Ryzyk-fizyk

Kaloryfery ruszyły. Już zapomniałam, jak cudowny jest zawsze ten dzień, bo w zeszłym roku sami sobie ogrzewanie zapewniliśmy na wsi będąc. Ale poza tym od lat niezmiennie oczekuję dnia, w którym miasto rozpoczyna grzanie. Tak było i teraz. Ostatnie dni trzęsłam się z zimna mimo licznych bluz, a oszczędziwszy dziecku wychładzających kąpieli, właziłam wraz z nim pod kołdrę i na tym moja cowieczorna aktywność kończyła się. Sama z wychłodzenia dorobiłam się przeziębienia, a u mnie przeziębiania zawsze łączą się z zatokami. Są tacy teoretycy mojego zdrowia, którzy twierdzą, że z nadmiaru nabiału organizm wytwarza nadmiar śluzu i stąd się biorą chore zatoki. Ja tam te cudowne wyjaśnienia ignoruję, zajadam zimny twaróg, który gardłu na pewno nie pomaga, popijam ciepłym nagietkiem, który z kolei na gardło robi dobrze jak mało co. Na szycie się jednak jeszcze nie czuję. Zresztą w moim kąciku szyciowo-maszynowym siedzi Mąż i ogląda wykład Susskinda z teorii strun czy innej tajemnej dziedziny.

Ten tydzień przyniósł wiele zmian. Przede wszystkim dziś oddałam nieszczęsną pracę. Dziś dopiero, chociaż cały tydzień chodziłam do dziekanatu, bo zawsze się coś okazywało. W poniedziałek zabronił jej oddawania Mąż, który chciał jeszcze poprawki wprowadzać. Na szczęście zapał mu przeszedł i do zmian nie doszło. We wtorek już w dziekanacie okazało się, że wszędzie tam, gdzie były odnośniki do bibliografii lub do rysunków, texnic center zrobiło psikus i zamiast odpowiednich numerków, powstawiało podwójne znaki zapytania. Rzecz do poprawienia w parę sekund, ale ponowny wydruk trefnych stron w pożądanej ilości kosztował 16,80. W środę nie pracował dziekanat. W środę to i ja wysiadłam i nie bardzo z łóżka wychodziłam. Katedra z kolei nie chciała dać pieczątki, zanim promotor nie podpisał. Promotor podpisał wczoraj, ale już po zamknięciu dziekanatu. Zwrócił też uwagę, że mapa z googli nie jest zaindeksowana odpowiednią pozycją z bibliografii. Biblioteka to w ogóle nie pracowała, ale weszłam przez zaplecze. Niestety weszłam do tej biblioteki przed uwagą promotora, także na egzemplarzu bibliotecznym nie ma map google w bibliografii, a chyba na nim przede wszystkim powinny być. Ale grunt, że większość biurokracji za mną.

Codziennie bieganie na politechnikę miało tez drugi powód. Mąż był bezwzględny. We wtorek omdlewającą ciągał po gabinetach, podania pisać kazał, niemal agresywnie reagował na wszelkie ociągania, pokładanie się i w ogóle nie był ani przychylny, ani przyjemny. Dał zgodę na umieranie, ale później. We wtorek złożyliśmy podanie u rektora. Miało wrócić do dziekana drogą służbową, ale szło zbyt powoli i wczoraj sami odstaliśmy w kolejce do dziekana, potem byliśmy z powrotem u rektora i ostatecznie jest zgoda. Po zakończeniu rekrutacji, zupełnie poza nią, zostałam studentką pierwszego roku fizyki stosowanej. Pierwszą, rzucającą się z daleka w oczy korzyścią jest legitymacja. Ulgi na przejazdy i do kin, bo chyba jesienią to mnie Mąż zacznie zabierać do kina. Ale, wbrew pozorom, moje studiowanie nie dla legitymacji się odbywać będzie. ani nawet nie dla zusu. Ze względu na pokrewność dziedzin, wiele przedmiotów zostanie mi przepisanych i same studia w nadchodzącym semestrze pochłoną 4-6 godzin w środy i ewentualnie jeszcze dwie godziny w czwartek, jeśli zdecyduję się chodzić na wykłady. Ten tydzień  był ostatnią okazją by rozpocząć drugi kierunek bezpłatnie. Oczywiście ze studiów zawsze będę mogła zrezygnować, ale łudzę się, że za rok zacznę przynosić do domu stypendia. A jak zacznę, to ucieszy się i moja mama. Chociaż o fakcie pójścia na studia chcemy ja poinformować wcześniej i to najlepiej tak, żeby sama myślała, że to jej pomysł. I poza tym wszystkim, fizyka jest ogólnie fajna, a moja do niej niechęć wynikała jedynie z tego, że „nie wchodzi sama”.

Ponadto ja jakoś się rozwijać muszę. Nie mogę sobie pozwolić na zostanie trzecią karmicielką. Mogę być albo jedyną, albo chociaż główną, ale nie trzecią, tą która podaje to, czego dziecko odmawia na oczach i pod uwagami pozostałych dwóch. O nie! I nie mogę mieć czasu na czytanie tych wszystkich beznadziejnych książek o karmieniu dzieci i najnowszych numerów gazet Dziecko, Mam dziecko, Ja i dziecko, Ty i dziecko, Twoje dziecko, Moje dziecko, Nasze dziecko, Wasze dziecko, Halo to ja, Twój maluszek, Mój maluszek, Niemowlę, Berbeć, Wy i dziecko, My i dziecko, Wyj dziecko!, Myj dziecko, Czesz dziecko, Mama, tata i dziecko*, Mój pies i jeszcze paru innych,czego obiecano ode mnie oczekiwać po oddaniu pracy. Uważam, że mogę być dobrym rodzicem bez znajomości tabelki żywieniowej. A niektórzy będą mnie uważać za złego rodzica nawet gdy poznam wszystkie tabelki. Ot, przykład. Staszo przechodzi kolejną fazę ząbkowania. Dodatkowo odkrywa się w nocy i być może jest podziębione, ale ani kicha, kaszle jak zawsze leciutko i wciąż można to tłumaczyć krztuszeniem się śliną. Jedyne objawy to ciepłość (nikt poza złą matką jej nie zauważył) i ropiejące oczko. Raz mu już ropiało i przeszło. Nie ropieje zresztą mocno. No ja znam objaw i się nie martwię. Ale z ropiejącego oczka czasem leci mu łezka. I kiedy takie Stasiątko przyszło dziś ze spaceru, z miejsca zostało zapakowane do szufladki z napisem „zapłakane”, a rodzice do kompatybilnej szufladki z napisem „wyrodni”. Skądinąd to od czerwca dwójki nie chcą wyjść a dziecko ma 13,5 miesiąca. Chwilami się o to martwię. Zwłaszcza, że kilka dni temu moja mama przyznała się, że wcale nie miała dwójek. A wiem po zdjęciach jaka była z tego powodu biedna. Byliśmy dziś z dzieckiem w spożywczaku i wcale niedługo, ale zdążyło się znudzić i zawyło niczym syrena. Sami to nazywamy syreną, dziś zupełnie niezależnie nazwała to tak pani sklepowa. Byliśmy też wieczorem u sąsiada, do którego przyszła paczka dla nas i oglądaliśmy jego nowo zebrane grzyby. Zupełnie naturalnie przeszliśmy się po wszystkich pokojach i mimochodem wyjaśniło się głośne tupanie słyszalne nierzadko. Otóż mieszka tam zupełnie zadomowiona dziewczynka, która nie jest niczyją córką.

Dziś w ramach wyłażenia z łóżka zrobiłam Mężowi prawdziwy obiad. Prawdziwy obiad składał się z knedli ze śliwkami. Ja knedle i inne pierogi uwielbiam, bo mi babcia robiła zawsze takie smakołyki, a Mąż toleruje, bo jemu podawano tylko paczkowane, albo co gorsza garmażowane, ale ja rozbudzam w nim sympatię do słodkich bezmięsnych dań z domowej kuchni.

Ponieważ same knedle pochodzą od mojej babci, to mimo iż ten przepis wywodzi się jakoś z internetu, będzie on w stylu babci.

KNEDLE ZE ŚLIWKAMI/TRUSKAWKAMI

Ugotować ziemniaki, można rozgotować bo i tak mają być miękkie. Powiedzmy 0,8 kg. W sumie obojętnie ile. Trochę wystudzone ziemniaki zgnieść na puree/przecisnąć przez praskę na stolnicę. Dodać około 200g twarogu (ilość dowolna, dobry mielony twaróg śmietankowy daje niesamowitą delikatność ciastu), dodać jajko lub dwa. Mojej masy było dużo, to dałam dwa. Można dodać szczyptę soli, ale nie wiem po co. Zagniatać dodając mąkę dla pożądanej konsystencji.

Jeśli używamy śliwek, to odpestkować je. Pokroić ciasto na plastry, wytarzanymi w mące dłońmi chwytać plastry, rozpłaszczać je i zawijać owoc. Następnie w dłoniach ukulać kulki i obtoczone w mące kłaść na stolnicy. Dobrze, gdy warstwa ciasta nie jest za gruba. Uważać z mąką, bo zmniejsza ona lepkość ciasta. Gotować w dużym garnku z osoloną wodą do wypłynięcia i jeszcze trochę dłużej. Fajnie polać stopionym masłem. Można przed zawinięciem sypać do owocu cukier i cynamon, ale i tak sypie się to na gotowe, więc po co zwiększać ilość pracy.

*Zauważyliście, że wszystkie te tytuły lansują model jednodzieciowy, lecz za to bardzo praco- i zasobochłonny?

Reklamy

3 Responses to Ryzyk-fizyk

  1. Lolinka says:

    * zauważyliśmy. w ogóle te wszystkie pisemka lansują dużo ciekawych rzeczy i można się dużo dowiedzieć o tym, dlaczego twór zwany „społeczeństwem” zachowuje się tak a nie inaczej. dlatego lubię je czytać, mimo że z reguły są denne tak straszliwie, że mam ochotę walić głową w ścianę. z tego samego powodu lubię oglądać programy śniadaniowe i inne w TVNie oraz czytać takie badziewia jak Pudelek. wszyscy się jednak ze mnie śmieją i uważają mnie za idiotkę, nie rozumiejąc zupełnie, że to jest nieocenione źródło wiedzy. o ludziach. bo bynajmniej nie o tym, o czym się owe media akurat wypowiadają.
    a bardziej na temat to gratuluję rozpoczęcia studiów. mam momenty, kiedy też o tym marzę, ale w moim przypadku nie byłyby to raczej studia na tyle blisko związane z już ukończonymi, żeby mi się dało cokolwiek przepisać. a czasu na wykłady nie mam kompletnie. fizyka natomiast jest dziedziną, do której mam wielce ambiwalentne uczucia. tym bardziej podziwiam :).

  2. cytrynna says:

    Moje uczucia do fizyki są również ambiwalentne, ale spróbować mogę, własny fizyk obiecał mi pomoc w razie problemów i sama jestem też dużo pozytywniej nastawiona niż 6 lat temu na pierwszym kierunku.

    My mamy pod samym nosem ze dwa przypadki jak te pisemka i programy na ludzi działają i ja się staram trzymać z daleka, bo nie jestem pewna co do swojej odporności na bombardowania. Wiadomo, kropla drąży kamień:) Ale gdy już coś się przebije, to zawsze jest dużo radości i śmiechu. I strachu też.

  3. Pingback: Sanki dla bliźniąt « Z bloga wybitnego teologa

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s