Gra na podobieństwo chińczyka

Kiedy najlepiej zbierać grzyby? Zupełnie najlepiej to po deszczu, ale abstrahując od pogody, to na pewno nie w weekend. W weekend jest więcej grzybiarzy niż grzybów. Więcej też niż zagajników brzozowych. A w niedziele to nawet więcej niż na Mszy. Czyli próby zbierania mają sens li i jedynie w dzień roboczy, kiedy większość grzybiarzy jest w swoich pracach. A gdzie zbierać? Tam, gdzie wiadomo, że rosną. Bo kiedy nie wiadomo, czy w ogóle rosną, to nie wiemy nawet, czy jesteśmy pierwszymi eksploratorami w danym dniu. Bywają wspaniałe nieodwiedzane lasy, czasem nawet wyglądające na grzybne pastwiska, gdzie ni grzyba, bo tak już jest. Gdyby to była gra planszowa, to fałszywe zagajniki byłyby oznaczone jakąś specjalną kartą, która okazywałaby się różnić czymś od typowego lasu grzybnego dopiero pod ultrafioletem, albo jakoś tak. Gdyby to była gra, to dobrym akcesorium byłyby samochody, innym dobrym utensylium byłby rower. Drużyna grzybiarzy posiadająca pojazdy obstawiałaby wybrany fragment lasu nimi właśnie i odstraszałoby to przeciwników, a przynajmniej oznaczałoby rezerwację, bo pewny siebie przeciwnik bez oporu wejdzie i na teren zarezerwowany. Wszak po ślepawym mieszczuchu wytrawny grzybiarz może przejść i jeszcze kosz napełnić. Co sprytniejsi mogliby pojazdami odstraszającymi obstawić teren jeszcze poprzedniego wieczoru a nazajutrz dojść na miejsce pieszo.

My dziś zagraliśmy w grzybobranie na żywej planszy. Już o siódmej podnieśliśmy niewyspane ciała ze wspólnego łózka (tak, dziecko tutaj śpi we własnym łóżku, już dwie noce!), nafutrowalismy młodszych bananami, starszych bułkami i popędziliśmy do L. Wszelkie ociągania spowodowane były porannym przymrozkiem, który dobrze grzybom nie wróżył. Po drodze minęliśmy parę wczesnych grzybiarzy idących w tym samym kierunku, a oni podczas mijania spuścili głowy w odczuciu porażki. Byli to prości grzybiarze bez utensyliów. Na miejscu jednak okazało się, że ni grzyba! Chłód jako warunek atmosferyczny okazał się być czynnikiem negującym grzyba. Chłód wykluczył grzyba, bo jak głoszą nauki, grzyb do rozwoju potrzebuje ciepła i wilgoci. Staszek jako czynnik losowy postanowił zająć wówczas dowolną ilość czasu. Mianowicie, kiedy nikt nie patrzył, wypuścił ze swej maleńkiej rączki żółto-czerwony samochód Tonka, rzekomo ulubiony, taki, co do którego był przykaz „nie zgubcie, bo to jego ulubiony”. Nie my zgubiliśmy, my jednak szukaliśmy, ale bezskutecznie. A czas płynął nieubłaganie. O dziewiątej(!) padła decyzja by mimo wszystko udać się do Płocic, bo a nuż. I tutaj albo zaszkodziła Płocicom sława mojego bloga, w którym zdradziłam sekretne miejsce ( niniejszym pozdrawiam beneficjentów), albo zadziałało prawo natury głoszące, że gdzie się nie pojawimy (np. opustoszały lokal, bo takie preferujemy), tam zaraz zbiegają się tłumy.

Tym razem dobry wehikuł zapewnił, że mimo przejściowych trudności i utraty cennego artefaktu w postaci żółto-czerwonej Tonki, nie wypadliśmy z gry.  Wypadliśmy za to z lasu, przemknęliśmy przez centrum wsi, minęliśmy rynek i zatrzymaliśmy się w dolnej części kompleksu  grzybiarskiego. Otwarcie drzwi i pasażerowie wysypali się wprost na dywan z prawdziwków. Nie, aż takiego zwycięstwa nie  odnieśliśmy. Płocice jednak szczycą się ściółką przyjazną niemowlakom dopiero zaczynającym chodzić. Niemowlak runął na mech a  rodzice zajęli się poszukiwaniem. Cytrynna zdobyła dwa nieduże koźlaki, Mąż nieporównywalnie więcej. Cytrynna nie jest tak  dobrym grzybiarzem jak Mąż, ale za to nikt tak dobrze nie nosi koszyka jak ona. Tworzą więc zgrany duet grzybiarzy. Nagle na  horyzoncie pojawił się element losowy, oto na trzech kończynach człapała pani Konkurencja. Trzecią nogę stanowił długi kij, służący  zapewne do rozgrzebywania mchu. Mąż jako ten obdarzony skillem spostrzegawczości stanął na wysokości zadania, mimo protestów załadował  niemowlę do wózka, a żonę popędził prędko do górnego kompleksu, aby zajęła teren. Pani Konkurencja zagadywała Cytrynnę o  pochodzenie, a że była życzliwa (pozory na pewno mylą), to i powiedziała, że tu (na dole) nie ma nic, bo każdy tu zbiera, trzeba iść  wyżej. Wtedy Cytrynna schyliła się po swój trzeci grzyb. I tak szły przez chwile równo, a każda myślała jak pokonać tę drugą.  Cytrynna na swych krótkich, lecz młodych nóżkach wbiegła wysoko i poczęła zdobywać teren od góry, pani Konkurencja zaś od dołu.  Nadjechał i Mąż ze Stasiem, dziecko żądało uwagi, czyli było po stronie pani Konkurencji, jednak znalazło jakiś foliowy worek  stanowiący w lesie śmieć i się nim zadowoliło. Małżeństwo zaś zupełnie mimochodem wyparło rywalkę z lasu. Naszły wówczas  Cytrynnę myśli, że pewnikiem pani Konkurencja czai się gdzieś z tyłu, by za pomocą kija zdobyć powoli zapełniający się  koszyk. Innym sposobem byłoby zdobycie bez okazywania przemocy koszyka na chwilę spuszczonego z oka. Bo koszyk, choćby  częściowo zapełniony, stanowi lepsze dobro niż zarezerwowany las. Wszak w lesie może nie być grzyba, a w koszyku każdy widzi.

NIkt tak dobrze nie nosi koszyka jak Cytrynna

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s