Sloł liwing

Jesteśmy w domu czyli na wsi. Przyjechaliśmy na dwie noce i w nadziei na grzyby. Sąsiad miał wczoraj pełne wiadra z tych okolic właśnie. Staszo dziś cały dzień marudziło, oczko ropieć przestało, ale marudność niesamowita dziecię ogarnęła. Zataczało się niczym pijak i po każdym zatoczeniu rzewnie wyło, bo łkaniem tego nazwać się nie da. Apetyt zerowy, ale na to akurat nerwy mam stalowe, dopóki dziecko pije. A pije. Trochę mniej, ale wystarczająco. Więcej, niż pić dostaje gdy nie pod moją opieką przebywa. W samochodzie dziecko ożyło i odżyło. Liczyłam, że zaśnie, a nie zasnęło, nic to jednak, bo spało wcześniej. Rozpoczęła się nasza dwudniowa przygoda ze sloł liwingiem. Oczywiście jutro nieliczne i z samego rana jedynie się odbywające Msze oraz chęć wyprzedzenia innych grzybiarzy w dzikim pędzie po pełne kosze zmusza nas do pewnych ustępstw, ale jednak ogólnie zamierzamy się nie spieszyć. Pierwszy raz od lat nie przyjechały z nami żadne książki do magisterki, sam wyjazd choć krótki, ma charakter stricte nienaukowy. Ja to zamierzam sprzątać, bo już poprzednim pobytem dużo ogarnęłam i są szanse na efekty, a ja lubię gdy są efekty. Mam już na sobie tutejszą piżamę, którą od dłuuugiego czasu noszę tylko i wyłącznie tutaj. Mąż opracowuje scenariusz na mającą się wkrótce odbyć sesję RPG swoich marzeń. Staszo śpi w swoim łóżeczku. Raz już próbowało wymusić przejście do dużego łóżka, krzykiem oczywiście, ale mama po raz pierwszy nie była miękka, a chyba mu tez bardzo nie zależało, bo niemal nie oponował wracając do łóżeczka. Zresztą tutejsze łóżeczko jest dużo wygodniejsze od gdańskiego. Nie ma co się oszukiwać, i tak wiadomo kto w czyim łóżku skończy.

 Najlepiej sloł liwing prowadzić w Lidlu. Sobotni wieczór jest ku temu idealny. Lidl jest pustawy, wszak wszyscy zrobili zakupy przed południem w największym tłoku lub odłożyli na niedzielę, by ja właściwie święcić. Nieliczni tylko przybywają po trunki na wieczór. W Lidlu jest wszystko, co potrzeba. Są wrzosy na sadzonki, jest pieczywo typu bułki, jest ser gorgonzola, są ciastka amerykańskie z czekoladą, które może jeść już i domagające się frykasów Stasio. Są ziemniaki- do wyboru w workach lub na sztuki. Samodzielnie wybierając można wybrać te lepiej się nadające na frytki, a do tego jest taniej. Jest śmietana do jutro_zebranych maślaczków. Są chipsy najróżniejszych struktur i smaków, nawet takie w kształcie misia. Są oczywiście soki typu kubuś. I maślanka. I banany dla niemających apetytu niemowlaków. I słoiki dla leniwych lub rekreujących się matek. I znicze, ale to akurat nam nie było dziś potrzebne. I woda_z_Lidla, dla uzależnionych od wody, najlepsza w smaku ze wszystkich znanych wód, mineralne konkurująca z Cisowianką, lepsza od Pomorzanki i przy okazji najatrakcyjniejsza cenowo. I już słodycze bożonarodzeniowe. W zeszłym roku zaskoczyły nas 4 października, w tym roku są jeszcze wcześniej. Mąż był łaskaw nawet kupić mi keks z marcepanem, który smakiem wprawdzie nie powala, ale smakuje Świętami. Nie śmiałam już prosić o pierniki norymberskie, które smakują nocnym jedzeniem podczas nocnych karmień Stasi. (Mężu, gdybyś to czytał przed poniedziałkiem, to będziesz wiedział jak mnie ucieszyć). Wracając do Lidla, nie zapomniano i o atrakcjach dla najmłodszych. Wózek jak to wózek, jeździ i ma miejsce na berbecia. Jest i karton, z którego maluch nie wyjdzie sam choćby poskoczył. A żeby sloł liwing z Lidla rodem był naprawdę sloł, to pracuje tylko jedna kasa. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo nikt się nigdzie nie spieszy!

 Posilona lidlową bułeczką Stasiunia nabrała humoru i przyjechawszy pod dom zakręciła się niczym rasowa gospodyni. Doglądała, jak rodzice nosili tobołki i zakupy, wymachiwała pogrzebaczem, testowała zmiotkę i trochę też szufelkę. W końcu zabrała się za zupełnie ręczne wywalanie popiołu z kominka, który sama otworzyła. W tym jednym miejscu po paru minutach matka zainterweniowała, umyła łapki i kominek zamknęła, a popiół zmiotła. Dziecko odmówiło kolacji, ale wypiło większość mleka, po czym wcale nie miało zamiaru spać, lecz odbierało bodźce. Chichrało się jak przysłowiowa pensjonarka i kombinowało, czy lepiej wydłubać matce nos, czy wydrapać oczy. W końcu matka swoim schrypiałym głosem opowiedziała krnąbrnemu synkowi najnudniejszą historię jaką udało jej się skompilować i to go zmogło.

Reklamy

Ryzyk-fizyk

Kaloryfery ruszyły. Już zapomniałam, jak cudowny jest zawsze ten dzień, bo w zeszłym roku sami sobie ogrzewanie zapewniliśmy na wsi będąc. Ale poza tym od lat niezmiennie oczekuję dnia, w którym miasto rozpoczyna grzanie. Tak było i teraz. Ostatnie dni trzęsłam się z zimna mimo licznych bluz, a oszczędziwszy dziecku wychładzających kąpieli, właziłam wraz z nim pod kołdrę i na tym moja cowieczorna aktywność kończyła się. Sama z wychłodzenia dorobiłam się przeziębienia, a u mnie przeziębiania zawsze łączą się z zatokami. Są tacy teoretycy mojego zdrowia, którzy twierdzą, że z nadmiaru nabiału organizm wytwarza nadmiar śluzu i stąd się biorą chore zatoki. Ja tam te cudowne wyjaśnienia ignoruję, zajadam zimny twaróg, który gardłu na pewno nie pomaga, popijam ciepłym nagietkiem, który z kolei na gardło robi dobrze jak mało co. Na szycie się jednak jeszcze nie czuję. Zresztą w moim kąciku szyciowo-maszynowym siedzi Mąż i ogląda wykład Susskinda z teorii strun czy innej tajemnej dziedziny.

Ten tydzień przyniósł wiele zmian. Przede wszystkim dziś oddałam nieszczęsną pracę. Dziś dopiero, chociaż cały tydzień chodziłam do dziekanatu, bo zawsze się coś okazywało. W poniedziałek zabronił jej oddawania Mąż, który chciał jeszcze poprawki wprowadzać. Na szczęście zapał mu przeszedł i do zmian nie doszło. We wtorek już w dziekanacie okazało się, że wszędzie tam, gdzie były odnośniki do bibliografii lub do rysunków, texnic center zrobiło psikus i zamiast odpowiednich numerków, powstawiało podwójne znaki zapytania. Rzecz do poprawienia w parę sekund, ale ponowny wydruk trefnych stron w pożądanej ilości kosztował 16,80. W środę nie pracował dziekanat. W środę to i ja wysiadłam i nie bardzo z łóżka wychodziłam. Katedra z kolei nie chciała dać pieczątki, zanim promotor nie podpisał. Promotor podpisał wczoraj, ale już po zamknięciu dziekanatu. Zwrócił też uwagę, że mapa z googli nie jest zaindeksowana odpowiednią pozycją z bibliografii. Biblioteka to w ogóle nie pracowała, ale weszłam przez zaplecze. Niestety weszłam do tej biblioteki przed uwagą promotora, także na egzemplarzu bibliotecznym nie ma map google w bibliografii, a chyba na nim przede wszystkim powinny być. Ale grunt, że większość biurokracji za mną.

Codziennie bieganie na politechnikę miało tez drugi powód. Mąż był bezwzględny. We wtorek omdlewającą ciągał po gabinetach, podania pisać kazał, niemal agresywnie reagował na wszelkie ociągania, pokładanie się i w ogóle nie był ani przychylny, ani przyjemny. Dał zgodę na umieranie, ale później. We wtorek złożyliśmy podanie u rektora. Miało wrócić do dziekana drogą służbową, ale szło zbyt powoli i wczoraj sami odstaliśmy w kolejce do dziekana, potem byliśmy z powrotem u rektora i ostatecznie jest zgoda. Po zakończeniu rekrutacji, zupełnie poza nią, zostałam studentką pierwszego roku fizyki stosowanej. Pierwszą, rzucającą się z daleka w oczy korzyścią jest legitymacja. Ulgi na przejazdy i do kin, bo chyba jesienią to mnie Mąż zacznie zabierać do kina. Ale, wbrew pozorom, moje studiowanie nie dla legitymacji się odbywać będzie. ani nawet nie dla zusu. Ze względu na pokrewność dziedzin, wiele przedmiotów zostanie mi przepisanych i same studia w nadchodzącym semestrze pochłoną 4-6 godzin w środy i ewentualnie jeszcze dwie godziny w czwartek, jeśli zdecyduję się chodzić na wykłady. Ten tydzień  był ostatnią okazją by rozpocząć drugi kierunek bezpłatnie. Oczywiście ze studiów zawsze będę mogła zrezygnować, ale łudzę się, że za rok zacznę przynosić do domu stypendia. A jak zacznę, to ucieszy się i moja mama. Chociaż o fakcie pójścia na studia chcemy ja poinformować wcześniej i to najlepiej tak, żeby sama myślała, że to jej pomysł. I poza tym wszystkim, fizyka jest ogólnie fajna, a moja do niej niechęć wynikała jedynie z tego, że „nie wchodzi sama”.

Ponadto ja jakoś się rozwijać muszę. Nie mogę sobie pozwolić na zostanie trzecią karmicielką. Mogę być albo jedyną, albo chociaż główną, ale nie trzecią, tą która podaje to, czego dziecko odmawia na oczach i pod uwagami pozostałych dwóch. O nie! I nie mogę mieć czasu na czytanie tych wszystkich beznadziejnych książek o karmieniu dzieci i najnowszych numerów gazet Dziecko, Mam dziecko, Ja i dziecko, Ty i dziecko, Twoje dziecko, Moje dziecko, Nasze dziecko, Wasze dziecko, Halo to ja, Twój maluszek, Mój maluszek, Niemowlę, Berbeć, Wy i dziecko, My i dziecko, Wyj dziecko!, Myj dziecko, Czesz dziecko, Mama, tata i dziecko*, Mój pies i jeszcze paru innych,czego obiecano ode mnie oczekiwać po oddaniu pracy. Uważam, że mogę być dobrym rodzicem bez znajomości tabelki żywieniowej. A niektórzy będą mnie uważać za złego rodzica nawet gdy poznam wszystkie tabelki. Ot, przykład. Staszo przechodzi kolejną fazę ząbkowania. Dodatkowo odkrywa się w nocy i być może jest podziębione, ale ani kicha, kaszle jak zawsze leciutko i wciąż można to tłumaczyć krztuszeniem się śliną. Jedyne objawy to ciepłość (nikt poza złą matką jej nie zauważył) i ropiejące oczko. Raz mu już ropiało i przeszło. Nie ropieje zresztą mocno. No ja znam objaw i się nie martwię. Ale z ropiejącego oczka czasem leci mu łezka. I kiedy takie Stasiątko przyszło dziś ze spaceru, z miejsca zostało zapakowane do szufladki z napisem „zapłakane”, a rodzice do kompatybilnej szufladki z napisem „wyrodni”. Skądinąd to od czerwca dwójki nie chcą wyjść a dziecko ma 13,5 miesiąca. Chwilami się o to martwię. Zwłaszcza, że kilka dni temu moja mama przyznała się, że wcale nie miała dwójek. A wiem po zdjęciach jaka była z tego powodu biedna. Byliśmy dziś z dzieckiem w spożywczaku i wcale niedługo, ale zdążyło się znudzić i zawyło niczym syrena. Sami to nazywamy syreną, dziś zupełnie niezależnie nazwała to tak pani sklepowa. Byliśmy też wieczorem u sąsiada, do którego przyszła paczka dla nas i oglądaliśmy jego nowo zebrane grzyby. Zupełnie naturalnie przeszliśmy się po wszystkich pokojach i mimochodem wyjaśniło się głośne tupanie słyszalne nierzadko. Otóż mieszka tam zupełnie zadomowiona dziewczynka, która nie jest niczyją córką.

Dziś w ramach wyłażenia z łóżka zrobiłam Mężowi prawdziwy obiad. Prawdziwy obiad składał się z knedli ze śliwkami. Ja knedle i inne pierogi uwielbiam, bo mi babcia robiła zawsze takie smakołyki, a Mąż toleruje, bo jemu podawano tylko paczkowane, albo co gorsza garmażowane, ale ja rozbudzam w nim sympatię do słodkich bezmięsnych dań z domowej kuchni.

Ponieważ same knedle pochodzą od mojej babci, to mimo iż ten przepis wywodzi się jakoś z internetu, będzie on w stylu babci.

KNEDLE ZE ŚLIWKAMI/TRUSKAWKAMI

Ugotować ziemniaki, można rozgotować bo i tak mają być miękkie. Powiedzmy 0,8 kg. W sumie obojętnie ile. Trochę wystudzone ziemniaki zgnieść na puree/przecisnąć przez praskę na stolnicę. Dodać około 200g twarogu (ilość dowolna, dobry mielony twaróg śmietankowy daje niesamowitą delikatność ciastu), dodać jajko lub dwa. Mojej masy było dużo, to dałam dwa. Można dodać szczyptę soli, ale nie wiem po co. Zagniatać dodając mąkę dla pożądanej konsystencji.

Jeśli używamy śliwek, to odpestkować je. Pokroić ciasto na plastry, wytarzanymi w mące dłońmi chwytać plastry, rozpłaszczać je i zawijać owoc. Następnie w dłoniach ukulać kulki i obtoczone w mące kłaść na stolnicy. Dobrze, gdy warstwa ciasta nie jest za gruba. Uważać z mąką, bo zmniejsza ona lepkość ciasta. Gotować w dużym garnku z osoloną wodą do wypłynięcia i jeszcze trochę dłużej. Fajnie polać stopionym masłem. Można przed zawinięciem sypać do owocu cukier i cynamon, ale i tak sypie się to na gotowe, więc po co zwiększać ilość pracy.

*Zauważyliście, że wszystkie te tytuły lansują model jednodzieciowy, lecz za to bardzo praco- i zasobochłonny?

OC potrafi dopiec

Poszukiwanie najtańszego OC spędza sen z powiek kierowcom, każdemu kierowcy co najmniej raz w roku. Chyba, że jest bogaty. My, no cóż, bogaci jedynie duchowo jesteśmy, ach.

5 lat temu, gdy jako świeżo upieczony kierowca chciałam kupić sobie samochód, zwróciłam się do dziadka z prośbą o współwłaścicielstwo, co by tańsze OC mieć. Dziadek oczywiście odmówił w obawie o swoje zniżki a na domiar złego stłamsił i zahukał. Bardzo miło jednak wspominam pewną próbę zakupu Skody Felicji latem roku 2009, kiedy to pojechało nas 5 ekspertów na ogląd- przyszły Mąż, przyszły teść, P. oraz jego tata-mechanik. Niestety moja rodzina wówczas również postanowiła mnie stłamsić doszczętnie grożąc horrendalnymi kosztami utrzymania auteczka oraz same Felicje zniesławiając. Czas mijał, przyszły Mąż stał się Mężem, jednocześnie skończyła się praca, którą wówczas wykonywałam a oszczędności rozeszły się na pościele i wystawne małżeńskie życie. Marzenia o własnych 4 kółkach musiały schować się. Zwłaszcza, że Mąż nie posiadał prawa jazdy i kolejne egzaminy starały się nas przekonać, że nie będzie go miał. Nie poddawał się jednak, bo prawo jazdy było ostatnią z 52 cech Wymarzonego (lista nastoletniej Cytrynny), której mu brakowało. Wspierałam go dzielnie i na każdy egzamin z nim jechałam. Zdał jednak za 9. razem, tym jednym, na którym mu nie towarzyszyłam. Otworzyło nam to drogę do zakupu wspólnego już auta. Tym bardziej upragnionego, że chcieliśmy bywać na wsi, a komunikacja jest tam FA-TAL-NA! Ostatni autobus w okresie pozawakacyjnym odjeżdża o 15:45. Chadzaliśmy zatem i pieszo z plecaczkami i siatkami sadzonek do sadzenia cale 12 km o suchych pyskach. Ale dość już rzewnych historyjek. Rodzice P. mieli z czasem dość jeżdżenia z nami na oglądy badziewi jako eksperci i zaproponowali nam jeden z ogierów ze swojej stajni- ten lepszy (stosunek ceny do jakości), a my wzięliśmy. Wszyscy odetchnęli z ulgą, bo w końcu braliśmy od znajomych, a auto to albo z salonu, albo od znajomych. Przez to branie od znajomych do dziś nie mamy radia (ciągle go szukają), ale bez radia też da się żyć, o ile toleruje się mój śpiew:)

Zakupione auto (był wrzesień) miało opłacone OC do maja i to taaakie tanie OC, zadzwoniliśmy jednak do AVIVY z powiadomieniem o zmianie właścicieli i okazało się, że dla naszych parametrów należy dopłacić jakieś 2000 złotych. Poszukaliśmy prędko innego ubezpieczyciela i znaleźliśmy AXĘ za około 900 złotych. Tak nas to ucieszyło, że w pierwszym roku kupiliśmy sobie jeszcze NW i jakieś holowanie. Jeździliśmy, było fajnie, przyszedł drugi rok. Porażka totalna. W głupiej rozmowie z konsultantem, w dodatku nagrywanej, powiedziałam, że autem będzie też jeździł Mąż, kierowca teoretycznie niedoświadczony, który de facto był naszym jedynym kierowcą. Skalkulowali to sobie i się ucieszyli, bo oznaczało to dopłatę. Nijak nie dało się z tego potem wycofać. Żeby jakoś się wypłacić zrezygnowaliśmy z holowania i z NW i zostaliśmy w nieszczęsnej AXie.

Przyszedł styczeń. Mroźny śliski dzień, w którym odwoziłam Męża na autobus do Gdańska i musiałam sama wrócić. Wówczas byłam już nieco odtłamszonym kierowcą. Pech chciał, że w tylny zderzak wjechał mi naciągacz. Byłam sfrustrowana pożegnaniem z Mężem i spieszyłam się do głodnego dziecka piersią żywionego, a tu taki dziad. Stary mercedes, zdezelowany i zardzewiały, grill popękany, a on mi tu wjeżdża i mówi,że ja się w niego cofnęłam, że mu zderzak zwisa a i lampa cofnęła się. Grozi policją i chce skromnych 300 złotych niby. Ja, ufna w uczciwość aparatu sprawiedliwości, mówię „wzywaj pan”. Tyle, że ja byłam zestresowana, on wygadany i jeszcze przez telefon na policji wymógł zgodę na opuszczenie blokowanej przez nas drogi i zjazd na parking, co usunęło dowody jego zbrodni. Policja stwierdziła, że nasz zderzak jest porysowany (w końcu jeździmy po lesie) i jakieś zdarzenie było. Przyznali, że lampa owszem na pewno nie pochodzi z TEGO zdarzenia, ale oni nie są od stwierdzenia co pochodzi, tylko od stwierdzenia czy coś było, a samochodem pana zajmie się rzeczoznawca. Obojgu nam kazali dmuchać, jemu dali numer mojej polisy a mi mandat. 250 złotych! Przyjęłam go z dumą, a ubezpieczycielowi napisałam prawdę. Okazuje się jednak, że przyjęcie mandatu było przyznaniem się do winy i żadne pisanie prawdy nic nie pomogło. Naciągacz swoje dostał. AXA jako kompletnie kiepska firma nawet o wypłacie nie powiadomiła, tylko teraz przysłała kuriozalnie wysoką propozycję (1500 złotych).

Oczywistym jest, że z AXĄ się żegnamy. Już szukaliśmy alternatywny. Słuszną alternatywą wydawało się usunąć mnie z właścicielstwa. Najmniej skomplikowane prawnie wydawało się przekazać moje udziały mojej mamie, która w dodatku mieszka w małym mieście, a to sprzyja tańszym składkom OC. Okazuje się jednak, że mimo, iż rzekomą stłuczkę miałam ja, zniżki tracimy podobno oboje. Zatem inne pozornie słuszne wyjście to przekazać całość auteczka któremuś z rodziców. I tu znów nie może to być moja mama, bo nie będziemy wtedy mogli trzymać auteczka pod domem, gdyż nie będzie ono tu zameldowane. Zostaje któreś z rodziców Męża. Znów odpada tata, bo ma 60% zniżek, a my mu ich stracić nie możemy (tata jest dobry i pozwala, ale my jesteśmy lepsi i nie możemy przyjąć). Jedyną opcją wydawała się być mężowska mama, kierowca doświadczony, ale od jakiegoś czasu bierny, lecz z uwagi na tą bierność, nie lubią jej kalkulatory składek OC. Wychodzi na to, że my z naszym doświadczeniem rocznej bezszkodowości i ostatniej szkody jesteśmy lepszą partią do rozgrywki z ubezpieczycielami. Znaleźliśmy zatem najtańsze, bardzo drogie ale jednak za mniej niż 900 zł, OC w pewnej firmie należącej do pewnej grupy, która stronę ma ponurą niczym ewakuacja miasta czy coś równie dramatycznego. Ale OC jak to OC, nie ważne gdzie, ważne za ile. Plus jest taki, że nie wychodzimy na wszystkim gorzej niż zwykle, a po raz kolejny pozwalamy sobie na luksus uczciwości i niecwaniaczenia. Bolesny, ale luksus.  Przy okazji wyszło na jaw, że w tekście „Mezokracji” nie padają słowa „rzeczywistość jak OC potrafi dopiec”, lecz  „jak ocet”.  Octu nigdy nie próbowałam, bo jego zapach mnie odstręcza, a OC dopieka już po raz trzeci i przyznaję, że potrafi.

Prawo ubezpieczeniowe jest źle napisane i pełne luk, fora prawne prześcigają się w podawaniu sprzeczności. Prawdopodobnie jest tak, że szkody jednego z właścicieli przechodzą na obu, ale zniżki oczywiście już nie. Jakiś admin zawsze zaprzeczy czemukolwiek. Zniżki za płeć też nie przechodzą. Przechodzi tylko to, co może obciążyć. Paradoksalnie ja jako kierowczyni od lat pięciu a ze szkodą jestem atrakcyjniejsza od Męża, kierowcy bezszkodowego, doświadczonego lecz z dwuletnim stażem prawa jazdy. Przed lustrem jestem, to przyznaję, ale żeby w kalkulatorze składek?!

Forma tortowa

23 września. Pierwszy dzień jesieni. Poza tym żadna szczególna data. Nikt ważny ani ciekawy nic ważnego ani ciekawego tego dnia nie odkrył, nie odbyła się żadna spektakularna bitwa, nikt znany się nie urodził ani nie umarł. Dla nas zaś ta data jest jakaś pechowa odkąd posiadamy auto. Z tej okazji powstanie tort akapitowy dla naszego zieloniutkiego Lanosa.

Rok 2010. Solidna podstawa tortu. Ze względu na obleganie terminów w urzędzie trzeba się było umówić z dużym wyprzedzeniem na rejestrację nowozakupionego auteczka. Tego akurat dnia Mąż miał mieć rozmowy kwalifikacyjne na intratny doktorat, więc termin wydawał się bezpieczny. Terminem aplikacji zaś był 20 września. W owym dniu rano odbyła się Mężowska obrona pracy stworzonej w tydzień, po niej skompletowaliśmy i posłaliśmy dokumenty, a następnie wsiedliśmy w pociąg do Krakowa, gdzie 2 dni później miał Mąż wygłosić referat wyjaśniający czym jest czas z punktu widzenia matematyki, albo czym nie jest. 21-ego o poranku w parku siedzieliśmy kontemplując jak mili i pomocni byli promotor, panie w dziekanacie, pan od praktyk i wiele innych osób, które do szybkiej obrony się przyczyniły i zastanawialiśmy się, co może nie wyjść. Podłączywszy się do sieci w akademiku dowiedzieliśmy się co. Otóż mimo terminu ogłoszonego na 20-ty, czyli teoretycznie do samej północy, komisja spotkała się z samego rana i nasza aplikacja doszła zbyt późno. W związku z tym odpadły czwartkowe rozmowy kwalifikacyjne i otworzyła się droga do Zakopanego. Jednak spotkanie w urzędzie pozostało. Doszło więc do dramatycznego, pierwszego w historii małżeństwa, rozdzielenia. Mąż odjechał z aparatem do Zakopanego a żona odjechała ekspresem do Gdańska. Jedynym pocieszeniem było, że zieloniutki dostał w urzędzie nowe czyste białe tablice z inicjałami swoich właścicieli i takimi samymi cyferkami jakie nosił wcześniej. Ale tabu zostało złamane. Małżeństwo spędziło dwie noce osobno. Był to pierwszy w historii związku 23. września, w którym nikt nie zrobił ani jednego zdjęcia.

Rok 2011. Gruba warstwa kremu śmietankowego. Sam środek sezonu grzybowego. Udało się więc małżeństwo wraz ze świeżo urodzonym synem do niedawno odkrytego Centrum Grzybiarza w Płocicach. Kompleks ów składa się z rynku- dużej łąki z miejscami do wypoczynku oraz placem zabaw, na której rosną gdzieniegdzie drzewa i gdzie odpowiednio wcześnie przybyły grzybiarz zawsze znajdzie prawdziwka. Albo i kilka. Kolejnym obiektem jest zagajnik brzozowy z dobrą ściółką, sosnami, brzozami, zawsze pełen koźlaków, „czerwonych łebków” a także kurek. Dodatkowe położenie nad jeziorem sprawia, że grzyby mają odpowiedni do wzrostu mikroklimat. O górkę wyżej znajduje się lasek sosnowo-brzozowy stanowiący dopełnienie grzybiarskiego kosza. Po drodze zaś do samych Płocic spostrzeżono przy drodze ogromną kanię, która jako pierwsza zasiliła zbiór z tego dnia. Mąż z poświęceniem położył się w mrowisku aby żona mogła nakręcić film o zrywaniu szlachetnej kani. Jednak aparat nie zaskoczył, zanim mrówki się ujawniły. Gdy małżeństwo plus syn dojechało na miejsce, okazało się, że są spóźnieni znacznie. Na rynku stał autokar, a na ławkach siedzieli emeryci z Gdańska i wypoczywali po udanym grzybobraniu! Małżeństwo, przekonawszy się, że grzyby wymiecione, prędko załadowało dziecię i wózek i popędziło szukać miejsca nieodwiedzonego. Trzymali się prawej strony, ale gdzieśtam odbili raz na lewo, co okazało się być zgubne. Jechali i przez karczowisko, ale nie miało to żadnego wpływu na zawartość koszyka. Nigdzie nic. W końcu z lasu wytoczyli się na odkrytą przestrzeń a oczom ich ukazał się drewniany mostek na rzece. Dla obojga oczywistym było, ze zatrzymają się. Niestety akurat żona karmiła i na tym odcinku prowadził Mąż, kierowca nadzwyczaj porządny. Mimo, że droga wyglądała na nieuczęszczaną a i oni zamierzali zatrzymać się tylko na chwilkę, Mąż zjechał na lewe pobocze. Była to najgorsza decyzja tego dnia. Już wysiadając zauważyli, że stoją w bagnie, lecz mimo to wysiedli. Pogrążyli się wtedy niesamowicie. Wsiadłszy po chwili, ruszyć się już nie mogli. Lewe przednie koło zanurzyło się do połowy, a napęd szlachetnego zielonego rumaka dotyczy przednich kół właśnie. Koła buksowały, silnik rzęził ostatkiem sił i w ogóle. Kalosze na przebranie miała tylko żona, która z kolei była zbyt słaba po niedawnym porodzie, by wypchnąć ponadtonowego Lanosa z bagna, w którym tkwił. Próbowała więc żona wsteczny i gaz do dechy a Mąż popychał brudząc swe zgrabne nogi, lecz równie bezskutecznie. Rozłożyli zatem wózek, załadowali niemowlę i poszli spacerować w stronę zabudowań, aby poznać lokalizację swą i móc wezwać tatę słynącego z wożenia linki holowniczej w bagażniku i posiadania haka, też holowniczego. Zanim pojawił się tata w asyście swej żony, rodzina zdążyła nieco powiększyć zbiór grzybów. Dziecię zaś smacznie spało zamiast napić się mleka na zapas, co również było elementem prowadzącym do zguby. Rodzice nie mogli trafić, gdyż z Płocic kierowali się cały czas na prawo. Małżonkowie wyruszyli im naprzeciw pieszo. W międzyczasie rodzice dzwonili, że wylądowali nawet nad jakimś mostem nad rzeką, ale nie było tam auteczka. Podczas długiej wędrówki naprzeciw rodzicom natrafiono na jeszcze jedną tego dnia cenną kanię. Spotkawszy w końcu rodziców, którzy zdecydowali się czekać w Płocicach, udali się wszyscy do Lanosa. Tata nie używał biegów wyższych niż 2 i nie jechał szybciej niż stary rower, gdyż bał się, że jego mało szlachetne, pozbawione duszy i charakteru auto marki francuz, zrobione w poprzednim wieku i długie jak to kombiacze długie bywają utknie na jakimś wyboju. Co wybój komentował nieżyczliwie drogi, jakimi podróżuje małżeństwo. Dojechawszy na miejsce, zawrócił, zaczepił się o Lanos swoim francuzem, odesłał żonę do wsi co by się zorientowała i podłączył linę do tyłu szlachetnego Lanosa. Lanos jest przygotowany na takie wpadki i miejsce na podłączenie liny ma właśnie na tyle. A może wyraża, że ma w tyle fakt, iż ktoś miałby go ciągnąć? W końcu jest szlachetny i dumny. Mąż siedział w auteczku i gazował na wstecznym, teść siedział w swoim i gazował do przodu aby udźwignąć Lanos a żona kręciła filmy o tym. Francuz gasł raz po raz i rzeczywistą stawała się groźba, że padnie mu akumulator. Teść próbował i tyłem jechać, lecz niespodziewanie zaczęła pękać lina holownicza. Zmieniono taktykę i spróbowano pod trefne koło podetknąć deskę drewnianą znalezioną nieopodal. Nadziei dużych nie było, lecz oto nagle ku uldze wszystkich nadjechała ciągnikiem matka Polka, która się dobrze zorientowała we wsi. Sprowadzony przez nią pan traktorzysta wiedział co i jak i miał łańcuch zamiast feralnej liny. Mąż, który akurat robił jakieś zdjęcia, zdał aparat żonie i wsiadł do zieloniutkiego. Już miało rozpocząć się widowiskowe widowisko, kiedy postanowiło obudzić się Stasio i niecierpiącym zwłoki krzykiem zawołało o mleko. W efekcie nie powstało żadne zdjęcie upamiętniające triumfalny wyjazd z bagna. Osłodą tego dnia były już tylko szlachetne smażone kanie i jeden jeszcze szlachetniejszy rydz.

Rok 2012. Dzisiaj. Spodziewano się malinki mającej ozdobić tort. Miał być to pierwszy bezproblemowy 23 września. Konieczność przejażdżki wydawała się być oczywista. Wróciwszy z Mszy, przebrawszy Stasio w ciepłą kurteczkę i dodatkowe rajtuzki udano się do auteczka. Na cel podróży wybrano Westerplatte, które niegdyś było miejscem pierwszej przejażdżki Lanosa z nowymi państwem. W planach była też i twierdza Wisłoujście którą małżeństwo widziało raz pobieżnie podczas wycieczki tramwajem wodnym. Tuż za rogiem żona przesiadła się z tyłu na przód i pojechali. Były objazdy, było fajnie. Stasio mówiło „bamba” na każde widziane reflektory sygnalizacji świetlnej. Potem Stasio zasnęło, a Lanos dogalopował do parkingu. Pierwszy kwas. Parking okazał się być strzeżony i płatny. 6 złotych za godzinę. Jeszcze przed wjazdem skrupulatna parkingowa spisała sobie dane zieloniutkiego, ale pasażerowie wjechali tylko po to by zawrócić. Westerplatte wcale nie jest fajne. Chodziło o przejażdżkę. Popędzili więc na Wisłoujście. Już prawie byli na miejscu, już wjeżdżali w las i witali się z gąską, już widzieli grzyby na poboczach, gdy drugi kwas- prom kursujący z Wisłoujścia do Nowego Portu nie kursuje już w weekendy. Ale nic to. Znaleźli jakieś ustronne miejsce na odpoczynek dla zielonego rumaka i wysiedli. Żona ostrożnie chciała zatrzasnąć drzwi aby nie obudzić śpiącego dziecięcia. Maliny bywają kwaśne, lecz w tym momencie stało się jasne, że to nie malina wyląduje na szczycie lanosowego tortu, lecz jeżyna i w dodatku niedojrzała. Albo kiwi i to też takie nadpsute. Nie wiedzieć czemu zieloniutki otworzył paszczę i zacisnął zębiska swe na żoninym palcu. Ponieważ zieloniutki nie jest gadżeciarzem i nie dba o takie bibeloty jak centralny zamek, to zatrzaśnięte na małym palcu zębiska (drzwi) pozostały na nim zatrzaśnięte dłuższą chwilę, zanim Mąż obiegł auteczko celem otwarcia paszczy. Tym sposobem palec żony ma teraz taki sam kolor jak cała lanosowa cera. Niestety nie odpadł ani nie okazał się być złamany, więc żona nie dostała nawet statusu niepełnosprawnej i nie została zwolniona z przygotowania tortu akapitowego. A ponieważ w torcie akapitowym okazało się być za dużo kremu, musiała przygotować jeszcze jeden tort- foteczkowy.  Jedyne czego nie zrobiła, to dziecka nie wykąpała.

Tort foteczkowy z maliną, dzieło nieżywiącej urazy Cytrynny

Powrót Męża

Mąż powrócił i znów jest fajnie. Delektujemy się możliwością słuchania ulubionego Kuby Sienkiewicza (niesamowite jest, że lubię go bez przerw od początku wieku!).  Ulubiony jest Fiat 126p, którego pan Jakub osobiście nam przysłał, bo nie mogąc zdobyć legalnie, poprosiliśmy o to. Stasio też lubi Kubę (Chałtury były pierwszą płytą, którą się zainteresowało i która przez jakiś czas zwalczała płacz), ale jeszcze bardziej lubi pauzować lub nawet wyłączać, bo przecież już sięga. A teraz Stasio poszło spać i możemy niezakłócenie. Staszo dostało dziś kolek i musiałam wziąć udział w jego karmieniu i uspokajaniu. Normalnie nie biorę, bo Staszo ma dwie karmicielki i ja nie dość, że nie jestem potrzebna, jestem wręcz zbędna. Jednak dziś okazało się, że jestem niezastąpiona. Jak ja to lubię! Taka chłodno kalkulująca i niezaangażowana emocjonalnie osoba jak ja jest czasem potrzebna. Kolki są raczej pochodzenia zębowego i wcale nie są kolkami. Zresztą nic tu po znajomości przyczyny.

Mąż wrócił także i z politechniki, gdzie był puścić w ruch swoje obliczenia. Puszczał je zawsze tam, bo tam i tak komputer chodzi a musiał być włączony, aby obliczenia trwały, chociaż trwały na serwerze. Dziś jednak nauczył się nowej umiejętności o nazwie „nohup”, dzięki której nie będzie musiał puszczać ich z politechniki i żaden komputer nie będzie musiał chodzić. Co za oszczędność prądu! Ekologia! I nowa jakość życia! Będzie pracował z domu i tylko jeździł na UG pokazywać swoje spektakularne wyniki! Będziemy mogli wieść słodki żywot na wsi! E, chyba z tą wsią przesadziłam. Przecież co chwilę będzie jeździł pokazywać wyniki.

Żeby nie było zbyt ekologicznie gdy nie chodzi komputer politechniczny, zużywamy właśnie hektolitry oleju z pierwszego tłoczenia. Mąż przygotowuje jedyną potrawę, którą to on robi lepiej i którą on w ogóle robi. Są to frytki z ziemniaków smażone w tłuszczu. Ale żeby znów nie było zbyt nieekologicznie, to robimy z tłuszczu odpad stały zamiast zlewać go do wody. Dodatkową zaletą jest, że stygnący tłuszcz nie śmierdzi, bo i nie w domu stygnie. Ja je sobie posypuję przyprawą do dań z ziemniaków i nie ma nic lepszego. Na co dzień nie ma. Od święta jest jedna lepsza rzecz i nazywa się oscypkiem podgrzewanym (na grillu lub w mikrofali). Smak oscypka podgrzanego jest doskonały i mógłby być jedynym smakiem świata (o ile oscypek nie jest za słony). Od dzisiaj święta mogą być codziennie. W kuchni stanęła moja urodzinowa mikrowela i zaraz od razu bez czytania instrukcji zagrzały się w niej dwie redykołki z gdańskiej hali. Po weekendzie zaś, gdy ze zwykłego konta na konto dające 5% zniżki przy zakupach internetowych przepłyną pieniądze, zostanie złożone ogromne zamówienie na oscypki.

Jestem pierwszym wynikiem wyszukiwania googli dla hasła „5 miesięczne dziecko czy może pić wodę z miodem i cytrynną”. No cóż. Nie może. Chyba nie da się pić Cytrynny. Ani dodać Cytrynny do wody. To Cytrynna leje wodę.

Mąż zlewający tłuszcz z frytek do śmietnika.

Syn optyka ma lokal bar…

Oto Mąż gapa. Zgubił pokrowiec od laptopa i oskarżył żonę o wydanie mu sprzętu bez pokrowca. Już planował, że dnia następnego poszuka na uniwersytecie, a żonie już się jeżyły włosy na plecach (ę?), bo jak to będzie wielbłąd jeden chodził z dwoma plecakami, z laptopem i z wszystkimi książkami, które kupił i rozpytywał o pokrowiec, który jeśli zgubił, to w poniedziałek, czyli dawno? Nakazała mu więc odsunąć łóżko i pokrowiec odnaleziono.

Taki z niego gapa, że na przestrzeni dwóch lat posiadł dwa egzemplarze identycznego wydania Utopii Morusowej i nie wiedział o tym przez kolejne dwa. Nie wiedziałby jeszcze, gdyby jego spostrzegawcza żona układając książki nie skojarzyła, że taką  żółtą chwilę wcześniej kładła. Na jego korzyść świadczy, że od dawna nie mają miejsca na ustawianie książek tematycznie i przybywające wolumeny wędrują tam, gdzie akurat jest miejsce. Ale ja tu na pewno nie jestem od szukania korzyści i usprawiedliwień.

Co gorsza, żadnego egzemplarza nie można się już pozbyć, bo oba są pamiątkowe. Jeden zakupiono w roku 2008 podczas pierwszej wspólnej podróży do Krakowa. Drugi zakupiono również w Krakowie w roku 2010. Przeczytał tylko jedną z nich i twierdzi, że może wskazać, którą. Czytał sobie szczęściarz w zakopiańskich parkach podczas gdy jego biedna żona tłukła się pociągami z Krakowa do Gdańska i z powrotem rejestrować auteczko, bo tak się złożyło z urzędami. Ale też jak zwykle marudził jak to mu źle, że sam jest.

Inna kwestia. W niedzielę opuścił ten Mąż dom. Żona pakując go, namalowała mapę plecaka, żeby miał łatwiej. We wtorek żona dołączyła i co? I nawet mydełko niewypakowane. Tłumaczył się mętnie, że w łazience jest ogólne mydełko. Ale wiadomo, jak to o nim świadczy. Brudas jeden. I jeszcze nie goli się wcale. Matuzalemowej brody nie ma tylko dlatego, że czasem odwiedza nas Natalia (nie ma co ukrywać imienia, nie znam innych polskich imion żeńskich na N., znam za to z 4 Natalie), która raz mu przygadała na temat zarostu i uwaga uwaga- goli się ten Mąż zawsze na przyjście tej konkretnej Natalii.

I jeszcze to, że jedzie autobusem. Jechałby pociągiem, to by już tu był, a tak to trzeba na niego czekać walcząc ze snem, bo kluczy nie nosi. A nie nosi, bo boi się, że zgubi. A tym autobusem to też jedzie dlatego, że łatwiej, bo mu żona pokazała drogę na autobus i cały czas telefonicznie za rękę prowadziła, mówiła którym wyjściem z metra wychodzić, wszystko mówiła. A on potem jeszcze wdzięczności nie okazał, tylko ją spławił twierdząc, że bateria słaba. A teraz naładował sobie telefon w autobusie i się odzywa i ma roszczenia. Jedynym jego atutem jest, że ma przywieźć ciastko Marlenka (takie samo jak podają w gruzińskiej restauracji Chaczapuri w Krakowie). Ale co to za atut, jak umówił się z żoną, że kupi? Żonie przywozi się niespodzianki.  E, dał mi tuż przed wyjazdem książkę. Tylko dedykacji nie wpisał, bo padało. To pewnie wpisze i się wykpi. Nawet się przyczepić nie można.

Koniec udręki (kierowców)

Googlnęłam sobie „koniec udręki” i większość końców udręki dotyczy kierowców. Fakt ten oraz drugi fakt polegający na tym, że udręka się nie skończyła jednoznacznie dają do zrozumienia, że nie ma końca udręki dla niezmotoryzowanych.

Miało być błogo. Miałam teraz leżeć na leżąco i wystawiać wkrótce płaski brzuch ku sufitowi. Odczuwać ulgę i nic nie musieć. Oddychać unoszącą się w powietrzu beztroską. Ewentualnie spacerować z potomkiem, też jakaś forma błogości. Mniej błoga wprawdzie od nicnierobienia i od czytania „Profesora Wilczura”, ale niewątpliwie sielska.

Zamiast tego muszę pisać ten wpis, który ani trochę błogi nie będzie. Skończyłam pracę. Jest. Gotowa. Pospałam mało co, bo wkrótce po tym, jak ja się położyłam, Staszek zarządził poranek. Z tego to się absolutnie wszyscy cieszą, że dziecko takie regularne, coraz wcześniej zasypia i coraz wcześniej wstaje. Tak jak powinno się. A nie zwyrodnialce leniwe co by do ósmej spać chciały i dziecko braku dyscypliny uczą, siłą w łóżku przetrzymują. I jeszcze okna zasłaniają.

Ale nie odchodźmy zbyt od tematu. Napisałam. Użyłam całej kreatywności, którą miałam i nawet ją trochę utemperowałam, żeby nie było zbyt nieformalnie i wyciągnęłam całkiem własne wnioski. Osobisty Mąż zdziwił się, że ja byłam zdolna do TAKICH wniosków. Wyciągnięte wnioski przelałam na papier, a konkretnie to do pdfu. Nagrałam i płytę z wersją cyfrową, ale chyba się nie nagrała bo buczało i wysunąć się nie chciała. Wyruszyłam. Pobiegłam, pojechałam, poszłam, doszłam. Stanowiska drukujące są trzy. W tym tylko jedno drukuje z internetu. Było akurat zajęte przez gościa z laptopem czyli niezajęte, bo komputer wolnym był. Tylko miejsce zajął grubas jeden. Pytam go zatem, czy mogę, a on, że nie bo on drukuje. Czekam więc, a on sobie w tym swoim laptopie chyba dopiero pracę pisał. Minęło pół godziny z hakiem i dostał wydruk. Obejrzał, zatwierdził, zgasił laptop. A w ogóle napis tam głosi, że za blokowanie komputera w celach innych niż drukowanie płaci się złotówkę polską od każdej minuty. Stoi i czeka aż mu oprawią. Ewidentnie nie drukuje, nie bawi się już i laptopem, to ja wtedy grubasa pytam, czy już a widocznym było, że oczywiście, że już i moje pytanie miało go tylko przesunąć, bo i za mną kolejka się tworzyła chętnych drukować nie z nośnika, lecz z poczty. Na to grubas jak nie powie tonem jaśnie pana zwracającego się do swego sługi albo chociaż do głupka „nie, ponieważ muszę odebrać i zapłacić”. Do głowy przyszły mi soczyste wiązanki, których moje usta za nic by nie zamieniły na słowa, więc poszłam, aby usta nie musiały się borykać z niewymawialnymi słowami a oczy patrzeć. Poszłam do dziekanatu, który przez ten czas zdążył zamknąć swe podwoje na studentów. Ale mam Męża, który ma w dziekanacie lepsze układy aniżeli ja i Mąż ów zadzwonił i zapewnił panią, że przyniosę nieszczęsną pracę w poniedziałkowy poranek. Sprawa się bardzo uprościła, bo pod nieobecność bardzo ważnego kierownika katedry podpis na pracy złoży zwykły dziekan, czyli zrobi to już po zaniesieniu pracy, a ja zwolniona jestem z biegania między piętrami. Ale weekendu spokojnego nie będzie. Będę oglądać przyczynę swoich nieszczęść raz po raz i zastanawiać się, co by jeszcze poprawić, żeby zepsuć sobie potencjalnie błogie chwile.

Jakby tego było mało, biblioteka, do której w drodze powrotnej udałam się po kolejnego Dołęgę-Mostowicza, upatrzonego jeszcze rano w internetowym katalogu, okazała się ten właśnie egzemplarz, upatrzony i zachciany, wypożyczyć komuś innemu na cały miesiąc! Mam wprawdzie jeszcze niemało „Profesora Wilczura” przed sobą oraz jakieś 70 cm innych książek, które czekały na dzień, w którym pozbędę się ciężaru i powrócę do świata żywych czytających książki ludzi, ale Dołęga, pisarz z pierwszej trójki, zasługuje na priorytet.

Całości dopełnia dziś spostrzeżony i dziś się otwierający pub-speluna z bardzo tanim piwem i pełną gamą innych trunków. NAPRZECIWKO!!!! Niby okna i tak od dawna się nie otwiera, ale i przez zamknięte dochodzą dźwięki niepożądane. Wysoce niepożądane. Starówka w końcu ożyła!

Od rzucenia Stasiej pieluchy w kogoś ratuje mnie świadomość, że nie dorzuciłabym i nie trafiła. Od depresji, załamania nerwowego, zwinięcia się w kulkę i sturlania po schodach ratuje mnie mający nastąpić o północy powrót Męża.