Salve magistra nostra!

Cytrynna jest już magistrą. Niepełną wprawdzie, bo nie ogłosiła tego na fejsbuku. Nie ma żadnych zdjęć okolicznościowych, ponieważ Mąż-nadworny fotograf pilnował śpiącego dziecka, gdy Cytrynna bladym świtem walczyła o swoje. Poprzednik, który bronił swego jeszcze przed wschodem słońca, a do tego był już magistrem, miał gorzej. Chyba chcieli mu odebrać tytuł, gdyż bronił go wyjątkowo długo. Poza tym przygotował ogromny plakat w kolorze i miniaturowe, równie kolorowe plakaty A4 dla całej komisji co by nie pisać po tablicy. Cytrynna nic nie przygotowała. Nauczyła się z grubsza 30 zagadnień. Opuściła jedno. Trafiła na 3 zupełnie przyjazne i jakoś tam wybrnęła z opresji. Najgorsze 3 lata zamknięte. Cytrynna nie była jeszcze żoną bez wiszącej nad nią magisterki. Czy będzie potrafiła?

Reklamy

Gotowanie w pralce czyli dwa w jednym

Stasiaczek od najmłodszych dni upodobał sobie pralkę. Jeszcze nie stawał, ale już przed pralką siadał. E, chyba stawał zanim siadał. Pralka ma przyciski i pokrętła, którymi, w odróżnieniu od tych na stojącej tuż obok kuchence, wolno mu się bawić. Ostatnio jednak zaczął do pralki znosić najróżniejsze rzeczy. Widoczny na zdjęciu listek laurowy nie został znaleziony na podłodze, lecz wydobyty z torebki z listkami z szuflady z przyprawami. Podobnież klucza nie znalazło dziecko w bałaganie gdzieś na swoim poziomie lecz samo sięgnęło wyżej i wyjęło klucz z dziurki. Innym razem w pralce bezpieczny schron znalazły samochody i chusteczka. Matka się cieszyła, że dziecko ma takie wyuzdane zabawy, cieszyła się jeszcze bardziej gdy na jej oczach wyciągało coś z „sejfu” i zanosiło na miejsce. Wciąż sobie powtarzała, że przed zapuszczeniem pralki należy do niej zajrzeć i upewnić się, że nie upierze się na przykład kotek. Dziś w ciągu dnia sukcesywnie zapełniała pralkę po to, by pod wieczór puścić ją nie zajrzawszy. Kiedy 60-stopniowe pranie dobiegło końca, a synek zasnął, matka zabrała się za rozwieszanie. Pierwszym, co ukazało się po otwarciu wrót, była duża ilość kartonowych skrawków zgromadzonych szczęśliwie w gumowej części i nie brudzących reszty prania, Matka odczytała na jednym ze skrawków, że „netto”, ale nijak nie mogła skojarzyć czym się synek bawił, co by mogło mieć taki kartonik. Ciąg dalszy wyjmowania prania rozwiązał zagadnienie. Matka wyjęła woreczek z zupełnie dobrym, zupełnie sypkim, nieuszkodzonym kuskusem. Gotowanie w 60 stopniach nie ugotowało go. Gdyby gotował się w 90 stopniach, to być może można byłoby otworzyć torebkę i polawszy keczupem, zjeść na kolację. W ferworze fatałaszków odnalazła się jeszcze dołożona gratis torebka z przyprawianym kuskusem, również nieuszkodzona. Szkoda, że Stasiaczek już śpi. Zostałby dopuszczony do ogólnej radości.

Matka jutro bladym świtem broni tytułu magistra przed trzema krwiożerczymi, chcącymi go jej odebrać starszymi panami. Jeden jest dziekanem i wyprosił dziś Staszka z sali, co by nie okazać, że nie lubi dzieci. A Staszek od rana ćwiczył mówienie „dean” i radosny chichot na żądanie.

Łabędzie za pół ceny

Dzisiejszy dzień zaskoczył zupełnie nietypowo ładną pogodą, słońcem i ciepełkiem. Wystarczyło wyjrzeć przez od dawna niemyte okna, by stwierdzić, że to dzień wprost stworzony do karmienia kaczek. Niestety, ponieważ Mąż Cytrynny przedłożył jedzenie lodów nad pakowanie chleba dla kaczek, na Mszę udali się bez zapasu ptasiego pożywienia. A że chodzą na Mszę daleko i kanały, w których żyją kaczki, są równie daleko i w tym samym kierunku, przekreślono w ten sposób szanse na pozbycie się starego pieczywa i zaznanie rekreacji przy karmieniu. Kiedy jednak, po Mszy, podczas coniedzielnego spaceru i mijali kanał, okazało się, że jest on obsadzony przez najrozmaitsze ptactwo, w całej mnogości rodzajów. Były tam i kaczki, i mewy, i nawet łabędzie. A nad okolicą latały także wygłodniałe gołębie. Cytrynna, jako odważna i lekkomyślna jednocześnie, przeskoczyła barierkę, porwała dziecię w ramiona i ześlizgując się ze zbocza, łapiąc równowagę jedynie za pomocą witek wierzbowych, osunęła się nad brzeg kanału. Dziecko, podtrzymywane za maleńką rączkę, eksplorowało teren, aż do obojga podpłynęły łabędzie. Były to typowe wielkomiejskie łabędzie, rodzina 2+1. Łabędzie na wsiach mają więcej dzieci, Ojciec łabędzia prychał, fukał i parskał. Był ewidentnie zły, że ktoś zszedł nad kanał bez chleba dla nich. Staszek się zląkł, dostał spida i niemal sam wspiął się z powrotem na zbocze. Rodzice natomiast doznali olśnienia. Szybko stamtąd uciekli do pobliskiej piekarni. Wszak dla łabędzi i dla rekreacji można zrobić wyjątek i dokonać zakupu w niedzielę.

 W cukierni Mąż poprosił o chleb wskazując palcem bardzo duży biały i krojony w skrzyni z przeceną. Pani przestrzegła, że to wczorajszy, a on, zapewne sprawiając wrażenie bardzo biednego człowieka, ucieszył się, gdyż właśnie o taki chleb chodziło. Rodzina Cytrynny jeszcze nie kupowała przecenionego chleba dla siebie, gustują w bułeczkach, ale sam pomysł chleba wczorajszego w sytuacji, gdy prawie nigdy nie je się chleba w dniu jego zakupu, uważają za pyszny.

Wracali z przysłowiowymi duszami na ramieniu. Cytrynna bardzo liczyła na fotki, które zrobi swojemu synkowi, gdy ten będzie karmił ptactwo z ręki. Na zwykłe mewy i kaczki zawsze można liczyć, ale czy szlachetne długo-szyje łabędzie zaczekały? Czy zrozumiały, gdy Cytrynna im obiecywała, że wróci? Okazało się być gorzej niż najgorsze przypuszczenia. Na mostku ponad kanałem stała kobieta z dziewczęciem i karmiły wszystko. Karmiły bułką, a u ich stóp stała pełna torba! Dreszcz zimna przebiegł po plecach Cytrynny. Na szczęście nie taki diabeł straszny jak go malują, torba była po prostu pełna najróżniejszych zakupów zrobionych w niedzielę. A bułka, którą dzielono na cząstki, była bułką sobie od ust odjętą. Skończywszy tą jedną, odeszły.

Niewiele to jednak obeszło rodzinę Cytrynny. Kobieta i dziewczę odchodząc, uniknęły po prostu swojej klęski i porażki. Wszak cała rodzina zeszła nad kanał i postanowiła przyciągnąć ptactwo mnogością towaru i apetyczniejszym podawaniem go z bliska, a nie z góry. Pierwsze kromki posypały się kaczkom i białym mewom, ale tylko po to, by przyciągnąć miejscową atrakcję- łabędzią rodzinę. Cytrynna kładła się na trawie, żeby jej cień nie zasłaniał obiektywowi przedstawienia. Łabędzie okazały się skubać ręce, które je karmiły, więc marzenie Cytrynny o Staszku karmiącym ptaki padło. Zresztą i Staszek zawiódł. Początkowo stał pokornie w ramionach taty i patrzył, ale nie wykrzykiwał ani „och, ach”, ani nawet swojego „a-a-a”. Mało tego, zupełnie egoistycznie, nie doceniając rozgrywającego się wokół niego widowiska, pragnął jedynie zaspokojenia swoich potrzeb. I to wcale nie tych wyższych, duchowych, lecz potrzeb życiowych, zwykłej fizjologii! Zażądał aby i jemu dać kromkę do ust.

 Rodzice-łabędzie nie dbali wcale o pełny żołądek potomka, wręcz podbierając mu kąski. Potomek był do karmienia wdzięczniejszy, bo był grzeczny i nie kąsał tak mocno. Konkurencja z czasem powróciła i odciągnęła pomniejsze ptactwo w okolice mostku, a wyczerpawszy swoje zapasy, podeszła obserwować. Łabędzia rodzina nie opuszczała cytrynninej rodziny dopóki ta ostatnia miała chleb.

Mam jeszcze twarz z poliraksy…

Jaka pogoda, taka aura. U nas wczoraj od rana było pochmurnie, lecz przedpołudnie przebiegło sucho. Stasio postanowiło zarwać noc i od trzeciej do czwartej urządzało takie rzeczy, że potem Mąż do ósmej nie spał. A trzeba Wam, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że kładziemy się grubo po drugiej, gdyż ja piszę wieczorami bloga/szyję/sprzątam/czytam, a Mąż myśli*. Do własnego łóżeczka syneczek ostatnimi czasy zgadza się być przeniesiony tylko raz w ciągu nocy i to jest ten raz po głównym zaśnięciu. Później przy każdej próbie trafienia na miejsce podnosił się bunt, nawet drzemiący budził się aby protestować. W końcu zadowolił się prowizorycznie skonstruowanym, lecz profesjonalnym kojcem. Kojec składa się ze złożonej kanapy, na której Stasio zasypia uspokojone obecnością rodzica siedzącego na tejże. Kiedy jednak synek zaczyna rozpływać się w morfeuszowskich objęciach, można spokojnie odejść nie informując go o tym. Aby jednak można było odejść zupełnie spokojnie i nie zastanawiać się, czy mały obywatel nie spadnie, należy go obudować. W tym celu w luki między kanapą a ścianami trafiły koce, zaś cały brzeg łoża obstawiono krzesłami i zabezpieczono materacem tworząc klatkę. Fakt takiego obudowania o dziwo syneczka nie drażni. Cała nocna akcja była kolejnym etapem trwającej właśnie ofensywy zmierzającej do zamiany łóżek z ojcem. Nie jest lekko, ale nie przegrywamy.

Byliśmy u doktora, który odnalazł przyczynę mojego tycia i za grube pieniądze ją usunie. Do doktora musiałam udać się z Mężem, bo jestem taka cnotliwa, że bez wsparcia, akceptacji i samej obecności Męża się przed innym mężczyzną nie rozbiorę. Od niedawna w okolice doktora dojeżdża tramwaj, więc udaliśmy się tam tramwajem. Ja kupiłam sobie bilet całodobowy, gdyż miałam wieczorem jechać po krzesełko zakupione w zeszłym tygodniu na allegro. Wieczorem jednak nie pojechałam, bo pani się przypomniało, że zupełnie niezgodnie z umawianiem się dzień wcześniej, jej mąż sprzedał krzesełko niezależnie i to już kilka dni temu. Doktor stwierdził, że jestem gruba i powinnam się ruszać. Spytał, co najbardziej lubię robić i oboje z Mężem pomyśleliśmy, że leżeć, gdyż tego mam najmniej. Pozazdrościłam Lolince, która mi w komentarzu do poprzedniego posta napisała, że ma czas leżeć w ciągu dnia:) Mąż pociesza odnośnie tej niezawinionej tuszy, ale nie wiadomo, czy nie kpi. A gdybym ja była tucznikiem, to by mnie właśnie ubijano. Po wizycie u doktora pogrzaliśmy się w cieniu pobliskiego Lidla, gdzie grzały się również gołębie i Staszek gonił je. Staszek gonił je edukacyjnie. Była tez zerwana z postronka, przez nikogo nie napominana, bardzo agresywna dziewczynka w wieku późno-przedszkolnym, która goniła je złośliwie. Na szczęście się przewróciła. Staszek zachwycił mnie pokazując na dołek w trawniku i mówiąc najspokojniej w świecie „bam”. Zaczyna być komunikatywny! Od Męża zaś uzyskał przebaczenie za tę noc i tym razem, bo z gołębiami naprawdę fajnie się bawił. Żółta kartka jednak pozostaje. W samym Lidlu Mąż kupił żonie blachę do muffinków co by mogła je produkować. Ale jak tu produkować, jak się ma chudnąć?

 Mąż bardzo chciał się udać do jakiegoś egzotycznego centrum handlowego na rekreację, gdyż w związku z niewyspaniem, nie był zdolny do pracy polegającej na myśleniu. Ponieważ uciekł nam tramwaj jadący na autobus przesiadkowy, poszliśmy pieszo do przystanku, z którego jechał inny autobus do innego centrum handlowego. Wybór był taki a nie inny, gdyż do wybranego CH można się było dostać na bilecie jednorazowym, a nie godzinnym (30 groszy taniej). Niestety wybór okazał się ogólnie zły. W drodze z przystanku przywitały nas wysokie schody bez podjazdu. Wnieśliśmy wózek obijając przy tym moje nogi. W odwiedzonym sklepie zoologicznym były króliczki. Stasio, które lubi zwierzątka odkąd odwiedziliśmy kilka koleżanek mających psy i koty, bardzo radośnie popiskiwał na widok nowych stworzeń. Tak radośnie, że aż klient sklepu zaglądając w nasz kącik zapytał, czy tu szczeniaczek jest. Dziecku się w międzyczasie przepełniła pielucha, toteż skierowaliśmy się do toalety przeznaczonej dla matek chcących przewinąć. Toaleta była ogólnie obleśna i odefekowana, ale największą niespodzianką okazał się być brak przewijaka. Widniały po nim (lub pod niego) tylko śruby w ścianie. Dla zwrócenia uwagi społeczeństwa na problem oraz komfortu dziecka zostało ono ułożone na stole gastronomicznym z główką na kurteczce własnej i przewinięte. Skandal obyczajowy! Nikogo to jednak nie obeszło. Prawdopodobnie takie rzeczy są tam na porządku dziennym, wszak cóż mogą począć rodzice dzieci, którzy pragną zmienić im pieluszki, a nie znajdują ustronnego schronu po temu?

Następnie Mężowi, który przysiadł na ławeczce spadła na palec kropla czegoś z cieknącego sufitu. Już miał oblizać myśląc, że to sok, gdy się zorientował. Kiedy ubieraliśmy kurteczki celem opuszczenia niefajnego miejsca, spotkaliśmy mało interesującego kolegę, który bardzo chciał gadać. Staszek przez chwilę pointeresował się ogromnymi samochodami wystawianymi na stoisku z nimi, a następnie umiejętnie zastymulowany, zawył krótko acz spektakularnie, co można było koledze wyjaśnić jako zmęczenie i wykorzystać jako pretekst do pożegnania. Nie było jak się wydostać, jeśli chciało się uniknąć schodów. Obeszliśmy cały parking i okolice i nie było zjazdu z centrum. Zjechaliśmy więc zjazdem dla zmotoryzowanych ryzykując życie własne i dziecka. Chcieliśmy wracać pieszo, ale mój przepełniony pęcherz (przypominam, ze toaleta nie zachęcała), mój brak szalika oraz poczucie winy z powodu braku rękawiczek u dziecka i jego niechęć do skorzystania z moich zdecydowały o przejściu przez szereg przejść dla pieszych celem osiągnięcia przystanku autobusowego. Akurat jeden autobus uciekł, na następny przyszło nam czekać kwadrans. W tym czasie lunął grad, a syn, któremu rozgrzewałam ręce, usnął.

Przyjechał autobus, wróciliśmy do domu. Zjedliśmy zdrowy obiad z postaci surówki z blendera (najlepszy zakup roku 2011), mocno przyprawionego kuskusu i dwóch patelni boczniaków. Mąż zabrał syna na krótki spacer. Złapał ich deszcz z gradem i śniegiem, który przeczekali w aptece. Wrócili jednak zabieleni i mokrzy. Syn również nadspodziewanie zadowolony. Nogi miał całe mokre a ja która przez całą nieobecność, zamiast napić się choć herbaty lub usiąść choć na chwilę, sprzątałam, nagle zaniemogłam. Rozgrzewającą kąpiel przygotował dziecku Mąż. Po kąpieli, w szamotaninie ciał, które nie chciały dać sobie założyć pieluchy, odstający od dawna paznokieć zafundowany mi przez Lanosa, oderwał się. Mogę więc, jak niegdyś Zbigniew Hołdys, zaśpiewać „mnie paznokieć z palca zszedł”. Mam też we wtorek egzamin. A do tego wszystkiego twarz z poliraksy, za którą każdy by się zabić dał.

*On naprawdę zajmuje się myśleniem. Ma taką pracę, że czasem parę godzin leży pozornie bezczynnie. Jest fizykiem! I po godzinach rozmyślań rzeczywiście ma efekty. Ma nawet już publikację z myślenia. Pozorne nicnierobienie wykorzystuje każdy, by przeszkodzić, zwłaszcza matka jego. Babcia, która sama miała naukowca, jako jedyna prócz żony rozumie. Żona rozumie, ale cierpi, że nie może sobie Kuby słuchać, a już na pewno nie głośno.

Odgrzewane kotlety

Kotlet duży jak patelnia i cienki jak gazetka reklamowa

Cytrynna i Mąż zostali dziś obdarowani przez kochającą osobę kotletami (sztuk 4) na jutrzejszy obiad. Ogólnie Cytrynna nie lubi odgrzewać, nawet najlepszej znanej pizzy nie zje odgrzewanej, toleruje jedynie eintopfy, z których nie wydziela się tłuszcz i które smakują dokładnie tak samo lub co najwyżej jeszcze lepiej gdy się składniki „przegryzą”. W przypadku kotletów akceptuje zaś wyłącznie takie świeżo zdjęte z patelni. Kochająca osoba z kolei chciała dobrze i nie uwzględniła tego, że Cytrynna ma swoje preferencje, ponieważ Cytrynna nigdy tego nie zwerbalizowała, co by nie zrobić przykrości. Próbowała jedynie Cytrynna pokazywać jakie kotlety lubi sama, częstować nimi, a były to kotlety cienkie, smażone krótko. Kotlety otrzymane natomiast były kotletami smażonymi powoli na małym ogniu tak, aby się nie przypaliły (za to tłuszcz wchłonęły) i do tego były grube niczym podręcznik do języka polskiego w liceum w dawnych czasach, czyli jak na kotlet bardzo. Mąż, który rozumie każdego, wyjaśnił Cytrynnie, że kochająca osoba chciała naprawdę dobrze i arcygrube kotlety są takie z tego względu, żeby obdarowani zjedli więcej mięsa, mimo iż zjedzą tylko po jednym kotlecie.

Efekt jest niestety taki, że obdarowani nie chcą kotletów wcale. Zwłaszcza, że Cytrynna ma mnóstwo pomysłów na smaczne posiłki, a odkąd pozbyła się magisterki, ma na nie i czas. Kotlety nie są mile widziane, nawet darowane kotlety. Mąż, który jedzenia nie marnuje do tego stopnia, że zapchałby się, ale nie zmarnował, Cytrynnę zrugał za przyjęcie podarunku. Szczęściem byli akurat na spacerze, a spacery sprzyjają pomysłom. Uradzono więc, że dnia następnego spróbuje się kotlety przekazać dalej. Po pewnym czasie trasa spaceru przebiegała przez miejsce przesiadywania okolicznej żulerni, z którą rodzina Cytrynny jest zaznajomiona. Kiedy znajomi panowie żule się przywitali, w głowach małżonków niemal jednocześnie zrodził się pomysł, by kotletami poczęstować owych panów, zapewne przecież głodnych. Szybko wrócono więc do domu, zapakowano kotlety do mikroweli i podgrzano, aż stały się mocno gorące. Kotlety owinięto w folię aluminiową i wrzucono do termo-torby. Na podwoziu wózka wylądował również karton mleka, bo najbardziej spoufalony pan lubi. Kiedy jednak rodzina wróciła na miejsce, w którym kilka minut wcześniej panowie siedzieli, panów nie było. Małżonkowie krążyli, okrążali, szukali, rozglądali się, odchodzili i wracali, ale panowie się rozmyli. Przeczesano okolice sklepów, inne okolice, poszukiwania trwały ponad pól godziny a efektów brak. Już mieli wrócić do domu z wciąż ciepłymi kotletami, ale dali jeszcze szansę małemu parkowi. W małym parku na ławce akurat układał się do snu nieznany wprawdzie, ale bezdomny pan. Nie bardzo reflektował na kotlety, chwalił się bułkami, które miał w plecaku. Wolał pieniądze, za pieniądze kupiłby sobie zupę albo mleko. Cytrynna i Mąż pieniędzy nie dają, bo nigdy nie wiadomo, zresztą sami nie cierpią na nadmiar. Pan zarzekał się, że nie na alkohol chce pieniądze, bo nie pije, a poza tym ma jeszcze pół flaszki. W sumie i po namyśle gotów był przyjąć kotlety, choć zastrzegł ze zje je raczej na zimno. Gdy wziął kotlety, Cytrynna z podwozia wydobyła i mleko. Pan się krygował, bo gest wydobycia mleka był mniej zamierzony od gestu wręczenia kotletów. Miał więc pan podstawy pomyśleć, że oddają swoje mleko, które dla dziecka mieli. Mleko było rzeczywiście swoje, ale nie dla dziecka. Prawdopodobnie się pan bardziej z tego mleka ucieszył aniżeli z ciepłego mięsa kurczęcego, ale Cytrynna i Mąż są z siebie bardzo zadowoleni. Bardzo zadowolony był też i Staszek, ale to chyba już bez związku z sytuacją. On się po prostu cieszy, bo ma dobrze. Z takimi rodzicami!

Atak odparty

Wczorajsza ofensywa samotnego partyzanta nie powiodła się. Zamierzał być nieugięty, pokrzykiwał, a nawet śmiał się. Wyraźnie manifestował swój bunt przy odkładaniu do łóżeczka, wstawał i zasypiać nie zamierzał, a było już po drugiej i rodzice też mieli ochotę się położyć. Już nawet rozważali, co jeśli zaśnie, ale zbudzi się ponownie i inne mało przyjemne możliwości. Matka nie zamierzała iść na zbyt miękką kanapę, nikt nie dopuszczał myśli o przeniesieniu frontu do rodzicielskiej sypialni i wpuszczeniu doń wojownika. Nikt też nie zamierzał przesiedzieć całej nocy nad syneczkiem skłonnym przysnąć na kanapie i budzącym się na każdą próbę przeniesienia do łóżeczka. Nie przekonywały go oklepane teksty matki, że we własnym łóżeczku będzie mu najlepiej na świecie. Kozaczył potężnie, ale w końcu okazał się być cienkim bolkiem*, który ugiął się pod pręgierzem ibuprofenu. Co będzie tej nocy?

*bolek piszemy małą literą, gdyż nie jest to imię królów polskich, którzy dosyć potężni byli, lecz sformułowanie określające rybę karpiowatą gatunku boleń, która już cienką może być i jako cienka nadaje się co najwyżej dla kota. Źródło tej informacji znajduje się  TU.

Nowa ofensywa

Syneczek zebrał siły, zgromadził posiłki, uśpił czujność i zaatakował. Tak jak niegdyś on sam i tak jak rodzice później, znów postanowił wykorzystać ich słabości. Odpuścił wiele bitew, ale postanowił nie oddać wojny. Wczoraj w nocy przypuścił atak na niczego nie spodziewających się. Cel był ogólnie znany- łóżko i czułe objęcia matki. Wytrawny obserwator mógłby spostrzec, że przygotowując się do ataku zaniedbał zjedzenia obiadu. Ale przecież nie raz odpuszczał obiad, a nocą szedł potulnie na swoje miejsce. Nie tym razem. Matka zamierzała tą konkretną noc przespać, bo akurat wykaraskiwała się z migreny w którą popadła na skutek stresujących okoliczności niezwiązanych z przesypianiem nocy ani jedzeniem obiadu. Ofiarą ataku padł więc ojciec. To on chodził, utulał, smarował zęby. Wszystko na nic. Rodzice jednak ramię w ramię bronili swojej fortecy przed szturmującym potomkiem. Oczywiście potyczkę przegrali, ale ocalili swój bastion. Matka poszła do dziecięcej sypialni i rozłożyła dla siebie i potomka znajdującą się tam kanapę, urządzenie o wyjątkowej miękkości, zdolne uszkodzić najzdrowszy nawet kręgosłup. Kręgosłup matki (w tej roli oczywiście Cytrynna) do najzdrowszych już od jakiegoś czasu nie należy. Skutki: dziecko smacznie zasnęło podtrzymywane za rękę i do 9:30 spało, ale matka wstała połamana i cały dzień się łamała.

Dziecko odpuściło dziś kolejny obiad, a zasnęło tuż po 22. Odniesione do siebie, po chwili zawyło wymuszając jeszcze kilka chwil pobytu w rodzicielskim łożu. W ciągu tych kilku chwil jęczało i szamotało się przyjmując najdziwniejsze pozycje. Uspokoiwszy się, poszło znów do siebie. Tam zbiera siły, czeka na pogaszenie świateł, da nawet czas na zaśnięcie. Tej nocy nastąpi kolejny atak. Tym razem obie strony są tego świadome. Kto wygra? Kto ulegnie? Czy obędzie się bez ofiar?