem my zabraliśmy go do kolejnego z najbliższych planetariów umieszczonego na zamku we Fromborku. Pogoda niezbyt dopisała, drogi niezbyt dopisały (po zjechaniu z ruskiej autostrady do Fromborka jedzie się pół-pasmówką) i nawet Ursus niezbyt dopisał, gdyż nie w porę zapełnił pieluszkę i musiał przebierać się na parkingu na rozłożonej kurtce. I pamiątki też zupełnie nie dopisały, bo nie sprzedawali żadnych. I muzeum nie dopisało bo trochę nuda. Ale planetarium się udało tym, którzy je odwiedzili (tylko dwóch takich było wśród nas…). Udały nam się zakupy w Biedronce fromborskiej. I udał się Mikołaj Kopernik. Tego nikt z czytelników nie wie, ale gdy byłam zgrabną 15-latką, to fascynowałam się Kopernikiem i miałam go w awatarze na forach (Czy dziś jeszcze istnieją fora internetowe, czy zostały zupełnie wyparte przez grupy fejsbukowe? ). A dziś, to znaczy w tamtą sobotę, dwa razy starsza mogłam infantylnie usiąść mu na kolanach. Z Fromborka wyjechaliśmy inną drogą niż przyjechaliśmy i ona miała po jednym pasie w każdą stronę. Pojechaliśmy tą drogą do Elbląga, który jest miastem na tyle dużym, że ma maczka. A maczki są dla nas bardzo ważne. Tam odkryliśmy, że można jeść taniej, gdyż za wzięcie udziału w ankiecie przysługuje czis do kolejnego zamówienia. Obrotny kupiec zamówi wpierw jedną bułeczkę, na przykład McDouble, potem z talonem na czisa zamówi kolejnego McDouble’a itd. Albo niechby zamawiał za każdym razem również czisa. Wtedy płacąc za x chisów, będzie mógł zjeść (2x-1) bułek gdyż ankieta nie jest związana z adresem emailowym, a jedynie z numerem paragonu. My niestety zjedliśmy tylko jeden ankietowy czis, bo odkryliśmy mechanizm gdy brzuszki zapełniły się pierwszym zamówieniem, czyli niestety za późno. Smuteczek.

A jeśli chodzi o paragony i drogę z Elbląga, to zatankowaliśmy wówczas gazu za 33 złote po niekorzystnym kursie i paragon z tej transakcji posłużył nam do wzięcia udziału w loterii paragonowej, w której prawdopodobnie jutro wygramy samochód, który będzie dla nas zbyt elegancki i zbyt czarny. Wzięliśmy też udział w miejskiej loterii podatkowej i też prawdopodobnie wygramy samochód lub chociaż konsolę do gier dla Męża, który jest taki młody duchem.

W kolejnym dniu marca odbywał się chrzest jednego zaprzyjaźnionego Jana w kościele świętego Jana. Spotkaliśmy tam jedną z naszych ulubionych cioć, która następnie przybyła do naszego domku na gofry z domowym sosem toffi. A później, jako że dzień był słoneczny, wyjechaliśmy za miasto na spacer wśród krajobrazów. Niestety pogoda okazała się być ładna tylko przez okno, na żywo wiało i uratowały nas tylko kominki dzieci użyte jako czapeczki. Także jabłuszka nie dopisały, bo torebka z nimi się rozerwała i jabłuszka wysypały się na ściółkę. Winnych brak. Dzieci, które znów potrafią być w plenerze, nie zważając na pogodę poczołgały się po górce i powrzucały patyki do wody, a następnie cali brudni udaliśmy się do pobliskiej Castoramy po przedłużacz. Tam zagraliśmy w urodzinowej loterii Castoramy o samochód, ale oczywiście nie wygraliśmy. Prawdopodobnie nasz brak szczęścia w grach związany jest z nadmiarem szczęścia w miłości. Może powinniśmy wziąć fikcyjny rozwód tak jak muszą to robić rodzice przedszkolaków w dużych miastach, by dostać miejsce. Tyle że my w celu nabycia szczęścia w grach i szybkiego wzbogacenia się.

Cóż się jeszcze wydarzyło w marcu? Męża w pracy odwiedził profesor Heller i musieliśmy wybrać zaledwie trzy książki z całej półki posiadanych dzieł żeby podsunąć je do autografu. Poza tym z okazji, która miała nastąpić wkrótce, musiałam wybrać sobie prezent, ale o prezencie i szczegółach wybierania napiszę kiedyś indziej. W marcu także każde dziecko dostało zestaw tęczowej ciastoliny. Jeden ma swoją aż do dzisiaj a drugi zmieszał wszystkie kolory w jeden, a następnie ususzył. Miesiąc zamknęliśmy jedząc najlepsze sushi jakie wyszło spod mężowskiego chwytu sokoła***.

Wpis ten jest pierwszym wpisem w nowo powstałej kategorii Przegląd Miesiąca, gdyż od niedawna blog ma nowego-starego menadżera bloga (ponownie po latach przerwy został zatrudniony na tym stanowisku Mąż) i menadżer teraz zarządza. Jako że menadżer zarządza, to blog ponownie znajdzie się w wyszukiwarkach. Pewnie nie wiecie, ale jeszcze kilka dni temu wyszukiwarki na hasło „Cytrynna” pytały, czy przypadkiem nie chodziło o cytrynę, taki ukryty był blog bez menadżera. A niedawno pozwolono wyszukiwarkom indeksować blog.

*może był to halibut, nie zapamiętałam nazwy, ale sandacz brzmi lepiej jeśli układać o nim piosenkę, a co muzykalniejsi czytelnicy na pewno próbują do moich wpisów tworzyć melodie, prawda?

**Kaszuby mają 4 stolice, Wejherowo, Kościerzynę, Kartuzy i Gdańsk (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kaszuby)

***Robert nas nauczył, że aby zwinąć sushi należy chwytać rolkę jak sokół. Mąż jest w tym dobry.

Dziesiąty miesiąc ciąży

dscn5008Powoli dobiega końca 41 tydzień. I jak by nie liczyć, jestem w 10. miesiącu ciąży. W poprzednich ciążach sen z powiek spędzała mi niespakowana torba, ale tym razem torba czeka od tygodnia w przedpokoju i za każdym razem, gdy chcę się uczesać, sięgam do niej po szczotkę do włosów, a następnie pakuję ją z powrotem. Szczoteczkę do zębów kupiłam sobie nową, bo bym świra dostała gdybym miała z myciem zębów czynić analogicznie, ale na szczęście czeszę się nie częściej niż raz na trzy dni. A świra to dostaję od tego czekania. Mam za to inne obawy, które zapewne blokują poród i są to obawy o wiele grubsze niż niespakowana torba. Mianowicie boję się braku miejsc w najbardziej pożądanym szpitalu i w dwóch pozostałych oraz boję się porodu nocnego. Gdy rodził się Ursus, nocny poród uchronił nas przed brakiem miejsc, ale za to spowodował zarwanie nocy a ja się tak źle czuję po nieprzespanej nocy, że muszę się tego bać panicznie. Zresztą Mąż też chętnie przespałby noc. I rodziców szkoda budzić jak już zasną.

dscn5119Nawet przeprowadziliśmy anonimową ankietę smsową celem uzyskania pomocy przy wyborze imienia i ankietowani wybrali zupełnie inne imię niż my i przez to zupełnie nie wiadomo jak Pysia jak królik ma się nazywać. W czwartek miałam skurcze i myślałam, że rodzę, już nawet bolało i myślałam sobie, że bóle porodowe to nic miłego, ale się wyciszyły te skurcze i nie urodziłam. Tylko noc trochę zarwałam bo Pysia szalała a ja się trochę o nią martwiłam. Potem miałam nadzieje urodzić w piątek, bo pesel byłby ładny, taki harmonijny, wręcz palindromiczny przynajmniej na początku.

I nawet blender, mój porodowy podarek już od dawna jest w domu. Wczoraj jadłam na nim obiad, dzięki czemu miałam talerz na odpowiedniej wysokości i mniej mi spadało na brzuch*, ale pudełka otworzyć nie mogę, bo to prezent. A i fotela jak zamówić nie mogę tak nie mogę. Miałam nawet chwilę słabości i chciałam olać stówkę, ale stówka piechotą nie chodzi, poczekam.

dscn5054Wczoraj wsiadłam za kierownicę i zawiozłam nas na godzinkę na urodziny koleżanki. Bo jeśli ktoś widział na fejsie zdjęcie Męża za kierownicą, to muszę Was niestety zawieść, że był to fejk. Jako typowy facet najlepiej się czuję, gdy to ja prowadzę. A potem Mąż został w domu z dziećmi jako ta kurka domowa, a mnie wysłał na wieczorek filmowy, co było o tyle ryzykowne, że znów wsiadłam za kierownicę i to sama. A dzisiaj po Mszy zgłosiłam się na ochotnika żeby pójść na trzecie piętro po baterie do aparatu zanim pojechaliśmy z dziećmi na spacero-wycieczkę. I potem była ta spacero-wycieczka do parku i maczka, a Pysia dalej siedzi i nie wyłazi. W maczku zaszaleliśmy jak nigdy dotąd i każdemu skapnął zestaw, a dzieciom to i zabawki. A mnie to i cola, bo cola dobrze wywołuje poród, ale nie wywołała. A jeśli chodzi o samą spacero-wycieczkę, to Ursus postąpił dziś jak typowy dwulatek i gdy nikt nie chciał udać się w tą alejkę, którą on wybrał, to położył się na ziemi i rozgniewał.  Gniewał się spektakularnie, lecz krótko.

dscn5042A abstrahując od ciąży, porodu i suszi, to ktoś nagminnie zrzuca nam na auto kawałki cytryn. Czyżby moja blogerska anonimowość została naruszona? Do tej pory zdarzało się to gdy stawałam pod oknami z braku miejsc i myślałam, że ktoś tak ma, że mu wygodniej za okno niż do kosza. Ale kawałek cytryny za wycieraczką gdy samochód parkował zupełnie daleko od okien?

*Brudzę się przy prawie każdym posiłku, bo nie mogę usiąść dość blisko stołu i mi kapie lub spada na brzuch.Metodą na brudzenie jest podciągnięcie bluzki, z brzucha łatwo zetrzeć brud, ale z kolei łatwo o poparzenia. Mam jedno poparzenie brzucha od gofrownicy, bo akurat tak niefortunnie wystawał.

dscn5082

 

dscn5124

dscn5196

dscn5168

Czas odliczany ziarenkami ryżu

dscn4946Sytuacja jest taka, że dziewczynka o roboczym imieniu Pysia (jak królik) nie chce wyjść z gawry. Trochę robię co mogę czyli po tym jak z domu wyszła cola, to próbowałam ją wypędzić Fantą, próbowałam ją skusić szemraniem odkurzacza czyszczącego wszystkie dywany w domu, na zachętę zmieniliśmy jej imię, nawet przeszłam się dziś po schodach w dól i w górę oraz zmyłam przyklejoną do podłogi w kuchni skórkę ogórka, która nikomu poza mną nie przeszkadzała, a to wymagało kilku schyleń się. Dom jest z grubsza gotowy na dziewczynkę i na moją nieobecność. Z grubsza, bo wiadomo, że pod moją nieobecność się częściowo zawali, a na dziewczynkę jeszcze długo nie będzie gotowy. Nie mamy ani jednej różowej ściany. Tylko mój różowy kącik, ale on jest mój a nie dziewczynki. Ugotowałam wielki gar zupy z ośmiu warzyw, czyli wszystkich jakie były w lodówce. A naprawdę to z wielu warzyw, ale z ośmiu różnych. O jakiejś porze dnia sprzątnęłam też zabawki z podłogi, ale to akurat był wysiłek zbędny, gdyż gdybym nie sprzątnęła, to kolejne by nie spłynęły, a tak miały gdzie spłynąć. Dziewczynka o imieniu Pysia jak królik nie wychodzi uparcie, a przez to opóźnia się zakup fotela dla jej mamy. Mam cichą nadzieję, że z kartą dużej rodziny się wyrobimy do dnia, gdy Mąż będzie kupował bilet miesięczny, bo tu też różnica między takim nauczycielskim a takim wielko-ojcowskim wynosi 17 złotych, czyli małą wizytę w Maczku. Być może powód niewychodzenia Pysi jest prozaiczny- dziewczyna rozsmakowała się w sosie sojowym, którym zalewamy co wieczór nasze suszi. Ja się rozsmakowałam. A odkąd robimy swoje zamiast biedronkowego, to nie miewam rano bóli po głowy, dscn4953które po biedronkowym miałam. Wczoraj dodaliśmy żółty ser, bo Mąż, który się zna powiedział, że paluszek krabowy smakuje jak ser, a jeśli macie w swoich urządzeniach mobilnych internet, to możecie łatwo sprawdzić, że paluszek krabowy nie leżał koło kraba i lepiej go nie zjadać niż zjadać. Więc daliśmy ten ser i było nieźle. A dzisiaj Mąż zakupił mango, bo nie było awokado w lokalnym sklepie i cukinię, bo wyglądała jak ogórek. Cukinia może nie jest szałowa, a wręcz z pewnością szałowa nie jest, ale przypuszczam, że dzięki temu będzie idealna do suszi, bo w suszi o to chodzi, by masa zawinięta w ryż była możliwie neutralna i bez smaku, gdyż wtedy jest doskonałym tłem dla sosu sojowego.  Właściwie to nie wiem, po co dajemy rybę, bo najlepsze suszi to kulka ryżu posmarowana wasabi i zanurzona w sosie…  Właściwie nie wiem po co zawijamy, bo można by zrobić suszi-sałatkę w miskach i zalać sosem. Ale w sumie nie wiadomo czy będziemy dziś jedli, bo może jak dziś nie zjemy, to jutro dziewczynka wyjdzie i na sobotę wrócę z powrotem do domu, a do tego czasu mango lepiej dojrzeje. No i mamy dziś domowy hummus, na którym nasz wieloletni wysłużony blender zjadł swój silnik. Więc nie za gładki ten hummus, ale za to pyszny. A na poród mam szansę dostać nowy blender. Przy pierwszym dziecku dostałam złote kolczyki, a tym razem blender… To doskonale obrazuje moją ewolucję.

dscn4937Kilka godzin później: Zdecydowaliśmy zjeść suszi. I nabyliśmy blender. Blender taki tańszy, bez fikuśnych przystawek do puree, bo pewnego dnia nasza kuchnia wzbogaci się o pełnoprawny robot kuchenny, więc byłoby to dublowanie sprzętów, a poza tym od zamążpójścia robię puree zwykłą końcówką i daje radę więc dopłacanie 50% za końcówkę, bez której można dalej żyć wydaje się być niesłuszne. Lepiej sprawić sobie piżamkę. Albo dzieciom parę książek. Albo sobie parę książek! A w kwestii suszi, to tym samym zszedł nam ostatni woreczek ryżu, więc Pysia musi jutro wyjść, bo nie będzie już sojowej kolacji. Musi wyjść też dlatego, że mój mózg jest już prawie nieczynny, to znaczy wyłączają się stopniowo potrzeby intelektualne żebym nie rozpaczała, że nie mam kiedy ich realizować. No i chcę w sobotę wrócić do domu. O!

20161117_204131_001