Porzeczki pod chmurką, w słoiku i na sitku

Statystyki pokazują, że na mój blog trafiają poszukiwaczki (poszukiwacze?) przepisu na czerwone porzeczki bez żelfiksu. Kiedy więc wczoraj dziadkowie za pośrednictwem mamy obsypali mnie 5-kilogramowym wiaderkiem tychże owoców, pomyślałam, że może i ja spróbuję. Pogooglałam i większość przepisów okazała się być wysoko słodzona, jeden był nisko słodzony, ale wymagał  skomplikowanej pasteryzacji. Na takową czasu jednak nie mam. Żelfiks reklamujący się hasłem „zapobiega pleśnieniu” jednak do  mnie przemawia. Zwłaszcza, że znowu zasięgnęłam internetu i ktoś na jakimś forum napisał, że w konfiturze krótko smażonej ma  szansę uchować się jakaś witamina. Szczerze mówiąc, witaminy w dżemie/konfiturze/galaretce mnie nieszczególnie interesują, takie  rzeczy jemy dla smaku. Niedawno koleżanka również pochwaliła się, że robiła konfitury- „takie prawdziwe, bez żelfiksu”. Moja mama  też nas krytykuje za te porzeczki- po co to robimy, skoro można kupić a tyle ważniejszych rzeczy jest do zrobienia. I rzeczywiście-  niby domowe, a z żelfiksem? Otóż nie robimy tego aby chwalić się, że domowe. Robimy, bo lubimy jeść a nie widziałam nigdzie (w sensownej cenie) akurat  czerwonej porzeczki . I dlatego, że robiliśmy 3 lata temu i potem przez dwa lata jedliśmy, więc każda łyżeczka galaretki z porzeczki  przypomina tamte beztroskie czasy. Ponadto samo przygotowywanie jest wspólnie spędzonym rodzinnym czasem (wyrwanym ze  snu).

W sobotę mama wspomniała jak to dziadkowie pojechali do E. do znajomych na porzeczki. Ja zamarudziłam, że i my chętnie byśmy  pojechali. Mama odpowiedziała coś zbywającego, ale późnym wieczorem zadzwoniła spytać, ile tej porzeczki chcemy. Dostaliśmy 5  kg (jedną trzecią całego zbioru!), z których wyszło 12 słoiczków i dużo mojego wylizywania ścierki, bo gdy w kluczowym momencie  nalewania do słoików obudziło się Stasio i Mąż mnie opuścił celem karmienia, przelałam jeden słoiczek. Pociekło mi gorące po ręce i  wylądowało na ścierce. Ubolewałam nad zmarnowanym, Piotr kpił, że chyba ze dwa słoiki na tej ścierce są, aż ja z tego mojego  nierozumianego ubolewania postanowiłam nie zmarnować.

Ponadto upiekłam również ciasto, które się wspaniale nazywało (czerwona porzeczka pod chmurką) i smakowicie wyglądało i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek aż tak mi  coś nie wyszło. I konsystencją, i smakiem. Ja, największy żarłok i amator słodkiego, nieposkromiony łakomczuch, odrzuciłam ciasto!  Piotr, który ciast nie jada wieczorem i który ponadto kontroluje instynkty lepiej ode mnie, jadł ten niewypał i wieczorem, i rano. Przypuszczam, że albo było dość niesłodkie, albo chciał jak najwięcej uratować przed zmarnowaniem.


W sobotę miałam również drugie podejście do barszczu idealnego, wydaje mi się, że jestem bliżej, ale to wciąż nie TO. Gdy już będzie TO, opublikuję mój własny przepis. Może na smak wpływa fakt, że się za to płaci, że jest ograniczona ilość, że je się łyżką a nie żłopie z kubka i że są w nim te kołduny? Pani Kasia z restauracji napisała tylko enigmatycznie, że kołduny można kupić, co nie wyjaśnia, czy te ich są samorobne, czy kupne. Wypróbowaliśmy jedne kupne i nie spełniły oczekiwań. Z kolei własna produkcja mnie przeraża- pójdą pieniądze, pójdzie masa czasu, a jeśli nie będą doskonałe za pierwszym razem, to nie zrobię nigdy więcej.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s