Żona fizyczka

Nie, to nie że jest fizyczek i ma żonę, to żona jest najprawdziwszą fizyczką. Ja jestem tą żoną i tą fizyczką.
Bardzo jestem podjarana, bo miałam dziś kolokwium, a na pierwszym roku kolokwiami się jeszcze jara i podnieca. Pierwszy rok można w tramwajach rozpoznać po tym, że jedzie i analizuje oraz porównuje wyniki. Potem dochodzi do wypalenia materiału. Mi dane jest znów się podniecać jak pierwszorocznej a jednocześnie posiadać pewne zrozumienie matematyki, którego kiedyś nie posiadałam, a które znakomicie ułatwia życie.

Wczoraj po powrocie z Ikei i poskręcaniu lamp, nacieszywszy się światłem i jasnością, około północy zasiadłam do przeglądania zeszytu. Kiedyś, przed laty, każdy przedmiot miałam w osobnej koszulce, teraz wzorem mojego domowego naukowca mam jeden zeszyt do wszystkiego. I dużo kartek luzem. Okropny bałagan.

Kartki szły szybko. Fizyczek wyjaśnił mi równię pochyłą którą ktoś* kiedyś w liceum tak zamotał i skomplikował, że wydawała się być Wielką Tajemnicą Fizyki. Nie była. Podjął próby wtajemniczenia mnie w Rzecz Zupełnie Niezrozumiałą, bo momenty bezwładności. Godzina może nie sprzyjała a i fizyczek nie był już zbyt charyzmatyczny ani przekonujący, ale wspólnymi siłami zrobiliśmy kilka zadań, w jednym z nich dopasowaliśmy rozumowanie do odpowiedzi i to właśnie zadanie dziś na kolokwium mi się przytrafiło.

Z kolei w zestawie o rzucaniu ciał rozumiałam (nie umiałam na pamięć lecz rozumiałam!) każde zadanie oprócz jednego. Oznaczyłam je komentarzem „ble” i postanowiłam nie robić. Dziś w mojej grupie podyktowano właśnie to zadanie. O strzelaniu z moździerza w zbocze. Być może współczesne prawo chroni człowieka na tyle, że człowiek może podać się za pacyfistę i odmówić rozwiązywania takiego zadania. Ja jednak nie należę do zacnego grona pacyfistów i jakoś sobie to strzelanie w zbocze wyobraziłam. Mało tego, dobrze wyobraziłam sobie jak pociski polecą i gdzie spadną. Byłam z siebie bardzo zadowolona dopóki po oddaniu pracy nie zajrzałam do odpowiedzi. Odpowiedź była zupełnie inna od mojej. Moja nafaszerowana była tangensami, w odpowiedzi zaś znalazł się sinus różnicy.

Cały dzień przeżywałam, rozmyślałam, próbowałam podchodzić z rożnych stron, próbowałam przekształcać to, co już było, podstawiłam nawet przykładowe wartości kątów i wyszło, że moja odpowiedź nie tylko o przekształcenia się różni. Pytałam fizyczka i fizyczek twierdził jakobym dobrze rozumowała. W końcu potraktowałam różnicę tangensów formulą z Wikipedii i dostałam pożądany sinus różnicy oraz kilka innych rzeczy. Ogólnie moje znakomite rozwiązanie różni się od „prawidłowego” tylko o kwadrat w mianowniku, jest więc szansa, że albo odpowiedź się pomyliła, albo ja dostanę za to zadanie co najmniej 90% punktów.

Jestem bardzo ukontentowana, bo kiedyś odrzuciłam fizykę jako przedmiot, którego nie da się nauczyć bez pracy w domu, a teraz, po latach i na starość, coś już rozumiem, nawet więcej rozumiem niż nie rozumiem. Zakuć musiałam tylko jeden wzór. W tramwaju zupełnie nie oglądałam już notatek. Nawet dozwolonej ściągi z wzorami nie sporządziłam. Poszłam niemal bez stresu. Niemal bo jednak się stresowałam, że nie zdążę, musiałam wstać pół godziny wcześniej. Poszłam, zobaczyłam zadanie, którego nawet czytać nie chciałam i rozwiązałam je. Jestem fizyczką, żoną fizyka.

*Konkretnie tym kimś była pani Beata B., która przyszła nauczać w klasie drugiej i zabiła we mnie wszystkie ciepłe uczucia do fizyki, które w owym czasie żywiłam, a których nie zdołał w klasie trzeciej odbudować pan Józef Madeja, najlepszy fizyk jakiego znałam. I nad którymi to uczuciami pracował Mąż przez prawie 6 lat by wybuchły one dzisiaj całym wulkanem!

Reklamy

Oszust matrymonialny

Pojechaliśmy do Ikei po lampy. Potrzebowaliśmy dużo światła. Początkowo chcieliśmy wydać mało i kupić dużo, lecz wstępnie upatrzone lampy Trogsta okazały się w badaniu organoleptycznym* być totalnym badziewiem, którego nikt by do domu nie zabrał**. Szybki rekonesans wskazał dwie inne kandydatki. Jedną z nich był czarny kijek pod żarówkę z dowolnym kloszem do wyboru. Nie patrząc na cenę, bo nigdzie jej nie podano, wzięliśmy bardzo pozytywny haftowany klosz, który podobał mi się już od lat. Drugie wybrane źródło światła to bardzo praktyczna i niedroga, osłaniana od dołu przed dziecięcym wzrokiem oraz posiadająca ruchome ramię do czytania biała lampa Not. Sprawdza się tak doskonale i jest tak atrakcyjna cenowo, że jutro jedziemy po dwie kolejne.

Ponieważ musieliśmy jakoś przewieźć dwie lampy i klosz, a jechaliśmy autobusem, zaś podwozie wózka wypchane było spodenkami i pieluszkami w razie zlania się naszego często zlewającego się dziecka, najbezpieczniejszą metodą bezszwankowego przewozu klosza okazało się ubranie go na głowę. Wczoraj jeszcze nie wiedziałam, że jestem prekursorką mody. Dziś już nawet manekiny w Vero Modzie miały klosze od lamp na głowach [zdjęcie jutro].

Ale lampy lampami, nie one są dziś najważniejsze. Najważniejsze jest, że przygarnęliśmy oszusta. Od maja żył pod naszym dachem, traktowany niemal jak członek rodziny, sypiał z naszym dzieckiem. Dostawał szczególne względy. Przygarnęliśmy go, bo mówił „weź mnie, jestem wyjątkowy”, „weź mnie, nie ma więcej takich jak ja”, „weź mnie, jestem sympatyczny”. Przygarnęliśmy, bo akurat znalazł się w trudnej sytuacji życiowej, a my jeszcze żadnemu misiowi nie odmówiliśmy pomocy. Podawał się za nie wiadomo co. Mówił, że nie jest misiem tylko niedźwiadkiem. Wyrzekł się swego pochodzenia, wyzbył metek i udawał kogoś kim nigdy nie był. A my mu zaufaliśmy. Myśleliśmy, że naprawdę jest niepowtarzalny. Oczywiście gdybyśmy wiedzieli, jak jest naprawdę, tez byśmy przygarnęli, ale żyłby na wsi jak inne misie, a nie jako jeden z trzech stałych misiów w Gdańsku. Miał lepiej niż nasze misie od zawsze!

Dzień wczorajszy zweryfikował okazane mu zaufanie i pokazał, że nawet misiom nie można ufać. On wcale nie był nadzwyczajny, on był z Ikei! I nazywał się  Klappar Nalle. Szwed jeden! A Szwedzi wiadomo co. I w Ikei, zaledwie 12 km od nas, mieszka takich setka. Oszukaniec wyjeżdża najbliższym transportem na wieś,  już jutro. W reklamówce. Ot co.

*Rozsławię tu pewną doktorantkę chemiczkę, która w swej pracy doktorskiej próbki badała organoleptycznie, lecz gdy przyszło co do czego i doktorat miała obronić, a komisja zapytała ją, jak próbki badała, doktorantka okazała się nie znać użytego w pracy wielokrotnie słowa oznaczającego „na oko”.

**Koleżanka ekspertka od wielu spraw lubuje się w określeniach „nikt by tak nie zrobił”, „nikt by tak nie powiedział”.

Hippoterapia

W sobotę w ramach terapii rodzinnej udaliśmy się do zoo. Zoo jest czynne do 15, wchodzić można do 14, a nam udało się być na miejscu już przed 13 (wszak mieliśmy bardzo daleko). Szliśmy długo pieszo, aż natknęliśmy się na bramę z napisem, że jest wejściem. Weszliśmy. Było lekko błotniście i ani jednej kasy. Znaczy były jakieś budy co mogły udawać kasy w sezonie i już po cichu miałam nadzieję, że poza sezonem można oglądać za darmo. Szliśmy, były jakieś flemingi i bydło węgierskie stepowe, co uznaliśmy za zachętę i szliśmy dalej naprzód szukając kas. Spotkaliśmy ochroniarza i spytaliśmy go o kasy spodziewając się, że powie, iż teraz wstęp wolny, ale on się tylko zdziwił jak myśmy weszli i niemal za uszy złapał i do kas zawlókł narzekając na kierownictwo, na otwartą bramę i co raz to powtarzając jak to dobrze że nikogo nie spotkaliśmy, bo mielibyśmy kłopoty (akurat!).

flemingi

 Kiedy doszliśmy do kas (jedna buda), które były naprawdę daleko (za inną bramą), była już 13:35 i ledwo wkroczyliśmy do zoo na świeżo nabytych biletach, po piętach zadeptał nam posterunkowy gajowy leśniczy zoolog, który szedł piorunem, wkrótce nas wyprzedził i pozaganiał zwierzynę do klatek, chociaż do zamknięcia było mnóstwo czasu. Tym sposobem nie zobaczyliśmy saren, które jeszcze gdy nie mieliśmy biletów, biegały swobodnie. Słoń to w ogóle był schowany. Udało nam się zajrzeć do hipcia, który miał własny domek, nieco śmierdzący i bardzo gorący. Zdążyliśmy na żyrafy, które zamykano o 14:30. Były tez jakieś hienopodobne wilki, jeden kuc z daleka i ogólnie mało co. Sam Staszek wcale a wcale się zwierzątkami nie podniecał, bardziej bawił go liść klonowy podniesiony z ziemi oraz suchary ze świeżego chleba kupione po drodze. W żyrafiarni Staszek podzielił się nawet sucharem z chłopcem, który jednak nie docenił.

Kiedy już myśleliśmy, że zobaczyliśmy wszystko, Mężowi się przypomniało, że kiedyś zwiedzał taką część zoo, gdzie były małpy i misie. Poszliśmy i znaleźliśmy ową ukrytą połowę. Oznakowania były marne i ktoś, kto nie pamiętał, że małpy, to by wyszedł.

Małe zoo z króliczkami było oczywiście zamknięte, samica rysia spała, samiec chodził dookoła, gdzieś jakiś żbik się kręcił, aż nagle ucieszyłam się. W oddali pod drzewem bieliło się coś atrakcyjnego, co zapowiadało się naprawdę super- obiekt do sfotografowania nie przez pręty ani przez odbijającą wszystko lub wręcz zaparowaną  szybę, obiekt na żywo i to niebagatelny, bo pingwin! A przecież wiadomo, że pingwiny są fajne.  Zaraz pociągnęłam chłopów za sobą i niemal pobiegłam pod owo drzewo ciesząc się, że mimo późnych godzin i braku sezonu coś jednak zobaczymy. Należy jeszcze usprawiedliwić Męża, który jak cielę za mną poszedł. On myślał, że jaram się stojącą nieco dalej klatką, w której coś było i tylko nie rozumiał, co ja na żywo widzę. Jakieś 10 metrów od celu zobaczyłam, zrozumiałam i zawiodłam się srogo. Bielący się pingwin okazał się być workiem wypełnionym liśćmi. Wyobrażacie sobie taki zawód?

przecież to pingwiny!

Dalej nie było wcale lepiej, wielbłądy były, ale nie zainteresowały dziecka, mi zaczęły przesiąkać buty i marznąć stopy (moje buty właściwe właśnie podlegają reklamacji), synowi zachciało się spać, zaczął zapadać zmrok a tygrys chodził w tę i z powrotem nie pozwalając sobie zrobić nierozmazanego zdjęcia. W sąsiedniej klatce miały być misie. Bardzo liczyłam na kilka odmian misiów- chociażby misie puchate, misie troskliwe, może też misie domowe. Ale nie, napis w języku obcym ogłosił, że miś jest jeden i to brązowy (brown bear), więc nic wyszukanego. Ale jakby tego było mało, nawet brązowego misia nie było. Wołałam go, ale nie pojawiał się. Może spał, jednak nie było widać potencjalnego miejsca, w którym miałby spać. Nie było misia. Niczego nie było.

Synek w końcu zasnął a my złapaliśmy autobus i pojechaliśmy do centrum handlowego naświetlać się. Synek się obudził i zlał. Akurat miał na sobie spodnie z kappahla, w których się zlewa ilekroć je ubierze. Zastanawiałam się, czy jest w ich kroju coś, co mogłoby luzować pieluchę albo co. Mąż jednak twierdzi, ze po prostu lubię te spodnie i zakładam mu je na większe wyjścia, a większe wyjścia to do siebie mają, że nie ma gdzie przewinąć i pielucha nie puszcza, lecz przepełnia się. No ale dlaczego tylko te spodnie i każde ich ubranie?

Skądinąd w zoo w domku z ptakami i aligatorami był przewijak, zupełnie nieintymnie i  na widoku, a nie w żadnym kiblu. Z kolei w centrum handlowym na piętrze była toaleta dla niepełnosprawnych, nieczynna i z przyciskiem wezwania ochrony celem otwarcia. Na wysokości mojego ramienia ten przycisk był. Na parterze zaś była toaleta bez niczego, charakteryzująca się niezłym sztynksem. Była tabliczka ze świeżo podpisaną kontrolą czystości. Jeśli pani kontrolująca chciałaby takie zapachy w domu wdychać, to ja naprawdę podziwiam.

W niedzielę wstaliśmy za późno by zdążyć na 11:30 na Mszę. Wokół nas pełno jest kościołów z Mszami o najróżniejszych porach, ale my ulubiliśmy sobie kapucynów, a oni między 11:30 a 19:00 odpoczywają. Nafutrowawszy więc dziecko parówkami wyruszyliśmy do centrum handlowego, w którym miał się odbywać swapping ubraniowy. Sam swapping nas wcale a wcale nie interesuje, ale byłby jakimś happeningiem, a happeningów teraz Mąż potrzebuje by wrócić do zdrowia. Niestety mi, jako organizatorowi wyprawy, pomyliły się daty i trafiliśmy na nic, bo laski wymieniły się ciuchami dzień wcześniej. Poszliśmy więc dalej, gdyż okolica, w której się znaleźliśmy to istne zagłębie sklepowe. Był więc Leruła Merlę z ozdobami świątecznymi i licznymi lampami oraz wannami i bidetami. Bardzo interesująco się oglądało. Właśnie tam postanowiliśmy, że sami zrobimy dużo ozdób na Święta. Udaliśmy się też do sklepu dla dzieci, w którym był atrakcyjny samojezdny pociąg na szynach, ale tam nie było fajnie, gdyż właśnie zamykali i przepędzili. Poszliśmy i do Mediamarketu, w którym trwał zakupowy szał, bo Mediamarket się wyprzedaje i przenosi na drugą stronę ulicy. Weszliśmy i na chwilę do Kastoramy, ale tu z kolei odezwały się zbolałe po dwóch dniach łażenia plecy oraz rozsądek, gdyż należało dać się dziecku zdrzemnąć przed Mszą i obiad zjeść. Byliśmy już bliscy złamania tabu i zrobienia zakupów żarówkowych mimo niedzieli, ale udało się pokusę pokonać*.

Za najlepszą atrakcję weekendu uchodzi jednak Komfort z dywanami odwiedzony gdzieś pomiędzy Leruła a Mediamarketem. Oba chłopy chodziły, macały i świetnie się bawiły. Mniejszy szedł za większym i dotykał wszystkiego tego, co dotknął większy a do czego mniejszy sięgał. Większy zaś zakasał rękawy i całą powierzchnią przedramienia chłonął wrażenia dotykowo-wykładzinowe. Mniejszy również chował się i biegał, a żaden rodzic nie musiał martwić się ni uważać, bo dywanu to nawet Staszek nie zniszczy.

zdjęcie ze strony AMW

Kapucyni jak zwykle nie zawiedli. Zrobili happening z Marynarką Wojenną ubraną w stroje Marynarki Wojennej i Msza była wojskowa i bardzo uroczysta.

Zaraz będziemy piekli ciasteczka kruche z kardamonem w nowych blaszkach, a jutro jedziemy do Ikei po stojak Trogsta do żarówek światła dziennego, które również jutro przyjadą. Mając własne dobre oświetlenie nie będziemy musieli co wieczór jeździć do centrów handlowych i oddamy się masowej produkcji ozdób świątecznych, których nie stłucze ciekawskie dziecko.

*Zasadniczo zakupów w niedzielę nie robimy, ale konieczność doświetlania Męża zmusiła nas do odwiedzenia centrów handlowych a o mało nie zmusiła i do zrobienia w nich zakupu.

Morze dla morsów*

Mamy listopad, czas w którym na naszej szerokości geograficznej słońce w ogóle nie wschodzi, za to zachodzi bardzo szybko. Wszelkie formy egzystencji zamierają i oczekują na białe Boże Narodzenie. Życie toczy się tylko w sklepach, gdzie światła nie gasną. Reszta kraju i świata pogrąża się w depresji.

Ja osobiście depresji w zasadzie nie mam, lecz jedynie bezsenność nabytą a od Męża przejętą oraz bezczynność nawykową jako pozostałość po trzech latach walki z magisterką. Mąż z kolei jest odrębnym przypadkiem. Co mu jest, to nie blogowa sprawa, ale faktem jest, że źle znosi panujące ciemności. Oddajemy się więc jednej z najniższych rozrywek, jakie sobie do niedawna wyobrażałam. Niższe są chyba tylko libacje alkoholowe i przygodny seks. Co robimy? Pakujemy dziecięce picie, pieluszkę na  wszelki wypadek i jeździmy tramwajem do odległych centrów handlowych, po których następnie chodzimy bez celu.

Dzisiaj udaliśmy się do całodobowego Tesko, bo kiedy się synek obudził z popołudniowej drzemki, dochodziła już 19, a musiał jeszcze zjeść obiadokolację. W całodobowym Tesko czekała na nas niespodzianka- mianowicie odbywała się tam noc zakupów. Były tłumy kupujące zabawki. My kupiliśmy garnuszek, który podobał mi się już 2 tygodnie wcześniej a teraz okazał się spaść do ceny przystępnej. Kupiliśmy tez foremki do ciasteczek, żeby się nie rozlewały, promocyjny płyn do naczyń, 4 ładne kubki na przyszłe gospodarstwo oraz wieloziarniste mąki na zdrowe ciasteczka. Polubiliśmy Tesko, jako sklep bardzo sielski i chyba będziemy tam jeździć częściej. Wszak potrzebuję jeszcze pędzelka do białkowania ciasteczek, ale nie śmiałam kłopotać Męża tyloma wydatkami na dom na raz.

Czas, gdy życie zamiera byłby doskonały na tworzenie nowego życia. Zwłaszcza, że odkąd Staszo wysensowniało, to aż się rwiemy po temu. Pamiętam, ze niegdyś na geografii się uczyliśmy, dlaczego w krajach afrykańskich jest duży przyrost naturalny. Odpowiedzią było, że bez prądu z nudów, gdy tylko się ściemnia, ludzie się mnożą. Zgodnie z tym tokiem myślenia nadszedł właśnie doskonały czas po temu i na naszej szerokości geograficznej. Zresztą ja sobie bardzo chwalę sierpniowy poród i poprzedzającą go ciążę, w której gdy brzuch stał się olbrzymi, trwało lato i nie było problemów z ubiorem. Niestety albo na sierpniowy poród przyjdzie nam czekać o rok dłużej, albo trzeba będzie z tej pełnorocznej różnicy wieku i sierpniowego porodu zrezygnować.

No, chyba jednak sfiksowałam. Jak tak sobie siedzę i piszę o tej potencjalnej ciąży, to wpakowałam poduszkę pod bluzkę, pooglądałam się w lustrze i zadowolona wróciłam do pisania już w lepszym nastroju.

*Morze dla morsów- hasło faszystowskich bojówek znad morza, których członkiem był w alternatywnej historii mój Mąż.

Kubuś Puchatek i koszatniczki

Jako że dnie teraz takie krótkie, a Staszo w ciągu dnia jeszcze to skromne światło słoneczne przesypia, zabraliśmy wieczorem synka na doświetlanie światłem sztucznym do galerii bałtyckiej. Udało się przy okazji kupić bibułki-foremki do muffinów oraz papier do pieczenia. Papieru do pieczenia szukałam w karfurze po całym dziale agd przez bez mała pół godziny, aż w końcu odnalazłam go na wyjściu z tegoż działu. Na bibułki natknęłam się przypadkiem i już pakowałam do koszyczka dwie 30-tki w cenie 13 groszy za bibułkę, gdy wypatrzyłam inne, większe i ekonomiczniej zapakowane bibułki w ilości 100 i cenie dwa razy niższej za sztukę. Te droższe bibułki były wyeksponowane na szczycie półki, a ponadto stręczono je dodatkowo w dziale słodyczy i dodatków do ciast. Ktoś mniej spostrzegawczy by się nabrał i przepłacił. Bulwersujące!

Była to także sposobność do zakupu promocyjnego mleka, zjedzenia promocyjnej pitcy w telepitcy i popodziwiania króliczków. Podczas ostatniego wyjścia na króliczki Staszo spało i nie skorzystało. Bardzo chcielibyśmy mieć w przyszłości króliczki, rybki i kotka. Jak ktoś ma króliczka, to ma fajnie.

Staszo chyba podziela nasze chęci. On lubi wszystko, co żyje, nawet własną matkę, której namiętnie wyrywa włosy i wygryza dziury w twarzy. Przy okazji, dziś o świcie, po 3 godzinach naszego snu okazało się, że synek ma już tabun zębów na tyłach.Tym samym wkrótce chyba przestanie ząbkować.

Gdy nadeszła godzina 21, z trudem oderwaliśmy synka od klatki z koszatniczkami, ale trzeba było. W drodze powrotnej zgubiłam bilet całodobowy. Ponadto zajrzeliśmy na ulicę zawierającą nasze wymarzone mieszkanie i zrobiliśmy rekonesans. Ulica jest jednokierunkowa i bardzo apetyczna. Trochę smaczek psuje obecność czynnego do późnych godzin nocnych sklepu monopolowego, ale mieszkanie nie straciło statusu wymarzonego.

Udało się też przeprowadzić od dawna planowaną sesję zdjęciową w przebraniu Kubusia Puchatka.

Niemiecki Ordnung

O 12:50 nadjechał dziś kurier z paczką z dehaela. Wiedziałam, że paczka będzie z Poznania. Miałam nadzieję, że może to moje buty z reklamacji, chociaż wysyłałam je do Olsztyna, a firma sama w sobie centralizuje się w Warszawie. Kurier zaskoczył pozytywnie, bo przywiózł klocuszki z Bricklinka, które sobie zamówiliśmy aby uroczyście obejść pozyskanie stałego źródła dochodu. Było to pierwsze zamówienie od tylu miesięcy, że aż historia zamówień wygasła. Przygotowaliśmy je wyjątkowo starannie, uzupełniwszy wszystkie braki na chceliście i znalazłszy okazyjnie sprzedającego sprzedawcę posiadającego atrakcyjne store terms, niskie shipping costs, dużo naszych braków i to w dobrych cenach. Wybór padł na Niemca, obserwowanego zresztą od dawna jako potencjalny zaspokajacz naszych braków.

I oto wieczorem otwieramy paczkę. Jest zachwycająca. Wszystko w nowiutkich woreczkach strunowych tudzież widiowych. Płyta do Dolphin Pointu. Posegregowane. Czyste. Tak czyste, że jak nowe chociaż wiemy, że używane. Żaden Polaczek tak czysto klocuszków nie posyła. My sami, chociaż bardzo starannie myjemy, takich ładnych klocuszków nie mamy. Ale oni za tymi granicami to są porządni.

Niemiec jest tak porządny, że dorzucił kolorowy wydruk zamówienia i dzięki temu porównywanie kompletności możemy przeprowadzić bez komputera. Ten kolorowy wydruk go zgubił. Wydruk, chociaż kolorowy, nie rozróżnia czerni od dark graya. Pomerdało się Niemcowi i zamiast ciemnoszarej płytki 1×8 dał czarną, jakich pełno mamy. Podobnie zamiast ciemnoszarej płytki 2×4. Czarne żadnej dla nas wartości nie przedstawiają, bo nie są brakami. Straciliśmy już 0,133 euro. Ale to jeszcze nie koniec. Szwab oszwabił na całej linii. Tu czegoś dał 10 zamiast 11, tam 10 zamiast 12. Kolejny 0,0208 plus 2 razy 0,259 eura. A 0,259 eura to już zeciszek. Nie płaciłabym zeciszka za niebieski łuk, gdybym nie chciała go dostać. Ale na tym nie koniec. Dwie głowy z brązowymi nadrukami zamiast czerwonych i kolejne 2 razy 0,2052 euro. I to wciąż nie wszystkie oszustwa cwanego Niemiaszka. Przysłał 8 badziewi z kulką zamiast badziewi z wpustką czy wypustką. kosztowało nas to 0,0784 euro. Suma strat sumuje się do 1,1626 euro, a przy kursie euro wyznaczonym przed paypal w dniu zapłaty równym 4,30 nasza strata materialna wynosi dokładnie 4,99918 złotego, co zaokrągla się do niebagatelnej kwoty 5 złotych, czyli połowy pudełka lodów algida w Biedronce lub  dwóch chlebów, a my ostatnio kupujemy za pół ceny, wiec czterech chlebów, co jest już jedzeniem na tydzień dla rodziny. A straty moralnej Szwabowi nie odpuszczę! Oszwabić się nie dam. Zaraz mu napiszę, co o nim sądzę i czego oczekuję i niech broni honoru swego narodu i dosyła! To już drugi Niemiec, który próbuje oszwabić. A mówią, że to Polaczki kradną. Poprzedni Niemiec próbował mi nie przysłać zestawu, a potem dopłacał za drugą przesyłkę.

Tata to mówi, że nawet Araby wolą z Polaczkami pracować niż z Niemiaszkami, bo Polaczki przyzwyczajone do pracy w bałaganie. W Niemców się wierzy, że są porządni, a  tu takie coś. Ten sam tata myślał, że Korwin-Mikke jest taakim antysemitą, że pisze żyd z małej litery i oczom nie wierzył, gdy pokazaliśmy mu w słowniku, że żyd z małej litery tez jest w porządku.

Oni znów nam to zrobili!

Trzeba im przyznać, że fantazję to mają. Kolejny raz udało im się zaskoczyć nas, którzy nauczeni doświadczeniami przewidujemy najczarniejsze przypadki i wystrzegamy się ich. Co tym razem? Otóż rano otrzymaliśmy majla od osób życzliwych, że graniczną datą osiągnięć, które można zgłaszać do pewnego stypendium jest 16 listopada, a nie, jak twierdzono wcześniej, 30 września. Ale po kolei.

Całe lato spędził Mąż na publikowaniu publikacji. Od stycznia miał pomysł, ale konieczność zarabiania pieniędzy na nasze wystawne życie nie pozwalała mu pomysłu zrealizować. Czerwcowe zwolnienie z pracy otworzyło furtkę do zajęcia się pomysłem. Typowa praca nad porządną publikacją trwa rok i mało który doktorant pierwszoroczny taką osiąga. Najczęściej osiąga pracując nad kontynuacją swojej magisterki i to w kilka osób i przy wsparciu profesury. Zatem żaden normalny człowiek wiedząc, że aby mieć jakąkolwiek szansę musi zdążyć w miesiąc, nawet by nie zaczynał. Nie mój Mąż, ale przecież wiadomo, że on jest szaleńcem. Dodatkowo temat był dla niego zupełnie nowy i pracował nad nim zupełnie sam. Zajmował się więc cały lipiec wracając do domu po 22, gdy politechnikę zamykano, z końcem lipca osiągnął osiągnięcia i wtedy ruszyła biurokracja. Biurokracja związana z posyłaniem gotowych efektów do pierwszej ćwiartki* zajęła około trzech tygodni, czyli prawie tyle samo ile praca nad efektami i ich opisaniem. Przez te trzy tygodnie stopniowo odpadały czasopisma mające 8 lub 10-cio tygodniowy maksymalny czas recenzji. Mąż źle już wówczas znosił robienie różnych rzeczy i robiliśmy je razem chodząc spać o trzeciej, czwartej w nocy.

Wiedzieliśmy, że termin składania wniosków o najwyższe z istniejących stypendiów przypada na listopad. Nie było jednoznacznym, które osiągnięcia się liczą i czy recenzenci zdążą z oceną publikacji. Już w lipcu pytaliśmy uczelnianego eksperta od biurokracji, człowieka, który tworzy przepisy i się w nich orientuje, jak z tym jest. Biurokrata odpowiedział „Stypendium jest przyznawane za poprzedni rok akademicki, więc datą graniczną jest jego koniec tj. 30 września.” Obejrzeliśmy jednak wniosek o stypendium, prześledziliśmy regulamin po raz kolejny i nabraliśmy wątpliwości. Zapytaliśmy ponownie, akcentując okoliczności. Mianowicie publikacja posłana była przed 30 września, a we wniosku o stypendium podaje się rok (bez konkretnej daty), nie wiadomo więc, czy chodzi tam o rok akademicki, czy o kalendarzowy. Niejednoznaczne było także, czy liczy się data akceptacji, czy publikacja musi być w terminie w pełni opublikowana. Jakby nie było, wyniki uzyskane (i posłane) były  w roku akademickim ówczesnym, a czas rozpatrywania jest losowy i może trwać nawet i wiele miesięcy. Główny biurokrata był jednak na urlopie, majl przeforwardował się do jego szefa, a szef sprawę olał. No niezupełnie, po cichu zebrała się komisja i zmieniła regulamin, ale o tym później. Pytaliśmy różnych ekspertów, w dziekanacie gdzie wniosek się składa, u promotora, który jednocześnie jest kierownikiem studiów doktoranckich i dziekanem oraz członkiem komisji przyznającej stypendia. Każdy zgodnie twierdził, że ten 30 września. Jednocześnie doktoranci świeżo przyjęci mieli czas na osiągnięcie osiągnięć o 2 miesiące dłuższy.

Gdy zatem 29 września Mąż wygłosił ostatni swój referat, a 3 października wybrane czasopismo odmówiło wstępnie publikacji i odesłało artykuł do poprawek, wszystko wydawało się być spalone. Nie było już sensu ani robić tych poprawek, ani posyłać innych rzeczy z zanadrza w podlejsze miejsca celem uciułania punktów. Termin nieprzekraczalny minął, a wszystko co się dało, zostało zrobione najlepiej jak można było i zaznawaliśmy spokoju i poczucia bezpieczeństwa po zrobieniu swojego best.

Aż dziś, właśnie dziś, nadszedł ten złowieszczy majl o treści „nie wiem czy Ci to coś robi, ale okazało się ze w [nazwa stypendium] nie ma limitu, ze artykuły muszą być do 30 września 2012 (ale do dnia oddania czyli 16 listopada 2012 – dzwonilem wczoraj do Prof. [nazwisko faceta, który olał] i mi to powiedział, potem potwierdził to tez Szef). Wcześniej na 100% bylem przekonany ze jest deadline = 30 września.”

Byliśmy idealnie pogodzeni z faktem, że nie będziemy kuriozalnie bogaci, a jedynie, że będziemy w stanie się utrzymać na skromnej stopie, trwaliśmy w poczuciu bezpieczeństwa rozwiązując swoje małe problemy a tu nagle, jak grom z jasnego nieba spada grom właśnie i zaburza to małe świeżo zbudowane bezpieczeństwo. Owszem, nie będziemy kuriozalnie bogaci, tu się nic nie zmienia. Ale jednak nie zrobiliśmy wcale wszystkiego, co mogliśmy zrobić. Inna sprawa, że gdyby w międzyczasie nie została również odesłana do poprawek inna publikacja Męża z Marcinem i ośmioma Chińczykami, to właśnie byśmy odcinali kupony i poczucia krzywdy żadnego by nie było, ale chciałam zwrócić uwagę na biurokrację, która potrafi! Biurokracja specjalizuje się w tworzeniu regulaminów nie dużo wcześniej by były jawne i by można było się starać, lecz w ostatniej chwili, by wymogi regulaminowe spełniali tylko wtajemniczeni oraz wspaniali.

*Chodzi o prestiżową Listę Filadelfijską, 25% najbardziej prestiżowych czasopism z tejże to właśnie Pierwsza Ćwiartka i jedna publikacja tamże zapewnia odcinanie wszystkich możliwych kuponów przez cały rok, a dwie to nawet i doktorat.