Mam jeszcze twarz z poliraksy…

Jaka pogoda, taka aura. U nas wczoraj od rana było pochmurnie, lecz przedpołudnie przebiegło sucho. Stasio postanowiło zarwać noc i od trzeciej do czwartej urządzało takie rzeczy, że potem Mąż do ósmej nie spał. A trzeba Wam, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że kładziemy się grubo po drugiej, gdyż ja piszę wieczorami bloga/szyję/sprzątam/czytam, a Mąż myśli*. Do własnego łóżeczka syneczek ostatnimi czasy zgadza się być przeniesiony tylko raz w ciągu nocy i to jest ten raz po głównym zaśnięciu. Później przy każdej próbie trafienia na miejsce podnosił się bunt, nawet drzemiący budził się aby protestować. W końcu zadowolił się prowizorycznie skonstruowanym, lecz profesjonalnym kojcem. Kojec składa się ze złożonej kanapy, na której Stasio zasypia uspokojone obecnością rodzica siedzącego na tejże. Kiedy jednak synek zaczyna rozpływać się w morfeuszowskich objęciach, można spokojnie odejść nie informując go o tym. Aby jednak można było odejść zupełnie spokojnie i nie zastanawiać się, czy mały obywatel nie spadnie, należy go obudować. W tym celu w luki między kanapą a ścianami trafiły koce, zaś cały brzeg łoża obstawiono krzesłami i zabezpieczono materacem tworząc klatkę. Fakt takiego obudowania o dziwo syneczka nie drażni. Cała nocna akcja była kolejnym etapem trwającej właśnie ofensywy zmierzającej do zamiany łóżek z ojcem. Nie jest lekko, ale nie przegrywamy.

Byliśmy u doktora, który odnalazł przyczynę mojego tycia i za grube pieniądze ją usunie. Do doktora musiałam udać się z Mężem, bo jestem taka cnotliwa, że bez wsparcia, akceptacji i samej obecności Męża się przed innym mężczyzną nie rozbiorę. Od niedawna w okolice doktora dojeżdża tramwaj, więc udaliśmy się tam tramwajem. Ja kupiłam sobie bilet całodobowy, gdyż miałam wieczorem jechać po krzesełko zakupione w zeszłym tygodniu na allegro. Wieczorem jednak nie pojechałam, bo pani się przypomniało, że zupełnie niezgodnie z umawianiem się dzień wcześniej, jej mąż sprzedał krzesełko niezależnie i to już kilka dni temu. Doktor stwierdził, że jestem gruba i powinnam się ruszać. Spytał, co najbardziej lubię robić i oboje z Mężem pomyśleliśmy, że leżeć, gdyż tego mam najmniej. Pozazdrościłam Lolince, która mi w komentarzu do poprzedniego posta napisała, że ma czas leżeć w ciągu dnia:) Mąż pociesza odnośnie tej niezawinionej tuszy, ale nie wiadomo, czy nie kpi. A gdybym ja była tucznikiem, to by mnie właśnie ubijano. Po wizycie u doktora pogrzaliśmy się w cieniu pobliskiego Lidla, gdzie grzały się również gołębie i Staszek gonił je. Staszek gonił je edukacyjnie. Była tez zerwana z postronka, przez nikogo nie napominana, bardzo agresywna dziewczynka w wieku późno-przedszkolnym, która goniła je złośliwie. Na szczęście się przewróciła. Staszek zachwycił mnie pokazując na dołek w trawniku i mówiąc najspokojniej w świecie „bam”. Zaczyna być komunikatywny! Od Męża zaś uzyskał przebaczenie za tę noc i tym razem, bo z gołębiami naprawdę fajnie się bawił. Żółta kartka jednak pozostaje. W samym Lidlu Mąż kupił żonie blachę do muffinków co by mogła je produkować. Ale jak tu produkować, jak się ma chudnąć?

 Mąż bardzo chciał się udać do jakiegoś egzotycznego centrum handlowego na rekreację, gdyż w związku z niewyspaniem, nie był zdolny do pracy polegającej na myśleniu. Ponieważ uciekł nam tramwaj jadący na autobus przesiadkowy, poszliśmy pieszo do przystanku, z którego jechał inny autobus do innego centrum handlowego. Wybór był taki a nie inny, gdyż do wybranego CH można się było dostać na bilecie jednorazowym, a nie godzinnym (30 groszy taniej). Niestety wybór okazał się ogólnie zły. W drodze z przystanku przywitały nas wysokie schody bez podjazdu. Wnieśliśmy wózek obijając przy tym moje nogi. W odwiedzonym sklepie zoologicznym były króliczki. Stasio, które lubi zwierzątka odkąd odwiedziliśmy kilka koleżanek mających psy i koty, bardzo radośnie popiskiwał na widok nowych stworzeń. Tak radośnie, że aż klient sklepu zaglądając w nasz kącik zapytał, czy tu szczeniaczek jest. Dziecku się w międzyczasie przepełniła pielucha, toteż skierowaliśmy się do toalety przeznaczonej dla matek chcących przewinąć. Toaleta była ogólnie obleśna i odefekowana, ale największą niespodzianką okazał się być brak przewijaka. Widniały po nim (lub pod niego) tylko śruby w ścianie. Dla zwrócenia uwagi społeczeństwa na problem oraz komfortu dziecka zostało ono ułożone na stole gastronomicznym z główką na kurteczce własnej i przewinięte. Skandal obyczajowy! Nikogo to jednak nie obeszło. Prawdopodobnie takie rzeczy są tam na porządku dziennym, wszak cóż mogą począć rodzice dzieci, którzy pragną zmienić im pieluszki, a nie znajdują ustronnego schronu po temu?

Następnie Mężowi, który przysiadł na ławeczce spadła na palec kropla czegoś z cieknącego sufitu. Już miał oblizać myśląc, że to sok, gdy się zorientował. Kiedy ubieraliśmy kurteczki celem opuszczenia niefajnego miejsca, spotkaliśmy mało interesującego kolegę, który bardzo chciał gadać. Staszek przez chwilę pointeresował się ogromnymi samochodami wystawianymi na stoisku z nimi, a następnie umiejętnie zastymulowany, zawył krótko acz spektakularnie, co można było koledze wyjaśnić jako zmęczenie i wykorzystać jako pretekst do pożegnania. Nie było jak się wydostać, jeśli chciało się uniknąć schodów. Obeszliśmy cały parking i okolice i nie było zjazdu z centrum. Zjechaliśmy więc zjazdem dla zmotoryzowanych ryzykując życie własne i dziecka. Chcieliśmy wracać pieszo, ale mój przepełniony pęcherz (przypominam, ze toaleta nie zachęcała), mój brak szalika oraz poczucie winy z powodu braku rękawiczek u dziecka i jego niechęć do skorzystania z moich zdecydowały o przejściu przez szereg przejść dla pieszych celem osiągnięcia przystanku autobusowego. Akurat jeden autobus uciekł, na następny przyszło nam czekać kwadrans. W tym czasie lunął grad, a syn, któremu rozgrzewałam ręce, usnął.

Przyjechał autobus, wróciliśmy do domu. Zjedliśmy zdrowy obiad z postaci surówki z blendera (najlepszy zakup roku 2011), mocno przyprawionego kuskusu i dwóch patelni boczniaków. Mąż zabrał syna na krótki spacer. Złapał ich deszcz z gradem i śniegiem, który przeczekali w aptece. Wrócili jednak zabieleni i mokrzy. Syn również nadspodziewanie zadowolony. Nogi miał całe mokre a ja która przez całą nieobecność, zamiast napić się choć herbaty lub usiąść choć na chwilę, sprzątałam, nagle zaniemogłam. Rozgrzewającą kąpiel przygotował dziecku Mąż. Po kąpieli, w szamotaninie ciał, które nie chciały dać sobie założyć pieluchy, odstający od dawna paznokieć zafundowany mi przez Lanosa, oderwał się. Mogę więc, jak niegdyś Zbigniew Hołdys, zaśpiewać „mnie paznokieć z palca zszedł”. Mam też we wtorek egzamin. A do tego wszystkiego twarz z poliraksy, za którą każdy by się zabić dał.

*On naprawdę zajmuje się myśleniem. Ma taką pracę, że czasem parę godzin leży pozornie bezczynnie. Jest fizykiem! I po godzinach rozmyślań rzeczywiście ma efekty. Ma nawet już publikację z myślenia. Pozorne nicnierobienie wykorzystuje każdy, by przeszkodzić, zwłaszcza matka jego. Babcia, która sama miała naukowca, jako jedyna prócz żony rozumie. Żona rozumie, ale cierpi, że nie może sobie Kuby słuchać, a już na pewno nie głośno.

Reklamy

2 Responses to Mam jeszcze twarz z poliraksy…

  1. Pingback: Dragostadintej czyli rów wodą płynący | Świat Cytrynny

  2. Pingback: Kozia mama czyli satyriatis | Świat Cytrynny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s