Przywiązanie dziecka do samochodu

Nie wstaliśmy dziś o świcie. Mogłam wstać obudzona Stasim kaszlem i zrobić nam śniadanie. Leżałam jednak czekając aż zasnę ponownie i doczekałam się. Wstaliśmy o 9, wyjechaliśmy z domu po 10 tym samym mówiąc „Adios pełny koszyku”. Oczywiście wcale tak nie powiedzieliśmy. Niczym hazardzista po przegraniu fortuny łudziliśmy się, że będziemy w Płocicach pierwsi. Jak nietrudno się domyślić, ktoś nas ubiegł. Ale tamtejszy dolny zagajnik jest i tak cudowny, chodzenie po nim budzi wspomnienia zeszłorocznych samo-napełniających się koszyków.

Stasio nie skorzystał z możliwości chodzenia po całym lesie. Zamiast tego swoim zwyczajem chodził wokół Lanosa. Sprawdzał, czy wszystkie drzwi są zamknięte i głaskał obłe kształty Zielonego (widoczna na zdjęciu Tonka nie jest tą ulubioną, Cytrynna nie kręci i nie mataczy, lecz na bieżąco opisuje prawdę). Stasio bardzo lubi Lanos. Przypuszczam, że czuje się bezpiecznie w jego obecności, a po cichu sądzę jeszcze, że być może uważa go za trzeciego i to równoprawnego rodzica.

Przechodząc go górnego lasku musieliśmy przerwać tą motoryzacyjną pępowinę dwóch Zielonych. Stasio posadzone na mchu szybko odnalazło się w nowej sytuacji i zaczęło rwać maleńkie grzybki z gatunku trujaczki. Jego zmoczenie spodni dało sygnał do odjazdu. W koszu było wszystkiego 6 prawdziwków i koźlaczków.

Popędziliśmy na benzyniarnię po gaz celem napełnienia jednego z garbów naszego dromadera, tfu baktriana (drugi garb poi się benzyną). Baktrian brzmi jak nazwa jakiegoś leku. Z benzyniarni blisko było do Lipusza, gdzie odnaleźliśmy jezioro, którego nie zdołaliśmy odnaleźć w lipcu. Dziś wystarczyło mieć mapę. Jezioro okazało się być super, ale ja marzłam, gdyż mój polar był mokry, albowiem w auteczku leżał obok butelki wody mineralnej, która dyfundowała przez plastik na zewnątrz. Gdybyśmy nad tym jeziorem znaleźli się przed świtem, nasze kosze z pewnością napełniłyby się rydzami, gdyż było to prorydzowe miejsce. Nic jednak, gdyż tata znalazł dwa wschodzące cuda na działce.

Z Lipusza postanowiliśmy wracać przez znaną w całym kraju Łubianę. Odważyłam się zaproponować Mężowi odwiedzenie słynnych zakładów porcelanowych i propozycja moja została przyjęta. Odnalazłam nawet na aparacie zdjęcie zrobione w salonie Lolinki i zawierające jej serwis kawowy i pomyślałam, że moglibyśmy jej sprawić na przykład drugą cukiernicę do kompletu, ale w szumnie nazwanym „salonie sprzedaży” nie odnalazłam tego wzorku. Odnalazłam za to 12 wspaniałych talerzy w średniej cenie 2,25, których właścicielka zostałam. Aż kwiczę z zachwytu, takie są cudne.

A co z naszymi czubajkami? Są czubajkami, jak było to wiadome, ale 2 dni w lodówce zupełnie je zdewaluowały i nawet nas już nie pociągają. My mamy coś lepszego. Mamy prawdziwą K-A-N-I-Ę. Jest doskonała. Ma odpowiedni pierścień, burą nóżkę (muchomor sromotnikowy ma białą) i, co najważniejsze, pachnie kanią. Osobiście przełaziłam przez płot aby ją zdobyć. No nie płot, tylko dwubarierkę i to nie prywatną, lecz ośrodka wypoczynkowego. Żeby nie było zbyt kolorowo, w domowej butli z gazem skończył się gaz i kania nie miała jak trafić na patelnię.

 

 

 

Reklamy

One Response to Przywiązanie dziecka do samochodu

  1. Pingback: Najlepiej wydane 8 złotych | Świat Cytrynny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s