Nadchodzą wakacje

Wygląda na to, że czekają nas jeszcze wakacje w tym roku. Kiedyś co wrzesień jeździliśmy do Krakowa i Zakopanego, w Krakowie były warsztaty dla pilnych studentów matematyki. Rok temu już nie było wakacji, nie miało być ich i teraz. Już wkrótce oddaję pracę, nie prześpię przez nią jeszcze kilku nocy, a potem będę wolnym człowiekiem. I nawet samo oddanie pracy by wystarczyło do szczęścia, ale przypadkiem złożyło się tak, że w dwóch polskich miastach, które i tak chcieliśmy kiedyś wspólnie odwiedzić,  odbywają się we wrześniu konferencje/warsztaty. Do pierwszego z miast wybierzemy się na 5 albo i 6 dni z dzieckiem. Uprzednio stoczymy walkę a może i całą wojnę o wyjazd z dzieckiem, przecież niemowlakiem jeszcze, w nieznane nieczyste warunki, gdzie nawet obiadu nie można maluszkowi ugotować, ani wykąpać ani stałego rytmu dnia zapewnić. A potem będzie już tylko super. Mąż będzie robił to, co lubi, a my ze Stasiem będziemy spędzać czas niezależnie od domowego regulaminu dnia. Może Staś do tego czasu stanie na nogi, to będzie jeszcze lepiej. Zwłaszcza, że będzie to bardzo duże miasto, w którym jest kilka fajnych   parków i innych niezbadanych miejsc. I którego szczegółową mapę mam na półce. A w mapie (nie na mapie, ponieważ ta mapa ma formę książki) są nawet wypisane autobusy i inne środki komunikacji miejskiej i można planować wycieczki z jej pomocą. A ja   bardzo lubię planować.

Następnie, po 3 dniach w domu, pojedziemy do nieco mniejszego miasta, do którego być może nawet udamy się samochodem, bo jest bliżej i prowadzi do niego autostrada, a także jako mniejsze miasto aż tak nie przeraża. Bo mnie jako pilota przerażają duże   miasta i korki, jakie się w nich tworzą. Wolę ruch leśny od miejskiego. Zresztą ruch miejski zbrzydł mi jako że pisałam o nim pracę magisterską. I tu mam cichą nadzieję, że na ten mały wyjazd do mniejszego miasta pojedziemy sami we dwóch, jako że to tylko   jedna noc, a po 6 dniowej nieobecności wszyscy będą się zabijać o to, kto może zająć się dzieckiem. Zresztą dwudniowy jednonocny   wyjazd sam na sam to nam już jakiś czas temu obiecano. Oby tylko pogoda dopisała, zwłaszcza w dużym mieście.

A w naszym własnym wcale niemałym mieście spędzaliśmy dziś czas. Jedliśmy ‚czisy w Maku’ i wróbelki się do nas łasiły, aby też   dostać po kawałku mcdonaldowej bułeczki. Mąż dawał i wróbelków przybywało z każdym wydanym kęsem. Ja nie dawałam, bo i tak   by się  nie najadły a czis jest taki mały. Staś się nie domagał makbułki, bo spał. Przegapił i widowisko, i wyżerkę. Chociaż wyżerka   to chyba złe określenie, gdyż był to tylko smaczek na stęsknione za Makiem kubki smakowe. Ja na pewno nie najadłam się.

Po miniposiłku Mąż został odstawiony tam, gdzie mu dobrze i gdzie rozmawia z takimi jak on o tym, co wszyscy wspólnie lubią, nawet   sfotografowany jak wystawała mu przez okno ręka (zdjęcie było z naprawdę daleka i ja na żywo widziałam tylko rękę a aparat   zobaczył właściciela ręki za szybą).

 Na miejsce rekreacji jechaliśmy jeszcze z Mężem, więc fakt, że wózek był trzecim wózkiem w ciasnej tramwajowej przestrzeni na   wózki i wielu współpodróżnikom się to nie podobało, nie był groźny. Wracaliśmy jednak sami ze Stasiem i nie było już ani trochę   kolorowo. Podróż chcieliśmy rozpocząć od pętli, gdzie można wsiąść do pustego tramwaju, ale tramwaj idealny (bo dojeżdżający na   przystanek z którego jest naziemne zejście) podjechał na półokrągły peron tylko jednymi drzwiami i te drzwi miały schody. Drzwi   przystosowane dla wózka nie podjechały do peronu, a z poziomu ziemi nie byly lepsze od tych drzwi ze schodami. Próbowałam   wózek wciągnąć na stopnie, ale było za wąsko dla kół (barierka w połowie schodów) a i drzwi nie patyczkując się ze mną wcale   rozpoczęły się zamykać. Jakiś wysoce uprzejmy starszy pan raczył mi powiedzieć, że to złe drzwi i że innymi się wózki wprowadza.  Kiedy w mej złości obchodziłam pętlę dookoła celem jej pieszego opuszczenia, inny tramwajarz zamknął w pośpiechu swoje drzwi w   obawie, że ktoś wsiądzie do jego odpoczywającego pojazdu. Nie byłam zainteresowana ani schodami w jego wysokopodłogowym   pojeździe, ani trasą, w którą miał się udać i ta ostentacja mnie dobulwersowala do końca. Zmuszeni sytuacją szliśmy pieszo bardzo długi odcinek, na którym Stasio bawiło się 7 typami żółtych kwiatów, które mu zapewniałam na bieżąco, a ja chłonęłam, aż   ochłonięta byłam gotowa na kolejne podejście do tramwaju- tym razem bez nieprzyjemności. Jechaliśmy i dziecko się szczerzyło do   każdego na swym horyzoncie, a ludzie albo ignorowali (umalowane kobiety- przypadek?), albo się oduśmiechali (zwłaszcza starsi   panowie).  Z dzieckiem jest fajnie kiedy nie jest głodne ani śpiące, nawet w tramwaju.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s