Rodzic zaradny, rodzic niezaradny

DSCN1800Przeżyliśmy 3 doby gorączki naszego dziecka. Gorycz tego nieszczęścia osłodzona była pełnym wsparciem rodziców, którzy cierpieli jeszcze bardziej, pomagali kąpać, mierzyli temperatury raz po raz i to termometrem bezdotykowym, czołowym w postaci pistoletu. Termometr jest wadliwy i temperaturę wody mierzy jako tako, ale w ustawieniu ‚body’ już sobie nie radzi i wykrywa gorączki u każdego, z kim się zetknie. Tata na przykład cały czas walczył z temperaturą 37,9, ja jako chłodna i oziębła z natury miałam tylko 37,2, ale Stasiaczek to cały czas trzymał poziom i ciepło. Grzał pościel niczym piecyk a na urządzeniu pomiarowym efekty pomiarów nie spadały poniżej 39, trzymając się jednak na ogół w okolicy 40. Nie należy jednak wzdychać z ulgą na podstawie wiedzy o zawyżaniu, bo przyszedł i moment, że ledwo przytomne dziecko pozwoliło sobie załadować pod pachę termometr owulacyjny, a on to dopiero pokazał. Pokazał, że 40 i jeszcze, że 0,3 dalej. Całe 40,3!

Zaprosiliśmy Stasiaczka do własnego łóżka, bo nie jesteśmy wyrodni i trzeba było to udowodnić. Po dwóch dniach odmawiania zdecydował się z zaproszenia skorzystać. Potrącany, budził się i kwęczał, ale skoro nie jesteśmy wyrodni, to lepiej niech się go potrąca i niech kwęczy niż gdyby miał spać zupełnie SAM w TAKIM stanie. Pod koniec pierwszej doby gorączkowania zgodziliśmy się na wizytę pani doktor, która oczywiście nic nie wypatrzyła w buzi ani w płucku nie wysłuchała. Pani doktor kazała zbijać gorączki i pozwoliła w ramach zapłaty dzwonić do siebie w sprawie konsultacji. Dała też receptę na antybiotyk na wszelki wypadek. Nie potrafiła powiedzieć, co dolega rodzinnemu skarbowi. DSCN2936Na karteczce z notatnika wpisała wprawdzie, że infekcja wirusowa i twardo wykluczyła zęby. Być może miał Stasiaczek popularną 3-dniówkę, ale nie opryszczył się dziś. Bardzo możliwe, że jednak szły zęby, bo pod osłoną gorączki przybyło ich kilka. Możliwe również, że miał jakiś stan zapalny, bo jechało mu z buzi gangreną (no dobra, kiepskie określenie, nie miałam przyjemności wąchać gangreny, więc nie wiem). Jadł tylko banany, pił tylko mleko i przytulał się obficie. Dziadkom bardzo podobała się forma przytulająca, której praktycznie nie doświadczają na co dzień.

Pani doktor ostrzegła, że rodzina będzie zamierać i umierać wraz z dzieckiem. Ja umarłam, przyznaję. Ze zmęczenia umarłam. Bo wsparcie wsparciem, ale nie można było o czymkolwiek innym nawet pomyśleć, a od myślenia o gorączce i biegania z termometrem, od prac domowych niepoprzetykanych herbatkami i od posiłków zjadanych ukradkiem w pośpiechu to trudno mieć siły witalne. Dodam jeszcze, choć to nieco nieprzyjemne, że dziadkowie w swoich dobrych chęciach to nawet tutki z ibuprofenem do buzi nie wetknęli, wskutek czego te 40,3 wyskoczyło. Czuli, że dziecko jest ciepłe, ale nie mogli, po prostu nie mogli podać wbrew woli. A nas nie było, bo akurat na drugim końcu miasta umawialiśmy Męża na gastroskopię.

Przeżyliśmy jednak gorączki, przeżyliśmy 3 dni i przeżyliśmy dobre chęci. Stasiaczka jeszcze coś poswęduje, ale już sobie z tym radzi. Na dowód swego ozdrowienia udał się nawet do kuchni, ściągnął ostatni już kawałek piernika Lolinki na ziemię, rozwinął go z folii i spałaszował. Dowodem, że wcale nie chorował jest fakt, że wczoraj rano, wstawszy z łóżeczka sięgnął na pobliską choinkę i najnormalniej w świecie wyżarł kawałek ciasteczka.

Mąż z kolei korzysta z dobrodziejstw jakie daje mu lek na wrzody i siedzi w pracy. Jada tam domowe obiady, które żona daje mu w garnku na cały DSCN1776dzień a czasem na dwa dni. Nie ma go tam, gdzie i tak by się nie przydał, a za to ile robi! Jest jednym z tych szczęśliwych i wypoczętych dzieciatych ludzi, którzy się w pracy uśmiechają i chętnie zostają do 20. Dziś na przykład poszedł z kolegami z pracy na wyżerkę do pewnej galerii, w której są „normalne ceny”. Galeria nazywa się Zatoką Sztuki i jest nad morzem. Było dwóch kolegów, dwie żony, jedno dziecko i mój Mąż. Wszyscy wydali razem 319 złotych. Kolega z żoną jedli za 100, ale część tej kwoty była już napiwkiem. Kolega z żoną i niemowlaczkiem zjedli za 180 i dołożyli 20 złotych napiwku*. Reszta wydanej sumy to posiłek mojego oszczędnego Męża. Makaron posypany parmezanem. Mąż jest taki zaradny.

*Obiad kolegi z żoną i dzieckiem oraz napiwkiem kosztował akurat tyle co gastroskopia wykonana prywatnie. Sam napiwek wyniósł tyle, ile zniżka na gastroskopię gdy opłaci się ją z 7-dniowym wyprzedzeniem.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s