Fotostory o jeziorze

W ostatnią sobotę, która to sobota stanowiła większość naszych tegorocznych wakacji, odwiedziliśmy dom. Było upalnie, gorąco i nieznośnie. Niestety również sucho, przez co grzyby nie obrodziły. W niedzielę było mokro, za to nie było ogólnej pogody wycieczkowej, więc późno-sobotnio-wieczorna konieczność powrotu do Gdańska okazała się nie tak straszna jak się w sobotę malowała. Wracaliśmy już podczas burzy, ale byliśmy w puszce Faradaya, więc nic nam nie groziło, powiedział mój fizyk. Podpytywany o otwarte okna nieco się zmieszał, ale żaden piorun kulisty nie wpadł, więc czyja by ta puszka nie była, bezpieczeństwo zapewniła. A tak się składa, że głównym właścicielem zielonej puszeczki jestem ja, a nie żaden Faraday.

W sobotę po zaliczeniu naszych zagajników i zebraniu kilku kurek oraz rytualnych już zakupach w kościerskim Lidlu, który jest taki sielski, miły i wakacyjny jak to tylko Lidle bywają, udaliśmy się do Lipusza na poszukiwanie jeziora. Wybór taki, bo w Lipuszu jeszcześmy nie byli. Jeziora gołym okiem nie było widać, spytaliśmy jakiegoś tubylca i nakazał cofnąć się do wioski, potem „w lewo przy młynie i w prawo za torami”. Młyna nie było widać, ale za torami skręciliśmy w prawo i jechaliśmy, jechaliśmy, aż niczego nieświadomi wytoczyliśmy się na drogę główną, co o mało nie skończyło się źle. Zawróciwszy z powrotem do wioski spytaliśmy innego tubylca i tak samo nakazał jechać za młynem w lewo, około półtora kilometra i będzie jezioro. Jechaliśmy, jechaliśmy, żadnego młyna na horyzoncie, a upał dawał się we znaki. Po jakichś 15 kilometrach znaleźliśmy inne jezioro. Zjedliśmy tam lody, ciastka francuskie, wypłukaliśmy ręce i nogi aż ja wpadłam na szalony pomysł pokazania dziecku wody. Dziecko, rozpieszczone zbyt ciepłymi kąpielami, wcale nie krzyczało więc zachęcona obnażyłam do pieluchy i pozwoliłam zanurzyć się. Były i kąpiele błotne i bicze wodne. Pielucha namokła, ale szacunek do współplażujących nie pozwolił obnażyć Stasia. W samochodzie znalazła się nawet płachta z bawełny do okrycia wychodzącego z wody. Schłodzeni i zadowoleni wróciliśmy do domu odnajdując po drodze młyn w centrum wsi. Przez las drogą zupełnie nieuczęszczaną goniła nas jakaś audica. Ja się bałam, strach był zatrzymać się na opuszczonym parkingu i dać się wyprzedzić, bo a nuż by nie wyprzedziła albo zastawiła dalej drogę. Zwiewaliśmy terenowym Lanosem 70km/h po wybojach a ona za nami, ale potem odbiła i mogłam odetchnąć. w domu wypiłam gorącą herbatę (tak! mimo upału ja muszę!) a następnie wyposażeni w stroje kąpielowe dla siebie i ręcznik dla Stasio pojechaliśmy nad Strupino. Wybór był dobry, bo w naszej wsi nad jeziorem stało ze 20 aut, a w naszym miejscu nad Strupinem nie było nikogo. Miejsce jest nasze, bo już dwa razy z różnych kierunków trafiliśmy w ten sam punkt przez przypadek. Miejsce rozpoznajemy po powalonym przez bobra drzewie. Jako miejsce plażowe dopiero debiutowało, ale debiut wypadł wyśmienicie. Woda była znośna, a na głębokości Stasia to i ciepła. Stasio znalazło jakiś kijek i się nim zabawiało. Ja bardzo chciałam się już kapać, ale Piotr, który się Stasiem zajął co chwile pozował do coraz to lepszych fotek i ja kilkanaście razy wychodziłam z wody odkładać aparat, aż w końcu sobie darowałam fotki. Na mojej głębokości woda nie była już taka fajna, ale dało się przepłynąć.

Potem były Wdzydze. We Wdzydzach dosyć podłe frytki i talarki. Ucieszyłam się, że nie zamówiłam pieroga z kurką, bo bym pewnie żałowała.  Potem Mąż podjechał a ja popchałam wózek nad wdzydzkie jezioro, gdzie grano kiepskie szanty. Stasio wypił mleko i złapał parę komarów na swe łydki a potem pojechaliśmy do domu na chwilę i do Gdańska.

Jestem bardzo zadowolona ze Stasia i jeziora. Trochę go poprzemieszczaliśmy po powierzchni wody. I nawet stąpał po dnie i w ogóle aż miło było na niego patrzeć jak się cieszył. A po powrocie zrobił się jakiś bardziej przymilny, tulący się, uśmiechnięty.

Reklamy

Porzeczki pod chmurką, w słoiku i na sitku

Statystyki pokazują, że na mój blog trafiają poszukiwaczki (poszukiwacze?) przepisu na czerwone porzeczki bez żelfiksu. Kiedy więc wczoraj dziadkowie za pośrednictwem mamy obsypali mnie 5-kilogramowym wiaderkiem tychże owoców, pomyślałam, że może i ja spróbuję. Pogooglałam i większość przepisów okazała się być wysoko słodzona, jeden był nisko słodzony, ale wymagał  skomplikowanej pasteryzacji. Na takową czasu jednak nie mam. Żelfiks reklamujący się hasłem „zapobiega pleśnieniu” jednak do  mnie przemawia. Zwłaszcza, że znowu zasięgnęłam internetu i ktoś na jakimś forum napisał, że w konfiturze krótko smażonej ma  szansę uchować się jakaś witamina. Szczerze mówiąc, witaminy w dżemie/konfiturze/galaretce mnie nieszczególnie interesują, takie  rzeczy jemy dla smaku. Niedawno koleżanka również pochwaliła się, że robiła konfitury- „takie prawdziwe, bez żelfiksu”. Moja mama  też nas krytykuje za te porzeczki- po co to robimy, skoro można kupić a tyle ważniejszych rzeczy jest do zrobienia. I rzeczywiście-  niby domowe, a z żelfiksem? Otóż nie robimy tego aby chwalić się, że domowe. Robimy, bo lubimy jeść a nie widziałam nigdzie (w sensownej cenie) akurat  czerwonej porzeczki . I dlatego, że robiliśmy 3 lata temu i potem przez dwa lata jedliśmy, więc każda łyżeczka galaretki z porzeczki  przypomina tamte beztroskie czasy. Ponadto samo przygotowywanie jest wspólnie spędzonym rodzinnym czasem (wyrwanym ze  snu).

W sobotę mama wspomniała jak to dziadkowie pojechali do E. do znajomych na porzeczki. Ja zamarudziłam, że i my chętnie byśmy  pojechali. Mama odpowiedziała coś zbywającego, ale późnym wieczorem zadzwoniła spytać, ile tej porzeczki chcemy. Dostaliśmy 5  kg (jedną trzecią całego zbioru!), z których wyszło 12 słoiczków i dużo mojego wylizywania ścierki, bo gdy w kluczowym momencie  nalewania do słoików obudziło się Stasio i Mąż mnie opuścił celem karmienia, przelałam jeden słoiczek. Pociekło mi gorące po ręce i  wylądowało na ścierce. Ubolewałam nad zmarnowanym, Piotr kpił, że chyba ze dwa słoiki na tej ścierce są, aż ja z tego mojego  nierozumianego ubolewania postanowiłam nie zmarnować.

Ponadto upiekłam również ciasto, które się wspaniale nazywało (czerwona porzeczka pod chmurką) i smakowicie wyglądało i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek aż tak mi  coś nie wyszło. I konsystencją, i smakiem. Ja, największy żarłok i amator słodkiego, nieposkromiony łakomczuch, odrzuciłam ciasto!  Piotr, który ciast nie jada wieczorem i który ponadto kontroluje instynkty lepiej ode mnie, jadł ten niewypał i wieczorem, i rano. Przypuszczam, że albo było dość niesłodkie, albo chciał jak najwięcej uratować przed zmarnowaniem.


W sobotę miałam również drugie podejście do barszczu idealnego, wydaje mi się, że jestem bliżej, ale to wciąż nie TO. Gdy już będzie TO, opublikuję mój własny przepis. Może na smak wpływa fakt, że się za to płaci, że jest ograniczona ilość, że je się łyżką a nie żłopie z kubka i że są w nim te kołduny? Pani Kasia z restauracji napisała tylko enigmatycznie, że kołduny można kupić, co nie wyjaśnia, czy te ich są samorobne, czy kupne. Wypróbowaliśmy jedne kupne i nie spełniły oczekiwań. Z kolei własna produkcja mnie przeraża- pójdą pieniądze, pójdzie masa czasu, a jeśli nie będą doskonałe za pierwszym razem, to nie zrobię nigdy więcej.

 

 

 

Supertata

Jak obwieszcza plotek.pl, Borys Szyc to supertata. Chciałam niniejszym złożyć oświadczenie, że Staszek, synek, którego podobieństwa do mnie nikt nie odmówi, a którego powiłam 12 sierpnia 2011 w Kościerzynie, na co są świadkowie, nie pochodzi w żadnej linii od Borysa Szyca, jest zaś synem mojego SuperMęża,  na razie jedynym.

Uratuj nas

Miał to być niemal leniwy dzień. Jedyne, co miałam zrobić, to dosmażyć drugi etap konfitury z morel bez żelfiksu i zapakować w słoiki. Około 14 jednak uznaliśmy wraz ze Stasiem, że przydałyby się owoce jakieś w domu i wyruszyliśmy. Pospiesznie zrobiłam listę zakupów potrzebnych do barszczu, bo dostaliśmy niedawno przepis na TEN barszcz z Kościerzyny, więc w leniwy dzień można go zrobić. Trudno o tej porze roku zdobyć buraki, ale jedno stoisko- moje ulubione zresztą- miało. Stoisko jest ulubione, bo sprzedaje na nim dwóch facetów, którzy są uprzejmi, nie dają zepsutych owoców i nigdy jeszcze nie zagadnęli. Kiedyś miałam inne ulubione, ale gdy zeszłej wiosny wyskoczył mi brzuch, rozpoczęły się pytania i opowieści. Omijam je szerokim łukiem, nigdy nie zapuszczam się w tą alejkę.

 Kiedy jednak przechadzaliśmy się ze Stasiem, po wszystkich pozostałych alejkach poszukując buraków, ujrzeliśmy (w sumie nie wiem, czy Staś też ujrzał, bo akurat obrabiał pluszowego misiaka) kosz porzeczek czerwonych. Napis wieścił, że jest ich 3 kg i że 7 złotych kosztują, ale nie wiedziałam, czy cena dotyczy kosza, czy kilograma. Za kilogram to jednak żadna okazja. A ważne jest jeszcze, że nie miałam w domu żadnych nadmiarowych słoików, potrzebne do morel miała mi tez przywieźć mama. Obeszłam stoiska przy hali dwa razy szukając chyba jeszcze truskawek w rozsądnej cenie (nie znalazłam), gdy napis przy mijanych już porzeczkach przemówił do mnie „3 kg, 7 zł, koszyk”, podczas gdy w sąsiadujących koszykach były wiśnie z napisem „x zł, 1 kg”. Porzeczki do mnie krzyczały! Krzyczały „uratuj nas, bo się zepsujemy”. Upewniłam się, że dobrze rozumiem i 7 złotych dotyczy całego koszyka. Dotyczyło. Uratowałam.

Zostawiliśmy ciężkie zakupy w wózkarni i popędziliśmy tak, jak dziurawy chodnik i parkujące na nim auta pozwoliły po cukier żelujący. Przyjechała mama. Stasio przeżył atak zębów, a ja myłam porzeczki, oddzielałam te naprawdę nieliczne zepsute i myłam, myłam. W międzyczasie gotował się barszcz. Barszcz nie jest idealnie doprawiony, ale już wiem, jak go poprawię następnym razem. Mama pojechała, Stasio zasnął, wrócił Mąż, zjedliśmy barszcz i zaczęła się impreza. Mąż przeciskał porzeczki przez ściereczkę, co zostało obscenicznie porównane przez młodych babrających się w pieluchach rodziców do rozdzielania szamba na mocz i kał (konsystencja wyzutych z soku porzeczek jest wymowna). Ja smażyłam morele i wyparzałam słoiki, które zdobyłam poprzez przełożenie resztek różnych rzeczy do miseczek i poprzez opróżnienie szafki u babci z wszystkich słoików, jakie się tam znajdowały. Gdy morele doszły, użyłam nowego, kupionego w Carrefourze za 4,99 lejka do słoików i wlałam je tamże. Żaden brzeg się nie pobrudził. Cudo. Morele są z TEGO przepisu, ale chyba się starzeję, bo dla mnie za słodkie. Po morelach przyszedł czas na porzeczki. Wyciśnięty sok został zmieszany z żelfiksem 3:1 według przepisu i powstała idealnie kwaskowata galaretka. Dla nas ma ona nadzwyczajny smak wspomnień.

Piotr ląduje na blogu, bo żeby były publikowalne zdjęcia, nie zdejmował koszulki i męczył się w ukropie, więc jestem mu to winna.

Wózek w wielkim mieście

Wyprawa do Oliwy. Upał nieziemski. Mama ubrana nie całkiem stosownie do pogody, lecz przyzwoicie. Dobrze, że jest tylko dewotką, a nie kobietą muzułmańską. Butelki, ubranka na zmianę, woda w termosie, mleko. Na wózku suszą się spodenki, co nie wyschły na czas. Mama z wielkim plecakiem, który nie wchodzi na podwozie wózka, a nijak nie pasuje do sukienki i przez który plecy zaraz będą mokre. Wytaczamy się z klatki- wózek w jednej ręce, Stasio w drugiej. Mama montuje parasolkę antysłoneczną z filtrami, dziecko dostaje dyżurną zabawkę w rękę,  jednak zdejmujemy buciki. Możemy jechać. Najkrótsza droga na dworzec. Ups, zły wybór. Najkrótsza droga prowadzi przez tunel a z tunelu nie ma windy z górę. Nadkładamy kawałek drogi i idziemy trasą lądową. Zakup biletów? Jedna z kas znajduje się w tunelu, druga zaś ma zbyt wąskie drzwi, by do niej wjechać. Ale proszę bardzo- jest biletomat. Doświadczona mama już wie, że ulga dla studenta wynosi 51%, a nie 49 i że dla dziecka kupuje się bilet zerowy. Raz nie wiedziała i płaciła frycowe za drugi bilet u konduktora. Jest 10:44 i właśnie mruga lampka zwiastująca odjazd najbliższego pociągu z peronu czwartego. Doskonale, na tym właśnie jesteśmy. Parę sekund później możemy zaobserwować odjazd pociągu z peronu piątego. Lampka dla niego nie migała, ale czy miganie lampki musi coś oznaczać? Czekamy na peronie, aż otworzą się drzwi naszej kolejki. Mama bierze wózek w obie ręce i jakoś wskakuje. Z wysiadaniem będzie gorzej, ale nie czas się tym martwić. Dużo wolnych miejsc, więc zajmujemy całą „czwórkę” dla siebie. Pani z oddali się uśmiecha, dziecko pije mleko, jedziemy. Widoki przewijają się w oknie jak w telewizorze. Kwadrans później wysiadamy. Jakiś bardzo miły pan pyta, czy pomóc wyciągnąć wózek. Korzystamy skwapliwie. Jedziemy do windy. Niespodzianka- winda nie działa, zablokowana między piętrami. Mama się rozgląda, ale sąsiedni peron, na który jakoś by się po torach przeszło należy do PKP, nie zaś do SKM i w ogóle windy nie ma. Cóż robić? Na schodach nie ma też szyn do zjazdu. Zatem Stasio pod pachę a wózek za sobą- niech się obija. Mama się pochyla i już ma rozpasać dziecię, kiedy jakiś starszy pan się oferuje, że pomoże. Bierzemy z dwóch stron i schodzimy bokiem. Na dole majstrowie naprawiają windę, przynajmniej tyle. Pan pomocnik ucieka zanim mama podziękuje. Mama jeszcze przez kilka minut się rozpływa oddalając się, bo pierwszy raz spotkała się z pomocą, a jeździ przecież niemało.

Pierwsza sukienka Kopciuszka

Wczoraj, w ramach obchodów jednej z licznych rocznic sprzed 5 lat (a począwszy od 1 marca każdy dzień w tym roku wypada tak samo jak 5 lat temu) mieliśmy popłynąć na Hel, ale tramwaj wodny na Hel odpływał zbyt rano, rozsądniej odpływał tramwaj do Sobieszewa, ale również niezadowalająco późno. Jeszcze rozsądniej odpływał taki na Hel z Sopotu- o 11. Pasowało to do ogólnej koncepcji, gdyż 5 lat temu popłynęliśmy na Hel i wróciliśmy do Sopotu. Przed 10 byliśmy w drodze i wszystko szło doskonale, nie zapomniałam o niczym, byliśmy przygotowani na każdą pogodę, nawet chyba na sztorm. Mieliśmy tylko jedną zapasową pieluchę, bo tylko tyle było ich w domu, a nie było czasu kupić. W Sopocie w niecałe 10 minut zbiegliśmy w dół Monciaka nikogo nie potrącając i wtedy przestało iść dobrze. Pan w kasie mola powiedział, że bilety na tramwaj kupuje się gdzieś tam w głębi mola, ale on nie gwarantuje, że jeszcze są, a żeby tam wejść trzeba kupić bilet na molo, który kosztuje… nie, nie 1 zł jak myślał Piotr i nie 3 zł jakiego to maksimum spodziewałam się ja. Kosztuje 7 zł! Dla nas wychowanych w tej okolicy wejście na molo nie jest niczym atrakcyjnym, ani trochę, dlatego płacenie za to i to jeszcze płacenie równowartości dwóch cheeseburgerów to absurd. Cwaniaczek się jednak zreflektował, że tam gdzieś jest jeszcze budka sprzedająca bilety, która jednak okazała się być wyprzedana. Tak oto pożegnaliśmy się z odwiedzeniem Helu w rocznicę. Ale Hel w środku lata jest zatłoczony i niefajny a i prom na Hel byłby zatłoczony i niefajny. Wróciliśmy do Gdańska i kupiliśmy bilety do Sobieszewa. Popłynęliśmy, było fajnie. Był dziadek z wnuczkiem na oko 7 letnim (bo nie miał górnych jedynek, a ja pamiętam, że swoje właśnie wtedy straciłam), który wcale z nim nie gadał, był też inny dziadek z wnuczkiem na oko 17 letnim, który opowiadał mu fakty historyczne o mostach, o stoczni i w ogóle aż miło było się przysłuchiwać, ale ów wnuczek (nad tym jakiej jest płci też się kilka minut zastanawialiśmy) siedział zblazowany i się nie interesował. A siedział w traperach na gołe stopy i spadających obcisłych spodniach, które tak spadały, że gdyby nie gacie, które na szczęście dobrze się trzymały, to można byłoby wszystko, co intymne u niego zobaczyć. Ale za to jak wstał, a był taki nonszalancki, że wstawszy, nie podciągnął spodni, to te spodnie mu wspaniale obciskały nogi. A może były po prostu za małe i wyżej nie wchodziły? Co ciekawe, kiedy dopłynęliśmy, jeden facet upewnił się że odpływ statku powrotnego jest za 20 minut, a znakomita większość pozostałych udała się na pobliski przystanek autobusu miejskiego w kierunku Gdańska. My tez zamierzaliśmy wrócić autobusem, ale za kilka godzin.  Staś zasnął, zjedliśmy obiad, zbudził się, pospacerowaliśmy, ale nie było sklepu z pieluchami, były tylko sklepy z pamiątkami, instrukcjami obsługi żon, mężów, broszki z imionami i cały ten jarmark, który od lat jest niezmienny w kurortach. Brak pieluchy przyspieszył nieco decyzję o powrocie. W autobusie Stasio wzbudzało zachwyty i wyzwalało uśmiechy panienek, a był to bardzo sfeminizowany autobus, bo w końcu wracał z plaży i na 39 osób w momencie liczenia tylko 12 było mężczyzn, a z tych 12 to jedno Stasio, jeden kierowca i jeszcze z 4 było małymi chłopaczkami.

Wspomnę jeszcze, jaka nietolerancyjna jestem. Mianowicie na peronie w Sopocie dwie laski się całowały z języczkiem, wkładały se łapy pod bluzki i po brzuszkach macały, jedna drugiej kołnierzyk poprawiała, a ja się gorszyłam. Niestety były sobą tak zajęte, że żadne zgorszone spojrzenia nie były im straszne.

Koleżanka zaleca mi praktyki w sklepie odzieżowym. Sklep jest niemiecki, więc po praktyce, gdy będę się chciała zatrudnić,  „na bank nie będą mieli problemu, ze zrozumieniem, że chcesz na pół etatu, bo masz dziecko”. Czuję się dotknięta sugestią. Z dzieckiem w domu jest super, NIKT nie zajmuje się nim tak dobrze jak ja. Babcia z prababcią narzekają, że jest absorbujący i że nie dają rady. A mi z moim Stasio dobrze, tylko ubolewam, że nie je. Kiedy jednak nikt nie narzuca planu dnia i godzin posiłków, to świetnie się dogadujemy. Jak już kiedyś wspominałam, chętnie odciążyłabym finansowo Męża, ale na pewno nie w taki sposób. Nie po to kończę te studia, żeby wykładać bluzki na półki. Do sklepu odzieżowego to mnie nawet moja mama nie wysyła, chociaż ona najbardziej by chciała, żebym pracowała.


Stasio zrobiło mamie prezent i poszło w sobotę spać już o 21 a i w niedzielę zasnęło przed 22, do tego w niedzielę jedna z drzemek odbyła się w domu, co też jest odstępstwem od normy, poza tym Mąż zabrał syna na półtoragodzinny spacer w niedzielny wieczór i mogłam się realizować. Uszyłam pierwszą sukienkę, z której jestem zadowolona. Musze ją jeszcze minimalnie skrócić, ale to moja najlepsza sukienka do tej pory i już planuję następną z identyczną górą. Jednak potrafię. Poprzednie dwie były porażkami i już się bałam, że zostanę maszynową frustratką, to znaczy osobą posiadającą maszynę i nie mającą ani czasu ani chęci  (ani umiejętności!) żeby używać jej, ale jest! W końcu mam co na siebie włożyć w upał i nie wyglądam jak Kopciuszek. A może?

Okulary

Zupełnie o czym innym miałam zamiar pisać dziś wieczorem, ale sytuacja wymusiła zmiany. Naciskano na nas, żeby Mąż zrobił sobie drugie brylki- fotochromy, odkąd zmienił oprawki 3 lata temu. A szkoda, ze zmienił, bo patrzcie sami, jaki był słodki i anachroniczny, a jaki modny zrobił się po zmianie. Musiałam go na nowo zaakceptować.  Drugie miały być mu potrzebne w razie awarii (te poprzednie rozpadły się w punktach, w których były już lutowane i nie dało się tego naprawić!), nie może przecież zostać bez okularów, 3 lata temu został a ma niesymetryczne oczy i to źle. Babcia ma zaćmę i jaskrę, więc uważa te okulary z fotochromem za bardzo ważne. Babcia ma też „swoją” okulistkę, do której jedzie przez całe miasto, bo jest najlepsza i ma praktykę w szpitalu. Do tej swojej okulistki wnuka chce umówić od trzech lat właśnie, już przy robieniu poprzednich okularów chciała, żeby potwierdzić diagnozę. Ja akurat miałam talony na prawie darmowe badania w Vision Express, więc inny lekarz za złotówkę potwierdził ówczesną diagnozę i temat przycichł, ale co zimę (bo kierowca a śnieg i odblask) i co lato (bo lato i słońce) obie z mamą naciskały na fotochrom. Mąż potrzeby nie czuł. Przed pójściem do korporacji był na badaniu rutynowym, które stwierdziło, ze okulary obecne wciaz się nadają. Ale trafiła się okazja, moja mama miała zniżkę do VE w wysokości 159 na ramki i 99 na szkła. Można się też było za darmo przebadać bo korporacja dala ubezpieczenie w Medicoverze. Skorzystaliśmy. Babcia złowieszczyła, że ten lekarz na pewno nie ma praktyki szpitalnej, ale wrażenie na całej starszyźnie zrobiło to prywatne ubezpieczenie. „Och, jak on ma dobrze„, zachwycali się. Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy tanie ramki , szkła miały być w ciągu tygodnia. Zwykłe kosztowałyby 300, fotochrom 600! 200 dawała korporacja w ramach socjału a 300 rodzice jako ze to oni naciskali na fotochrom, a tyle właśnie wynosiła różnica między wymuszonym fotochromem a zwykłymi. Nas bolało jedynie, że przez nasze ręce przechodzą takie pieniądze i to wcale niepotrzebnie. Mąż potem powie,  że on był okularom przeciwny od początku. Ale cóż, naciski nasilały się, musieliśmy.

Gdy przyszedł czas odbioru, Mąż chciał mieć mnie koniecznie przy sobie, wiec sam odbiór opóźnił się tydzień, bo nie pasowało. Zarozumiała blondyneczka dwojga nazwisk wyciąga okulary z szuflady i podaje, Mężowi źle, mówi że trzeba dogiąć, blondyneczka cały czas krzywo patrzy i mówi ze się nie dogina, bo osie, bo odległości, a Mężowi ewidentnie lewe oko źle leży, tj. szyba jest dalej oka niż w przypadku prawego. Po jakimś czasie powtarzania w kółko tego samego blondyneczka wzywa koleżankę, koleżanka bardziej otwarta, ale też nie rozumie w czym rzecz, mówi ze okulary dobre, proste. Po chwili Mąż dochodzi do wniosku, ze zagięcie to jedno, a sama szybka zła. Porównują z obecnym okularem i się okazuje ze z 1,5 na 0,5 zmieniono, pogłębiając jeszcze różnicę miedzy szybkami. Chcą zaoferować badanie u nich mające zweryfikować receptę, już proponują termin gdy wymyka im się, ze za pol ceny czyli 45 złotych. My dziękujemy, oni się naradzają i oferują za złotówkę. Bierzemy. Następnego dnia ich lekarz stwierdza, ze złe okulary, ze powinno być więcej i bez cylindra. Na razie nic z tym nie robimy. Mówimy w domu, ze może potwierdzilibyśmy nową receptę jeszcze u lekarza babci, mama i babcia napalają się na to strasznie, ale my mamy priorytety. Dzwonimy do Medicoveru.

Mąż współczesny

Oni naradzają się kilka dni i zapraszają na badanie mające zweryfikować błąd ich lekarza przez innego ich lekarza. Badanie to odbyło się dziś rano. Pierwsze badanie wykazało znaczną różnicę, wiec pani doktor zakropiła, zbadała komputerowo, pomiar bliższy przepisanemu, zakropiła ponownie, kazała odczekać, zbadała trzeci raz i wynik był już bardzo bliski przepisanemu. Zabrali nowe okulary do zbadania mocy i będą się naradzać. W razie czego i tak czeka nas  ponowne badanie. Nadmienię, że to dzisiejsze kosztowało Męża cały dzień pracy na politechnice, bo zakropienie, mimo obiecanego efektu dwugodzinnego, jeszcze wieczorem nie pozwalało czytać.

Babcia bardzo się emocjonuje tematem i pyta, po co szedł Mąż na to dzisiejsze badanie zamiast do jej lekarki, nie straciłby całego dnia i już miał zapisane okulary. Tak się babcia emocjonuje, że dzwoniła już kilka razy i temat drążyła. Mam nadzieje, że Mąż prześpi noc mimo wieczornego poruszenia.