Fotostory o jeziorze

W ostatnią sobotę, która to sobota stanowiła większość naszych tegorocznych wakacji, odwiedziliśmy dom. Było upalnie, gorąco i nieznośnie. Niestety również sucho, przez co grzyby nie obrodziły. W niedzielę było mokro, za to nie było ogólnej pogody wycieczkowej, więc późno-sobotnio-wieczorna konieczność powrotu do Gdańska okazała się nie tak straszna jak się w sobotę malowała. Wracaliśmy już podczas burzy, ale byliśmy w puszce Faradaya, więc nic nam nie groziło, powiedział mój fizyk. Podpytywany o otwarte okna nieco się zmieszał, ale żaden piorun kulisty nie wpadł, więc czyja by ta puszka nie była, bezpieczeństwo zapewniła. A tak się składa, że głównym właścicielem zielonej puszeczki jestem ja, a nie żaden Faraday.

W sobotę po zaliczeniu naszych zagajników i zebraniu kilku kurek oraz rytualnych już zakupach w kościerskim Lidlu, który jest taki sielski, miły i wakacyjny jak to tylko Lidle bywają, udaliśmy się do Lipusza na poszukiwanie jeziora. Wybór taki, bo w Lipuszu jeszcześmy nie byli. Jeziora gołym okiem nie było widać, spytaliśmy jakiegoś tubylca i nakazał cofnąć się do wioski, potem „w lewo przy młynie i w prawo za torami”. Młyna nie było widać, ale za torami skręciliśmy w prawo i jechaliśmy, jechaliśmy, aż niczego nieświadomi wytoczyliśmy się na drogę główną, co o mało nie skończyło się źle. Zawróciwszy z powrotem do wioski spytaliśmy innego tubylca i tak samo nakazał jechać za młynem w lewo, około półtora kilometra i będzie jezioro. Jechaliśmy, jechaliśmy, żadnego młyna na horyzoncie, a upał dawał się we znaki. Po jakichś 15 kilometrach znaleźliśmy inne jezioro. Zjedliśmy tam lody, ciastka francuskie, wypłukaliśmy ręce i nogi aż ja wpadłam na szalony pomysł pokazania dziecku wody. Dziecko, rozpieszczone zbyt ciepłymi kąpielami, wcale nie krzyczało więc zachęcona obnażyłam do pieluchy i pozwoliłam zanurzyć się. Były i kąpiele błotne i bicze wodne. Pielucha namokła, ale szacunek do współplażujących nie pozwolił obnażyć Stasia. W samochodzie znalazła się nawet płachta z bawełny do okrycia wychodzącego z wody. Schłodzeni i zadowoleni wróciliśmy do domu odnajdując po drodze młyn w centrum wsi. Przez las drogą zupełnie nieuczęszczaną goniła nas jakaś audica. Ja się bałam, strach był zatrzymać się na opuszczonym parkingu i dać się wyprzedzić, bo a nuż by nie wyprzedziła albo zastawiła dalej drogę. Zwiewaliśmy terenowym Lanosem 70km/h po wybojach a ona za nami, ale potem odbiła i mogłam odetchnąć. w domu wypiłam gorącą herbatę (tak! mimo upału ja muszę!) a następnie wyposażeni w stroje kąpielowe dla siebie i ręcznik dla Stasio pojechaliśmy nad Strupino. Wybór był dobry, bo w naszej wsi nad jeziorem stało ze 20 aut, a w naszym miejscu nad Strupinem nie było nikogo. Miejsce jest nasze, bo już dwa razy z różnych kierunków trafiliśmy w ten sam punkt przez przypadek. Miejsce rozpoznajemy po powalonym przez bobra drzewie. Jako miejsce plażowe dopiero debiutowało, ale debiut wypadł wyśmienicie. Woda była znośna, a na głębokości Stasia to i ciepła. Stasio znalazło jakiś kijek i się nim zabawiało. Ja bardzo chciałam się już kapać, ale Piotr, który się Stasiem zajął co chwile pozował do coraz to lepszych fotek i ja kilkanaście razy wychodziłam z wody odkładać aparat, aż w końcu sobie darowałam fotki. Na mojej głębokości woda nie była już taka fajna, ale dało się przepłynąć.

Potem były Wdzydze. We Wdzydzach dosyć podłe frytki i talarki. Ucieszyłam się, że nie zamówiłam pieroga z kurką, bo bym pewnie żałowała.  Potem Mąż podjechał a ja popchałam wózek nad wdzydzkie jezioro, gdzie grano kiepskie szanty. Stasio wypił mleko i złapał parę komarów na swe łydki a potem pojechaliśmy do domu na chwilę i do Gdańska.

Jestem bardzo zadowolona ze Stasia i jeziora. Trochę go poprzemieszczaliśmy po powierzchni wody. I nawet stąpał po dnie i w ogóle aż miło było na niego patrzeć jak się cieszył. A po powrocie zrobił się jakiś bardziej przymilny, tulący się, uśmiechnięty.

Reklamy

2 Responses to Fotostory o jeziorze

  1. Maurycy Teo says:

    To się nie liczy, bo tu są tylko dwa własne pingbacki, więc to nie jest żaden komentarz, a już wcale nie dwa komentarze! Nawet ja, w ramach histerii „Nikt nie skomentował mi poprzedniego wpisu, a mija następny miesiąc i jeszcze nie opublikowałem notki”, a takie są u mnie zasady, nie napisałbym sobie sam komentarza… No, ew. podpisałbym się jako jakiś troll, to by uszło ;P.

    Co do Faradaya, to to był Michael „Klatka” Faraday i na tyle, na ile ja się orientuję, to to jest klatka Faradaya. Ale oczywiście niezastąpiona Wikipedia potwierdza teorię, że to jest także puszka Faradaya. Wikipedia wspomina także, jako i Cytrynna, o oknach jako problemie.

    A jaki Stasio był malutki! Muszę przejrzeć zdjęcia naszych dzieci i się powzruszać ;).

    • cytrynna says:

      Nie zawsze pingbacki znikają zanim pojawi się tu Maurycy:) Maurycy ma oczywiście rację z tą klatką na tyle na ile Wikipedia ją ma. Zaś ja się burzy nie boję, bo przecież jeżdżę szybciej niż burza:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s