Grzy-bobranie

Niektórzy zarzucają mi, że jestem na permanentnych grzybach, a wcale nie jestem. I w ogóle w tym roku prawie nie mamy grzybów, bo Stasio już nie jest ssakiem, którego można nakarmić w samochodzie po drodze, tylko trzeba podać wszystkim śniadanie i wygrzebać się i na ogół dojeżdżamy na miejsce po fakcie, czyli tuż po czyimś grzybobraniu. Nasze sekretne miejsca się rozsławiły i nie da się zupełnie nigdzie być pierwszym. Pewno i bezrobocie wzrosło od zeszłego roku i stąd nawet w dzień powszedni ktoś miał czas nas uprzedzić. Dlatego przewartościowaliśmy swoje piramidy potrzeb i staramy się głównie dobrze spędzać czas. Nałóg jednak jest nałogiem i zawsze nas podświadomie ciągnie w najgorsze odludzia w nadziei, że jednak, a nuż, być może ktoś nie dotarł.

Ostatnim razem właśnie tak jechaliśmy bardzo wąską drogą, co do której nie było pewności, że się nagle nie skończy, gdy się nagle skończyła. Nie było to jednak zwykłe zaniknięcie drogi, jakie się drogom zdarza w lasach, lecz kłoda rzucona wędrowcowi pod nogi. Całkiem niemała kłoda. Ponieważ droga była masakrycznie wąska, po jednej stronie miała skarpę (w górę) a po drugiej zbocze (w dół), to o zawracaniu nie mogło być nawet mowy. Ja, jak pierwsza naiwna, już myślałam, że może wielkie drzewo uda nam się z drogi usunąć, lecz fizyk powiedział, że ono jest mniej więcej 10 razy cięższe niż rzecz podnaszalna. Całość wyglądała podejrzanie, niczym atak zbójców na dyliżans, względnie pociąg a z oddali dobiegały jakieś męskie krzyki uwiarygodniające straszliwą hipotezę, strach więc swoimi wielkimi oczami w nasze zaglądał. Odrobinę się uspokoiliśmy wyśledziwszy, że to nie ludzka ręka powaliła drzewo, lecz bobrzy ząb. Robota była bardzo precyzyjna, lecz chyba twórca nie miał złych zamiarów. Bobry wszak słyną z powalania drzew w pożądanych przez siebie kierunkach celem budowania tam. Mąż, jako nasz główny kierowca podjął rękawicę rzuconą nam przez zębate zwierzątka i ocalił nas wszystkich. Mianowicie cofnął Lanos kilka metrów z użyciem biegu wstecznego do miejsca, w którym skarpa boczna była nieco niższą, po czym rozpoczął zawracanie na tak zwane „5”. W tym przypadku oczywiście na pięciu się nie skończyło. Próbowałam liczyć i przypuszczam, że to było „na 17”, ale mogę się mylić. Byłoby oczywiście na mniej, ale tchórzliwa żona, która podpowiadała, ile można się cofnąć, zawsze krzyczała „stop” zanim cofanie się rozpoczęło.

Inna nasza przygoda z bobrami dotyczy pluszanek. Kiedyś przypadkiem natrafiliśmy na maskotkę bobra podpisaną jak rysunek głosi. My nie ogłosiliśmy, że taką pluszanke posiadamy, lecz oferowaliśmy w okolicy chętnym, że pozwolimy im pogłaskać naszego włochatego bobra. Bulwersowali się wszyscy równo, a my do dziś się głowimy, co było tego przyczyną.

Dziś natomiast, po tym jak zawiozłam nas rozrytą drogą za Szludron i zobaczyliśmy że czubajki nie wyrosły ni odrobinę, a następnie przywiozłam z powrotem (nie, Mąż nie jest dżentelmenem pozwalającym żonie poprowadzić stary samochód przez las w niedzielę, po prostu wykorzystał chorobę swoją by skwapliwie zrzec się obowiązku), uznaliśmy, że jest za wcześnie na koniec spaceru. Pogoda dopisywała, to znaczy akurat nie padało. Pojechaliśmy na tak zwane bobry, czyli w okolice Wdy. Nikt tam nigdy bobra nie widział, drzew pociętych też nie ma, ale są żeremia, czyli bobry pewnie też, tylko schowane. Rok temu w tej okolicy znaleźliśmy jeden rydz, a rydz jest najlepszym grzybem, jaki znam i do tego megarzadkim, więc nadzieje pokładałam duże w odwiedzeniu owej okolicy. Zapakowano Stasio w wózek, dziecko trzymało nieodłączną Tonke w prawej łapce. Poszliśmy. Mąż poprowadził nas przez mostek, którego nigdy nie przekraczaliśmy. Twierdził, że z pewnością wkrótce będzie kolejny mostek powrotny. Początkowo szliśmy brzegiem rzeki i spotkaliśmy wielodzietną rodzinę łabędzi, które kontemplowaliśmy całkiem długo i nawet wszyscy. Były też i wspomniane żeremia czy tamy. Następnie szliśmy przez kartoflisko już zaorane. Wózek odmawiał posłuszeństwa i nastąpił podział ról- dziecko szło na rękach a wózek jechał pusty za sprawą drugiego rodzica. Zebraliśmy 50 ziemniaków na pamiątkę przejścia przez wyeksploatowane kartoflisko, ale zostawiliśmy ich jeszcze wiele- na pewno po nas przyjdą biedniejsi, to wezmą i te zupełnie małe. Widoczne jest tu nawiązanie do łuskania kłosów w szabat (Mt 12,1-14). Jednak tych ziemniaczków to nie było jak spożyć po drodze. ie trzeba też i było brać aż 50, jednak czynność ta była silnie uzależniająca.

Z czasem łąka stała się zupełnie nieprzejezdna i przewodnik trzeźwo i na czas odnalazł drogę biegnącą w las, w górę a od rzeki odbiegającą. Ja przeżyłam chwilę grozy gdy widziałam ze owa stroma droga się kończy a jeszcze nie ujrzałam poprzecznej drogi gruntowej. Droga gruntowa to było coś. W końcu wózek zaczął jechać jako tako. Dziecko dostawało po kawałeczku bułki z masłem i pokrzykiwało zachęcająco. Znaną prawdą jest że wózek jedzie cicho, a stoi głośno. Z poboczy pokrzykiwały do nas raźno kurki i nawet dwa borowiki szatańskie, zdrowe i jędrne, lecz wiadomo. Po ponad godzinie od opuszczenia kartofliska, zmarznięci, lekko zmoczeni, bo chwilami padało, dotarliśmy do mostu na Wdzie, przy którym się raz Stasio tego lata kąpało. Ulga niewyobrażalna. Momentalnie zaburzona z chwilą zauważenia, że nie ma Tonki! Znów posiał gdzieś. Wyrzucił! Nie szanuje! A niby taka ulubiona. Rozważano rozdzielenie się, ale tego stanowczo odmówił Mąż, chciał wracać po zabawkę wszyscy razem, ale tu z kolei ja uznałam, że najpierw czym prędzej do auta a potem autem po Tonkę wszyscy wraz. Do auta szliśmy prawie 45 minut i to po równej drodze. Całą tą drogę żałowaliśmy, że nie zatrzymujemy stopa i że jedna osoba nie jedzie po samochód, ale mamy przykre doświadczenia z niechcącymi się zatrzymać kierowcami, więc i nie próbujemy. Ostatecznie nie wróciliśmy po Tonkę, spróbujemy szczęścia jutro.

Reklamy

10 Responses to Grzy-bobranie

  1. Lolinka says:

    A Ty czego tak po nocach piszesz, co?! 🙂 No :). To teraz idę czytać :P.

  2. Lolinka says:

    Ach ten kryzys, jak to jednak skłania ludzi do wynajdywania alternatywnych sposobów pozyskiwania żywności (alternatywnych do zdobywania jej w sklepach w sposób legalny, czyli z płaceniem). Nie wpadłabym, że można zrobić również ziemniakobranie :P.
    Fajnie macie, że mieszkacie w takim miejscu, gdzie można sobie pobyć na łonie natury wiele godzin, bez martwienia się o to, czy w drodze powrotnej uda się przebić przez podstołeczne miejscowości we w miarę znośnym czasie i bez korków. Marzy nam się wyprowadzka na jakąś wieś, własnoręczna uprawa warzywek, hodowla zwierzaczków (to Mąż) i relaksik na świeżym powietrzu bez konieczności uprzedniego dojeżdżania do niego.
    A wielodzietna rodzina łabędzi podbiła me serce :).

  3. Maurycy Teo says:

    Ale nie informowałaś, że Tonka się znalazła wówczas :). A ja lubię takie historie z hepiendem :). Poproszę zdjęcie Tonki jak się znajdzie. I ja chcę na wieś… Buuu!

  4. cytrynna says:

    Pisać mogę tylko nocami, bo w dzień albo jestem w lesie, albo to Mąż okupuje MÓJ laptop celem pracy. O znalezionej Tonce nie napisałam, bo w dniu znalezienia ledwo co dałam radę wylać słowotok. Ja kiedyś sobie nie wyobrażałam życia na wsi, a teraz wręcz przeciwnie. Od niedawna nawet wjazd/wyjazd z Gdańska jest całkiem płynny. Niemniej jednak naszą główną bazą jest właśnie Gdańsk zwany bazą, a dom na wsi nazywamy domem chociaż ani nie jest nasz, ani dużo w nim nie przebywamy, ale tam dom, gdzie serce:) Jutro stąd niestety wyjeżdżamy zamykając prawdopodobnie sezon grzybowy. W przyszły weekend nas nie będzie w domu, bo będziemy w Warszawie, a przynajmniej w piątek!

  5. cytrynna says:

    A jeśli chcecie, to możecie sobie zaplanować przyszłoroczne wakacje na wsi:) Zapraszam!

  6. Maurycy Teo says:

    W związku z Waszą obecnością w Warszawie zapraszamy do nas na herbatę, rzecz jasna ;). Ponieważ następnego dnia mam studia, a też i teściów się spodziewamy, nie zapraszamy tym razem na posiadówy do drugiej, ale w razie czego możemy przenocować :).

  7. Mąż says:

    Jejku, jak fajnie! A cała wycieczka w dniu równie bliskim równonocy jak dziś! Więc chodźmy … na spacer, aby utrwalić na zdjęciach i wpisie piękne wiosenne słońce! Kuruj Stasio, żeby wziąć go w troki, w wózki, w Lanos i jechać na zieloną trawkę.

  8. cytrynna says:

    No tak, niektórzy to nawet w pracy mają czas czytać blog Cytrynny.

  9. Mąż says:

    Jejku, przecież te zdjęcia z łabędzi i z lasów są najładniejsze na świecie! Musimy, ale to musimy rychło jechać w plener, bo jest za oknem tak super, że nie wytrzymam!

  10. Pingback: Wespół w zespół | Świat misiów, stworzeń i pobratyŃców

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s