Właściwy wpis urodzinowy, czyli pochwała Męża

W zeszłym roku zorganizowaliśmy kilka 25-tek Mężowi i jego rówieśnikom. Pomysł wkręcania ludzi od nas wyszedł i przyjął się w środowisku wyśmienicie. Pierwsza z akcji (urodziny P.) była najlepsza, bo nikt niczego się jeszcze nie spodziewał a i ja miałam lekki brzuch i siły by w kuchni zrobić cuda na słodko i na niesłodko. Chłopcy, po typowo męskim dniu pod jakimś pretekstem zjechali do nas, gdzie czekały poczęstunki oraz mnóstwo gości, w tym nawet G., była niedoszła zarówno Męża jak i P. (do której to uczucie chłopców połączyło więzami nierozerwalnej męskiej przyjaźni), o której mieliśmy informacje, że być może chciałaby zaprosić P. na ten wieczór. Zapraszając ją, zapobiegliśmy niepożądanej sytuacji. G. się zaoferowała, że coś może zrobić, np. ciasto, sałatkę. Zasugerowano jej sernik (ulubione ciasto Piotra). Obiecała zrobić, lecz zamiast tego przyniosła kupne kruche ciastka, których nikt nie tykał i które potem zapakowałam P. w woreczek. Potem ludzie stali się bardzo domyślni, ale jakieś niespodzianki zawsze się jednak udawały. I tyle tytułem wstępu.

Dziś przyszedł czas na obchody moich urodzin o tym numerze. Czas niezbyt sprzyjający świętowaniu, oboje mamy teraz ciężko, Mąż nie bardzo miał kiedy co przygotowywać,  ale i tak było super i oto będę Męża wychwalać. Należy jeszcze dodać, że jestem bardzo niewdzięczna do robienia mi niespodzianek, bo nie lubię nie kontrolować sytuacji i ciągle zadaję wkurzające pytania, a czasem nawet trafnie odgaduję, jaki będzie następny etap. Potrafię też zbojkotować cały plan tylko dlatego, że go nie znam.

Kiedy zbudziłam się o ósmej, tuż przed Stasiem, na komórce czekał na mnie sms od A., który chciał się pilnie spotkać o 8:30 pod pobliskim barem. A. jest chyba jedyną osobą, po której można by się spodziewać czegoś niespodziewanego, więc w pierwszym odruchu się zgodziłam. Po chwili refleksji spytałam, czy chodzi o moje urodziny, ale A. zasnął i nie był w stanie utrzymywać mnie w niepewności aż do wyznaczonej godziny. Mąż zabronił mi umyć włosy, które aż krzyczały „umyj nas”, a jedynie szybko nafutrował i powiedział, że jak A. coś chce, to musimy iść i że to może potrwać cały dzień. Zła byłam, bo raz, że te włosy takie fuj a dwa, że nie napiłam się dość herbatki, a ja bez herbatki to ledwo żyję. Stasio poranne mleko wzięło w wózek i popędziliśmy. A. oczywiście nie było i już się zastanawiałam, czy się podzielimy żeby go z dwóch możliwych kierunków wypatrywać, kiedy Mąż przepchnął mnie protestującą dwie kwatery dalej i wepchnął do gabinetu fryzjerskiego, do którego sam chodzi. Okazało się, że umówił mnie ze swoim fryzjerem, Pawłem na cięcie z masażem. Na domiar złego kazał mi samej zdecydować, co chcę, uiścił opłatę i pożegnał się powożąc Stasio. Na szczęście Paweł poradził sobie bez mojego decydowania. Fajnie mył, fajnie masował, nawet i cięcie było znośne, ale modelowanie na szczotce, które dopełniło czas wizyty do pełnej godziny, to już przesada. Zwłaszcza, że po układaniu fryzury już wczesnym popołudniem śladu nie było. Ale kto chodzi do fryzjera tylko raz w roku, ten musi pokornie znieść całą wizytę.

W międzyczasie nawaliła opieka do Stasia i nieznane mi plany niespodziankowe zmodyfikowano tak, że zabraliśmy Stasio do odległej Oliwy do parku, w którym były kaczki, mini-wodospad, palmiarnia z oranżerią i żółwiem, staw z rybami… Mąż cały czas pisał eski, a gdy mu telefon zadzwonił, odbiegał daleko by odebrać. Musiał… Stasio się ubłociło, chciało się pluskać z rybami i gmerać w ziemi. Ogólnie popieram, ale było mokro. Zignorowaliśmy, że opieka chciała dostać Stasio o 12 i wrócił koło 13, już po krótkiej drzemce. Przez tą krótką drzemkę nie przespał później dwóch godzin i zyskał miano rozregulowanego. W międzyczasie do sąsiadki zajechał kurier z mikrowelką, która tak naprawdę nie jest podarkiem dla mnie, tylko wspólnym zakupem, ale dzisiejsza okazja jest dobrym pretekstem, żebyśmy mikrowelkę posiedli i wbrew protestom w kuchni postawili.

Potem zadzwonił P., że ma dwie sprawy, Mąż bez słowa wyszedł załatwiać swoje, ja zdążyłam umyć butelki po spacerze i nadszedł P. niosąc misia, którego porzuciło jakieś dziecko w supermarkecie, a babcia P. uratowała. Nasz dom słynie z opieki nad misiami, więc i tym się zaopiekowaliśmy. Posadziłam go z dwoma innymi by się nie czuł samotny i oddałam się w ręce P. (niedosłownie oczywiście), które miały mnie zaprowadzić do Wrzeszcza pod jakimś tajemniczym pretekstem. P.ma w telefonie aplikację kasującą bilety komunikacji miejskiej. Bardzo wypasiona rzecz. Ja to się tak na technice nie znam. Mam wprawdzie internet do sprawdzania poczty w telefonie, ale na tym moje horyzonty się zamykają. W międzyczasie do P. zadzwonił R. i umówili się na za 8 minut pod pracą R. R. okazał się iść do galerii bałtyckiej po plakat GKSu, który zamierza rzekomo zeskanować i wysłać skan jako wzór, który nadrukują mu na zamawianej do pokoju rolecie. P. przypomniał sobie, że jego dziewczyna wkrótce ma urodziny i należy jej kupić biżuterię. Mieliśmy zatem dwa powody by do galerii iść.

Oglądaliśmy więc tę biżuterię, aż ja znudzona wypatrzyłam Męża własnego. Miał dla mnie róże, oczywiście w papierze. Zasiedliśmy z przyniesionymi przez Męża kubkami i butelką coli a organizator obiecał za chwilę wrócić i faktycznie, po chwili nadszedł znów dzierżąc dwa wielkie pudła z produktami ulubionego przez nas Pizza Hutu. Jedliśmy, piliśmy, P. zrobił mi zdjęcia pogrubiającym obiektywem- na pewno był pogrubiający, bo wyglądam jak nie wyglądam a i Mąż, co jest chwilowo chuchrem, wyszedł jakby był normalnej tuszy.

Wróciliśmy do centrum, odprowadziliśmy P., u którego w łazience moczyły się dokumenty, które jego rodzina w ten sposób niszczy przed wyrzuceniem. Nie zostawiliśmy resztek pizzy u P., bo Mąż powiedział, że nam przeszkadzać nie będą. Dopytywałam się, czy my zamierzamy płynąć jakimś tramwajem wodnym, bo w takim kierunku szliśmy, skręciliśmy więc i już myślałam, że niesiemy resztki pizzy naszym kobietom, ale znów się pomyliłam. Okazało się, że szliśmy w kierunku naszego zieloniutkiego, i to on wziął na siebie ciężar dźwigania pudła z pizzą.

Podźwignął i nas. Mąż poprosił o pomoc w wypilotowaniu z miasta a ja mimo konieczności zmierzenia się z nową trasą będącą skutkiem braku możliwości zajęcia najprawszego z pasów na czas, dałam radę. Pojechaliśmy znaną drogą w nieznanym celu. Kiedy na rondzie w Żukowie, zamiast na wprost, skręciliśmy w prawo w kierunku Gdyni, przestałam nawet próbować się domyśleć celu. Celem okazało się być Chwaszczyno, gdzie był kawałek poletka do spaceru, restauracja z barszczem czerwonym na rondzie i Biedronka. Zjedliśmy barszcz, zaspacerowaliśmy, a w  Biedronce kupiliśmy trochę słodyczy i już musieliśmy wracać, bo nikt nie podaje dziecku kolacji tak dobrze jak matka. Kiedy ja odbierałam i karmiłam Stasio, Mąż już pracował. Później zaś wyszliśmy na krótki spacer, którego celem było zabranie porzuconego telefonu z auteczka. Mąż przedłużył spacer, wskutek czego znaleźliśmy się tam, gdzie 2 dni temu zgubiliśmy pałąk od wózka i chociaż dwa dni temu nie było go w tym miejscu, dziś leżał w okolicy. Podnieśliśmy uradowani i zdjąwszy tekstylny pokrowiec, sam pałąk zaraz Stasiowi zamontowaliśmy. Pokrowiec jednak leżał dwa dni gdzieś i prania wymaga. Z uwagi na sielskość tego urodzinowego wpisu pochwalnego muszę zataić komentarze dotyczące zamontowania pałąka niemytego, które padły na widok wózka z pałąkiem, chociaż mogłyby one być zabawne.

Mąż nie dał mi żadnego z prezentów, o których wiem, że miał przygotowane. Pewnie czeka na jakieś specjalne sytuacje, spokojniejsze i bardziej nastrojowe, w których miałabym czas i siły cieszyć się. Zresztą zawsze swoje urodziny zwykliśmy obchodzić co najmniej oktawami. Obdarował mnie zaś kartką pełną rymowanych wierszy własnego autorstwa. Są doskonałe (ja Mężowi na ogól produkuję rymowanki bez rytmu, niesylabizowane), lecz niepublikowalne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s