Nie ma nic śmiesznego w jednookim króliczku*

Nie wiedzieć czemu ludzie lubią nasz dom. Krążą różne opinie, np. że panuje u nas kultura zaskoku, że panuje u nas atmosfera oczekiwania na upadek systemu, albo że nieznający się wcześniej ludzie zawierają dobrze dobrane znajomości.  Raz tylko przegięliśmy zapraszając 12 osób z źle dobranych środowisk, które chcieliśmy hurtem obsłużyć i było trochę drętwo dopóki pierwsze 11 osób sobie nie poszło. Ale Mąż był wówczas chory a ja usypiałam Stasiaka, więc jakby nas nie było. Z kolei nasz znajomy W., człowiek z korporacji i skorporacjonizowany posiada w swoim dużym i pustym mieszkaniu mnóstwo planszówek i schodzą się do niego przypadkowi ludzie z butelkami wina i muszą grać, bo bez tego by z nudów pomarli nawet mimo tych butelek wina. Inny nasz znajomy, R. od niedawna pracuje w tej samej korporacji co W. i bardzo mu W. imponuje. W związku z tym na urodziny, które Mąż obchodził wspólnie z R., R. zaprosił W. wraz z jego planszówkami. Do nas! Z planszówkami! Oczywiście przeciwko samym planszówkom nic nie mamy, ale kiedy zastępują one relacje międzyludzkie to już tak. Szczęśliwie Mąż wówczas zachorował i do owej porażki nie doszło. Ponadto R. powiedział W. aby ten nie kupował NAM prezentów. Tak się złożyło, że W. prezent dla R. już i tak miał,a dla nas nie. W związku z czym R. swoje dostał, a Męża jeszcze pouczył aby nie był łapczywy.

Bywają tacy goście, po których wyjściu wszyscy mówią „uff”. Są to tak zwani goście polityczni, czyli tacy, którzy mogliby się obrazić dowiedziawszy się o spotkaniu, na które ich nie zaproszono.  Dzisiejsze spotkanie zaaranżowano z okazji przyjazdu A. do Gdańska z odległej Warszawy. Gościem towarzyszącym miał być tylko P. Zatem zapowiadało się bardzo miłe 4-osobowe (plus dziecko) spotkanie, na którym nikt nie czeka na niczyje wyjście. Zrobiłam esencjonalny rosół wołowy, który następnie zaburaczyłam tworząc wspaniały barszcz. Przygotowałam również grzyby i kartofelki na nasze popisowe grzybiarskie danie- krokiety z grzybami. Mąż wrócił z pracy i uraczyłam go dorszem. Staszo jadło ochoczo i spluwało jeszcze bardziej ochoczo (mimo że nie było tam ości). Goście mieli przybyć dopiero o 18. O 17:32 P. napisał, ze na osiemnastą na pewno nie zdąży, bo stoi na poczcie, a tam się czeka i czeka. P. słynie ze spóźnialstwa, więc nic nowego. Zjedliśmy najlepsze lody na świecie (przepis). O 18:29 zadzwoniliśmy do A., który raczył wówczas poinformować, że czeka na tramwaj. Wkurzyłam się bardzo i krzyknęłam, że nie wpuszczę dziada do domu, ale to Mąż rozmawiał i wybiegł szybko z pokoju, co by dziad nie słyszał. Zgodził się jednak ów Mąż aby dziada lodami nie częstować.

Wkrótce później zadzwoniliśmy do P., co by zbadać ile mamy czasu i czy da się coś sensownego w tym czasie zrobić, na przykład zjeść jeszcze jedne lody. P. rzekł, że właśnie wychodzi (mieszka 7 minut od nas). Jakieś pół godziny później P. nadszedł. Już planowaliśmy zgasić światła, wyłączyć domofon i telefony i udawać, ze nas nie ma, ale chęć niezmarnowania pieczołowicie obranych kartofelków i pracochłonne zebranych i zasuszonych grzybków pokonały chęć spędzenia miłego wieczoru. P. wszedłszy, zapobiegawczo przybrał ton ponury i zaczął opowiadać, jak to ma ciężko, ze tyle ludzi słało paczki a on stal i stal. Opowiadanie przeciągnął aż do nadejścia A., po czym zaczął od nowa aby i on nie stracił nic z pasjonującej historii. Historia jest o tyle pasjonująca, że P. od niedawna pracuje i urząd pracy właśnie mu przysłał kosztujące 5,60 pismo informujące go o tym, iż został wyrejestrowany z urzędu jako że podjął pracę. P. oburzał się bardzo na pieniądze podatnika. Ja oburzałam się jeszcze bardziej, tylko po cichu, bo poczta, na której P. był po ów list jest w połowie drogi do nas i nie musiał już iść do domu i się grzebać jak baba albo dzieciate małżeństwo.

  Z kolei A. nawet nie przepraszał, że się spóźnił, stwierdził że każdy widzi, iż on już jest. Nie przyniósł chipsów, o które go poproszono, przyniósł zaś gigantyczną miskę z niespodzianką, o której dalej i zażądał otwarcia wrót lodówki przed ową niespodzianką. Ledwo wytrzymałam, by nie wypędzić go z kuchni, daleko od mojej lodówki, która publiczną lodówką nie jest.

Usmażyłam krokiety, które na ogół są naprawdę super. Tym razem były obrzydliwe, gdyż na skutek długiego oczekiwania masa wyschła i nie lepiła się dobrze, za to tłuszcz chłonęła. Oni się zachwycali, Mąż potem przyznał co o nich sądził, ja zaś ledwo jednego zjadłam. A. jak zwykle opowiadał o sobie , swoich pomysłach i w ogóle przynudzał. Ja zabawiałam Stasiaka i wraz ze Stasiakiem sprzątaliśmy sterty papierów do przejrzenia. Potem zabrałam Stasiaka i podjęłam syzyfową próbę uśpienia go. Oni się w międzyczasie, przyciskani przez Męża, zabrali się do owej niespodzianki. Była to sałatka z jakichś pierożków, fasoli, grochu i bliżej nierozpoznawalnych dodatków. Z majonezem, który to fakt wykluczył moje zainteresowanie. Mąż zjadł swoją porcję, P. pojadł, pochwalił i zostawił. Ogólnie zostaliśmy z wielką prawie nienaruszoną miską.

NIE ZNOSZĘ gdy goście przynoszą bez uzgodnienia swoje produkty i do tego jeszcze próbują robić mi konkurencję. Zwłaszcza, że gdy zapraszamy gości, to zawsze u nas jedzenie jest. Samozwańczo przyniesione chipsy czy ciastka zawsze można schować, sałatka nie daje takich możliwości. A jeszcze bardziej nie znoszę spóźniania się. Kiedy spóźnialscy stanowią mały procent zaproszonych, to pół biedy, ale kiedy 100% zaproszonych zachowuje się jak ostatnie pacany?! Jeszcze żebyśmy się umawiali na godzinę „około” Ale to była PUNKTUALNA osiemnasta. Uważam, że w przypadku planowanego spóźnienia się należy poinformować o nim o tyle wcześniej, ile chce się spóźnić, czyli np. dzisiaj w przypadku planowanego przybycia na 19, poinformować o 17. A nie pisać, że się nie będzie o 18 bez podania alternatywnej pory przybycia (jak P.) czy nieinformowania wcale (jak A.).

I miał jeszcze A. tupet mówić, że przyszli do niego niepodziewanie goście, chociaz z późniejszej rozmowy wynikło, że spodziewał się ich od rana i że z tymi gośćmi, po tym jak już u niego jakiś czas siedzieli, poszedł jeszcze na godzinę do lokalu gastronomicznego. Bulwers i żenada. Stasiak zaś, mimo wyciszania w zaciemnionym pokoju przez ponad półtorej godziny, nie zasnął dopóki Mąż gości nie wygonił i do nas na wyciszanie nie dołączył.

*Koszulkę widoczną na na zdjęciu otrzymałam od teściowej, Mąż ją pewnego razu wygrzebał z szafy i założył żeby było śmiesznie. Ja nie pamiętając, że taką koszulkę dostałam, myślałam, że to prezent i się ucieszyłam.

Reklamy

One Response to Nie ma nic śmiesznego w jednookim króliczku*

  1. Pingback: Wyjadacz Zlodówek « Świat Cytrynny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s