Las w śniegu, czyli śnieg w lesie

DSCN4681Obudził nas dziś brak prądu. Właściwie nie był on źródłem pobudki, ale był tym, co nas spotkało gdy wychyliliśmy swe nosy poza drzwi mieszkania. Bo owa pobudka odbyła się w Gdańsku, a brak prądu dotyczył jedynie klatki schodowej. Ale byliśmy jedynymi szczęściarzami w okolicy, których brak prądu w mieszkaniu ominął. Innych dotknęła owa katastrofa znacznie bardziej. Niektórzy to nawet ogrzewają się prądem. Zapakowaliśmy prędko nasze tobołki do parkującego pod oknami Lanosa, który dla wygody pakowania już od wczoraj stał pod tymiż i wystawiał swój kuperek do pakowaczy zamiast odwrotnie. Spędziliśmy poranek na rozbieraniu choinki i krótko przed południem wyruszyliśmy w podróż. Warunki pogodoweDSCN8147 nie sprzyjały wcale a wcale, bo padał deszcz. Jeszcze nigdy nie prowadziłam w deszczu. Gdy tylko wyjechaliśmy na Kaszuby, czyli w okolicach Jasienia, poznaliśmy prawdziwą kaszubską zimę w postaci deszczu ze śniegiem. Lanos sam rwał do przodu i trudno było nie przekraczać 90-tki. To jest jego optymalna prędkość, ale warunki nie pozwalały tak jechać i trzeba było hamować rumaka. W Kościerzynie wybudziliśmy śpiącego Staszka i zaprowadziliśmy go do Lidla, gdzie kupiliśmy mu bułeczkę, a sobie croissanty oraz dużo fajnych mrożonek. Ponieważ padało, cały czas i to rzęsiście, to nie szliśmy już do polomarketu po masełko (masełka z Lidla nie lubię na kanapki, bo jest za twarde, ale do ciast jest już jak najbardziej) i to miało nam później ujemnie zaprocentować.

Żeby nie było monotonnieDSCN4767 postanowiliśmy wrócić przez Płocice, które zimą widzieliśmy tylko w googlach. Płocice zimą są śliczne. Ledwo skręciłam w las, napatoczył się zajazd dla odpoczywających turystów i dosłownie MUSIELIŚMY się zatrzymać. Wtedy skorzystałam z okazji, aby kupić na allegro prezent na zbliżającą się rocznicę ślubu dla Męża, który wczoraj kupił mi wspaniały prezent, a w poniedziałek kupi jeszcze drugi. Moje prezenty są tańsze, bo ja w przeciwieństwie do niego nie zarabiam, ale za to ile w nich serca. No i jest ich więcej.

Następnie pozwolono Staszkowi dreptać. Na cel dreptania wybrał sobie kałużę i do niej wdreptał, po czym nastąpiło taplanie się w tejże. Mąż już chciał zabraniać, ale go powstrzymałam mówiąc, że przecież jedziemy do domu, a mam buty i spodnie na zmianę, a niech ma dziecko radość. Radość miało, ale okazało się, że butów na zmianę już nie- posiadanych butów o rozmiarze takim jak zimowe i jak kapcie nie da się wepchnąć na kopytka naszego synka.

Gdy ruszyliśmy z postoju, nawierzchnia usiłowała nas DSCN4702przekonać, że źle zrobiliśmy. Rzucało nami od pobocza do pobocza, a autostrada do Płocic, chociaż nieasfaltowa, jest naprawdę szeroka. Koleiny błotne nie pokrywały się z koleinami śnieżnymi i było gorąco. Tylko moje opanowanie nas uratowało przed moim załamaniem się za kierownicą.

Przyjechaliśmy do domu, w którym panowało 8 stopni. Gdzieniegdzie pewno mniej, ale ogólnie tylko dlatego nie piździło jak na Uralu, że dom ma jednak ściany chroniące go przed wiatrem. Jest to dom autorski* i chociaż bardzo go lubimy, cieszymy się, że jednak nie jest nasz, bo ma wiele błędów konstrukcyjnych, jak na przykład rury z wodą biegnące wzdłuż ścian zewnętrznych.

 Takie położenie rur gwarantuje ZAWSZE zimną wodę w okresie nieupalnym. Wymusza także konieczność chodzenia pieca akumulacyjnego przez cały okres poza-letni, co by rury nie zamarzły. Rok temu jednak, gdy piździło tu jak na Uralu i termometrom skala w dół się wyczerpywała, a jeszcze przed zachodem słońca DSCN4759obserwowaliśmy MINUS TRZYDZIEŚCI i sytuacja życiowa zmusiła nas do opuszczenia domu na 2 dni, rurom nie pomógł i piec akumulacyjny. ZAMARZŁY. Zeszłoroczną rocznicę ślubu spędziliśmy w piwnicy chuchając na nie, dmuchając farelką i grzejąc konwektorem. Pomogło oczywiście dopiero chuchanie. Przez cały dzień.

 Dziś mija także dokładnie rok od dnia gdy pod dom podszedł wygłodzony lisek i zeżarł wyrzucone przez nas mięsne skrawki z obiadku.

 Wracając jednak do domu- pomarzłszy trochę w środku postanowiliśmy korzystać ze światła dziennego i spacerować. Spacer nie mógł zajść z powodu deszczu, DSCN4862więc odbyła się przejażdżka. Pojechaliśmy do Wdzydz, gdzie jest przystań z mariną i hotel Misiaczek. Zmarzłszy na przystani i zrobiwszy fot co niemiara, poszliśmy do hotelowej restauracji, o której wiedzieliśmy tylko tyle, że może być droga. Była dębowa i ekskluzywna, ale reprezentowała ten wysoki poziom lokali, który przewiduje fotelik dla dziecka. Innym tak przyjaznym rodzicom lokalem jest sieć restauracji McDonald’s. Tu jednak siodełko było dębowe. Staszek siedział i pił swoje, a następnie jadł warzywa gotowane na parze. My niestety nie zostaliśmy zaspokojeni barszczem czerwonym, na który bardzo liczyliśmy, gdyż menu go nie zawierało. Mimo braku barszczu było bardzo miło, zgodnie z tym, co sugeruje nazwa tego miejsca. Nawet daliśmy napiwek w określonej przepisami sawła wiwru wysokości. Planowałam nie zjeżdżać do naszej dolinki z obawy, że nie wyjadę później na skutek opadów (wyjazd pierwszy był bardzo trudny), ale Staszek zasnął po raz drugi tego dnia i trzeba było podwieźć śpiącego Lulaczka pod drzwi.

DSCN4904Przygotowałam Lulaczkowi materac na ziemi przy kominku i ułożyłam grzejącą się od jakiegoś czasu pościel. Przeniesiony lulał dalej, a my jedliśmy kolejny posiłek tego dnia, bo w końcu przy wrzodach trzeba (i można) jeść ciągle. Jedzenie stygło w drodze z talerza do ust (dom rozgrzewał się bardzo powoli) i Mąż w pewnym momencie odmówił jedzenia unless podgrzanie. Podgrzewałam, a on, cwaniak jeden i rodzic nad-troskliwy, wystrzelił termometrem w Staszka. Wyszło mu, że śpi dziecina w temperaturze 15 stopni i dobrze by go przybliżyć ku kominkowi. Akcja przybliżania ku kominkowi obudziła nasze maleństwo i skutecznie zapobiegła dokończeniu przeze mnie posiłku. Maleństwu podgrzaliśmy słoik z owocem, których tu pełno, bo dziadkowie zaopatrywali się ponad potrzebę na każdy przyjazd maluszka nigdy nieDSCN4767 pamiętając a nawet nie zaglądając do wcześniejszych zapasów. Synek jadł ze smakiem, jednak okazało się, że jest już 19 i trzeba zacząć grzać górę. Gdy ja inicjowałam grzanie góry (u góry), synek sam się dobrał do słoiczka, Robił to po cichu i każdy się cieszył, że dziecina się zajęła i nie wbiega samorzutnie na górę, co przecież jest niebezpieczne**. Gdy dopadliśmy dzieciny, okazało się, że dziecina sama sobie do buzi trafiała, nie zawsze skutecznie i dużo musu wylądowało na plamoodpornej serwecie babci, ale jednak Stasio jadło. Samo jadło. A potem wzięło szczotkę zmiotkę i chciało sprzątnąć co nabrudziło. I tacie swojemu ładującemu do kominka też rękawiczki podawało.

 Jednak jest Stasio nieco ambiwalentne. Ma 9 książeczek w zestawie. Dostało je od jednej z cioć i jest to jego najlepsza zabawka. Zawsze ma ją w łóżku i do niedawna zbudzone się nimi zajmowało. Od niedawna zaś wyrzuca wszystkie po kolei i wtedy woła zirytowane. Dzisiaj wzięło książeczki i jedną po drugiej wpychało pod szafę. Znów miało zajęcie na czas prac kuchennych. Bezpieczne zajęcie w cieple. Potem jednak trzeba było książeczki wydłubać. Żaden rodzic nie ma tak szczupłych rąk jak mała dzidzia. Tylko 3 sztuki dało się wydłubać ręcznie. Resztę mozolnie wypychałam DSCN8143kijem bambusowym. Czaił się za mną synek i coraz to, po swojemu rzucał się na moje plecy i walił bańką między łopatki. Nie jest to nowość, ale ja mam już odruch pawłowski i zawsze, gdy mam za sobą Stasio, czuję prawdziwe ciarki. Bańka Stasia jest w ruchu bardzo często i z owej bańki przywala rodzicowi w co popadnie, podbija oczy, wybija zęby i łamie nosy. Ciąga też za włosy. Jest to bardzo trudny do zaakceptowania rodzaj czułości, a jak to zwykle bywa gdy coś kontrowersyjnego ma gdzieś miejsce, niektórzy teoretycy przypadku twierdzą, iż robi tak dziecko dlatego, że jest niedoceniane. Ale jak tu nie docenić Stasia, który sam pokonuje schody? I to nie na 4 łapach jak to robił już w czerwcu, lecz na dwóch nogach trzymając się barierki?

 Brak masełka doskwierał. Jak tu jeść croissanty bez masełka? Mieliśmy je kupić w lokalnej bławaturze (sklepie bławatnym, zwanym tak od nazwiska właściciela monopolisty), ale nie mogliśmy stanąć gdy nam dziecko zasypiało. Uznaliśmy, że kupimy wieczorem. Wieczorem wypadło przewijanie i inne atrakcje i gdzieś o 19:50 wyszliśmy przed dom. Do sklepu najlepiej iść lasem, DSCN8166czyli przez tylną furtkę, która jest kluczona ze względu na lokalnych grzybozbieraczy, którzy wchodzą na tereny i rozkopują mech. Klucz od furtki jest w jednym pęku z kluczem do domu. Nie można więc było sforować zanim Mąż nie wykaraskał się i nie pokluczył domu. Było tak późno, że mimo awersji do jazdy w taką pogodę i do manewrowania przy domu, uruchomiłam silnik. To była oczywiście najlepsza możliwa decyzja, gdyż pobliska bławatura nie była już czynna. Udaliśmy się więc w kierunku maleńkiego sklepu monopolowego i zdążyliśmy do niego w OSTATNIEJ minucie. A wiadomo dzięki czemu zdążyliśmy w ogóle.

 *według projektu właściciela, który architektem nie jest, oj nie. Architekt projekt tylko zatwierdził i jeszcze wziął za to piniondze.

**bardziej niebezpieczne jest ryzyko przewrócenia się na foremkę, ale dyskomfort z powodu dziecka pokonującego schody jest dyskomfortem rodzica, czyli ma większe znaczenie.

DSCN8145

Reklamy

2 Responses to Las w śniegu, czyli śnieg w lesie

  1. Pingback: Jak co roku w chałupie… « Świat Cytrynny

  2. Pingback: Muchomor czerwony | Świat Cytrynny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s