Dom uciech czyli jak Staszek został swoim własnym ojcem

DSCN9241

„Witajcie w moim domu uciech”

Wbrew temu, co sugeruje tytuł, nie przytoczę tu tej  sympatycznej historyjki. Rzecz będzie o Staszku i jego ojcu z osobna.

Staszek, jak wiadomo jest satyrem, jest rubaszny i rozchełstany. Jeśli chce, potrafi uprzykrzyć życie. Ostatnio chce. Oczywiście nikt nie ma do niego o to pretensji, bo jest malutki. A robi to tak: budzi się w nocy i nic nie chce. Utulony zasypia. Zasypiają utulacze. Pół godziny później budzi się znów z przemoczoną piżamą. Pieluchy jakimś cudem, nie przepełniając się, przelewają się. W nocy. Są sugestie, że gdyby miał nocnik, to by było inaczej. Nie ma nocnika, a jak sama nazwa wskazuje, nocnik jest na noc (noc-nic). Czasem jakoś śpi, a czasem śpi tylko do szóstej, kiedy to budzi się z zapełnienia kolejnej pieluchy. A NIKT go ani jakoś specjalnie nie futruje piciem w nocy, ani nawet na wieczór nie jest pojony ponad miarę. On po prostu zatrzymuje dzienny mocz na noc,  bo jest malutki i ma immunitet na takie rzeczy.

Staszek bywaDSCN3836 też dziczyzną. Biega zupełnie niechaotycznie po terenie (mieszkania) i wskakuje na fotele, kanapy, łóżka, po których następnie przemieszcza się z dzikim chichotem. Nierzadko staje sobie na samym brzegu i leci w tył, gdzie zawsze złapią go ręce matki. Może powinny raz nie złapać, to by się nauczył dyscypliny. Ale matka dzięki oscypkom prosto z Zakopanego przyniesionym dziś rano przez listonosza i przepuszczonym przez mikrowelkę ma werwę i jakoś znosi i bieganinę i stres. Na ogół matce udaje się nawet powalić ofiarę na kanapę zanim ta powinie nóżki i się zwali. Wówczas ofiara chichocze głośno i robi fikołki. Jest sympatycznie. Czasem w biegu pędzi na choinkę (stojącą na stole) by zerwać z niej ciasteczko. Staszek wie, że należy zjadając ciastko, móc je jednocześnie zachować. Ma na to sposób – nigdy nie je tego, co ma w ręce, jeśli do drugiej nie zapewni  sobie tego samego. No chyba, że to kanapka. Jednak wczoraj pobiegł na choinkę olewając czytającą mu na głos wpis na jakimś blogu matkę. Pobiegł i zanim niczego złego nie podejrzewająca matka dołączyła, choinka (duża, od blatu aż po sufit a mamyDSCN3877 dość wysokie mieszkanie) zamiast stać na stole, leżała w Stasim łóżeczku a na podłodze pałętało się mnóstwo spadłych ciastek i jakiś septyliard igieł. Misja ciastko wykonała się sama w nadpodziewanym wymiarze.

Staszek potrafi na dźwięk domofonu podejść do drzwi wejściowych i powiedzieć ‚ele’, co przypomina imię babci, która czasem przychodzi. Potrafi na pytanie o kotka pójść w miejsce, w którym ostatnio kotek był (np. pod kanapę w innym pokoju) i wskazać  kotka duplo leżakującego pod kanapą. Potrafi go też wskazać, gdy ów kotek znajduje się w pojemniku DSCN4386z klockami. Jest bystry i zadziwia. Gdy mowa o tym, że jest malutki, pokazuje, że jednak jest duży. W każdym domu podchodzi do szafki z łyżeczkami i stoi pod nią tak  długo wołając „a-a-a”, aż mu się łyżeczki nie poda. Nade wszystko jednak upodobał sobie słowo „tata”, co jest oczywiście zrozumiałe. W końcu cieszy się na tatę wracającego, w końcu to tata go usypia. Hipotezowaliśmy, że określenie tata jest tak często w użyciu, ponieważ jest określeniem czegoś fajnego jako takiego. Jest. Jest określeniem czegoś najfajniejszego dla niego. Staszek, gdy otoczenie mówi „Staszek”, odpowiada „tata” i pokazuje na siebie. Chyba więc myśli, że to on jest ojcem. Może myśli, że Stasio i tata to to samo? Na tej podstawie dąży do sypiania z matką. Ten dziwak Freud coś by o tym powiedział.

DSCN4392Ojciec: Stasiu, nie wiem, czy ci pozwolimy już spać.
Matka: Jak to?
Ojciec: Ktoś musi być leserem, a mamy trzy osoby. Jak Stasiu zaśnie, to ktoś z nas będzie musiał być leserem, a wtedy ten drugi sam nic  nie zrobi.

Pierwsze zdjęcie przedstawia oczywiście Stasia w roli właściciela domu uciech. Jak przystało na właściciela domu uciech, ubrany jest niechlujnie. Jest także brzuchaczem i trzyma w dłoni długopis do notowania numerów pokoi. Uśmiech oczywiście jest rubaszny. Kołnierz został postawiony ale nikt go nie zapiął. No i nie ma butów, bo w końcu jest „u siebie”. To jednak chyba tutaj różni się od ojca wyraźnie i sam musi to przyznać. Ojciec cały czas jest świadom, że nie jest u siebie.

Staszek wzywający łyżeczkę

Staszek wzywający łyżeczkę

Staszek skaczący z kanapy

Staszek skaczący z kanapy

 

Reklamy

Niedzielny kierowca

DSCN4146Kiedy Cytrynna i Mąż poszukiwali wehikułu dla siebie, widzieli oferty niejednego takiego, którym „dziadek tylko do kościoła jeździł”. Cytrynna ze swojego dzieciństwa z kolei pamięta tłumy samochodów napierających na kościół i próbujących do  niego wjechać. Współcześnie cytrynnina rodzima parafia ma nawet frontowe wejście z parkingu. Ona sama nie ma aspiracji na jeżdżenie tylko do kościoła, jest taka fajna za kierownicą, że powinna jeździć cały czas za wyłączeniem jazdy do kościoła, bo kościoły są tak blisko, że nie ma co.

Wczoraj jednak, kiedy miała odbyć dwie podróże, okazało się, że ich zielony mustang nie odpala. Szczęśliwie zbiegło się to w czasie z propozycją najlepszego znajomego, że w jedną z zaplanowanych podróży zabierze on swoich przyjaciół. Już już mieli odmawiać i się wdzięczyć, że może to oni jego, bo przecież po drodze i och, ach, ale chcąc nie chcąc musieli skorzystać z tej jakże miłej oferty. Tym sposobem znów jechali turkusową limuzyną z beżowym wnętrzem.DSCN4119

Celem wczorajszej wyprawy było położone na obrzeżach mieszkanie W., w którym regularnie odbywają się spotkania planszówkowe. R. przywiózł Smallworld, a W. miał Bang. Gdy chłopcy grali w to pierwsze, Cytrynna sprytnie wycofała się do opieki nad Stasiem, bo gra miała mnóstwo zasad i była bardzo kolorowa, zbyt skomplikowana jak dla matki małego dziecka. Później, gdy jeden chłopiec sobie poszedł a postanowiono grać w Bang, musiała Cytrynna wziąć udział w rozgrywce jak ten przysłowiowy dziadek do brydża czy innego pokera. Tym sposobem Staszkowi pozwolono być samopas i to okazało się zgubne. Cwaniak wziął się za żucie jednego kafelka growego i zdestruował go. Przez to nieszczęsne wydarzenie małżeństwo czuje się zobowiązane odkupić właścicielowi grę.W efekcie posiądzie własną grę, a odda tylko jeden kafelek. Właściciel wprawdzie zapewnia, że kafelek jest nieistotny, ale wiadomo- nie można folgować i korzystać z kurtuazyjnych zapewnień. Staszek wczoraj sprzeniewierzył 6 dyszek i tylko faktowi, że małżeństwu gra się nawet spodobała, DSCN4145zawdzięcza, że nie sprzeniewierzył ich bezpowrotnie. W ferworze około-Stasich wydarzeń nikt nie zauważył, że wszystkie rozgrywki we wszystkie gry wygrał Mąż.

Z kolei poranną wycieczkę z dnia wczorajszego musiała rodzina zamienić na przejażdżkę tramwajową, która Staszkowi do gustu nie przypadła. Marzł biedaczek tak, że poliki mu  purpurowiały a na ręce łaskawie pozwolił wsunąć niekrępujące ruchów rękawiczki. I nawet dwa czisy w Maku jedzone przez każdego z większych i oddawane także DSCN4086mniejszemu nie uratowały sytuacji w drodze powrotnej. Podróż z wujkiem to był jednak o niebo lepszy komfort. Zwłaszcza, że Stasiaczek ma sympatyczną zabawkę kupioną na wagę przez mamusię. Jest to lusterko śpiewające, które rozjaśnia ciemność dziecka w ciemnym samochodzie. I mama śpiewa razem z lusterkiem. „Mirror, mirror, help me find…”.

Dzisiaj, gdy Staszek był u babć na obiedzie tak zdrowym, że mama by nigdy takiego nie zrobiła, bo mama wierzy, że większość zdrowia zapewnia duża ilość snu, a dopiero resztę te obiady u babć, rodzicom przyszło zająć się zmarzniętym akumulatorem zieloniutkiego. Jest to wyjątkowo dobry akumulator, bo zieloniutki dobrze używa swoich akumulatorów. Z pierwszego korzystał niezawodnie przez 12(!) lat, a teraz ma drugi, który państwo sprawili mu na swoją pierwszą rocznicę ślubu. Drugi akumulator też nigdy nie zawiódł, bo państwo, żyjąc na wsi,  wyjmowali skrzyneczkę zawsze, gdy nie planowali podróży i trzymali ją w cieple. Cytrynna opanowała wykręcanie do perfekcji. Tym razem jednak wyglądało na to, że w końcu i ten nowy niezawodny zawiódł. A nie mógł sobie stać taki zawiedziony, bo nadchodził poniedziałek a miejsce zaparkowania było miejscem płatnym poza weekendem.

DSCN4299Tutaj na scenę wchodzi sama Cytrynna i resztę opowie w pierwszej osobie jako uczestniczka opisywanych zdarzeń.

Żal mi było moich zgrabiałych łapek, które są takie suche, bo nie lubię ich smarować, gdyż kremy się nie wchłaniają. Łapki marzły na samą myśl o zdjęciu rękawiczek i wykręcaniu nieszczęsnego akumulatora. Już nawet zaplanowaliśmy gdzie akumulator umieścimy, żeby Stasia nie skusił. Już zaczerpnęliśmy informacji, skąd zdobyć prostownik (z samochodu taty na parkingu u pana Leszka, prawe drzwi). Nie posiadamy własnego prostownika, ponieważ nigdy nie był nam potrzebny i uważamy go za rzecz zbędną. Pomyślałam jednak, że wsiądę i spróbuję odpalić, bo przecież stoi już pół dnia na słońcu i to nie kosztuje i a nuż odpali. Odpalił oczywiście. Za pierwszym razem, jak zawsze. Być może miał wczoraj grypę jako i mama moja oraz mama matki chrzestnej, obie zupełnie niezależnie. Nikt nie ma do zieloniutkiego pretensji, ale na wypadek gdyby wczorajsze niedomaganie było niedomaganiem akumulatora należało jechać go rozjeździć.

Należy jeszcze czytelnikom wiedzieć, że akurat mieliśmy prawie 3 godziny, bo mieliśmy iść do kina na randkę małżeńską jak nasi znajomi z Warszawy. Pozakinowe miejscaDSCN4227 randkowe także znajdują się w promieniu 5 minut pieszo. Innych, średnio odległych miejsc randkowych nie znamy, bo nie bywamy. Znamy jeszcze tylko Sopot, który znajduje się 14 km od celu do celu. Skoro samochód odpalił, to ruszyliśmy bez zbędnego zastanawiania. Lanos próbował mnie zniechęcić do siebie tak jak w dniu zakupu, gdy na dużym skrzyżowaniu nie chciał dać sobie wrzucić trójki, ale zatrzymałam się i dwa razy przećwiczyłam WSZYSTKIE biegi i on zrozumiał, że ja wiem, co robię i był już posłuszny. Jechałam i jechałam, zmieniałam pasy, rozpędzałam się, by zdążyć na zielonym lub turlałam się powoli na widok czerwonego, by w efekcie nie redukować biegu do jedynki, lecz ruszyć za ślamazarną kolumną z dwójki. Delektowałam się pustymi pasami i możliwością ich płynnego zmieniania. Mąż się trochę utemperował i tez rozumiał, że należy chwalić. Gdzieniegdzie bąkał, że chyba zmieniam pas choć nie zmieniałam, ale na drogach zwężonych o pokłady śniegu mogło mu się zdawać. Było bardzo sympatycznie. Bez trudu znalazłam drogę na której już raz pilotowałam, a którą ze dwa razy jechałam też jako nie-pilot (jechaliśmy potocznie zwanym pasem nadmorskim, bo inaczej-po prostej to żadna atrakcja).

Okazało się, że nie będzie żadnych problemów z parkowaniem i nie musimy się skrycie zakradać na tyły urzędu miejskiego, w które wtajemniczył mnie dziadek-geodeta i stały bywalec DSCN4149tegoż urzędu. W niedzielę nawet w Sopocie parkowanie nie kosztuje. Zrobiłam pętelkę by wrócić na przeoczone miejsce i wysiedliśmy. Odwiedziliśmy Carrefour, w którym kiedyś kupiliśmy multum wody, gdy Stasio był jeszcze świeżynką nieujawnioną. Poszliśmy na Monciak. Szliśmy prędko w dół chcąc szybko osiągnąć pijalnię czekolad, ale zatrzymały nas gofry w atrakcyjnych cenach. Pożywieni popędziliśmy na molo, bo wydawało się, że jest ciepło. Rzeczywiście było cieplej niż dwa tygodnie temu i cieplej niż w kwietniu, bo nie wiało. Wiatr od morza (znany z „Ludzi bezdomnych” słynnego pisarza erotycznego) nie wiał, bo morze zamarzło. Zamarzło do połowy. Połowy mola. Ptaki szlachetnych typów siedziały i czekały na zostanie nakarmionymi. Ludzie szli przez molo prosto w morze, a im głębiej w morze, tym bardziej jednak wiało. Gdy moje policzki zrównały się kolorami z czapeczką, zawróciliśmy. Poszliśmy do Montblanka na czekoladę. Ja wzięłam oczywiście białą, bo deserową to robię w domu i nie jest gorsza, biała to taki niby frykas. Następnym razem muszę pamiętać, by jednak zasknerzyć i wziąć czystą, bo dodatki przyćmiewają czekoladzie smak.

Wróciliśmy do domu, bez przeszkód, bez ani jednego zgaśnięcia i z jednym tylko zaszarżowaniem na łuku i wirażu gdy się światło zmieniało na niekorzystne i DSCN4077szkoda było tracić pęd. W domu oczywiście syn nie spał, bo podobno nikt poza nami go nie potrafi uśpić. Z czasem zaobserwowaliśmy też, że magnetyczny miś z lodówki został zrzucony, a następnie pozbierany z kawałków i ukryty, ale osoby odpowiedzialne nie przyznają się i zrzucają winę na grawitację. Niemniej jednak jest bardzo sympatycznie. Staszek zdążył już zasnąć, obudzić się niezadowolony i ponownie zasnąć. A my mamy wszelkie szanse na publikację posta przed północą i rozegranie rozgrywki małżeńskiej w upragnione od wielu dni Carcassonne.

A bycie niedzielnym kierowcą polecam każdemu, kto chce nabrać pewności siebie. Ja jestem już tak pewna siebie, że bym i do Warszawy nas zawiozła, albo, nie bądźmy skromni, do Zakopanego też.

DSCN4240

DSCN4262

DSCN4225

Wyjadacz Zlodówek

DSCN2646Jak tytuł wskazuje, będzie to post o jedzeniu. Nasza akurat lodówka świeci pustkami, bo dżemy popleśniały, a serów nie kupujemy od dawna gdyż i tychże nikt nie jadał. Znaleźć w niej można jedynie talerzyk ze Stasią szyneczką, którą mu podbieramy. Poza szyneczką żywimy się kaszą jaglaną i ona nas odkwasza.

Za to nasza zamrażarka jest pełna i ledwo się domyka. Pełno w niej mrożonek, pełno bułek, które po wyjęciu będą świeże w mig. Pełno też lodu, bo mieliśmy doświadczać się w lodzie, ale jednak doświadczyliśmy się na równi pochyłej. Oddawałam dziś swoje pierwsze sprawozdanie z fizyki. Trzeba było samodzielnie wymyślić eksperyment. Spuszczaliśmy telefon z przewijaka i liczyliśmy jak się ociera. Niniejszym mam wolne do 5 lutego i tylko jeden egzamin przed sobą. Taka ze mnie fizyczka.

Przeżyliśmy dopiero co bardzo trudny dla studentów czas zwany sesją. Trud sesji polega na tym, że są jakieś egzaminy, z powodu których prokrastynuje się do ostatniej chwili, a potem nie zdąża nauczyć. Mimo lat doświadczenia każda moja sesja jest taka sama i uważam, że to jednak najlepsza forma. Większa ilość czasu na  naukę nie spowodowałaby lepszego przyswojenia czegokolwiek. Ja już znam swoje granice i DSCN3897wiem, co jestem w stanie pojąć, a czego nie. I bardzo dobrze na tym wychodzę. Mimo to jednak było nerwowo. Mąż nie chciał ze mną prokrastynować i bardzo źle reagował, kiedy ja to robiłam. Nasz związek ledwo to przetrwał. To, że wciąż jesteśmy razem zawdzięczamy chyba tylko frytkom, które Mąż usmażył mi w samym środku kryzysu. Frytki Męża są niepowtarzalne, a ponadto przypadkiem był w domu keczup Włocławka, który jest NAJLEPSZY i przyprawa do dań z ziemniaków, która jest dobra z każdej wypróbowanej już firmy.Tak oprawione frytki, mimo bardzo małej ilości, scaliły naszą rodzinę nad wysokim taboretem w kuchni i rozładowały sesyjne napięcie. Staszek frytki lubi odkąd spróbował, a tym razem pokusił się o naśladowanie matki i zanurzał je i w przyprawie i w keczupie, a gdy frytek zabrakło, to za pomocą swojej nieodłącznej łyżeczki zaczął wybierać keczup i już wie, że to też jest dobre. Staszek ma brzuszek i jest rozkoszny, ale WSZYSTKIE babcie skarżą się, że je bije.

DSCN3896Kontynuując zaś temat jedzenia, to niedawno zdecydowalismy, od kiedy do kiedy trwa u nas piątek. Nasz piątek nie jest już warunkowany snem, lecz trwa od północy do północy. Tym sposobem codziennie można podbierać Stasiowi szyneczkę i ja zjadać. Opłaca się więc obchodzić piątek według daty a nie snu.

Wczoraj odwiedził nas A., nasz do niedawna zupełnie dobry znajomy, który jednak wyjechał do stolicy zarabiać pieniądze i zmienił się tam. Już w listopadzie się nie popisał, tym razem jednak założyliśmy, że nikt  nie pojawi się przed dziewiętnastą oraz, że nie podamy NIC do jedzenia. O 19 przyszedł A., a tuż po nim- P. Dla obu było naturalnym, że zjawili się o takiej porze, a nikogo z nas to tym razem nie zabolało. O umówionej osiemnastej większości z nas nawet nie było w domu. Chłopcy potraktowali nasz dom jak metę i gawędzili sobie na zupełnie nieciekawe tematy, bo A., jako człowiek bardzo zajęty, nie ma czasu na spotkania towarzyskie i spotkał się z nami u nas biznesowo co by wszystkich obecnych wybadać na temat swojego produktu. DSCN3949Na to badanie użył takiego słowa, którego nikt normalnie nie zna.

Byłoby to zupełnie beznadziejne spotkanie, na którym wynudziłabym się jak mops, ale w ostatniej chwili udało mi sie przekonać  naszego najlepszego znajomego by także przyszedł. Jego zgoda zachęciła mnie do zagniecenia ciasta na pitcę. Dzieki niemu tamci dostali jeść. Zrobiłam pitcę z owocami, która była hawajsko-podobna i chyba była dobra, bo nawet P., który zawsze ma problem z uporaniem się ze swoja porcją, prosił o dokładkę. Pitca była na bardzo grubym cieście i moim zdaniem wyglądała apetycznie. Nasz najlepszy znajomy spędził ze mną dużo czasu w kuchni. Było uroczo. Pozował do słodziacznych fotek ze Staszką, a może bawił się ze Staszką, a to ja dyskretnie chwytałam momenty aparatem? Podaliśmy wykwintny deser lodowy z bitą śmietaną i sosem czekoladowym domowej produkcji. I brzoskwiniami. DSCN3963I lodami owocoleśnymi na smaczek oraz waniliowymi na meritum. Było zachwycająco. Goście zostali ugoszczeni.

Kiedy A. wyskoczył z tymi swoimi badaniami opinii publicznej, nasz najlepszy znajomy się dyskretnie wycofał, ponieważ musiał już iść. Musiał, gdyż był niewyspany po kinie, w którym był dzień wcześniej z matką chrzestną, ale o tym nie powiedział. Jest taki imponująco dyskretny, że aż imponuje.

Po wyjściu najfajniejszego gościa spędziłam ponad godzinę usypiając Staszka w towarzystwie jego matki chrzestnej po drugiej stronie telefonu na babskich ploteczkach. A gdy opuściłam sypialnię celem wyproszenia zasiedzianych gości, okazało się, że oni ubrani czekali na dogodny moment by wyjść nikogo nie budząc. Nie musiałam być niemiła. Wspaniale!

DSCN2614

Reisefieber

DSCN4010Jestem prawdziwą kierowniczką. Prowadzę auta po drogach. Średnio co trzy dni gdzieś jadę i prowadzę pojazdy. Ale od jutra zwiększam częstotliwość i dopiero będę jeździć.

Zaczęło się od zeszłosobotniego zawiezienia Lanosa na przegląd. We wtorek go przywiozłam z licznymi zawracaniami i tankowaniem po drodze. Minęły kolejne trzy dni i zwiększyliśmy ryzyko ładując dodatkowe dziecko na tylne siedzenie. Kolejnym etapem zwiększania trudności był sam cel podróży. Był to cel oddalony o pełne 32 kilometry ruchliwą drogą. Tą samą drogą, którą w dniu zakupu auta nie pozwolono jechać naszemu przyjacielowi z nami, bo podobno jeździ się tam 90 km/h. Ale ruchliwość drogi implikuje jej dobry stan, nawet w zimowych warunkach. Chociaż na tej właśnie drodze w kwietniu urwało nam koło, ale zimą to co innego.

Jechałam więc i wiozłam całą swoją rodzinę. Żeby mimo wszystko nie było za łatwo to jechałam na konkretną godzinę. Deadlinem była 18:30, a wiadomo, że wyjazd ze starówki w godzinie szczytu nie należy do łatwych. Miałam więc naprawdę trudne zadanie.

O 17:00 przyprowadziłam samochód pod dom. O 17:30 wyrwaliśmy dziecko z drzemki i zapakowaliśmy do auta. Ruszyłam. Widok przez zmarznięte szyby żaden, bo podczas przyprowadzania nachuchałam i zdążyło zamarznąć. Co by nie skręcać w lewo na Hucisku* pojechałam prosto. Potem 3 razy w prawo i już byłam na dobrej drodze- zupełnie jakbym jednak skręciła w lewo. Nasza matka chrzestna mi powiedziała, że na tej trasie nie muszę zmieniać pasów, więc trzymałam się prawego. Bardzo sobie cenię, że kobieta potrafi zrozumieć awersję do zmiany pasa, której żaden mężczyzna zrozumieć nie potrafił. Autobusy, do wyprzedzenia których nie jestem zbyt kompetentna póki co, grzecznie zjeżdżały na przystanki a ja jechałam i jechałam. Gdzieś w połowie drogi zupełnie bezczelnie do ruchu włączył się TIR. Nigdy bym go nie wpuściła przed siebie, ale on nie pytał, włączył się na siłę. Droga ma to do siebie, że chociaż jest prosta, to co chwilę są światła żeby piesi szli. TIR całym sobą zasłaniał widoki na światła, ale mało tego- on jechał 30 na godzinę! Żółwił się i ślamazarzył a ja nie wiedziałam jaki bieg wrzucać, bo Lanos wszystkie biegi ma do dużych prędkości. Nie lubi małych prędkości i gaśnie przy nich, a przecież  na jedynce nie pojadę. Czułam się zupełnie jak tata w lesie, który to tata w tym lesie nie przekracza 30-tki i DSCN4022nie używa biegów ponad dwójkę. Ale z czasem i TIR się do 60-tki rozpędził i mogłam używać niektórych innych biegów wsłuchując się w szum zieloniutkiego silnika i próbując gawędzić z Mężem co by dobrych nawyków nabierać i umieć gadać podczas prowadzenia. Zajechaliśmy w samą porę co do minuty, ale okazało się, że nie idzie zajechać pod blok dentystki, do której podróżowaliśmy. W blokowisku wszędzie zakazy i jednokierunkówki a za mną ustawił się już jakiś niecierpliwy trąbiciel i potrąbywał. Mąż wysiadł w pospiechu, a ja pojechałam dalej licząc na zawracajkę. Płonna była moja nadzieja. Skręciłam w drogę pierwszą lepszą licząc z kolei na pętlę i objazd, ale spotkały mnie tylko kolejne zakazy wjazdu. W końcu wmanewrowałam się w jakiś szeroko wyglądający parking. On tylko stwarzał pozory. Próbowałam wykorzystać dwa ukośnie położone i wolne miejsca parkingowe do zawrócenia, ale nie szło. Gruba warstwa śniegu pod kołami leżała. Otworzyłam drzwi żeby się wychylić i patrzeć, czy nie jadę tyłem prosto w audicę i wydawało się, że jestem idealnie skierowana by się wparkować tyłem w wolne miejsce obok niej, ale w tym czasie ktoś zatrąbił. Serce podskoczyło oczywiście do gardła. Okazało się jednak, że to tylko ja i całe skierowanie poszło się gonić. Wychylałam się i patrzyłam znów i znów ktoś zatrąbił, ale nikogo oczywiście tam nie było. Mimo trudności jednak dałam radę i zawróciłam na jakieś siedemdziesiąt! Ale zawsze. Staszek z tylnego siedzenia patrzył zaciekawiony i nic nie mówił cicho mi kibicując i  odezwał się krzepiąco dopiero gdy mi się udało!DSCN4018

Wyjechałam i pojechałam. Pod rodzinny blok w blokowisku. Miejsc oczywiście nie było i ja brnęłam coraz głębiej w to blokowisko, aż na samym końcu za wszystkimi okazało się świecić pustką jedno małe wąskie na skarpie. Śnieg nie ułatwiał zadania.  Wjechałam i okazało się, że nie mogę wjechać do końca, że moja prawa krawędź znajduje się niebezpiecznie blisko sąsiada, że skarpa, że ciasno, że źle, że blokuję mu wyjazd a sama ledwo drzwi mogę uchylić. Wtedy się okazało, że wykopany w pospiechu Mąż zostawił mi jednak telefon, wbrew moim podejrzeniom, że tego nie zrobił. Wysiadłam, obfociłam swoje ciotowate parkowanie i zadzwoniłam do mamy. Mama przyszła i powiedziała, że mogę cofać jeszcze całe półtora metra. Cofnęłam i to był strzał w dziesiątkę. Dzięki cofnięciu wjechałam w to samo ciasne i skarpowate miejsce po  mistrzowsku. Potem jeszcze facet stojący z tyłu prostopadle do mnie wyjechał i mój wyjazd to był już pikuś. Niestety w chwili wyjazdu znalazł się już przy mnie Mąż i po dwóch panicznych okrzykach hamujących mnie tuż przy słupku sam zasiadł za kierownicę  i podjął pierwszą tego dnia, ale jakże skuteczną próbę stłamszenia.

parkowanie profesjonalne

parkowanie profesjonalne

Odwiedziliśmy też dziadków i w powrotną drogę wyruszyliśmy tuz przed 22. Droga była już pusta i mogłam „grzać” 60-tką. Teoretycznie jadąc 60-tką można pokonać dystans 30 kilometrów w 30 minut. Zajęło nam to o wiele dłużej. Wprawdzie prawie wszystkie światła się zieleniły, ale siedzenie pasażera zajmował ktoś spanikowany, komu nie dość że 70-tka nie pasowała, to co chwilę sprawdzał, czy znam aktualnie panujące ograniczenie, sugerował zwalnianie, pytał czy aby nie za szybko i tłamsił, tłamsił, tłamsił. Sugerowałam niewdzięcznikowi, żeby sobie wysiadł i poszukał innego środka transportu, albo chociaż zamienił się miejscami, ale on nic sobie z tego nie robił, tylko dalej tłamsił. W pewnym momencie oskarżył mnie nawet o dwukrotne przekroczenie dozwolonej prędkości, chociaż licznik wskazywał zaledwie 60. Owszem, było tam 30, faktycznie 30. Ale ton dopuszczalnego obciążenia na wiadukcie.

Pojechałam i przyjechałam ani razu się nie denerwując, nawet gdy silnik mi zgasł, co jednak dwa razy nastąpiło, ale z Mężem jak z dzieckiem- musi dorosnąć, by docenić wkładane w siebie wysiłki.

*Hucisko jest badziewne, ma za małą wyspę i jak tramwaj staje, to blokuje albo mój wjazd, albo mój zjazd ze skrzyżowania, a zawsze staje, bo pokonuje skrzyżowanie na dwa etapy świetlne, a nerwusy trąbią a inne tramwaje jadą, bo jak nie skręcają, to se mogą. I sama to kiedyś wymyśliłam, że tak można. Nie opatentowałam wprawdzie, ale chyba i tak bym na tym nie zbiła kokosów.

Jak ma na imię Staszek?

DSCN3692Ochrzciliśmy wczoraj nasze dziecko. Było uroczo. Nasz najlepszy znajomy przyszedł rano i pomógł mi uporać się z największym problemem organizacyjnym. Największym problemem organizacyjnym był brak miejsca do ugoszczenia, ponieważ stół zajmuje choinka, której za nic w świecie nie rozbierzemy przed drugim lutego mimo iż się sypie zupełnie. Z przeniesienia choinki skorzystał później Staszek, dla którego żadne ciasteczko nie było już niedostępne. Nasz najlepszy znajomy ją po prostu przestawił na mniejszy stolik, a ja odkurzyłam to, co spadło. Odzyskaliśmy stół i go powiększyliśmy. Wrócił Mąż, który prowadził matkę chrzestną do kancelarii. Matka chrzestna nie wróciła, tylko przyszła po raz pierwszy tego dnia, a następnie wszyscy wraz zeszliśmy na dół, gdzie stał samochód naszego najlepszego znajomego. Był to samochód w wersji na niedzielę, bo w sobotę przyjechał innym. Samochód niedzielny był w kształcie limuzyny i w najładniejszym kolorze lakieru, a w środku cały beżowy. Miał też ekskluzywną czarną tablicę03 świadczącą o tym, że wciąż  znajduje się on w rękach pierwszego właściciela. Przyjechaliśmy na miejsce jeszcze przed Stasiem, który miał jechać taksą ze swoimi babciami, ale ostatecznie wybrał podróż wózkiem. Także ksiądz Piotr nie był gotowy o umówionej godzinie. Za to czekał miś karmiący się Ewangelią.

Staś zajechał, ksiądz nadszedł. Zostałam spytana o nasze nazwisko, którego nie wymawiam poprawnie ze względu na występujące w nim „r”. Dogadaliśmy się, że zostaniemy wprowadzeni spod chóru niczym młoda para. Zostaliśmy wprowadzeni. Było ekstra. Staszek całą Mszę siedział zupełnie grzecznie na przemian na kolanach matczynych i ojcowskich zupełnie niepodobnie do siebie. I charakterystycznie dla siebie szczerzył się do siedzących obok rodziców chrzestnych. W dłoni zaś ściskał klucz. Podczas homilii ksiądz Piotr żartował sympatycznie, także na nasz i naszych chrzestnych temat. Na przykład, że chyba jesteśmy wierzącymi, ponieważ nie wyglądamy na bogatych. Powiedział też bardzo sympatycznie na pewien świeży okołokościelny temat medialny. Potem Staszek został ochrzczony. Wezwano dzieci z całego kościoła by otoczyły Stasia i przyglądały się. Staszek stukał palcami w drewnianą część chrzcielnicy, dzieci naśladowały. Było bardzo sympatycznie. Gdy spadłyDSCN3695 mu klucze, dziewczynka podała. Nie puszczał ich już. Był pogodny i zaciekawiony do czasu polania główki wodą. Wówczas zapłakał. Potem znów był pogodny. Odrzucił wprawdzie białą szatkę. Został wzniesiony wysoko i dostał oklaski.

Msza bardzo spodobała się kuzynce, która chce na nią prowadzać swojego pięciolatka. Nie wiadomo, czy i pięciolatkowi się spodoba, bo akurat wczoraj swoim zwyczajem chorował i został w domu. Zaś pytanie do dzieci na przyszły tydzień* brzmi: jakie imię otrzymał nowo ochrzczony.

Po powrocie do domu podaliśmy barszcz i ulepione przez Męża pierogi. Mamy obojga stron próbowały zmieniać panującą atmosferę na mniej sielską, wprowadzały zamęt, obrabiały tyłki gdy tylko opuszczaliśmy pokój. Na jaw wyszło, że opublikowaliśmy w internecie poniżające zdjęcia naszego dziecka całego umazanego jedzeniem (marzec, wówczas nie było bloga, zdjęcie zostało wysłane do bliskich osób, a jak widać co 02starsze z nich nie doceniły). Było uroczo. Głównym daniem był ekskluzywny makaron ze świeżą pietruszką i kurkami. Wszyscy się zachwycili, lecz tylko mężczyźni skorzystali z opcji dokładki. Kobiety w tym czasie ostrzyły sobie zęby na ciasto. Ciasto było doskonałe. Nasz najlepszy znajomy okazał się niezastąpiony w kuchni i sernik spod jego miksera był najlepszym „moim” sernikiem, chociaż stosuję ten przepis od samego zamążpójścia**.

Po wyjściu gości padłam na twarz i nie podnosiłabym się aż do rana gdyby nie to, że Staszek o świcie zbudził się rozbawiony, a podczas utulania do ponownego snu co i raz wyrzucał przed siebie prawą rękę pokazując na wiszący portret przodków ze słowem „dadziaaa” na ustach. Stasie wezwanie obudziło także Męża, dla którego kluczowe było, by spać akurat dziś do dziewiątej z hakiem, gdyż rano miał mieć gastroskopię, przed którą pości się długo i boleśnie. Mąż zbudzony nie mógł pościć. Ugotowałam mu rzekomo dozwolony kisiel, ale ów nie pomógł na bolesne ssanie w żołądku, toteż Mąż zrezygnował z badania i zjadł POSIŁEK. Kolejne podejście do badania jutro rano. Jeśli Staszek pozwoli.DSCN3683

Po południu ja odwiedziłam dentystę w odległej rodzinnej wiosce, gdzie dentysta jest sprawdzony i w dodatku bierze mniej niż dentyści z dużego miasta. Temperatura w rodzinnej wiosce była o 10 stopni niższa niż w naszym nadmorskim kurorcie. Nie przeszkodziło mi to jednak w odwiedzeniu także dziadków, którym zawiozłam ptasie mleczko. Zrobiłam także koming ałt z moją maszyną, bo babcia chciała remontować dla mnie coś starego i hałaśliwego, żebym szyć mogła. A ja mogę już od dawna i do tego mogę po cichu. Nie po cichu to bym nie mogła wcale. Wygląda też na to, że trzeba będzie zwrócić zakitrane Burdy, bo jest na nie popyt.14

Chciałam jeszcze dodać, że nasi rodzice chrzestni są najfajniejsi. Udzielili nam dużo ciepła i wsparcia, razem i każde z osobna.

*Co tydzień dzieci dostają pytanie, na które odpowiadają na malowanych serduszkach, które składają podczas gdy dorośli składają ofiary. Na koniec losowane jest serduszko, którego właściciel zabierze do domu torebkę z Pismem Świętym i misia, którego będzie karmił. Po tygodniu miś wraca. Uważamy to za bardzo sympatyczne i nie możemy się doczekać, gdy i Staszek będzie świadomie malował serduszka i brał udział w losowaniu misia.

**Sernik w ogóle jest ulubionym ciastem mojego Męża, więc bywa u nas nierzadko.

Mąż stworzeniem pociesznym

DSCN3657Spędziliśmy uroczy wieczór z naszym najlepszym znajomym, piekąc sernik na jutrzejsze jeszcze bardziej urocze spotkanie pochrzcielne. Ponieważ nasz najlepszy znajomy zapomniał potrzebnych karteczek, jechaliśmy z nim wraz po owe wioząc zupełnie nielegalnie Stasio bez fotelika. Wieźlibyśmy z fotelikiem, ale fotelik został w naszym zieloniutkim samochodzie, który dziś osobiście zawiozłam na przegląd i zostawiłam. Pan mistrz z zakładu przeglądarskiego dzwonił, że auteczko przeszło przegląd brawurowo– w końcu jest Lanosem, jednak nie było kiedy go odebrać.

Zupełnie rano z kolei to ja wstałam i poszłam zaliczać zaliczenie, które zaliczyłam na piękną kanciastą czwóreczkę. Po zaliczeniu zaliczenia pomaszerowałam do Lidla i przydźwigałam stamtąd 18,8 kg pokarmów na jutro i na zapasy. Nie myślałam, że to będzie tyle ważyć, gdy zapełniałam wózek samymi potrzebnymi rzeczami. O dziewiątej byłam już w domu po wszystkim i z zakupami. Wtedy to wybraliśmy się na moją brawurową jazdę bez widoczności, bo przymarzły wycieraczki. Doskonale radziłam sobie ze zmienianiem pasa na lewy i wkrótce będę prawdziwym kierowcą, którego nie da się stłamsić tak łatwo jak do tej pory.

Wracając jednak do wieczoru, to odwiedziliśmy DSCN3530naszego najlepszego znajomego w jego domu i jego rodzice, a dziadkowie chrzestni naszego synka, bardzo się ucieszyli na Stasio. Chcieli mu nawet pozwolić stłuc jedną bombkę na szczęście, ale ale na szczęście nie był zainteresowany demolką. Po krótkiej wizycie udaliśmy się wszyscy wraz do parafii na katechezę, która była ekstra. W tych okolicznościach poznaliśmy także proboszcza parafii, w której chrzcimy syna i ostatniego z księży tej parafii, którego jeszcze nie znaliśmy i wszyscy oni są ekstra. Brygida jest aktualnie najlepszą parafią w Gdańsku i dołożymy wszelkich starań żeby w nieodległej przyszłości zamieszkać na jej terenie, zwłaszcza, że mieszkanie, które nam się podoba, leży tam właśnie.

DSCN3609Z kolei Stasiaczek wieczorny bardzo się cieszył z wujka i coraz to przynosił jakieś zabawki do kuchni oraz skwapliwie korzystał z tego, ze nikt nie kontrolował, gdy ogołacał choinkę z ciasteczek i igieł. Ostatnie wieczorne ciasteczko omal nie skończyło się dramatycznie, bo synek postanowił połknąć igłę choinkową. Nie poinformował o tym za bardzo, tylko co kilka minut zapłakiwał i gryzł się w prawą łapkę. Był to zły (błędny) objaw. Posmarowaliśmy mu łapkę kremem najlepszym na wypadek, gdyby się był oparzył, choć piekarnik nie parzy, bo sprawdzam często. Posmarowano mu również dziąsełka kremem do gastroskopii na wypadek, gdyby to one mu dokuczały. Poprawa nie następowała, a chłopczyk się zacieplił i warchlaczek powarkiwał, a Mąż nie dawał żonie skończyć wrzucać warzyw do barszczu. Taki to Mąż. Już już wzywano na pomoc butelkę ibuprofenu, gdy na szczęście sprawne palce matki rozpoznały sytuację, a jej zimna krew ją uratowała, jak zwykle.DSCN3680

Nie każdą sytuację da się jednak uratować. Ratować nie trzeba było sernika, który chyba się udał*. Bezproblemowo zapowiada się dochodzący właśnie barszcz. Ufam że i przeszkód nie będzie podczas szybkiego szycia aksamitnych ocieplanych spodenek, które jeszcze mnie czeka. Nie do uratowania wydawało się ciasto na pierogi. Zrobiłam wspaniały farsz z szynki i warzyw rosołowych. Mąż miał TYLKO odmierzyć pół kilo mąki i zagnieść ciasto według przepisu. Odmierzył… proszek był dziwnie sypki i dziwnie biały… Okazało się, ze skorzystał ze stojącej na wierzchu, bo dodawanej do sernika, mąki ziemniaczanej. Teraz dzielnie lepi pierogi z dziwnego ciasta… A ja już nie wiem, co jeszcze można uratować i czy można… 20 godzin na nogach wypełnione opieką nad stworzeniem małym oraz stworzeniem kłopotliwym (w tej roli ex aequo obaj) to jest jednak trochę ponad moje możliwości.

*jednak trzeba było ratować, bo Ktoś stwierdził, że w kuchni nie ma miejsca i wyniósł ciepłe jeszcze ciasto do pokoju, a następnie postawił je na łóżku. Tragedia z pupą w roli głównej minęła nas zaledwie o cale.

DSCN3670

DSCN3491

DSCN3508

DSCN3550

DSCN3554

O uchu van Gogha

DSCN2269Sukienka z październikowej Burdy podobała mi się od pierwszego wejrzenia. Wzdychałam do niej grubo przed ukazaniem się numeru, a posiadłszy magazyn, co kilka dni go otwierałam by spojrzeć i marzyłam. Całkiem niedawno (no, gdzieś na początku grudnia) Mąż wysłał mnie na duże zakupy tkaninowe do internetu. Kupiłam wtedy również fiołkowy kaszmir idealny na wymarzone cudo. Zrobiwszy wykrój, zaczęłam się zastanawiać, czy może jednak nie byłoby dobrze uszyć egzemplarz próbny z czegoś tańszego. Nie lubię jednak pracy niepotrzebnej i egzemplarz próbny musiał być z czegoś, co także bym nosiła. W efekcie pod nożyczki poszedł materiał wprawdzie tańszy, ale uznany przeze mnie za najładniejszy w plebiscycie na mój najładniejszy materiał. Były to kwieciste zasłonki złowione i grubo podlicytowane na allegro kilka miesięcy temu. Mi osobiście wzór na zasłonkach kojarzył się z „Gwieździstą nocą” van Gogha.

Wybrałam swój teoretyczny rozmiar,DSCN2083 skroiłam, pozszywałam zakładki, rozprasowałam i wielki klops! Miałam problem z zakładkami biustowymi, na przodzie oczywiście. Wtedy pierwszy raz zajrzałam do instrukcji w Burdzie. Okazało się, że moje pracowicie oszpilkowane i pozszywane fałdki są zupełnie źle! Najgorzej na świecie. Nie należało spinać kresek parami, lecz trójkami i każda środkowa kreska z trójki miała być linią pomocniczą do zginania. Wszytko, co pozszywałam (oczywiście turbogęstym szwem nie uznającym poprawek), należało rozpruć. W międzyczasie namalowane linie się utleniły, gdyż do ich zaznaczenia użyłam nowego nabytku- pisaka krawieckiego. Tak minęły pierwsze trzy wieczory szycia. Nauczyłam się wówczas żeby przynajmniej przeglądać instrukcje przed szyciem.

Etapem drugim było zszycie ze sobą przodu i dwóch tyłów. Wszyłam zamek pamiętając, że Burda w moim przypadku zapewnia garb na misiaka. Wszyłam go więc ściągając nieco górne części obu tyłów. Tym sposobem proste szwy, które miały biec pionowo przez całą sukienkę, przestały być proste. 2Przymiarka pierwsza. Mimo niezdjętej spod spodu bluzki, sukienka okazała się być wielka niczym wór na zimowy zapas kartofli. Zebrałam ogromne ilości po bokach, ściągnęłam więcej przy zamku i jeszcze w dwóch tylnych zakładkach. Lepiej. Rękawy początkowo wszyłam tak, jak wykrój nakazywał i zwisały, wtedy zebrałam co nieco w środkowej zakładce przodu, która również pozwalała zapakować misiaka/kangurka na przód oraz zwiększyłam podkrój ramion. Ruchy ręką stały się niekomfortowe. Przywróciłam wszycie rękawów zgodne z instrukcją. Wszyłam zamek odpowiednią stopką. Operacje prób i cofania błędów trwały niemal dwa tygodnie, frustracja sięgała przysłowiowego zenitu, opadała lekko i wznosiła się jeszcze wyżej. Do tego każde oznaczenia momentalnie znikały, bo materiał jest nieco oślizgły, eksperci pewnie nazwali by to satynowanym, ale jest oślizgły. Rozpaczałam zwłaszcza nad 3 metrami fiołkowego kaszmiru, który zdawał się być bezużyteczny. Bo na każdą inną sukienkę wystarczyłyby mi 2 metry, a na DSCN2271powtarzanie tego samego gotowa nie byłam.

Prawdopodobnie prace nad tą sukienką trwały od 7 grudnia, bo tak wskazują różne okoliczności. Pamięć już na nic nie wskazuje. Zakończyły się 31 grudnia! Gdybym miała jakiekolwiek skłonności do okaleczania się, każdego dnia obcinałabym sobie jakieś ucho albo palec. Nie mam jednak takowych, nie potrafię nawet się ukłuć inaczej niż przez przypadek. Próbowałam, bo pewnego wieczora zepsułam Mężowi nakłuwacz, a akurat miał zbadać krew w warunkach chałupniczych. Chciałam udowodnić, że mogę się ponakłuwać dowolną ilość razy, ale ani razu nie doszło do rozlewu krwi.DSCN2272

Gdy któryś z wieczorów przyniósł w końcu przełom i wszystko leżało akceptowalnie, rozpoczęła się faza wykończeń, wbrew pozorom wcale nie łatwiejsza ni nie szybsza, bo nie było już wcale a wcale zapału. Nadałam sukience pożądaną długość, jakimś cudem zrobiłam odszycie dekoltu tak, że odstaje on tylko bardzo lekko i prawie nie rozlazł się. Za to jest gruby, bo nałożyło się na siebie jakieś 17 warstw wcale nie cienkiego materiału. Skromnie mówiąc, jestem zachwycona, chociaż zdjęcia nie chcą tego oddać. Zachowały to dla siebie.

Oto model 108 z Burdy 10/2012. Zdjęcia, mimo że tym razem plenerowe, są  fatalne. Prawdopodobnie zawiniła pogoda – małosłoneczna i wybór miejsca – ponurego i szarego, zamiast żywego i kolorowego, jak na przykład Ikea. Ale fotograf i aparat są bez zarzutu. Fotografem jest Mąż, a aparat ma 5 lat i jest doskonały.

DSCN2121