Oni znów nam to zrobili!

Trzeba im przyznać, że fantazję to mają. Kolejny raz udało im się zaskoczyć nas, którzy nauczeni doświadczeniami przewidujemy najczarniejsze przypadki i wystrzegamy się ich. Co tym razem? Otóż rano otrzymaliśmy majla od osób życzliwych, że graniczną datą osiągnięć, które można zgłaszać do pewnego stypendium jest 16 listopada, a nie, jak twierdzono wcześniej, 30 września. Ale po kolei.

Całe lato spędził Mąż na publikowaniu publikacji. Od stycznia miał pomysł, ale konieczność zarabiania pieniędzy na nasze wystawne życie nie pozwalała mu pomysłu zrealizować. Czerwcowe zwolnienie z pracy otworzyło furtkę do zajęcia się pomysłem. Typowa praca nad porządną publikacją trwa rok i mało który doktorant pierwszoroczny taką osiąga. Najczęściej osiąga pracując nad kontynuacją swojej magisterki i to w kilka osób i przy wsparciu profesury. Zatem żaden normalny człowiek wiedząc, że aby mieć jakąkolwiek szansę musi zdążyć w miesiąc, nawet by nie zaczynał. Nie mój Mąż, ale przecież wiadomo, że on jest szaleńcem. Dodatkowo temat był dla niego zupełnie nowy i pracował nad nim zupełnie sam. Zajmował się więc cały lipiec wracając do domu po 22, gdy politechnikę zamykano, z końcem lipca osiągnął osiągnięcia i wtedy ruszyła biurokracja. Biurokracja związana z posyłaniem gotowych efektów do pierwszej ćwiartki* zajęła około trzech tygodni, czyli prawie tyle samo ile praca nad efektami i ich opisaniem. Przez te trzy tygodnie stopniowo odpadały czasopisma mające 8 lub 10-cio tygodniowy maksymalny czas recenzji. Mąż źle już wówczas znosił robienie różnych rzeczy i robiliśmy je razem chodząc spać o trzeciej, czwartej w nocy.

Wiedzieliśmy, że termin składania wniosków o najwyższe z istniejących stypendiów przypada na listopad. Nie było jednoznacznym, które osiągnięcia się liczą i czy recenzenci zdążą z oceną publikacji. Już w lipcu pytaliśmy uczelnianego eksperta od biurokracji, człowieka, który tworzy przepisy i się w nich orientuje, jak z tym jest. Biurokrata odpowiedział „Stypendium jest przyznawane za poprzedni rok akademicki, więc datą graniczną jest jego koniec tj. 30 września.” Obejrzeliśmy jednak wniosek o stypendium, prześledziliśmy regulamin po raz kolejny i nabraliśmy wątpliwości. Zapytaliśmy ponownie, akcentując okoliczności. Mianowicie publikacja posłana była przed 30 września, a we wniosku o stypendium podaje się rok (bez konkretnej daty), nie wiadomo więc, czy chodzi tam o rok akademicki, czy o kalendarzowy. Niejednoznaczne było także, czy liczy się data akceptacji, czy publikacja musi być w terminie w pełni opublikowana. Jakby nie było, wyniki uzyskane (i posłane) były  w roku akademickim ówczesnym, a czas rozpatrywania jest losowy i może trwać nawet i wiele miesięcy. Główny biurokrata był jednak na urlopie, majl przeforwardował się do jego szefa, a szef sprawę olał. No niezupełnie, po cichu zebrała się komisja i zmieniła regulamin, ale o tym później. Pytaliśmy różnych ekspertów, w dziekanacie gdzie wniosek się składa, u promotora, który jednocześnie jest kierownikiem studiów doktoranckich i dziekanem oraz członkiem komisji przyznającej stypendia. Każdy zgodnie twierdził, że ten 30 września. Jednocześnie doktoranci świeżo przyjęci mieli czas na osiągnięcie osiągnięć o 2 miesiące dłuższy.

Gdy zatem 29 września Mąż wygłosił ostatni swój referat, a 3 października wybrane czasopismo odmówiło wstępnie publikacji i odesłało artykuł do poprawek, wszystko wydawało się być spalone. Nie było już sensu ani robić tych poprawek, ani posyłać innych rzeczy z zanadrza w podlejsze miejsca celem uciułania punktów. Termin nieprzekraczalny minął, a wszystko co się dało, zostało zrobione najlepiej jak można było i zaznawaliśmy spokoju i poczucia bezpieczeństwa po zrobieniu swojego best.

Aż dziś, właśnie dziś, nadszedł ten złowieszczy majl o treści „nie wiem czy Ci to coś robi, ale okazało się ze w [nazwa stypendium] nie ma limitu, ze artykuły muszą być do 30 września 2012 (ale do dnia oddania czyli 16 listopada 2012 – dzwonilem wczoraj do Prof. [nazwisko faceta, który olał] i mi to powiedział, potem potwierdził to tez Szef). Wcześniej na 100% bylem przekonany ze jest deadline = 30 września.”

Byliśmy idealnie pogodzeni z faktem, że nie będziemy kuriozalnie bogaci, a jedynie, że będziemy w stanie się utrzymać na skromnej stopie, trwaliśmy w poczuciu bezpieczeństwa rozwiązując swoje małe problemy a tu nagle, jak grom z jasnego nieba spada grom właśnie i zaburza to małe świeżo zbudowane bezpieczeństwo. Owszem, nie będziemy kuriozalnie bogaci, tu się nic nie zmienia. Ale jednak nie zrobiliśmy wcale wszystkiego, co mogliśmy zrobić. Inna sprawa, że gdyby w międzyczasie nie została również odesłana do poprawek inna publikacja Męża z Marcinem i ośmioma Chińczykami, to właśnie byśmy odcinali kupony i poczucia krzywdy żadnego by nie było, ale chciałam zwrócić uwagę na biurokrację, która potrafi! Biurokracja specjalizuje się w tworzeniu regulaminów nie dużo wcześniej by były jawne i by można było się starać, lecz w ostatniej chwili, by wymogi regulaminowe spełniali tylko wtajemniczeni oraz wspaniali.

*Chodzi o prestiżową Listę Filadelfijską, 25% najbardziej prestiżowych czasopism z tejże to właśnie Pierwsza Ćwiartka i jedna publikacja tamże zapewnia odcinanie wszystkich możliwych kuponów przez cały rok, a dwie to nawet i doktorat.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s