Złotopolskojesienna szarość

Jesień jest ponura. Nawet tam, gdzie jest złoto, tak naprawdę jest szaro. Słońca nie ma ani na przysłowiowe lekarstwo, ani na złotopolskojesienne zdjęcie. Robimy kilkudziesięciokrotnie mniej zdjęć niż „w sezonie”, a te, które powstają, są ponure, szare i nijakie. Jesień jest najlepszą z pór roku dopóki są grzyby, potem powinna przejść płynnie w wiosnę.

Zrobiliśmy dziś ze Stasiaczkiem drożdżówkę, moje typowo zimowe ciasto, gdyż zimą grzeją kaloryfery i ciasto rośnie. Przepis na ciasto drożdżowe jest typowy, następnie układam na cieście plasterki jabłka, posypuję je cynamonem i kruszonką, w której części mąki zastąpiona została pokruszonymi migdałami. Jest cudowna. Z braku światła nawet nie pomyślałam o zrobieniu zdjęć zachęcających. Jedynym uwiecznionym momentem jest ten, w którym Stasiaczek stłukł słoiczek z cynamonem. Czas pieczenia ciasta spędziliśmy w kuchni jedząc nadmiarowe plasterki jabłek i obserwując widoki zaokienne, co Stasiaczek uwielbia, a przy czym trzeba mu towarzyszyć, bo nie jest zbyt zrównoważony jeśli chodzi o przebywanie na parapecie.

Jednym z widoków byli ludzie wcale nie wyglądający na dziadków, lecz z pewnością dziadkami będący. Zajechali autem pod parkomat, a następnie przez pełne 25 minut się z tego auta wygrzebywali. Mieli dwójkę dzieci i dwa wózki. Żaden rodzic  nie byłby aż tak pokraczny i ślamazarny. Dzieci były zachwycająco spokojne i zupełnie nie poganiały, lecz cierpliwie i cichutko czekały. O ile rozłożenie wózków poszło dziadkowi dość szybko, o tyle wsadzenie dzieci do nich zajęło babci WIELE czasu. Starszego dziecka po długim wahaniu zdecydowała się nie przykrywać, lecz młodszemu koniecznie chciała zapiąć osłonkę na nóżki, a osłonka widać była bardzo skomplikowanej konstrukcji, bo zacięta walka trwała i trwała. Próbował pomóc i dziadek, który w tym celu porzucił research parkomatu, starsze dziecko w ogóle się nie niecierpliwiło. W końcu jednak, po NAPRAWDĘ 25 minutach akcja dobiegła końca i wygrzebawszy wiele gadżetów z samochodu, ruszyli na spacer. Spacer trwał zaledwie 50 minut, lub o wiele mniej. Przypadkiem znalazłam się w kuchni kiedy Stasiaczek spał a ja sobie kroiłam ciepłą drożdżówkę i dane mi było zaobserwować odjazd. Albo był to odjazd bardzo sprawny (wszak osłonkę łatwiej chyba odpiąć niż zapiąć), albo się w tej kuchni znalazłam gdy oni tam na dole już od dłuższego czasu odjeżdżali.

Wygrzebując się wieczorem z domu pomyślałam, że może ich trochę niesprawiedliwie osądziłam. Wszak Mąż z Sopotu dojechał szybciej niż mi i Stasiakowi udało się wyjść, ale ja jednak pakowałam drożdżówkę, pieluchy, laptopa, picie, samochodziki, siebie.. I to wyjście z domu jest najtrudniejsze, akcje wózkowo-samochodowe idą mi bardzo szybko. Natomiast wolę sobie nie wyobrażać, ile owym dziadkom musiało zająć wyjście z domu na ten niespełna godzinny spacerek po starówce. My zaś wybraliśmy się całorodzinnie do koleżanki z kotkiem świadczyć usługi informatyczne i zjeść przepyszną kolację. Przynieśliśmy również do domu prawdziwy ukraiński czosnek i Stasią zgagę po tymże.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s