Hippoterapia

W sobotę w ramach terapii rodzinnej udaliśmy się do zoo. Zoo jest czynne do 15, wchodzić można do 14, a nam udało się być na miejscu już przed 13 (wszak mieliśmy bardzo daleko). Szliśmy długo pieszo, aż natknęliśmy się na bramę z napisem, że jest wejściem. Weszliśmy. Było lekko błotniście i ani jednej kasy. Znaczy były jakieś budy co mogły udawać kasy w sezonie i już po cichu miałam nadzieję, że poza sezonem można oglądać za darmo. Szliśmy, były jakieś flemingi i bydło węgierskie stepowe, co uznaliśmy za zachętę i szliśmy dalej naprzód szukając kas. Spotkaliśmy ochroniarza i spytaliśmy go o kasy spodziewając się, że powie, iż teraz wstęp wolny, ale on się tylko zdziwił jak myśmy weszli i niemal za uszy złapał i do kas zawlókł narzekając na kierownictwo, na otwartą bramę i co raz to powtarzając jak to dobrze że nikogo nie spotkaliśmy, bo mielibyśmy kłopoty (akurat!).

flemingi

 Kiedy doszliśmy do kas (jedna buda), które były naprawdę daleko (za inną bramą), była już 13:35 i ledwo wkroczyliśmy do zoo na świeżo nabytych biletach, po piętach zadeptał nam posterunkowy gajowy leśniczy zoolog, który szedł piorunem, wkrótce nas wyprzedził i pozaganiał zwierzynę do klatek, chociaż do zamknięcia było mnóstwo czasu. Tym sposobem nie zobaczyliśmy saren, które jeszcze gdy nie mieliśmy biletów, biegały swobodnie. Słoń to w ogóle był schowany. Udało nam się zajrzeć do hipcia, który miał własny domek, nieco śmierdzący i bardzo gorący. Zdążyliśmy na żyrafy, które zamykano o 14:30. Były tez jakieś hienopodobne wilki, jeden kuc z daleka i ogólnie mało co. Sam Staszek wcale a wcale się zwierzątkami nie podniecał, bardziej bawił go liść klonowy podniesiony z ziemi oraz suchary ze świeżego chleba kupione po drodze. W żyrafiarni Staszek podzielił się nawet sucharem z chłopcem, który jednak nie docenił.

Kiedy już myśleliśmy, że zobaczyliśmy wszystko, Mężowi się przypomniało, że kiedyś zwiedzał taką część zoo, gdzie były małpy i misie. Poszliśmy i znaleźliśmy ową ukrytą połowę. Oznakowania były marne i ktoś, kto nie pamiętał, że małpy, to by wyszedł.

Małe zoo z króliczkami było oczywiście zamknięte, samica rysia spała, samiec chodził dookoła, gdzieś jakiś żbik się kręcił, aż nagle ucieszyłam się. W oddali pod drzewem bieliło się coś atrakcyjnego, co zapowiadało się naprawdę super- obiekt do sfotografowania nie przez pręty ani przez odbijającą wszystko lub wręcz zaparowaną  szybę, obiekt na żywo i to niebagatelny, bo pingwin! A przecież wiadomo, że pingwiny są fajne.  Zaraz pociągnęłam chłopów za sobą i niemal pobiegłam pod owo drzewo ciesząc się, że mimo późnych godzin i braku sezonu coś jednak zobaczymy. Należy jeszcze usprawiedliwić Męża, który jak cielę za mną poszedł. On myślał, że jaram się stojącą nieco dalej klatką, w której coś było i tylko nie rozumiał, co ja na żywo widzę. Jakieś 10 metrów od celu zobaczyłam, zrozumiałam i zawiodłam się srogo. Bielący się pingwin okazał się być workiem wypełnionym liśćmi. Wyobrażacie sobie taki zawód?

przecież to pingwiny!

Dalej nie było wcale lepiej, wielbłądy były, ale nie zainteresowały dziecka, mi zaczęły przesiąkać buty i marznąć stopy (moje buty właściwe właśnie podlegają reklamacji), synowi zachciało się spać, zaczął zapadać zmrok a tygrys chodził w tę i z powrotem nie pozwalając sobie zrobić nierozmazanego zdjęcia. W sąsiedniej klatce miały być misie. Bardzo liczyłam na kilka odmian misiów- chociażby misie puchate, misie troskliwe, może też misie domowe. Ale nie, napis w języku obcym ogłosił, że miś jest jeden i to brązowy (brown bear), więc nic wyszukanego. Ale jakby tego było mało, nawet brązowego misia nie było. Wołałam go, ale nie pojawiał się. Może spał, jednak nie było widać potencjalnego miejsca, w którym miałby spać. Nie było misia. Niczego nie było.

Synek w końcu zasnął a my złapaliśmy autobus i pojechaliśmy do centrum handlowego naświetlać się. Synek się obudził i zlał. Akurat miał na sobie spodnie z kappahla, w których się zlewa ilekroć je ubierze. Zastanawiałam się, czy jest w ich kroju coś, co mogłoby luzować pieluchę albo co. Mąż jednak twierdzi, ze po prostu lubię te spodnie i zakładam mu je na większe wyjścia, a większe wyjścia to do siebie mają, że nie ma gdzie przewinąć i pielucha nie puszcza, lecz przepełnia się. No ale dlaczego tylko te spodnie i każde ich ubranie?

Skądinąd w zoo w domku z ptakami i aligatorami był przewijak, zupełnie nieintymnie i  na widoku, a nie w żadnym kiblu. Z kolei w centrum handlowym na piętrze była toaleta dla niepełnosprawnych, nieczynna i z przyciskiem wezwania ochrony celem otwarcia. Na wysokości mojego ramienia ten przycisk był. Na parterze zaś była toaleta bez niczego, charakteryzująca się niezłym sztynksem. Była tabliczka ze świeżo podpisaną kontrolą czystości. Jeśli pani kontrolująca chciałaby takie zapachy w domu wdychać, to ja naprawdę podziwiam.

W niedzielę wstaliśmy za późno by zdążyć na 11:30 na Mszę. Wokół nas pełno jest kościołów z Mszami o najróżniejszych porach, ale my ulubiliśmy sobie kapucynów, a oni między 11:30 a 19:00 odpoczywają. Nafutrowawszy więc dziecko parówkami wyruszyliśmy do centrum handlowego, w którym miał się odbywać swapping ubraniowy. Sam swapping nas wcale a wcale nie interesuje, ale byłby jakimś happeningiem, a happeningów teraz Mąż potrzebuje by wrócić do zdrowia. Niestety mi, jako organizatorowi wyprawy, pomyliły się daty i trafiliśmy na nic, bo laski wymieniły się ciuchami dzień wcześniej. Poszliśmy więc dalej, gdyż okolica, w której się znaleźliśmy to istne zagłębie sklepowe. Był więc Leruła Merlę z ozdobami świątecznymi i licznymi lampami oraz wannami i bidetami. Bardzo interesująco się oglądało. Właśnie tam postanowiliśmy, że sami zrobimy dużo ozdób na Święta. Udaliśmy się też do sklepu dla dzieci, w którym był atrakcyjny samojezdny pociąg na szynach, ale tam nie było fajnie, gdyż właśnie zamykali i przepędzili. Poszliśmy i do Mediamarketu, w którym trwał zakupowy szał, bo Mediamarket się wyprzedaje i przenosi na drugą stronę ulicy. Weszliśmy i na chwilę do Kastoramy, ale tu z kolei odezwały się zbolałe po dwóch dniach łażenia plecy oraz rozsądek, gdyż należało dać się dziecku zdrzemnąć przed Mszą i obiad zjeść. Byliśmy już bliscy złamania tabu i zrobienia zakupów żarówkowych mimo niedzieli, ale udało się pokusę pokonać*.

Za najlepszą atrakcję weekendu uchodzi jednak Komfort z dywanami odwiedzony gdzieś pomiędzy Leruła a Mediamarketem. Oba chłopy chodziły, macały i świetnie się bawiły. Mniejszy szedł za większym i dotykał wszystkiego tego, co dotknął większy a do czego mniejszy sięgał. Większy zaś zakasał rękawy i całą powierzchnią przedramienia chłonął wrażenia dotykowo-wykładzinowe. Mniejszy również chował się i biegał, a żaden rodzic nie musiał martwić się ni uważać, bo dywanu to nawet Staszek nie zniszczy.

zdjęcie ze strony AMW

Kapucyni jak zwykle nie zawiedli. Zrobili happening z Marynarką Wojenną ubraną w stroje Marynarki Wojennej i Msza była wojskowa i bardzo uroczysta.

Zaraz będziemy piekli ciasteczka kruche z kardamonem w nowych blaszkach, a jutro jedziemy do Ikei po stojak Trogsta do żarówek światła dziennego, które również jutro przyjadą. Mając własne dobre oświetlenie nie będziemy musieli co wieczór jeździć do centrów handlowych i oddamy się masowej produkcji ozdób świątecznych, których nie stłucze ciekawskie dziecko.

*Zasadniczo zakupów w niedzielę nie robimy, ale konieczność doświetlania Męża zmusiła nas do odwiedzenia centrów handlowych a o mało nie zmusiła i do zrobienia w nich zakupu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s