Nałóg grzybiarza

Gęsi gęsiego

Grzybiarz wstanie rano, zrezygnuje ze śniadania, odpali wehikuł i pojedzie do lasu. Całą noc padało, pada i teraz, więc nie ma bata,  grzyby na pewno są. Grzybiarz weźmie Żonę i dziecko, też bez śniadania, popędzi 60 km/h wyboistą leśną drogą do P., aby nikt go  nie ubiegł. Dobry grzybiarz ma swoje miejsca, niezrażony więc mija inne pojazdy rannych ptaszków w nieswoich częściach lasu.  Przybywa na miejsce, pakuje dziecko w wózek, bułka w rękę, daszek na głowę, koszyk w rękę i zapuszcza się. Zapuszcza, ryje  nosem przy ziemi, szuka, patrzy i nic. Kilka kurek. Ale czymże jest kurka wobec Grzyba? O, jest jeden, grzybiarz odśpiewuje pieśń  radości. Nieduży, ale piękny ‚czerwony łepek’ Ukręca nóżkę i jęk zawodu. Nóżka ładna gruba ale kapelusz pod kapeluszem  opróżniony. Pewnie jednak ktoś grzybiarza ubiegł i pewnie tego zjedzonego celowo zostawił, bo miał tyle, że nie potrzebował już  takiego. Grzybiarz niezrażony popycha wózek w górę, w inne partie swojego zagajnika. Znów kilka kurek, już nawet przykryły dno  koszyka. I jest… jest dowód obecności konkurencji- podobny do jadalnego grzyba trujaczek przewrócony i zostawiony. A więc  jednak. Prędko zatem do auta, trzeba odwiedzić inne swoje miejsca. Znów wyścig z czasem, nagle przestało padać. Żona mówi  przekornie, że teraz wszyscy wylęgną i kwestia kto ma najszybszy samochód. Grzybiarz przyspiesza, żona prostuje, że kto ma  najszybszy, a nie kto najszybciej pojedzie. Na szczęście są już na bezpośredniej trasie do swojego zagajnika w L. Droga jest tu  wąska, więc nikt nie wyprzedzi rodziny grzybiarza. Znów prędko dziecko w wózek, szybki marsz, wysokie trawy moczą nogi powyżej  kalosza, deszcz powraca, kurtki i czapki płyną i kolejny zawód. Poza 5 kurkami (słownie: pięcioma!) zagajnik jest pusty. Słynny  zagajnik w L. słynący z najlepszych zbiorów zaraz po zagajniku w P. Mokre są już i uda i bluzki pod niezapiętymi kurtkami. Czas  wracać zanim zmoczonego grzybiarza złapie przeziębienie. Coś jednak nie pozwala. Chwila w samochodzie, ogrzewanie, na pewno  wyschnie, więc mimo protestów skręca w przeciwną stronę i jedzie w nowy las. Gdzieś muszą być grzyby. Gdzieś musiało jeszcze  nie być człowieka. Dzicz zupełna, samochód ledwo przejeżdża, nawet taki terenowy jak Lanos. Grzybiarz pędzi, auto podskakuje i  ląduje niczym na jakimś rajdzie, ale na szczęście trzyma się drogi. Grzybiarz nie na drogę patrzy, lecz na pobocza i głębiej w las. Z  pędzącego pojazdu też można wypatrzeć grzyba. Nierzadko wehikuł staje, bo grzybiarz lub jego żona myśleli, że grzyba znaleźli. Cofają się czasem i 50 metrów, czasem i więcej, bo zanim zapadnie decyzja, ze tym razem zbadają sprawę, to dużo przejadą. Prawie zawsze wypatrzony grzyb jest zły- czy to z racji gatunku, czy z racji stanu. Ale ta nadzieja przy cofaniu za każdym razem równie silna.

Co innego grzybiarz bez wehikułu. Taki to idzie powoli z nosem przy ziemi i wypatruje. Spowalnia spacer, opóźnia, ale znajduje.  żaden spacer w las w sezonie nie może skończyć się bez pokaźnego zbioru. Nawet gdy był to spacer, z którego nie miało być zbioru.  Grzybiarz już tak ma. Dlatego zawsze trzeba mieć przy sobie siateczkę. Gdy nie ma siateczki, może być zapasowe ubranko  dziecka- w nim też można nieść.

Grzybiarz może wiedzieć, ze grzybów nie ma, może wiedzieć, że już za późno żeby były, może być cały mokry i nawet mieć tego świadomość, a może  nawet mieć już pełen koszyk, ale hipotetyczna możliwość zebrania nowych grzybów działa jak narkotyk.

Reklamy

Grzyby nam padają!

Jesteśmy na wsi i nie jesteśmy tu po to, by odpoczywać. Przyjechaliśmy pracować, bo Mąż sfiksował i ani minuty dłużej w Gdańsku wytrzymać nie mógł. Po przyjeździe- wczoraj załapaliśmy się z wyspanym Stasiem na ognisko u sąsiadów. Nadchodzi pełnia, więc gwiazd mało widać było, ale był bardzo towarzyski pies i sam księżyc i Stasio osiągało pełnię szczęścia. Następnie po dwóch godzinach od uśpienia Stasio doszło do wniosku, że  dalej spać będzie tylko pod warunkiem, że matka pójdzie z nim do łóżka. Ja się łudzę, że to ząbkowanie, ale Mąż, który ma za sobą lekturę tego wariata Zygmunta F., wie, że to kompleks Edypa. Na szczęście tutaj jest łózko, w którym mogło Stasio ten szantaż uskuteczniać bez wyrzucania ojca na podłogę/materac.

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy od Kuby Sienkiewicza przy śniadaniu. Ja jeszcze dziecko ubierałam na piętrze, gdy z dołu zabrzmiała muzyka i Stasio, usłyszawszy muzykę, rozpoczęło niemowlęcy taniec radości. Po szybkim śniadaniu wyjechaliśmy na grzyby. Grzybów nie było poza kilkoma kurkami, które później wzięły udział w obiedzie, ale był las. Las z miękką ściółką w sam raz dla raczkującego bobasa. Później plac zabaw z genialną przykrywaną piaskownicą, której pokrywa po złożeniu robi za ławeczki dla rodziców. Następnie rzeka z lodowatą wodą- zbyt zimną na kąpiel dorosłego, ale w sam raz, by zadowolony bobas się potaplał. Kolejny las, w którym Stasio zmrużyło oko, lecz tylko do czasu, aż rodzice się oddalili w poszukiwaniu grzyba. Na koniec było i jezioro z pomostem, na którym wszyscy odpoczywali. Stasio gapiło się na żaglówki, ojciec wylegiwał, a matka podziwiała blask wody i próbowała bezskutecznie uchwycić go na zdjęciach. Po powrocie i po obiedzie matka zajęła się opróżnianiem dziecięcej szafy z za małych ubranek i doszła do wniosku, że można dzięki temu Stasiowi przypisać mniejszą szafkę, a większą zaanektować dla siebie. Ojciec w tym czasie pracował a Stasio robiło ‚brum brum’. Koło 19 wszyscy poszli na spacer, na którym dziecko wbrew planom rodziców zasnęło. Na szczęście nie przeszkodziło to we wczesnym zaśnięciu ‚na noc’. Dziecko śpi a rodzice mogą zabrać się do pracy. Jutro deadline kolejnych kilku Bardzo Ważnych Spraw.

Na uwagę zasługuje znaleziony na działce grzyb. Jedyny, ale wart bycia jedynym. Grzyb jest marki Prawdziwek i mierzy 16 cm na wysokość. Jego kapelusz jest elipsą o średnicach 17 i 20 cm. Jest zupełnie zdrowy, jędrny i nienaruszony. Nóżka aż pękła taka była nabrzmiała. A po uśpieniu dziecka i przebrzmieniu płyty usypiającej  zabrzmiała prawdziwa muzyka dla uszu grzybiarza. Oto spadł deszcz i podlał wysuszoną ściółkę. Deszcz nie jest wcale mały. Matka, usłyszawszy ową muzykę, zwróciła na nią uwagę ojca, a wtedy ten rzekł ‚grzyby nam padają’. Minus jest taki, że nie będzie wylegiwania jutro.
Z miłych rzeczy to jeszcze mamy kreta na trawniku. Znaczy pod ziemią. Kret ma miłe aksamitne futerko i zarośnięte oczka. Dziś o poranku wyjrzawszy przez okno zobaczyłam ślady jego wizyt. Miło jest mieć kreta. Szkoda, że właściciele trawnika i inni bywalcy domu się nie ucieszą. Krety są milutkie.

Nadchodzą wakacje

Wygląda na to, że czekają nas jeszcze wakacje w tym roku. Kiedyś co wrzesień jeździliśmy do Krakowa i Zakopanego, w Krakowie były warsztaty dla pilnych studentów matematyki. Rok temu już nie było wakacji, nie miało być ich i teraz. Już wkrótce oddaję pracę, nie prześpię przez nią jeszcze kilku nocy, a potem będę wolnym człowiekiem. I nawet samo oddanie pracy by wystarczyło do szczęścia, ale przypadkiem złożyło się tak, że w dwóch polskich miastach, które i tak chcieliśmy kiedyś wspólnie odwiedzić,  odbywają się we wrześniu konferencje/warsztaty. Do pierwszego z miast wybierzemy się na 5 albo i 6 dni z dzieckiem. Uprzednio stoczymy walkę a może i całą wojnę o wyjazd z dzieckiem, przecież niemowlakiem jeszcze, w nieznane nieczyste warunki, gdzie nawet obiadu nie można maluszkowi ugotować, ani wykąpać ani stałego rytmu dnia zapewnić. A potem będzie już tylko super. Mąż będzie robił to, co lubi, a my ze Stasiem będziemy spędzać czas niezależnie od domowego regulaminu dnia. Może Staś do tego czasu stanie na nogi, to będzie jeszcze lepiej. Zwłaszcza, że będzie to bardzo duże miasto, w którym jest kilka fajnych   parków i innych niezbadanych miejsc. I którego szczegółową mapę mam na półce. A w mapie (nie na mapie, ponieważ ta mapa ma formę książki) są nawet wypisane autobusy i inne środki komunikacji miejskiej i można planować wycieczki z jej pomocą. A ja   bardzo lubię planować.

Następnie, po 3 dniach w domu, pojedziemy do nieco mniejszego miasta, do którego być może nawet udamy się samochodem, bo jest bliżej i prowadzi do niego autostrada, a także jako mniejsze miasto aż tak nie przeraża. Bo mnie jako pilota przerażają duże   miasta i korki, jakie się w nich tworzą. Wolę ruch leśny od miejskiego. Zresztą ruch miejski zbrzydł mi jako że pisałam o nim pracę magisterską. I tu mam cichą nadzieję, że na ten mały wyjazd do mniejszego miasta pojedziemy sami we dwóch, jako że to tylko   jedna noc, a po 6 dniowej nieobecności wszyscy będą się zabijać o to, kto może zająć się dzieckiem. Zresztą dwudniowy jednonocny   wyjazd sam na sam to nam już jakiś czas temu obiecano. Oby tylko pogoda dopisała, zwłaszcza w dużym mieście.

A w naszym własnym wcale niemałym mieście spędzaliśmy dziś czas. Jedliśmy ‚czisy w Maku’ i wróbelki się do nas łasiły, aby też   dostać po kawałku mcdonaldowej bułeczki. Mąż dawał i wróbelków przybywało z każdym wydanym kęsem. Ja nie dawałam, bo i tak   by się  nie najadły a czis jest taki mały. Staś się nie domagał makbułki, bo spał. Przegapił i widowisko, i wyżerkę. Chociaż wyżerka   to chyba złe określenie, gdyż był to tylko smaczek na stęsknione za Makiem kubki smakowe. Ja na pewno nie najadłam się.

Po miniposiłku Mąż został odstawiony tam, gdzie mu dobrze i gdzie rozmawia z takimi jak on o tym, co wszyscy wspólnie lubią, nawet   sfotografowany jak wystawała mu przez okno ręka (zdjęcie było z naprawdę daleka i ja na żywo widziałam tylko rękę a aparat   zobaczył właściciela ręki za szybą).

 Na miejsce rekreacji jechaliśmy jeszcze z Mężem, więc fakt, że wózek był trzecim wózkiem w ciasnej tramwajowej przestrzeni na   wózki i wielu współpodróżnikom się to nie podobało, nie był groźny. Wracaliśmy jednak sami ze Stasiem i nie było już ani trochę   kolorowo. Podróż chcieliśmy rozpocząć od pętli, gdzie można wsiąść do pustego tramwaju, ale tramwaj idealny (bo dojeżdżający na   przystanek z którego jest naziemne zejście) podjechał na półokrągły peron tylko jednymi drzwiami i te drzwi miały schody. Drzwi   przystosowane dla wózka nie podjechały do peronu, a z poziomu ziemi nie byly lepsze od tych drzwi ze schodami. Próbowałam   wózek wciągnąć na stopnie, ale było za wąsko dla kół (barierka w połowie schodów) a i drzwi nie patyczkując się ze mną wcale   rozpoczęły się zamykać. Jakiś wysoce uprzejmy starszy pan raczył mi powiedzieć, że to złe drzwi i że innymi się wózki wprowadza.  Kiedy w mej złości obchodziłam pętlę dookoła celem jej pieszego opuszczenia, inny tramwajarz zamknął w pośpiechu swoje drzwi w   obawie, że ktoś wsiądzie do jego odpoczywającego pojazdu. Nie byłam zainteresowana ani schodami w jego wysokopodłogowym   pojeździe, ani trasą, w którą miał się udać i ta ostentacja mnie dobulwersowala do końca. Zmuszeni sytuacją szliśmy pieszo bardzo długi odcinek, na którym Stasio bawiło się 7 typami żółtych kwiatów, które mu zapewniałam na bieżąco, a ja chłonęłam, aż   ochłonięta byłam gotowa na kolejne podejście do tramwaju- tym razem bez nieprzyjemności. Jechaliśmy i dziecko się szczerzyło do   każdego na swym horyzoncie, a ludzie albo ignorowali (umalowane kobiety- przypadek?), albo się oduśmiechali (zwłaszcza starsi   panowie).  Z dzieckiem jest fajnie kiedy nie jest głodne ani śpiące, nawet w tramwaju.

Dookoła kwiatów

Idąc za ciosem, prezentuję kolejną, acz wcześniej uszytą sukienkę w kwiaty. Podobnie jak landrynka, również i ta powstała z wielkiej poszewki na kołdrę.
Wykrój góry pochodzi z Burdy 03/2011 (model 108/109) i uważam go za doskonały. Szyłam z tego wykroju 3 góry sukienek i nie przestaje mnie zachwycać. Zresztą dzięki pełnemu odszyciu z podszewki jest równie ładny w środku jak i na zewnątrz. Niestety coś poszło nie tak z zamkiem i tył będę jeszcze poprawiać celem otrzymania ładnego trójkąta.

Dół jest półkolem o obwodzie dwa razy większym od pożądanego, całkiem starannie przymarszczonym. Długość jest mniej więcej równa, ale jej ustalanie to jedna z takich chwil, w których głośno wzdycham za manekinem. Niestety Mąż prędzej sprawiłby mi manekina niż pomógł z miarką.

U mojej babci zawsze była taka długa drewniana linijka bez skali, panie przychodzące do przymiarki zawsze zakładały ‚dyżurne’ pantofle na obcasie i stawały przed wielkim (gdzieś metr na dwa) lustrem, a babcia obchodziła je dookoła z miarą i zaznaczała właściwą długość. Ja długość swoich sukienek odmierzam równo od talii, czasem coś się omsknie i równo przestaje być. A Wy jak to robicie?

Landrynka

staranne wykończenie wnętrza i niesprane jeszcze ołówko-ślady

Technicznie i o szyciu. Z cudnej słodkiej landrynkowej poszewki na kołdrę uszyłam sobie sukienkę prezentowaną w Burdzie 5/2011 (model 108b). Od samego początku fascynowały mnie te cięcia i w końcu sama je wypróbowałam. W materiale dominuje róż, ale jest i biel, i łosoś, i pomarańcz, i zieleń, i wrzos, i turkus, i żółty… W dobieranie wzoru na ciętym materiale nie bawiłam się, mimo że ilość na to by pozwoliła.

U Marchewkowej i jeszcze gdzieś (niestety nie pamiętam, gdzie) czytałam, że dekolt oryginału jest łódkowy, że na plecach dużo materiału zostaje i odstaje- ogólne wrażenie jakie z lektury wyniosłam, to że dekolt trzeba zmienić. Spróbowałam to zmienić i nie narzekam. Nie jest idealnie, ale ja sobie ledwo radzę z dotrzymaniem wykroju, zachowaniem symetrii i w ogóle, a o przerabianiu do tej pory nawet nie myślałam. Precedensem w moim szyciu jest, że szwy schodzą się dokładnie tam, gdzie powinny, a nie pół centymetra obok albo jeszcze gorzej. Zawdzięczam to dokładnemu pilnowaniu narysowanych linii. Zamek kryty jest całkiem ukryty i udało się go przyszyć równo i w talii i przy dekolcie, ale dla tej równości poprawiałam dekolt:)  Podkroje pach, w których też mieszałam, nie w pełni mnie satysfakcjonują, odnoszę wrażenie, że góra przypomina męską podkoszulkę, ale całość zaciera to nieprzyjemne wrażenie.

Jest to pierwsza z moich sukienek, w których chciało mi doprowadzić wnętrze do stanu oglądalnego. Odszyłam dekolt drugą stroną poszewki, równie słodką, chociaż mniej mi się podobającą. Materiału zostało mnóstwo na słodkie sukienki dla przyszłej córeczki lub córeczek. Poza dekoltem zupełnie nic nie musiałam zmieniać. Pierwsza przymiarka była jedyną potrzebną- następne odbywały się już tylko dla przyjemności. Z wykonania jestem absolutnie zadowolona, z samej sukienki na 4, bo nie ukrywa niezbyt płaskiego brzucha. Ale mogłam to sama przewidzieć. Nie przewidziałam.

Zdjęcia na niewyszukanym tle, bo zaczynało już padać.

ukryty zamek kryty

równo schodzące się szwy

 

 

 

 

Chore żołądki i poglądy

Sufferujemy z zatrucia pokarmowego. Głównym podejrzanym jest arbuz. Jedliśmy go w niedzielę wieczorem. Ja swoje przeszłam w poniedziałek, wczoraj jedynie wychodząc z osłabienia, Męża złapało dopiero wczoraj wieczorem. Twierdzi, że nie złapałoby go, gdyby był się wyspał, ja jednak jestem zdania, że złapałoby tak czy siak, wolał jednak poczekać, aż ja będę gotowa opiekować się. Opiekuję się więc. W nocy podstawiałam miskę na wymioty, bo nie miał siły się doczołgać na miejsce, robiłam miętę, podawałam krople żołądkowe, podgrzewałam wodę do picia, robiłam okłady zimne i zmieniałam je. Dziś robię to samo oprócz podstawiania miski, bo potrzebna już nie jest, a na dodatek gotuję mannę z owocami, bo czystej jeść nie chce i zmieniam jeszcze więcej zimnych okładów, bo nagrzewają się. Sama diety żadnej nie trzymam, bo już wczoraj bardzo byłam spragniona pomidora. Jak zwykle mężowskie choroby są absolutnie nie w porę i jak zwykle, jeśli nawet zdarza nam się przechodzić przez to samo, on musi bardziej.

Wdaliśmy się na fejsbuku w żenującą dyskusję zwolenniczek aborcji po gwałcie (i nie tylko) z dawcami spermy, nic nie rozumiejącymi samcami, którzy się wypowiadają najgłośniej, chociaż z racji płci temat ich nie dotyczy. Jedna zwolenniczka powiedziała przeciwnikowi, że jego wiara stawia płody wyżej niż życie kobiety, po czym się wycofała z ‚tej bezsensownej dyskusji, w której zawsze znajdą się argumenty za i przeciw’. Mnie to zadziwia i zadziwiać nie przestanie, jak kobiety potrzebują tego prawa do aborcji, jak o nie walczą, jakie to dla nich ważne, jak czasami gotowe są być przeciw aborcji, ale nie w przypadku gwałtu, jak na koniec i tak powiedzą, że one i tak zrobią co zechcą. To wszystko jest takie wysokoobcasowe. I w ogóle jak emocjonalnie ‚dyskutują’ wyzwolone kobiety.

Pępkowe

Rok temu byłam w ciąży. Znaczy równo rok temu już nie, ale jeszcze rok i dzień temu tak. Spałam na ceratce, bo nie wiedziałam jak  to jest, kiedy odchodzą wody. W końcu ta ceratka pod prześcieradłem mnie zmęczyła i ją odrzuciłam. Pierwszej nocy bez ceratki  dostałam bólów i skurczy. Nie były okropne, bo krótko wcześniej przeżyłam bóle przepowiadające. Ale dawało się we znaki na tyle,  że spać nie mogłam. Zapadałam w jakieś drzemki, aż w końcu o szóstej obudziłam mamę i powiedziałam jej, żeby się powoli  pakowała. Bo mama miała przyjechać na poród i zostać potem na dwa tygodnie. Miała specjalnie zaplanowany urlop. Potem umyłam  włosy, bo raz widziałam zdjęcia znajomej ze szpitala i miała tłuste a ja chciałam ładnie wyglądać i poszłam obudzić Męża, który w  owym czasie z powodu swojej bezsenności sypiał w drewnianym domku. Była już ósma. Poszłam chyba nawet z herbatą i w ogóle.  Tylko co jakiś czas musiałam się podeprzeć i odczekać. Mąż nie spanikował, jak planował. Poszliśmy zrobić budyń- w owym czasie  na  śniadania jadałam budyń. Był różowy, prawdopodobnie malinowy. A może budyń zrobiła babcia. Babcia wiedziała, co się dzieje,  ale zachowała dyskrecję. My po śniadaniu udaliśmy się do alkowy, gdzie rozpoczęliśmy pakowanie. Musiałam przelać płyn micelarny  do mniejszej buteleczki i zrobić 1500100900 innych rzeczy, których nie robiłam wcześniej i przez które śnił mi się mały koszmar o  nagłym porodzie bez spakowanej torby. Ja spakowałam się w plecak, za co potem spotykała mnie krytyka ze strony różnych osób  uważających formę bagażu do szpitala za bardzo ważną. Podczas naszego pakowania powoli wstawali niczego nie podejrzewający  rodzice. Tuż przed 11 zeszliśmy do auteczka, wrzuciliśmy tobołki do bagażnika i wyglądaliśmy jakbyśmy właśnie udawali się na  wycieczkę, jako czyniliśmy w owym czasie każdego poranka. Poinformowaliśmy owych niczego nie podejrzewających rodziców, że  jedziemy do szpitala. Chcieli zrzucać kalosze i pędzić za nami, ale Mąż zatrzymał ich we wspaniały i niezwykle skuteczny sposób-  ‚zostańcie, może coś trzeba będzie dowieźć’. Zostali, my pojechaliśmy. Czułam się świetnie i tylko miałam nadzieję, że nie odeślą do  domu ani że nie przeciągnie się to zbytnio. Z jednej strony chciałam urodzić 13 sierpnia, żeby Staszek był imiennikiem i  urodzinnikiem swojego pradziadka, ale z drugiej skoro już było zaczęte, chciałam mieć to prędko za sobą. Mąż zaproponował  zboczenie z drogi, żeby było co wspominać, ale mama dawała znaki, że już dojeżdża, więc nie zboczyliśmy.  Izba przyjęć była typowa, to znaczy przyjmowała długo, powoli. Ale nie robili problemów z zaświadczeniem o podleganiu  ubezpieczeniu, o którym trąbiły gazety, jakoby było bardzo ważne i uniemożliwiało poród. Ja byłam wówczas jeszcze studentką, ale  każdy twierdził co innego. To znaczy miałam podlegać pod mamę, lub pod nieubezpieczonego Męża, a może być uprawniona  niezależnie od ubezpieczenia jako rodząca. Nikt o nic nie zapytał. Po szczegółowym wypytaniu mnie o wykształcenie i telefon oraz  telefon do osoby powiadamianej w razie awarii odesłano mnie do poczekalni. Następnie z tej poczekalni wezwano, bo przyszedł  ginekolog. Wielki i brzydki. Lubię to powtarzać- wepchnął mi zupełnie bezceremonialnie paluch po czym orzekł ‚jest pani przyjęta na  porodówkę’. Dostałam białe wiązane ubranko, w którym nie wszystkie troki działały. Mój plecak niosłam dalej do spółki z położną,  która twierdziła, że sama jest w ciąży. Mamę wysłano aby zapłaciła za swój udział w porodzie. Mąż poszedł oczekiwać. Jednak był  gotów brać udział, wbrew wcześniejszym negatywnym deklaracjom, ale skoro była już mama, to zrzekł się zaszczytnej funkcji  trzymania mojej dłoni.

Mnie znów wypytywano, leżałam sobie i czekałam aż urodzę. Przyszła mama z aparatem na szyi ale aż do wyjścia Stasia nie zrobiła  ani jednej fotki a i wtedy mało. Skurcze nie były już takie fajne, sprawdzanie rozwarcia w ogóle nie było fajne, odeszły wody co  odczułam niczym popuszczenie moczu. Położna w kubraczku z napisem ‚Dominika’ (później okazało się, że to nazwa firmy robiącej fartuchy, wtedy  myślałam, ze jej imię) co chwilę kazała przeć ‚przyj Ola jakbyś kupę robiła’, no cóż, mogła subtelniej. Ja zaś cały poród się bałam  przypadkowej defekacji, bo spotkana kilka miesięcy wcześniej na urodzinach N. położna mówiła, że zaleca lewatywę i że  przypadkowe defekacje… Więc w czasie porodu dominował u mnie strach przed przypadkową defekację, bo lewatywy nikt mi nie  zaoferował. Cały czas krytykowano moje parcia, nawet mama obróciła się zdradziecko przeciwko mnie- że trzeba było iść do szkoły  rodzenia. Do faktu urodzenia dziecka doszło o godzinie 14:45, po zaledwie 2,5 godzinie od przyjęcia na porodówkę. Na wszelki  wypadek nacięto krocze, co okazało się mieć fatalne i długoterminowe skutki, ale na szczęście było to najgorszym, co mnie spotkało.

  Dziecko ważyło 3780 [jednostek wagi] i było zdrowe, sine i oślizgłe. Zaraz je zabrali, bez słynnego kładzenia na brzuchu, pierwszych pogłasków czy  natychmiastowego karmienia, na które przygotowały mnie gazety. Ponieważ było to piątkowe popołudnie, wpuszczono mnie,  dziecko, mamę, Piotra i N., która Piotrowi towarzyszyła do jakiejś osobnej sali, gdzie doszło do pierwszego karmienia, gdzie ja  zjadłam banana, każdy porobił zdjęcia, mama obwieściła światu, że jest już babcią i skąd nas po półgodzinie wypędzono- ich do  domu na świętowanie, a mnie z dzieckiem powieziono do sali na pobyt. Dostałam zimną zupkę i herbatę w kubku pani położnej.  Potem zamówiłam sobie własny z domu. Wraz z własnym kubkiem przyjechała też torba, co bym mogła przepakować się z rzekomo  niewygodnego plecaka. Przyjechały tez termosy z herbatą. I w ogóle dbano o mnie. W owym czasie Mąż odbywał swoje pierwsze  jazdy autem beze mnie, bo do tej pory byliśmy nierozłączni. Przywożono mi ciepły budyń owinięty w obsceniczną gazetę marki  urban. Kiedy Mąż usłyszał o pępkowym, to się przestraszył, bo ogół był uradowany na myśl o okazji do picia alkoholu, Mąż zaś myślał, że to jakiś kolejny podatek, który należy zapłacić z okazji narodzin dziecka. Myślał tak samo i P., który poglądy na podatki ma takie jak Mąż, ale od alkoholu nie stroni, więc powinien był wiedzieć, z jakich okazji się pije.

W sali leżała dziewczyna z dziewczynką, którą chciała nazwać Liliana lub Aleksandra. Z oczywistych przyczyn radziłabym jej to  drugie. Dziewczyna nie spała całą noc, bo jej dziecko darło się, szczało i defekowało na potęgę i co chwilę coś gadała. Ja też nie  spałam przez to gadanie. Mówiła niby cicho, lecz donośnie i przez cały pobyt nie wiedziałam, czy zwraca się do mnie, do dziecka, do  telefonu czy do siebie. Moje jakoś nie szczało ani nie defekowało, a już na pewno nie tak często. Stasio pierwszej nocy tylko  postękiwało i uspokajało się pogłaskane, ale drugiej nocy przejęło zwyczaje sąsiadki i krzyczały na zmianę. Dostało też mieszankę z  butelki, bo tak poradziły położne- ‚jeśli się dziecko nażre, to będzie cięższe i szybciej was wypuszczą’. Wypuścili w niedzielę, 14tego.  Apteki były pozamykane, a ja pilnie potrzebowałam laktatora. Jeszcze nie otwarto apteki dyżurnej, a w centrum handlowym w  jedynej czynnej mieli bubel za 44 złote i ja ten bubel kupiłam. W domu zjadłam ziemniak z masłem, wieczorem przyjechała N.  łagodzić obyczaje, bo mojej mamy jednak jeszcze nie było, a reszta kobiet myślała, że wie jak kąpać dziecko i była przekonana, że ja tego nie  wiem. N. miała jakieś doświadczenie, więc ona to robiła. Skrytykowano nas za ergonomiczną anatomiczną wanienkę, która  wymagała naprawdę dużo wody, ale innej nie było. Woda do kąpieli została przegotowana i schłodzona źródlanką, ‚bo pępuszek’.  Pępuszka i tak nie moczono, ale cyrki z gotowaniem wody trwały potem jeszcze chyba tydzień. Ja po dwóch, a właściwie trzech  nieprzespanych okołoporodowo nocach nie miałam siły się postawić i potem już tak zostało. Tą poporodową słabość wykorzystano również celem odarcia mnie ze wstydu, intymności i upublicznienia piersi. Odzyskanie utraconego wtedy wstydu zajęło mnóstwo czasu, ale wciąż nie cały pozbierałam. 

Na uwagę zasługuje jeszcze wizyta środowiskowej położnej, która nas znienacka odwiedziła w piątej dobie życia. Kazała ‚doić  cycki’ i całej starszyźnie powiedziała, że będę ‚doić cycki’. 17 sierpnia również wyszliśmy na pierwszy spacer po okresie werandowań i od  tego czasu było z górki. Były grzybozbiory, wycieczki, było fajnie, czasem mniej fajnie, były kolki, potem przeszły kolki, a zaczęły się zęby nie ustępujące do dzisiaj, zupełnie nieprzespana noc była tylko jedna, ale całkiem przespanej nie było wcale. Zmuszali nas do wiązania czerwonej wstążki na wózku, rzekomo bardzo istotnej dla babci. Miała ona (wstążka, nie babcia) chronić przed złymi urokami. Stosowali specjalne węzły żeglarskie pozwalające zidentyfikować, czy była zdejmowana. Nie daliśmy się. Pierwszego dnia posłużyła wstążka do przytrzymania zasłonki z tetruszki, później już niczemu nie służyła. Ale co się kobiety we wsi tego pierwszego dnia ucieszyły, to ich.

Dziś Staszek skończył rok. Odkrywa i miętosi swoje ciało pod pieluchą, z dziewczynką w kościele wymieniał się dziś misiami, wyrzuca zabawki z wózka, bierze do buzi co popadnie, nie je obiadów, chyba że chce się popisać, nie chce zasypiać we własnym łóżku, lubi grzebać w kiblu, lubi przyciski i pokrętła, zwłaszcza na pralkach i sprzętach grających. Jest, jaki jest. Dobry punkt wyjścia do stawania się lepszym.