O jaszczurkach i innych zielonych stworzeniach

DSCN2705Od trzech tygodni cierpię na strach przed niedzielą. Zaczyna się to zazwyczaj w niedzielę wraz z wystawieniem pierwszej nogi z łóżka i trwa aż do późnego popołudnia a czasem nawet średnio późnego wieczora*. Zważywszy, że pierwszą nogę z łóżka wystawiam dość wcześnie, przychodzi mi cierpieć przez wiele godzin. Prawdopodobną przyczyną cierpień jest strach przed własnym Mężem. Mąż jest owrzodziały, o czym dalej. Żeby Mężowi mogły przejść wrzody, musi się dużo relaksować na powietrzu. Ja osobiście najlepiej bym się relaksowała z książką Marcina Wolskiego na puchowych poduszkach i pod puchową kołderką, zakłębuszkowana jak to niegdyś bardzo sympatycznie określiła Lolinka. Ja preferuję optymalne nie za ciepłe ciepło  i słońca nie znoszę. Mąż potrzebuje słońca, nie musi nawet być ciepło. Pod wpływem słońca Mąż dostaje spida i gazuje. Istnieje nawet hipoteza, że Mąż jest jaszczurką. Odmienne wizje sposobów spędzania wolnego czasu generują u nas wiele konfliktów. Zawsze spędzamy czas po mężowsku, a moje grymaszenie tylko psuje atmosferę nie wpływając wcale a wcale na sytuację ogólną. Jestem jednak dobrą żoną i staram się grymasić po cichu, niezauważalnie. DSCN2514

Gdy przychodzi weekend, od samego świtu jestem żwawa. Wystawiwszy pierwszą nogę z łóżka, mam już na sobie pełen ekwipunek i gotowam odpalać silnik i ruszać na wycieczkę dokądkolwiek. No, przedtem napiłabym się W SPOKOJU herbaty, bo to mi koi żołądek i nerwy. Mamy jednak Stasio i ono, chociaż samo rusza widelcem, nie wyrychtuje się samo. W efekcie nie wypijam NIGDY herbatki w spokoju i żołądek nie bywa ukojony. Nerwom nie pomaga nawet niezawodna od pokoleń neospasmina. Mąż, który zaczyna się przygotowywać do wyjścia dopiero gdy ja ze Staszkiem już wyszłam, ma pretensje. Nie jestem w stanie sprostać jego wygórowanym wymaganiom i cierpię.

DSCN2396Z perspektywy Męża sprawy przedstawiają się zgoła inaczej. On pragnie wyzdrowieć i cały tydzień czeka na weekend w nadziei, że może tym razem się uda. Wcale nie zauważa, lub szybko zapomina, że co tydzień się udaje**. Nieśmiało bąka „ale słuchaj, trochę się spieszymy, bo właśnie jest mój jedyny wolny dzień w tygodniu… może mógłbym Ci pomóc?”. Wtenczas żona mówi coś w stylu „ależ oczywiście Mężu, przenoś proszę te rzeczy z jednego miejsca w drugie i z powrotem aż ja będę gotowa”. Półtorej godziny później, czując, że nie zrobił nic owocnego, Mąż w końcu wyrusza z domu wraz z resztą rodziny, do której zalicza się Staszek i żona, jakaś dziwnie niezadowolona. Jadą gdzieś. Mąż pyta i proponuje, co można zrobić,DSCN2693 by następnym razem poszło lepiej. Na ogół chodzi mu to, by wszystko było gotowe do wyruszenia dzień wcześniej.

Tu znów wracamy do żony. Jak mam przewinąć Staszka i zrobić mu picie dzień wcześniej? Nie wspomnę o zawiązaniu bucików. Staszek wyprowadzony w pośpiechu z domu jest niezadowolony i daje to odczuć innym. Co wrażliwsi odczują.

Dzisiaj mieliśmy niedzielę handlową, gdyż co roku tydzień przed świętami jakoś tak wypada, że DSCN2664jest handlowa. W związku z tym, że zapowiadano mrozy i pochmurności, nie byliśmy na wsi. Było jednak ciepło a słońce waliło prosto w umęczone gałki oczne i odbijało się od śniegu i waliło też odbite. Pojechaliśmy do mojej rodzinnej wioski, która tak naprawdę jest miastem. Staszek, zmęczony okazywaniem niezadowolenia, usnął w aucie. Lulał tak słodko, że zajechawszy na miejsce spaceru nie mieliśmy serca budzić maleństwa. Zostawiwszy mu elektroniczną nianię (model nokia 2710 ne+ nokia 6070 plus darmowe minuty i głośniczek), wymaszerowaliśmy sami. Nie było nas około 25 minut, przy czym cały czas słyszeliśmy spokojny oddech potomka i widzieliśmy go z daleka, jak poleguje w puszeczce zieloniutkiej. Gdy wróciliśmy, usłyszawszy gwar, nasza dzidziunia otworzyła swe śliczne niebieskie oczka. Zobaczyła, że jesteśmy i wszystko gra, a silnik nawet buczy i że jednak nikt nie zamierza opuścić auteczka, więc uspokojona usnęła dalej. Mężowi kojarzy się to z pewną sceną z Kilera.

DSCN2621Odwiedziliśmy mój panieński dom i podczas porządkowania notatek ze studiów wydobyłam kartkę z notatkami z ćwiczeń, na które spóźniłam się, ponieważ akurat umawiałam się na pierwszą randkę z moim aktualnym Mężem! Kartka trochę Męża ocuciła i przypomniała mu, że o żonę się dba w każdym stanie, że nie generuje się u żony lęków przed niedzielą i że kiedyś było romantycznie i w ogóle. Zostawiwszy Stasio jego babci, udaliśmy się na randkę. Była to pierwsza BEZTROSKA randka od mniej więcej roku. Byliśmy w lokalu, w którym byliśmy także 22 MARCA 2009 na jednej z naszych wówczas w miarę licznych randek. To takie romantyczne trafić do tego samego lokalu po równych 4 latach. Mieliśmy PRAWDZIWĄ randkę, taką z macaniem się po kolanach i udawaniem, że nie ma problemów. A do tego mieliśmy też randkę samochodową. Gdy byłam młoda i głupiutka, imponowały mi randki samochodowe, ale mój wybranek zdał egzamin na prawo jazdy dopiero po ślubie by uzyskać pewność, że nie wiążę się z nim dla randek samochodowych na jakie by mnie zabierał. Dziś to ja jestem kierowcą, zresztą coraz lepszym i mogę wybranków zabierać na randki samochodowe i ślizgać się na zakrętach (kocie łby potrafią zapewnić niezły ślizg). Na zakończenie randki Mąż kupił pamiątki, które sobie wybrałam. Jest wśród nich herbata czekoladowo-miętowa, dwie szklanki, puszeczka na herbatę oraz uwaga, uwaga: TERMOMETR DO HERBATY. Od dziś (od jutra raczej) będę wiedziała, ile stopni liczy sobie moja ulubiona temperatura herbaty.

DSCN2794Jeśli chodzi o Lanos, to ostatnio jest jakiś dziwny. Przełącza się na gaz bardzo szybko, co akurat jest bardzo ekonomiczne. Często też gaśnie przy gwałtownym hamowaniu (mimo stosowania sprzęgła, chodzi o hamowanie z wysokiego biegu). Nie gasłby często, ale często zdarzają się jełopy na drogach, które blokują cały pas by skręcić w lewo (a nie zawsze starcza pobocza na wymijanie) oraz jeszcze gorsze jełopy, które celem skręcenia w prawo się zatrzymują, po czym wrzucają jedynkę i dopiero ruszają. Jeszcze gorsi są tacy, co siadają na zderzaku gdy ja mam akurat ruszyć pod stromą górkę po lodzie (ale z takimi to ja sobie radzę i to bez dydaktycznego cofania z impetem).  Innym dziwactwem Lanosa jest, że aż do osiągnięcia czwartego biegu bardzo głośno pracuje. Nie wiem czy pracował tak wcześniej, czy od niedawna, bo dopiero od niedawna wsłuchuję się w niego ze zrozumieniem. Ale fakt ten jest dla mnie bardo krepujący przy ruszaniu, bo gdy ruszam z gazem z mojego zawsze-prawego pasa, to zwracam na siebie uwagę innego rodzaju niż bym chciała. Czuje się jak kierowca golfa trójki. Przy okazji pozdrawiam kierowców volkswagenów. Ponadto praktycznie bez naciskania pedała gazu spokojnie rozwija nasze auteczko prędkość 80 km/h i nie wiem, czy ten kompleks objawów świadczy o wzroście czy o spadku jego auteczkowej formy.DSCN2505

*Kiedyś na niedzielę chorował zawsze Staszek i miał podobne objawy- on akurat robił WSZYSTKO, by nie dopuścić do wyjścia z domu przed zaakceptowaną przez niego odpowiednio późną porą. Odpowiednio późno było wtedy, gdy wszystkie Msze we wsi już odprawiono, czyli w południe.

**Mąż twierdzi, że owszem- pamięta, że było dobrze, ale roszczeniowiec jeden jest przekonany, że przy odrobinie żoninej dobrej woli mogłoby być znacznie lepiej.

Reklamy

Stara siłaczka nie kupuje w outlecie

DSCN2173Pisałam już, że jestem siłaczką, że podnoszę samochody, że przydźwiguję siatki z warzywami z hali i one czasem nie wytrzymują i pękają po drodze, ale ja wytrzymuję zawsze. Że Staszka to ja jedną ręką chwytam i biegnę chyba nie pisałam. Ale czasem tak robię. Pisałam też, że chodzę na wuef. Wuef jest świetny i bardzo go sobie cenię, a gdy zobaczyłam, że w naszym mieście 40 minut takiego wuefu kosztuje 25 złotych, to doceniłam go tym bardziej. Bo ja mam 55 minut i ZA DARMOSZKĘ. Na ostatnim wuefie wszystkie foczki ćwiczyłyśmy głównie ręce i to był strzał w dziesiątkę ze strony pani- zupełnie jakby pani wiedziała, że ja muszę ćwiczyć ręce bo podnosiłam samochód i czuję to. Kiedy jednak wieczorem wpadłam na pomysł napięcia rozćwiczonych bicepsów przed lustrem, pożałowałam tego. Pożałował tego także mój drogi Mąż, który spojrzał na mnie stojącą przed lustremDSCN2195 i napinającą te nieszczęsne bice. Wyglądałam okropnie, wcale niekobieco, co najwyżej tak kobieco jak pani atletka prowadząca pewien punkt obsługi ludzkiej na naszej ulicy. Mam prawdziwe mięśnie, ale one nie są ponętne. Prawdopodobnie to jest właśnie odpowiedź na pytanie dlaczego nigdy nie pracowałam nad mięśniami- otóż uważam, że kobieta powinna być szczupła z niejedzenia (o ile chce być szczupła), nie zaś z wyćwiczenia.

Pisałam też, że jestem bardzo stara. Bliżej mi już do 30-tki niż do ostatniej 18-tki. Pamiętam jednak swoją osiemnastkę, czyli nie była dalej niż starcza demencja pamiętać pozwala. Jechałam niedawno tramwajem i to ubrana wcale nie jak dama, lecz jak na zimę. Poprosiłam grupkę młodych ludzi o skasowanie biletu, potem jadłam bułeczkę a oni jechali. Gdy przyszło mi wysiadać, musiałam przeprosić. Oni zorganizowali przejście dla mnie mówiąc do siebie: „przesuń się, PANI chce wysiąść”. To było jak policzki na starą twarz. Jeżeli młodzież ma mnie za panią i to nie z powodu wyglądania jak dama, to muszę wyglądać na te moje prawie 30!

Żeby się odmłodzić, studiuję z 19-latkami. Idąc na zajęcia jako pierwszoroczna czuję się naprawdę młodo i witalnie. DSCN2188Zwłaszcza gdy jest to chemia o świcie, około godziny 9 rano. Laboranci prowadzący zajęcia są mniej więcej w moim wieku, bo i ja jestem w wieku doktoranckim. Na wuef też chodzę z nastolatkami i WIDZĘ, że męczę się bardziej niż one, że ciało też już nie tak jędrne jak u tych, co nie rodziły, ale DAJĘ RADĘ. Najbardziej staro czuję się na seminarium, na które chodzę również z 19-latkami. Młodzi ludzie mają takie młode i nowoczesne poglądy.

Moje poglądy są stare i  ciemnogrodzkie. Młodzi ludzie by poddawali swoich dziadków eutanazji na życzenie osób opiekujących się dziadkami. Poddawali by eutanazji też każde warzywo i oczywiście osoby z depresją(!). Robiliby in vitro, chociaż należy popatrzeć na domy dziecka i pomóc tam, ale jednak in vitro jednak tak. Tylko nasz kraj jest taki zacofany i katolicki, 90% Polaków to katolicy i rząd boi się Kościoła, który ma tyle do powiedzenia. Dlatego nie ma u nas przepisów regulujących in vitro i to co można zrobić z zamrożonymi zarodkami. Młodzi ludzie naprawdę nie znoszą tego, że Kościół ma taki duży wpływ na wszystko w tym naszym niby-świeckim kraju. Ale za to młodzi ludzie nurkują w Egipcie i tam morze jest czystsze. Młodzi ludzie są stanowczo przeciwni testowaniu kremów DSCN2177przeciwzmarszczkowych na zwierzętach. Jest już tyle substancji, że dość testowania. Czasem bym się odezwała, ale boję się zahukania. I co ja mam powiedzieć? Mówi się o policjantach, ale jeśli powiem, że jechałam samochodem, to ktoś pomyśli, że jestem dość stara, żeby mieć prawo jazdy, a to straszny obciach. I do tego mam Męża! Akurat we wtorki idę na seminarium prosto z basenu i obrączkę zostawiam w domu, więc nikt nie wie. Ale jak tu się przyznać, że jestem taka stara i znam życie, skoro chyba nie znam? Nie nurkowałam w Egipcie i nie interesuję się polityką. Mam jednak Męża, który się interesuje, ale Mąż to jakieś plus 15 do wieku.

Przyjdzie mi jednak się odezwać, bo i ja będę przemawiała. Miałam mówić na jeden z tematów uniwersalnych, ale Pan Profesor zaproponował mi temat kontrowersyjny o nauce a religii. Zgodziłam się entuzjastycznie, a przed oczami stanął mi własny Mąż (znów!), którego konikiem temat ten niegdyś był i z którego to tematu Mąż referował w ośrodkach naukowych i napisał artykuł do szuflady i dla zaprzyjaźnionych zainteresowanych. Z Mężem przedyskutuję na wszystkie strony, ale jak dyskutować z hałastrą młodych hałaśliwych ludzi o poglądach współczesnych, którzy w dodatku są przekonaniu, że gdy Galileusz płonął, to krzyczał, że jednak się kręci.

Po półgodzinnym odmrażaniu samochodu zawiozłam dziś mojego Męża (starszego ode mnie, czyli chyba już dziada) do outletu odzieżowego, by DSCN2198kupić mu spodnie. Mąż ma już tylko jedne całe spodnie. Część podarła się o Staszka, inne przetarły w użyciu a jeszcze inne popłynęły z farbą kryjącą. Wyruszyliśmy grubo po 19. Dodatkowo po drodze opóźniła nas idąca ulicami miasta droga krzyżowa. Nie mam nic przeciwko drodze krzyżowej, sami dziś byliśmy na jednej, ale ta akurat mi przeszkadzała, bo na ogonie siedziały jej 3 samochody i one zablokowały skrzyżowanie, którego nie zablokowałaby sama droga, ale samochody zabezpieczając tyły postanowiły to właśnie zrobić. Stałam chyba z 5 minut zanim zdecydowałam się ruszyć korek i wyminąć nieudaczne ogony. Żaden chojrak zza mnie nie odważył się na ten ruch,  chociaż każdy miał lepszą widoczność. Cel wyprawy był  prosty – pójść do sklepu z takimi spodniami jakie Mąż już ma, przymierzyć ten sam model w tym samym rozmiarze i kupić go. Początek przebiegł zgodnie z planem.  Już o 20:11 moglibyśmy ruszać w podróż powrotną, ale Mężowi nie spodobała się wysoka cena spodni. Chciał tańsze spodnie, a najlepiej zupełnie tanie spodnie. Przeszliśmy do sklepu ze spodniami, które kiedyś były marką tańszą. obecnie były śladowo tylko tańsze a brzydkie jak nie wiem co. Nie znoszę obleśnych przetarć i beznadziejnych obszyć na kieszeniach. Po zaprezentowaniu nam jakichś 15 par zdecydowaliśmy się przymierzyć jedne. Byłyby znośne, gdyby nie wyglądały okropnie. I kosztowały prawie tyle samo co ładne drogie spodnie. Zmieniliśmy lokal. Sklep z jeszcze tańszymi , ale wciąż dość drogimi spodniami zawierał same obleśności, jednak przymierzyliśmy jedne. Też byłyby jako takie, gdyby ktoś na kieszeniach nie wyhaftował czegoś, co wyglądało jak pomyłka maszyny. Lubię czasem zawiesić oko na mężowskim kuperku i istotne jest dla mnie, żeby kieszenie nie miały nic szpecącego. Mogą nie mieć nic, ale pseudo-fikuśne wyszycia drażnią moje poczucie estetyki. Weszliśmy także do czwartego sklepu, gdzie były jedne spodnie co wyglądały zupełnie akceptowalnie, ale były tylko rozmiary na krótkie nóżki.  DSCN2179Było też dużo innych spodni zupełnie zepsutych i niby-to-celowo poszarpanych. Mimo upierdliwego mierzenia, którego Mąż nie znosi, nie zdecydował się wrócić do pierwszego sklepu po ładne sprawdzone choć drogie spodnie. Mimo, że do zamknięcia była jeszcze masa czasu, my musieliśmy wracać, gdyż o 21 zaczynał się nasz serial. Serial bardzo ogranicza i niszczy nam życie, ale jeśli nauczymy się nagrywać, straci on swój urok. Już jeden serial tak straciliśmy, więc tym razem więc nie uczymy się i skwapliwie wykorzystujemy fakt, że u nas każdy serial nagrywa się inaczej. Wróciliśmy z pustymi rekami, chociaż outlet jest tak daleko, że jazda tam zobowiązuje do zakupu czegokolwiek. Po serialu na allegro znalazłam takie spodnie jak w sklepie pierwszym w cenie niższej niż te brzydkie ze sklepu drugiego i kupiłam je! Złożyłam też obietnicę, że uszyję Mężowi spodnie w cenie surowców, czyli tanio. Nie wiem kiedy, czy i jak to zrobię i liczę, że nikt mnie nie rozliczy z tej obietnicy. Bo jeśli rozliczy, to może nie wyglądać najlepiej. Gwarantować mogę tylko niespartaczenie kieszeni w tak kuriozalny sposób.DSCN2209

Od lesera do bohatera

DSCN9655Po prawie dwóch latach nieprzytrafiania nam się takich rzeczy, wczoraj znów przytrafiła nam się taka rzecz. Nie chodzi o ciążę, chociaż mdłości towarzyszyły mi wczoraj cały dzień. Mdłości jednak można wyjaśnić złośliwym, niespodziewanym i usiłującym zepsuć weekend atakiem zatok, po którym dziś NIE MA ŚLADU.

Skutkiem tej rzeczy, która przytrafiła nam się wczoraj są niesamowite zakwasy u mnie pod żebrami. Zbudziwszy się dziś, poczułam je i doznałam zaskoku. AKURAT WCZORAJ to ja brzuszków nie robiłam. Towarzyszą mi te zakwasy od rana i już je nawet rozćwiczyłam, ale aż do wczesnego popołudnia nie miałam pojęcia skąd są. Pracując w kuchni nad zdrowym obiadem bez smaku dla moich chłopców poczułam też zakwasy w bicepsach, dodałam dwa do dwóch (a przecież jestem matematykiem) i przypomniało mi się: przecież ja wczoraj podnosiłam samochód!

A DSCN1836było tak: byliśmy na wsi i już drugi dzień utrzymywała się pogoda wymarzona. Wszyscy usmarowaliśmy sobie twarze kremami, zapakowaliśmy mnóstwo prowiantu, buty i kombinezony na zmianę dla tych z nas, którzy planowali się przemoczyć. Był też i termofor na rozgrzanie zmarzniętych rąk tych z nas, którzy gubią rękawiczki. Wszystko było. Nie było tylko pewności, czy odpali samochód, wszak nocą temperatury spadły nisko, a my, niezaprawieni w zimowych pobytach na wsi, nie pomyśleliśmy o tym, co kiedyś robiliśmy zawsze, czyli o wyjęciu akumulatora. Ponieważ jednak mamy do czynienia z Lanosem, odpalił i zaraz zerwał się do biegu. Bieg był przedni a za kierownicą siedział Mąż, który też nie jest ostatnio szczególnie zaprawiony. Należało po pierwsze jakoś zawrócić na drodze, gdyż jak zwykle pług zasypał podjazd. Ja kiedyś próbowałam zawracania poprzez pętlę śladami pługu i utknęłam, ale Mąż o tym nie wiedział, bo nie było go wówczas, gdyż pracował w mieście a nie było to dość istotne by opowiedzieć DSCN9967później*. Mąż spróbował zawracania po pętli śladami pługu. Pętla biegnie pod górkę, a śnieg był jaki był po zimnych nocach i ciepłych dniach. Lanos, mimo wielu koni pod maską, stanął i zaczął bezradnie kręcić kołami w miejscu. Tak, to właśnie to! Zakopaliśmy się! Zupełnie nie jak zwykle, tym razem przytrafiło nam się coś pod domem (ostatnią rzeczą która przytrafiła nam się pod domem było moje wjechanie w płot i rozcięcie opony- półtora roku temu). Zaletą przytrafienia się czegoś pod domem jest dostęp do sprzętu. Odkąd jeździ z nami Stasio, nie wozimy już łopaty do odśnieżania, gdyż nie zmieściłaby się, więc gdybyśmy się zakopali gdzie indziej, to byśmy tam tkwili. Będąc jednak pod domem mogliśmy użyć łopat i łopatek i kopać. Kopał głównie Mąż, gdyż mi się kręciło w głowie przy pochyleniu się. Ja robiłam za lesera (a Staszek, nasz główny leser, mógł odpocząć dzięki mojemu wzięciu na siebie tej funkcji). DSCN9989Przynosiłam łopaty, ale głównie siedziałam w samochodzie i pokazywałam Staszkowi moje rękawiczki, na których mam krzyże (brytyjskie flagi konkretnie), a on cieszył się, pokazywał je naprzemiennie i mówił „ksiś”. Sytuacja przedstawiała się beznadziejnie – mimo kopania, ruchy wprzód i w tył były ograniczone, lub w przypadku trafienia w dołek- niemożliwe. Wiadomo, że zakopany samochód odkopuje się metodą prób i błędów, czyli po trochu aż nie uda się wyjechać. Nikt przecież nie odśnieży wszystkiego na zapas. Można przy tym zużyć cały akumulator, więc jest to taka odmiana zabawy w tchórza- jak mało da się odkopać w czasie gdy akumulator wciąż jest zdolny do odpalenia. Hardkorowcy pewnie używają jeszcze sobie na postoju radia zużywając dodatkowo akumulator, ale my nie mamy radia, więc bawiliśmy się w tchórza soft dla mięczaków.

DSCN1878Żeby ulżyć Mężowi, który tak kopał postanowiłam popchać. Zwolennicy równouprawnienia i feministki rzekliby, że on powinien, ale ja jeszcze nigdy nie miałam okazji PCHAĆ SAMOCHODU, więc chciałam, zwłaszcza, że to nie wymagało pochylania się i mogłam zrzucić z siebie część balastu bycia leserem i w ogóle pomysł był mój, więc należało mi się. Miałam wszelkie szanse w 5 minut zostać bohaterem i zgarnąć całą chwałę. Zostałam więc tym, kto pchał. Było to miłe.  Pchałam pulsacyjnie a Lanos się bujał i nic mu to nie pomagało. Ci w środku twierdzili później, że było fajnie. Ale nic nie dawało. A ja pchałam. Na darmo. Ale za to fajnie. Z czasem Mąż wykopał jednak (metodą prób i błędów) piękny szlak przejazdu i jak ruszył to ja nawet nie zdążyłam aparatu włączyć. Pojechał biorąc między koła jałowiec, który zawsze też pług bierze.

Z DSCN1603niespełna godzinnym opóźnieniem wycieczka ruszyła. Masowałam zatoki i było mi cały czas niedobrze. Zatrzymaliśmy się w lesie i przesiedliśmy na sanki. Widzieliśmy sarny ale uciekły na dźwięk szurający sanek zanim włączyłam aparat.  Nie był włączony, bo Mąż każe oszczędzać baterie. Mamy ich tylko 5, a najlepsza gdzieś zaginęła. Baterie marzną na zimnie i działają krócej. Cały czas było fajnie. Wiatr, wbrew portalowi pogodowemu zapowiadającemu wichury, nie wiał wcale. Staszek co i raz znajdował sposób by spaść z sanek- czy to do przodu, czy na boki. Gdy nie szło mu spadanie, wyrzucał butelkę. Znaleźliśmy opuszczony dom i zjedliśmy tam pierniczki. Było ciepło i Staszkowi się podobało, mógł eksplorować i wchodzić na stopnie. Znaleźliśmy też prywatne jezioro i chodziliśmy po nim. DSCN1847Gdy wracaliśmy, przewracali się i starsi z nas. Staszek, celem pozostania w centrum uwagi postanowił porzucić rękawiczkę w śniegu na postoju. Rękawiczka nie spadła, lecz została porzucona, co dokumentują zdjęcia. Brak rękawiczki zauważono bliżej samochodu niż miejsca porzucenia, co wydłużyło spacer znacznie. Matka, jako skłonna do poświęceń oddała jedną ze swoich synowi jako temu, który poświęceń wymaga i on bardzo się podniecał tym, że on ma ksiś i mama ma ksiś. Odwróciło to jego uwagę od faktu, że jest zmęczony i powinien urządzić awanturę. Gdy doszliśmy do auta, mnie już nie było. Chłopcy jakoś sobie poradzili a ja do świata półżywych powróciłam po około 3 godzinach snu. DSCN1856

Gdy spałam ja, spał i Staszek. Każde z nas w innym pokoju i w innym łóżku. Mąż spacerował po okolicy i był też na łące, która jeszcze rok temu była do kupienia NAPRAWDĘ tanio**. Ponieważ nie miał żadnych sanek, to był cicho i gdy zobaczył sarny, nie uciekły mu. Nakręcił całe dwa filmy o nich i zrobił dwa pełne zdjęcia saren z ich białymi pupami zimowymi. Prawdopodobnie to były te same sarny, co przed południem i chciały wynagrodzić nam to, że nie dały się sfocić wcześniej. Sarny mają takie białe pupy.

Dzień wcześniej odwiedziliśmy też sklep z rzeczami dla młodszego rodzeństwa. Staszek bardzo się podjarał rzeczami dla młodszej siostry i sam sugerował, że to już czas. On jest bardzo opiekuńczy. Gdy je, karmi lalę. Gdy jest przewijany, rozbiera lalę. Gdy jest w sklepie z rzeczami dla młodszych sióstr, troszczy się o co może i nosi fotelik jak koszyk.

DSCN1818*Tego dnia jełop naciągacz wjechał mi w zadek i okłamał policjantów, że to ja się na niego cofnęłam i przeżywaliśmy mandat, który mi  za to dali, więc utknięcie w zaspie naprawdę zeszło na jeden z ostatnich planów.

**To było naprawdę zupełnie tanio i w dodatku mnóstwo połaci terenowych. Nawet nas PRAWIE byłoby stać, bo to mniej więcej tyle, co nowy średni samochód  z salonu. Chcieliśmy to mieć i tata też chciał żebyśmy to mieli. Z dwutygodniowym Stasięciem udawaliśmy się do urzędu gminy pytać o te połacie i panie tam nie potrafiły udzielić żadnej informacji odnośnie ich przekształcania czy też zagospodarowania i planu i czegoś tam jeszcze. Tata był zainteresowany faktem, żebyśmy mieli o ile można byłoby zwiększyć wartość połaci poprzez ich przekształcenie na połacie budowlane. Panie z urzędu poleciły czytać biuletyny informacji publicznej i śledzić, czy a nuż coś napiszą. Pewnego dnia na działce pojawił się facet i tata z nim rozmawiał. Facet spłoszył tatę mówiąc o planie „natura 2000”, który nie pozwala na NIC. Wkrótce potem dowiedzieliśmy się, że działka zmieniła właściciela. Doniósł nam o tym geodeta pokazujący granice. Tak oto nie zostaliśmy bezdomnymi ziemianami.

DSCN2056

DSCN9620

DSCN9694

DSCN1809

Chwila dla siebie

DSCN7566Spędzamy ostatnio same urocze wieczory. Dzisiaj Staszek wybiegł Mężowi na klatkę z radosnym okrzykiem „tataaa”. Potem poszedł spać. Wczorajszy wieczór polegał na uzupełnianiu spisu wydatków na podstawie całej torebki pełnej paragonów, pisaniu reklamacji do sprzedawcy, u którego Mąż nabył dla mnie niespodziankę, a który to sprzedawca pomylił jedną cyferkę w numerze zamówienia i zamiast niespodzianki przysłał nam Hubala na diwidi. Wczoraj także frustrowałam się z powodu drukarki chcącej komplet pełnych tuszy do wydrukowania instrukcji na laborki i niedziałającej strony wydziału  zawierającej je (instrukcje, nie tusze). Przedwczoraj jednak spędziliśmy wieczór nad wyraz uroczo, bo w kuchni na pieczeniu ciasteczek oraz ciast. Ciasteczka były kruche z łezkami czekoladowymi, a łezki nabyliśmy na allegro, gdyż ręcznie kruszona czekolada się nie sprawdzała w takich wypiekach. Kiedy Mąż układał ciasteczkowe kulki na blachach, ja mieszałam recepturę na piernik Lolinki. Kulki nie rozpłynęły się w płaskie placki i pozostały ciasteczkowymi  kulkami. Piernik zaś jest najlepszym piernikiem Lolinki, jaki mieliśmy, gdyż zawiera tą samą doskonałą mieszankę przypraw, której użyłam przy swoim pierwszym pierniku,  a której to nie było w sklepach przez cały okres bożonarodzeniowy oraz jest (piernik, nie przyprawa) piernikiem Lolinki według tradycyjnej Lolinkowej receptury. Ponadto przykrył się błyszczącą polewą intensywnie czekoladową o doskonałej wręcz gorzkości. W domu wciąż i nieprzerwanie pachnie powidłem, piernikiem i ciasteczkiem (tak, nie za bardzo wietrzymy). Tej nocy, której powstały pierniki, Staszek wykazał swój instynkt i przebudził się, by dać znać, że poczuł zapachy, których woń zapewniła mu  aromatyczne sny. Zainteresowanym tonem wyrzekł „ah-ah”, po czym usnął ponownie. Staszek jest trochę dziwny i czasami się śmieje przez sen lub gada nie wiadomo co, ale bardzo sympatycznym tonem.

DSCN9595Dzisiaj, gdy podczas wspólno-rodzinnego oglądania serialu zapodałam Staszkowi rumianek (do picia), a sobie piernik (do jedzenia), zorientował się- nawet spojrzał wzrokiem wymownym jak ktoś, kto wie, że chcieli coś przed nim ukryć. Podszedł, stanął tyłem do mnie opierając się o krzesło, co oznaczało, że chce być wciągnięty na kolana i zostawszy wciągniętym, uzyskał dostęp do słodkiego talerza. Załapał się na ostatnią ćwiartkę plasterka, ale był to grubawy plasterek, więc skapnęło mu wcale niemało. Efekty dostępu sfociłam.

Co zaś tyczy się ciasteczek, pragniemy powieźć je na wieś i spożywać przy kominku. Od tygodnia codziennie sprawdzamy prognozę pogody dla Gdańska i Kościerzyny i twardo wynika z niej, że któryś z dni weekendu w którymś z miast ma być pogodny i słoneczny. W międzyczasie przyszły nawet urocze buciki dla naszego synka co by miał dwie pary i mógł hasać w śniegu bez obaw, że nie będzie mógł hasać w śniegu za chwilę. Wyglądają jak funkiel nówki i pachną jak nowe buty dla dziecka. Pod domem stoi już przyprowadzone przeze mnie auto (zielony Lanos). Na klatce czekają w gotowości sanki (niebieskie). Jeden z portali pogodowych zapowiada na jutro pogodę wymarzoną, lecz na niedzielę istne wichury gotowe zmieść z powierzchni ziemi Staszka, Lanosa i pewnie nawet dom. Inny portal pogodowy DSCN7737zapewnia, że w niedzielę wcale nie powieje, a na pewno nie bardzo. Chyba nie pozostaje mi nic innego jak pakować pakunki by wyjechać jutro gdy tylko wszyscy zjedzą swoje śniadania, czyli … przed południem. A pakunków zawsze mamy pełen bagażnik i pełne to z siedzeń, na którym nikt nie jedzie i nawet gdy jedziemy na jeden dzień i gdy coś transportujemy i wracamy bez tego, to pakunków jest co niemiara. Prawdopodobnie odpowiada za to Staszek, bo w ciąży mieliśmy zawsze tylko walizeczkę z wszystkim, która robiła za szafę i której się nie pakowało, tylko przez cały pobyt wrzucało do niej co popadło, a w chwili wyjazdu zapinało się zamek. Gdy Staszek był na piersi, mieliśmy tylko plecak z laptopem i plecak z ciuszkami Staszka. Teraz mamy pełen bagażnik. I nie wozimy zapasów jedzenia, bo zawsze kupujemy w Lidlu bułeczki oraz mrożonkę. Ale bagażnik jest pełen. Być może odpowiada za to też Mąż, który wozi stertę książek na wypadek, gdyby czas był źle zagospodarowany. Na pewno nie odpowiadam za to ja, która już dawno temu pogodziłam się z tym, ze nie warto wieźć sobie książki ani szycia, boDSCN9605 ja i tak nie będę miała ani chwili dla siebie.

Z przychodni dzwonią też do nas panie i się upominają i doczekać nie mogą kiedy Staszek je odwiedzi. Akurat te panie, w przeciwieństwie do pań szatniarek z politechniki, nie pytają się z życzliwości ani naturalnej ludzkiej tęsknoty za Staszkiem, chociaż początkowo myślałam, że takie uczucia nimi kierują. Panie z przychodni chcą zaszczepić synka szczepem bakterii. Podobno od stycznia chcą. Jednej pani już powiedziałam, że jestem ułomna i bez Męża nie przyjadę a poza tym braliśmy antybiotyk i to ostatnie do pani przemówiło. Nakazała po antybiotyku czekać dwa tygodnie. Następnego dnia zadzwoniła druga pani niezależnie.  Do tej już antybiotyk nie przemówił. O tym, ze nie przemówiła ułomność, nieporadność i komplet lewych kończyn górnych i dolnych nie wspominam. Pani chciała się od razu umawiać na termin i powiedziała, że wcale że nieprawda, bo nie trzeba czekać dwóch tygodni, możemy DSCN9603przyjeżdżać od razu, a im szybciej tym lepiej, bo im grozi kontrola sanepidu i chcą mieć z głowy.

Natomiast w kwestii Męża i jego studentek, to przyjął dziś od nich projekty i nie umiał tego zróżnicować. Wszystkie dostały mnóstwo punktów, więcej niż nakazuje przyzwoitość (oceny wahają się od 98 do 120%). Ponadto po drodze do pracy przepocił koszulkę żeby nie być za atrakcyjnym. Celem przypodobania się żonie nie goli swego nieciekawego zarostu przed piątkiem i tłumaczy to studentkami, to znaczy tym, co by żona nie musiała zazdrościć, tak jak nie musi zazdrościć żona Maurycego. Niestety dzisiaj byłam w jego sali zajęciowej po termosik z herbatą, którą mi przywiózł i uważam za niezbędne włączenie czosnku od przyszłego tygodnia.

Jak Cytrynna w wodzie

DSCN9570Byłam dziś na basenie. Był to mój pierwszy wuef od 9 (słownie: DZIEWIĘCIU lat) i jestem zachwycona. Prawdopodobnie właśnie ujawniam tym, którzy tego nie wiedzą, ile wiosen sobie liczę, ale czuję się tak młodo, że koming ałt mi niestraszny. Pewnie powinnam się przed takim wuefem zważyć, sfotografować i zmierzyć wszystkie możliwe obwody żeby móc śledzić efekty, ale nie zrobiłam tego wczoraj, a dziś efekty się zaczęły i już tego nie nadrobię. Podobnie nie zważyłam się przed ciążą i do dziś nie wiem ile przytyłam (bo chyba jednak przytyłam). W ciąży musiałam przytyć siłą rzeczy, gdyż żyliśmy na wsi i pobieraliśmy prawdziwe mleko prosto od krowy, a następnie zamienialiśmy je w czekoladę pitną za pomocą tabliczek czekolady gorzkiej. Dzięki temu nigdy (podczas picia czekolady) nie zbudził mnie nocny skurcz łydki. Niestety pewnego dnia zważyłam się i popadłam w przerażenie- masa przybrana sięgała pewnego niedopuszczalnego pułapu procentowego względem domniemanej masy przed. Picia czekolady zaprzestałam z dnia na dzień. Tym samym zaprzestałam też suplementacji mlecznej, przez co mój organizm nie otrzymywał dość wapnia i pewnie to właśnie jest przyczyną, dla której Staszek do dziś nie posiada ostatniej dwójki.

Gdy byłam studentką pierwszego roku, cierpiałam na poważną i nieuleczalną chorobę zwaną strachem przed wuefem. Strach ten był bardzo uzasadniony* i miał swoje korzenie głęboko w szkole podstawowej. W pierwszej klasie nie umiałam złapać piłki podczas gry w dwa ognie i ZAWSZE wybierano mnie do drużyny jako ostatnią. Nauczyłam się z czasem pod groźbą wstawienia JEDYNKI. Nie potrafiłam też skakać przez skakankę, ale i tego się z czasem nauczyłam. W klasie czwartej były zapisy. Szkoła miała dużą salę gimnastyczną, więc miała powstać klasa sportowa. Komuś coś nie ten i moja klasa w niezmienionym składzie, jako że była to klasa „A”, została klasą sportową z wuefem CZTERY RAZY w tygodniu. Nasz wuefista mówił do mnie po nazwisku, które wówczas brzmiało jak pieszczotliwy wołacz do pewnego gryzonia i poniżał, bo i miał za co. Znaczy nie powinien był, ale aż się prosiło. W końcu biegłam zawsze najwolniej i rzucałam piłką palantową najbliżej. W dal też nie skakałam dalej niż ktokolwiek inny. W efekcie miałam z wuefu 3, które na koniec roku poprawiłam na 4 pobijając swój rekord w biegu na kilkaset metrów wokół boiska. Na koniec podstawówki z powodu średniej 4,9 (zaniżonej wuefem) nie dostałam nagrody w wysokości 100 złotych i w przeciwieństwie do mojej najlepszej koleżanki, nie kupiłam sobie dżinsów (bo nie dostałam stu złotych na nie).

Poszłam do gimnazjum. Jak dziś pamiętam list motywacyjny z prośbą o przyjęcie do owej szkoły. Wierzyłam wówczas, że szkoła wykształci mi lepsze wartości zamiast kłaść nacisk na wuef. Dostaliśmy pana wuefistę, który lubił wszystkie dziewczęta i każdej pomagał skakać przez kozła/skrzynię. Ja akurat nigdy nie byłam w stanie przeskoczyć i pan musiał mi pomóc zawsze bardziej.

Po skończeniu gimnazjum poszłam do renomowanego liceum w innym mieście. Renomowane liceum miało mnóstwo wad, jak na przykład mało godzin matematyki. Największą jednak wadą renomowanego liceum okazała się być gra w tenisa na wuefie. Szybko podkuliłam ogon i po dwóch dniach zajęć posłałam mamę do dużego miasta do renomowanego liceum do moje papiery. Zmieniłam szkołę na mało jeszcze znane liceum w małym mieście, która to placówka nawet nie posiadała własnej sali gimnastycznej (gdyż zamieniono ją w dwie sale zajęciowe) i gdzie matematyki było dwa razy więcej. Pani od wuefu była w porządku i moje trudy wynagrodziła piątką na semestr- moją pierwszą piątką z wuefu w życiu.

W kolejnym semestrze zamiast pani dano nam pana, tego samego pana co w gimnazjum. Pan był daleki od dawania piątki za chęci, więc zaczęły się moje problemy zdrowotne i strach urósł do rangi choroby. Odwiedziłam wielu lekarzy, który badali mi pojemność płuc, kazali wdychać leki na astmę. Byłam też u pani endokrynolog, która ośmieliła się podważyć wynik badania tarczycy, skrytykować małomiasteczkowy sprzęt do badania tejże i stwierdzić, że nie dolega mi tarczyca, lecz jestem po prostu ASPOŁECZNA i MUSZĘ SIĘ AKTYWOWAĆ. Była to specjalna pani endokrynolog dziecięca z dużego miasta i ZNAŁA SIĘ na tym. Bardzo spodobała się mojej mamie. Wuefu z panem unikałam pisząc zwolnienia i podrabiając podpisy. Pan zagroził, że nie zdam nie chodząc. Około kwietnia lekarz pierwszego kontaktu dał mi upragnione zwolnienie do końca roku i mogłam pomachać nim panu jednocześnie ratując się od niezdania. W kolejnym roku ratujące życie zwolnienie wypisała pani alergolog, później zaś znalazłam się pod czułą opieką neurologa, który bardzo dobrze rozumiał, jak ważne jest to, co robi. Ratował mnie od migren- za pomocą medykamentacji i za pomocą krótkiej notki w książeczce zdrowia. Liceum skończyłam z piątką z wuefu- tą z pierwszego semestru pierwszej klasy -przepisaną.

Poszłam na studia i było oczywistym, że nie mogę ćwiczyć. Zresztą oferowano tylko ogólnorozwojówkę na sali i w dodatku we wtorek, w który to dzień nie było żadnych ćwiczeń i można przecież było nie jeździć z małego miasta do dużego. Neurolog pomógł i tym razem. Mijały lata, aż w końcu postanowiłam się odmłodzić i skończywszy w bólach jeden kierunek, rozpoczęłam drugi. Nie chciałam oszukiwać ze zwolnieniem, wszak jestem zdrowa jak foczka. Nie dało się też przepisać oceny z poprzedniego kierunku, bo nie ma czegoś takiego jak ocena z poprzedniego kierunku. A jednak wuef nie leżał. Znajdował się dokładnie w środku dnia w środę. A środek dnia to jak wiadomo pora snu dziecka, a jak wiadomo dziecko zasypia w dzień bez problemu tylko matce- zasypia przy trzeciej piosence z płyty. Nikomu innemu nie zasypia. Nie mogłam więc chodzić na wuef. Miałam jednak fejsbuk i zobaczyłam, że koleżanki z roku dyskutują o aerobiku w wodzie. Za moich czegoś takiego nie było.  To było jak manna z nieba dla mnie. Zapragnęłam takiego wuefu. Znalazłam co i jak i okazało się, że on bywa w rożnych porach. Już miałam iść do pani od wuefu, gdy Staszek zachorował i uwięził nas oboje w domu. Nie mogłam ani pójść na wuef, ani nawet pójść umówić się z panią. Poszłam się umówić dopiero w zeszły piątek, wskutek czego mam już dwie nieobecności i grozi mi ocena raczej dostateczna.

Dziś nastąpił wielki dzień- mój pierwszy wuef po przerwie. Opieka do Staszka na ten czas znalazła się cudem, gdyż mało jest przychylności mojemu ruszaniu się, a jeszcze mniej studiowaniu. Poszłam jednak, założywszy nowy czepek i jedyne co było nie tak, to nowy czepek właśnie. Na skutek lat niećwiczenia mam bardzo dużą głowę i nowy czepek ugniatał ją boleśnie, a w chwilach gdy ugniatał mniej, to zsuwał się. Ale za to wyrażał mnie, o!

*Musiałam się bać wuefu, bo nie byłam w stanie się ruszać, gdyż jak stali czytelnicy bloga wiedzą podczas porodu wyrwano mnie z rozciętego brzucha za nóżkę unieruchamiając mnie w łóżeczku na wiele długich miesięcy. Ach, jaki relaks mieli ze mną rodzice, gdy nie ruszałam się.

Zabawy na śniegu

DSCN9509Kiedy dwa tygodnie temu kupiliśmy sanki, wyśmiano nas. Wszak wydawało się, że sanki w tym roku już się nie przydadzą. Źródła bardziej profesjonalne i lepiej obeznane w tym, co należy dziecku kupować, to miast wyśmiać, skrytykowały. Sanki, które zakupiliśmy, mają metalowe płozy, a takie łatwo się wywracają. Ponadto są krótkie i nie dość, że w tym roku się nie przydadzą, to za rok będą zupełnie za krótkie. Oparcie jest za niskie, same sanki za wąskie, śpiworek do nich dołączony za cienki. Oparcie ponadto na pewno gniecie. No i wiadomo- sanki to nie środek transportu- nie nadają się do przemieszczania, bo my wprawdzie tego nie wiemy, ale na sankach jest bardzo zimno.

Kiedy więc niespodziewanie spadł śnieg i powróciła zima, złamaliśmy wszystkie przepisy bhp i inne i wyrwaliśmy się z więzienia, w którym tkwimy od dwóch tygodni. Poszliśmy ze Staszkiem na śnieg by przekonać się, czy sanki są rzeczywiście kompletnym bublem i do niczego.  Wyjście na świeży śnieg w ciepły zimowy dzień to coś równie naturalnego jak kąpiel w jeziorze w ciepły letni dzień. A jednak obie te aktywności obciążone są stekiem zabijających wszelką radość restrykcji i ostrzeżeń, które twierdzą, iż można się przeziębić, nabawić dokuczliwego i DSCN9513bolesnego zapalenia ucha, zmoczyć sobie pupę i zachować dożywotnio na nerki. Oczywiście w obu przypadkach Staszek nijak nie będzie winien. On tylko zaczerpnie profitów i się ucieszy, winna będzie zawsze matka, która z niewinnego dziecka uczyni niewinną ofiarę dla własnej(?) przyjemności.

Podźwignęłam ten przykry ciężar odpowiedzialności i wystroiłam Stasio w jego starą kurteczkę i stare spodnie. Mamy wprawdzie dwa nowe kombinezony (7,53 za dwie sztuki w sobotę), ale widać po nich skąd są, więc przyłapanie nas w nowym kombinezonie mogłoby być gorsze w skutkach niż przyłapanie nas w ogóle. Wyjęliśmy z kartonu nowe sanki, jeszcze nieśmigane, chociaż brały udział w domowym kuligu. Pierwsze zeszły sanki, drugi zszedł Staszek. Otworzyliśmy nieotwierające się drzwi na podwórko (klamka wypada) i wytoczyliśmy się z całym sprzętem i przychówkiem. Syn wsiadł do sanek i… nie było szału. Pchacz kapitalnie się sprawdza przy popychaniu sanek, dziecko kapitalnie wygląda z perspektywy popychającego rodzica, wszak jest dużo niżej niż w wózku. Wyjątkowo emocjonujący był moment staczania się z krawężnika. DSCN9543Objechaliśmy podwórko dookoła delektując się bezkresną bielą i wyjątkowo mało industrialną przyrodą. Sanki jechały przez najgłębsze zaspy ledwo zanurzając płozy w śniegu, a Staszkowi się chyba podobało. Jeszcze bardziej spodobało mu się, gdy został wypuszczony celem samodzielnego dreptania. Samodzielnie wdreptywał na schody. Pokazałam mu nielepiący się wcale śnieg i strząsał rękawiczką śnieg z płotów. Z czasem wydreptał na ulicę i zrobiliśmy duże kółko z przystankiem w najbliższym sklepie spożywczym na zakup bananów dla tych z nas, którzy banany jadają. Zaspy po drodze były głębsze i synek nurzał w nich całe buty, gonił też spotkane gołębie, a one uciekały tylko pieszo, zamiast odlatywać. Gdy wracaliśmy, małego człowieka śniegu zaczęła męczyć czkawka. E, widziałam, że go nie męczyła. Ona po prostu była z nim, nie doskwierała, nie dokuczała, była i się odzywała, ale nie na tyle często by męczyć. Dreptaliśmy za ręce tempem małego żółwika i było nam względnie dobrze, aż z jakiegoś okna wychyliła się staruszka i pokomentowałaDSCN9552 „no no no jaki mały” (niegroźnie), a potem „na rączki go wziąć” (potencjalnie bardzo groźnie). To jak Staszek idzie, nie jest sprawą staruszki, więc zignorowaliśmy komentarze, co by nie być bezpośrednio niemiłymi.

Wyprawa dobrze nam zrobiła i starła z ust synka przewijające się irytująco często słowo „baba”. Przyszedłszy do domu, syn spałaszował banany oraz obiad sporządzony z gotowego makaronu, mrożonych warzyw i pomidorów z puszki, które są najbardziej zakazanym produktem. Synek lula i jest uroczy. Wczoraj chciał mi podać kubek po herbacie, lecz potknął się, przewrócił a kubek mu odleciał. Synek zapłakał krótko i uspokoił się szybko, gdy podałam mu kubek proponując, był dał mi go raz jeszcze.

DSCN9522

bezkresna biel

DSCN9517

krajobraz wcale nie industrialny

O tym, co kogo wyraża

DSCN9316Cytrynna i Mąż przegapili wiosnę. Poza zeszłotygodniowym dwugodzinnym spacerem nie zobaczyli ni skrawka wiosny. Mąż indywidualnie mijał się z wiosną w drodze do pracy, którą ma daleko, ale Cytrynna tkwiła w więzieniu z chorym Staszkiem przez całą wiosnę. Wiosna minęła, a Staszek może wyjść z domu tylko w razie braku wiatru, więc nie może, bo na brak wiatru nie da się narzekać.

Wczorajsza prognoza pogody na pewnym portalu pogodowym nastraszyła, że od dziś będzie ujemnie i coraz zimniej, a odczuwalnie zawsze o kilka stopni mniej niż odczują termometry. Trzeba się więc było rekreować dziś zamiast jutro. Pogoda niespodziewanie dopisała i mimo chłodu świeciło słońce. Wiało też trochę mniej niż na Uralu. Cytrynna i Mąż popędzili więc na dalekie Przymorze do Leclerca po herbatę, którą pija Cytrynna, a której w całym mieście nie ma. Zatankowali tam paliwo dla Lanosa tracąc cenne pół godziny w kolejce na bardzo źle zorganizowanej stacji z tanią benzyną. DSCN9300Kupili też auteczku 3 gąbki do szyb, a synowi konewkę dla małego ogrodnika, koszulkę w twarzowe smerfy w kolorze czerwonym, który wyraża Staszka* i herbatkę o smaku rumianku co by pił. Następnie pojechano w kierunku Jelitkowa, czyli jeszcze dalej, lecz nie dojechano do morza, bo po drodze zatrzymały ich łabędzie na wyspie i dużo innych ptaków. Zaparkowali w parku przy dawnej siedzibie uniwersytetu, a jeszcze dawniejszym Dworze Przymorze i obdzielali ptactwo suszonym chlebem od dawna wożonym w samochodzie.

Cytrynnę karmienie ptactwa tak rozgrzało, że zrzuciła wszystko oprócz sukienki i karmiła zwiewnie niczym gęsiareczka. Niestety kolejne już zdjęcia ukazują, że sukienka wcale nie jest taka fajna jak się wydawała, więc być może problem leży w sukience, a nie w otoczeniu. Sukienka dostanie oczywiście jeszcze swoją szansę na zielonym tle i na szczuplejszej Cytrynnie. Bo sama Cytrynna od wtorku w ramach wuefu dla studentów pierwszego roku będzie skakać w wodzie i zostanie to nazwane aqua-aerobikiem. Mąż akąto szczuplenia kupił żonie wyrażający ją czepek*.

DSCN9379Karmienie skończyli w samą porę i w jeszcze lepszą porę zapakowali się do samochodu, a ruszyli już zupełnie idealnie, bo zza płotu, z terenów o nieznanym zastosowaniu, które kiedyś należały do uniwersytetu, nadchodził zataczając się człowiek o wyglądzie nietrzeźwym. Nadchodził i rozmawiał, lecz nie wiadomo czy do telefonu, czy w przestrzeń. Lanos ledwo zdążył uciec przed jego na boki krokami. Mąż twierdzi, że pojedynczy człowiek pijany nie jest zdolny do agresji, natomiast Cytrynna ma obawy, iż jest przeciwnie. Dojechali do pobliskiego ronda i krążyli po nim chwilę zastanawiając się co dalej, a następnie zdecydowali, że jadą w kierunku, który obrali, czyli tam skąd przyjechali. Znów w samą porę, by mijając przystanek tramwajowy zobaczyć, że niezdolny, lecz skłonny do agresji pijany człowiek tłucze szybę na przystanku. Być może to właśnie go wyraziło*. Cytrynna widziała tylko kątem oka, bo musi się skupiać na przedniej szybie, a rzecz się działa w bocznej, ale postąpili jak obywatele i bezzwłocznie zadzwonili na 112 oraz zawrócili na pobliskim skrzyżowaniu. Numer 112 odpowiedział natychmiast jak to się jeszcze nigdy w potrzebie nie zdarzyło, wypytano Męża o DSCN9465szczegóły, a następnie poproszono o wykonanie jeszcze jednego telefonu- bezpośrednio na policję (widocznie dyspozytor w centrum zgłoszeniowo-interwecyjnym nie ma prawa przyjąć skutecznie zgłoszenia). Żenada. Zawrót na skrzyżowaniu pozwolił się przekonać, że człowiek pijany i skłonny do agresji mimo stanu nietrzeźwego bez problemu oddalił się z miejsca zbrodni. Kolejny zawrót na rondzie pozwolił zaś podjechać pod przystanek i sfotografować.

Cytrynna i Mąż są z siebie bardzo zadowoleni, z policji i służb nie są wcale zadowoleni, zaś Cytrynna ma zupełnie okiełznane duże skrzyżowanie. W drodze powrotnej zatrzymano się na całotygodniowym zielonym rynku w Oliwie i zakupiono jajka prosto ze wsi. Stasiaczek uwielbia jajecznicę na szynce. Cytrynna wykonała przy parkowaniu kilka trudnych manewrów, które mocno popchnęły ją do przodu w kunszcie kierowniczym. Kolejnym przystankiem był sklep Wojtka. To tam Cytrynna zrobiła swoje pierwsze parkowanie w zatoce- takie z wjazdem na krawężnik celem wycofania się z krawężnika i schowania kuperka w zatoce. Nie wyszło może zbyt profesjonalnie, ale kuperek nie wystawał.

DSCN9423Sklep Wojtka jest najfajniejszym miejscem w mieście. Lepszym niż Madison, restauracja Macdonalds, Vision Express i wszystkie gdańskie Lidle oraz zoo w sezonie razem wzięte. To w sklepie Wojtka Cytrynna i Mąż spędzali każdą wielogodzinną randkę w ciąży- nawet na miesiąc przed porodem, gdy Cytrynna ledwo się toczyła i wcale nie zginała. Po porodzie poszli raz ze Stasiem, ale on nie docenił i nie chciał spać w wózku, gdy rodzice randkowali. Potem kilka razy wyrwali się sami na króciutkie mini-randeczki. Być może wkrótce będzie można awansować/przywrócić Staszka do roli pełnoprawnego chodziciela z rodzicami do sklepu Wojtka. Wojtek sprzedaje tam klocuszki. Ale nie byle jak. On ma je w skrzyniach i można grzebać i wyszukiwać. Dzisiaj wystarczyło wejść na chwilę by poczuć spływające szczęście. Ono się tam unosi. Rodzice Staszka, jak to typowi myślący tylko o dziecku rodzice, kupili mu drewniane misie. Już miał podobne, ale utopił jednemu łepek w kibelku, więc dostał nowe, a stare musi oddać. Musi oczywiście oddać też nową wersję utopionego łepka.
Staszeczek jest rozkoszny i DSCN9455podaje gościom kapcie, a gdy słyszy domofon, to bezbłędnie zgaduje, kto idzie i które kapcie należy przygotować, a gdy je obiad, to gmera palcem w talerzu po to, by odsłonić misia z siatką na motyle, bo sam ma podobną. Do Staszeczka przyszli dziś wieczorem wujkowie i nie wyrobił z kapciami. Ale za to na wiadomość, że telefon się wyłącza, bo bateria jest słaba i trzeba naładować, poszedł do pokoju i przyniósł dwie baterie aparatowe i zapodał. Matka mu się rozpływa gdy robi takie rzeczy.

DSCN9464A Staszkowa babcia zaobserwowała dziś na jego rączce rumień bądź odparzenie lub oparzenie. Rzecz wyglądała groźnie i babcia zachowała mnóstwo zimniej krwi nie dzwoniąc od razu do rodziców, którzy przecież po tygodniu wyszli na 3 godziny z domu. Rodzice wrócili, usłyszeli i też zachowali zimną krew, po czym wzięli syna do łazienki, włożyli rzekomo oparzoną łapkę pod kran i zmyli z niej ten soczek z buraczka.

*Cytrynna miała kiedyś koleżankę, którą wyrażały czubki jej butów. Koleżanka nie chciała jeździć citroenem c3, który był taki słodki i zapakowany jak cukiereczek, bo źle ją wyrażał. Koleżanka żyje teraz w stolicy i to pewnie też ją wyraża.

IMGP9510

DSCN9406

DSCN9467