Przyganiał Stach kotu – fotostory

Cytrynna poszła dziś na zajęcia. Mąż w tym czasie miał wiele alternatyw polegających na zajmowaniu się dzieckiem. Mógł być z tym dzieckiem sam- w domu lub na spacerze, mógł iść z nim do babci, która stęskniona oczekiwała, a mógł też zabrać dziecko do Sopotu, gdzie chciał się udać na konsultacje dotyczące swojego aktualnego zadania. Wybrał to ostatnie. W związku z oprowiantowaniem i opieluchowaniem dziecka Cytrynna została przetrzymana w domu aż się spóźniła na zajęcia (nic nie tracąc, bo całość się bardzo powoli rozkręca), po czym wyszli wszyscy razem.

Niestety, nie ma możliwości zakupu biletów na skm gdy jest się osobą z wózkiem. Wspominała już kiedyś o tym Cytrynna, teraz problem ten napotkał Mąż. Główna kasa biletowa jest w tunelu, do którego prowadzą mocno strome schody. Od wielu miesięcy nie działa winda. Jest tam też zjazd, ale nie dość, że mocno stromy, to i obsiadnięty przez kokoszki handlarki oraz innych bywalców dworców. Drugą opcją jest kasa biletowa naziemna, ale jak wiadomo, nie da się do niej wjechać wózkiem. Nikt też dziecka nie zostawi z wózkiem przed budynkiem, bo wiadomo- porwania dla okupu albo dla bogatych niemieckich rodzin. Realnym zagrożeniem jest także przydybanie pozostawionego na chwilę przychówku przez straż miejską, a w następstwie natychmiastowe odebranie dziecka rodzicom z nieodwracalnymi konsekwencjami i horrendalne koszty procesów sądowych zakończonych w najlepszym wypadku przyznaniem grzywny. Nie zostawi się też pustego wózka, bo chociaż używany i niedrogi, to każdy członek rodziny jest do niego na swój sposób przywiązany. A bywalcy dworców tylko czyhają na taki doskonały transporter dla swoich puszek i innych wynalezisk. Zostaje zatem opcja ostatnia- zakup biletu w biletomacie. Opcja niestety niewykonalna dzisiaj, gdyż biletomat, zupełnie wbrew sobie, skłonny był dziś przyjąć tylko odliczoną gotówkę, a do takiej brakowało Mężowi JEDNEGO grosza. O opcji zakupu u przewoźnika nawet nie wspominam, bo to niegodziwość straszna żeby za wypisanie biletu płacić prawie dwa razy więcej niż sam bilet kosztuje. Kiedy się biedak szamotał z automatem, pociąg do Sopotu odjechał. Nie pozostało więc samotnemu ojcu nic innego jak udać się do owej zbyt wąskiej kasy i poprosić 3-osobową obsługę tejże o pomoc. Pan ochroniarz, zwany przez nieobeznanego w kasowej hierarchii Męża stróżem, popilnował dziecka, a w tym czasie dwie panie sprzedały mu bilety.

Bohaterowie opowieści z czasem doczekali się następnego pociągu, pojechali nim do Sopotu, wysiedli i poszli do celu. Cel mieści się w tak zwanym górnym Sopocie, czyli dzielnicy willowej, w której każdy chciałby mieszkać, ale mało kogo stać. Jest tam zielono, a o tej porze roku jesiennie, więc maleństwo skorzystało z wolności i zbierało liście, chodziło przy murkach, przysiadało na chodniku aż nagle zobaczyło kota. Z kotem się do tej pory nie macało. Tym razem nie było matki, która mogłaby mieć jakieś obiekcje ani żadnego innego opiekuna, który miałby PEŁNO obiekcji. Możliwy przebieg sytuacji był zatem jeden- pod czułym okiem taty dziecko mogło pogonić kotu kota. Zaczęło się niewinnie, czyli kot niczego nie podejrzewał i nie uciekał. Młody człowiek macał, ale z czasem się i kotu przebrała miarka i zaczął zwiewać. Wtedy każdą próbę złapania Stasio organizowało oburącz, co kilkakrotnie skończyło się rzuceniem na kota lub nawet lądowaniem w pustej już przestrzeni po kocie. Kot miał tą przewagę, że znał teren, więc w końcu uciekł, wydawałoby się skutecznie, bo przez płot. Miał w sobie jednak coś z panienki, która chciałaby, ale się boi i zza tego płotu dawał się jeszcze pomacać, a gdy został dziecięcymi głaskami zaspokojony, odszedł. Nie docenił przeciwnika. Przeciwnik, chociaż na nogach trzyma się od niedawna, a drzwi rzadko otwiera (na ogół przy nich staje i woła „a-a-a” i jeśli nie ma przeciwskazań, to ktoś otwiera je za niego), bez problemu znalazł furtkę a wypatrzywszy przez nią swój łup, otworzył sobie wrota i dziarskim krokiem wkroczył na posesję, na której schronienia szukał czworonóg (tak, zrozumiał związki przyczynowo-skutkowe i nacisnął klamkę! sam!). Zwierzę nagrodziło maluszka za ten czyn, po czym obaj wyszli z posesji na teren publiczny i tam prawdopodobnie się rozstali, bo fotorelacja dostarczona Cytrynnie się kończy.

W pociągu relacji powrotnej chłopczyka zabawiała pani, która poczęstowała go głodnym kawałkiem „Stachu, kury na dachu” oraz drugim, nie tak znanym „kokoszka w sieni, Stachu się żeni”. Natomiast w domu dziecko mało co zjadłszy i wypłakawszy swój bunt, raczyło zasnąć. Przebudziło się po jakimś czasie i po posmarowaniu wychodzących w sposób chaotyczny zębów (mamy 3 dwójki i jedną czwórkę-po tej stronie, po której dwójki nie ma), westchnąwszy jeszcze kilka razy w tonie „co ja z wami mam”, zasnęło ponownie. Cytrynna obawiała się nawet, czy aby to, co trawi synka, to zęby, a nie przypadkiem toksoplazmoza, bo Mężowi po fakcie przypomniało się, że kot był trochę kaprawy i miał wygryziony kark. Zresztą kot, który nie ucieka, to musi być kaprawy. Przypomniało mu się też, że butelka, z której dziecię potem piło, spadała w piasek. W kwestii toksoplazmozy Cytrynna jest dobrej myśli, ale w kwestii zostawiania dziecka Mężowi na wyłączność, ma trochę obaw, które rozwieje właśnie zostawiając dziecko Mężowi!

Reklamy

One Response to Przyganiał Stach kotu – fotostory

  1. Mąż says:

    Wpis tak dawny i sielski, a wciąż nie skomentowany, ani nie ma nawet pingbacka! A taka ładna czapeczka krasnoludka, jak po ubogim krewnym, a przecież ode mnie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s