Odgrzewane kotlety

Kotlet duży jak patelnia i cienki jak gazetka reklamowa

Cytrynna i Mąż zostali dziś obdarowani przez kochającą osobę kotletami (sztuk 4) na jutrzejszy obiad. Ogólnie Cytrynna nie lubi odgrzewać, nawet najlepszej znanej pizzy nie zje odgrzewanej, toleruje jedynie eintopfy, z których nie wydziela się tłuszcz i które smakują dokładnie tak samo lub co najwyżej jeszcze lepiej gdy się składniki „przegryzą”. W przypadku kotletów akceptuje zaś wyłącznie takie świeżo zdjęte z patelni. Kochająca osoba z kolei chciała dobrze i nie uwzględniła tego, że Cytrynna ma swoje preferencje, ponieważ Cytrynna nigdy tego nie zwerbalizowała, co by nie zrobić przykrości. Próbowała jedynie Cytrynna pokazywać jakie kotlety lubi sama, częstować nimi, a były to kotlety cienkie, smażone krótko. Kotlety otrzymane natomiast były kotletami smażonymi powoli na małym ogniu tak, aby się nie przypaliły (za to tłuszcz wchłonęły) i do tego były grube niczym podręcznik do języka polskiego w liceum w dawnych czasach, czyli jak na kotlet bardzo. Mąż, który rozumie każdego, wyjaśnił Cytrynnie, że kochająca osoba chciała naprawdę dobrze i arcygrube kotlety są takie z tego względu, żeby obdarowani zjedli więcej mięsa, mimo iż zjedzą tylko po jednym kotlecie.

Efekt jest niestety taki, że obdarowani nie chcą kotletów wcale. Zwłaszcza, że Cytrynna ma mnóstwo pomysłów na smaczne posiłki, a odkąd pozbyła się magisterki, ma na nie i czas. Kotlety nie są mile widziane, nawet darowane kotlety. Mąż, który jedzenia nie marnuje do tego stopnia, że zapchałby się, ale nie zmarnował, Cytrynnę zrugał za przyjęcie podarunku. Szczęściem byli akurat na spacerze, a spacery sprzyjają pomysłom. Uradzono więc, że dnia następnego spróbuje się kotlety przekazać dalej. Po pewnym czasie trasa spaceru przebiegała przez miejsce przesiadywania okolicznej żulerni, z którą rodzina Cytrynny jest zaznajomiona. Kiedy znajomi panowie żule się przywitali, w głowach małżonków niemal jednocześnie zrodził się pomysł, by kotletami poczęstować owych panów, zapewne przecież głodnych. Szybko wrócono więc do domu, zapakowano kotlety do mikroweli i podgrzano, aż stały się mocno gorące. Kotlety owinięto w folię aluminiową i wrzucono do termo-torby. Na podwoziu wózka wylądował również karton mleka, bo najbardziej spoufalony pan lubi. Kiedy jednak rodzina wróciła na miejsce, w którym kilka minut wcześniej panowie siedzieli, panów nie było. Małżonkowie krążyli, okrążali, szukali, rozglądali się, odchodzili i wracali, ale panowie się rozmyli. Przeczesano okolice sklepów, inne okolice, poszukiwania trwały ponad pól godziny a efektów brak. Już mieli wrócić do domu z wciąż ciepłymi kotletami, ale dali jeszcze szansę małemu parkowi. W małym parku na ławce akurat układał się do snu nieznany wprawdzie, ale bezdomny pan. Nie bardzo reflektował na kotlety, chwalił się bułkami, które miał w plecaku. Wolał pieniądze, za pieniądze kupiłby sobie zupę albo mleko. Cytrynna i Mąż pieniędzy nie dają, bo nigdy nie wiadomo, zresztą sami nie cierpią na nadmiar. Pan zarzekał się, że nie na alkohol chce pieniądze, bo nie pije, a poza tym ma jeszcze pół flaszki. W sumie i po namyśle gotów był przyjąć kotlety, choć zastrzegł ze zje je raczej na zimno. Gdy wziął kotlety, Cytrynna z podwozia wydobyła i mleko. Pan się krygował, bo gest wydobycia mleka był mniej zamierzony od gestu wręczenia kotletów. Miał więc pan podstawy pomyśleć, że oddają swoje mleko, które dla dziecka mieli. Mleko było rzeczywiście swoje, ale nie dla dziecka. Prawdopodobnie się pan bardziej z tego mleka ucieszył aniżeli z ciepłego mięsa kurczęcego, ale Cytrynna i Mąż są z siebie bardzo zadowoleni. Bardzo zadowolony był też i Staszek, ale to chyba już bez związku z sytuacją. On się po prostu cieszy, bo ma dobrze. Z takimi rodzicami!

Reklamy

One Response to Odgrzewane kotlety

  1. Lolinka says:

    Ach, Cytrynno, jestem wielbicielką takich samych kotletów jak Ty! Wielkich i cienkich. Grubych i tłustych nie znoszę i staram się nie jadać. A najlepsze, największe i najcieńsze kotlety (schabowe, żeby było jasne) jadałam w zajeździe w miejscowości Stolno, przy trasie na Gdańsk, gdzie zatrzymują się chyba wszyscy kierowcy jadący nad morze z mojego rodzinnego miasta, począwszy od moich rodziców, a na kierowcach autobusów kolonijnych skończywszy. Znam to miejsce jak własną kieszeń, gdyż nad morze jako dziecko jeździłam prawie co rok. I choć mój Mąż twierdzi, że to bar przeniesiony z PRL-u (co jest w dużej mierze prawdą, w tej chwili przynajmniej, bo jeszcze w latach 90. nie różnił się niczym od innych przydrożnych knajp – oprócz tego, że był dobry) i go nie polubił, ja wciąż pałam do tego miejsca i tamtejszych schabowych nieokiełznaną miłością.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s