Jak Cytrynna w wodzie

DSCN9570Byłam dziś na basenie. Był to mój pierwszy wuef od 9 (słownie: DZIEWIĘCIU lat) i jestem zachwycona. Prawdopodobnie właśnie ujawniam tym, którzy tego nie wiedzą, ile wiosen sobie liczę, ale czuję się tak młodo, że koming ałt mi niestraszny. Pewnie powinnam się przed takim wuefem zważyć, sfotografować i zmierzyć wszystkie możliwe obwody żeby móc śledzić efekty, ale nie zrobiłam tego wczoraj, a dziś efekty się zaczęły i już tego nie nadrobię. Podobnie nie zważyłam się przed ciążą i do dziś nie wiem ile przytyłam (bo chyba jednak przytyłam). W ciąży musiałam przytyć siłą rzeczy, gdyż żyliśmy na wsi i pobieraliśmy prawdziwe mleko prosto od krowy, a następnie zamienialiśmy je w czekoladę pitną za pomocą tabliczek czekolady gorzkiej. Dzięki temu nigdy (podczas picia czekolady) nie zbudził mnie nocny skurcz łydki. Niestety pewnego dnia zważyłam się i popadłam w przerażenie- masa przybrana sięgała pewnego niedopuszczalnego pułapu procentowego względem domniemanej masy przed. Picia czekolady zaprzestałam z dnia na dzień. Tym samym zaprzestałam też suplementacji mlecznej, przez co mój organizm nie otrzymywał dość wapnia i pewnie to właśnie jest przyczyną, dla której Staszek do dziś nie posiada ostatniej dwójki.

Gdy byłam studentką pierwszego roku, cierpiałam na poważną i nieuleczalną chorobę zwaną strachem przed wuefem. Strach ten był bardzo uzasadniony* i miał swoje korzenie głęboko w szkole podstawowej. W pierwszej klasie nie umiałam złapać piłki podczas gry w dwa ognie i ZAWSZE wybierano mnie do drużyny jako ostatnią. Nauczyłam się z czasem pod groźbą wstawienia JEDYNKI. Nie potrafiłam też skakać przez skakankę, ale i tego się z czasem nauczyłam. W klasie czwartej były zapisy. Szkoła miała dużą salę gimnastyczną, więc miała powstać klasa sportowa. Komuś coś nie ten i moja klasa w niezmienionym składzie, jako że była to klasa „A”, została klasą sportową z wuefem CZTERY RAZY w tygodniu. Nasz wuefista mówił do mnie po nazwisku, które wówczas brzmiało jak pieszczotliwy wołacz do pewnego gryzonia i poniżał, bo i miał za co. Znaczy nie powinien był, ale aż się prosiło. W końcu biegłam zawsze najwolniej i rzucałam piłką palantową najbliżej. W dal też nie skakałam dalej niż ktokolwiek inny. W efekcie miałam z wuefu 3, które na koniec roku poprawiłam na 4 pobijając swój rekord w biegu na kilkaset metrów wokół boiska. Na koniec podstawówki z powodu średniej 4,9 (zaniżonej wuefem) nie dostałam nagrody w wysokości 100 złotych i w przeciwieństwie do mojej najlepszej koleżanki, nie kupiłam sobie dżinsów (bo nie dostałam stu złotych na nie).

Poszłam do gimnazjum. Jak dziś pamiętam list motywacyjny z prośbą o przyjęcie do owej szkoły. Wierzyłam wówczas, że szkoła wykształci mi lepsze wartości zamiast kłaść nacisk na wuef. Dostaliśmy pana wuefistę, który lubił wszystkie dziewczęta i każdej pomagał skakać przez kozła/skrzynię. Ja akurat nigdy nie byłam w stanie przeskoczyć i pan musiał mi pomóc zawsze bardziej.

Po skończeniu gimnazjum poszłam do renomowanego liceum w innym mieście. Renomowane liceum miało mnóstwo wad, jak na przykład mało godzin matematyki. Największą jednak wadą renomowanego liceum okazała się być gra w tenisa na wuefie. Szybko podkuliłam ogon i po dwóch dniach zajęć posłałam mamę do dużego miasta do renomowanego liceum do moje papiery. Zmieniłam szkołę na mało jeszcze znane liceum w małym mieście, która to placówka nawet nie posiadała własnej sali gimnastycznej (gdyż zamieniono ją w dwie sale zajęciowe) i gdzie matematyki było dwa razy więcej. Pani od wuefu była w porządku i moje trudy wynagrodziła piątką na semestr- moją pierwszą piątką z wuefu w życiu.

W kolejnym semestrze zamiast pani dano nam pana, tego samego pana co w gimnazjum. Pan był daleki od dawania piątki za chęci, więc zaczęły się moje problemy zdrowotne i strach urósł do rangi choroby. Odwiedziłam wielu lekarzy, który badali mi pojemność płuc, kazali wdychać leki na astmę. Byłam też u pani endokrynolog, która ośmieliła się podważyć wynik badania tarczycy, skrytykować małomiasteczkowy sprzęt do badania tejże i stwierdzić, że nie dolega mi tarczyca, lecz jestem po prostu ASPOŁECZNA i MUSZĘ SIĘ AKTYWOWAĆ. Była to specjalna pani endokrynolog dziecięca z dużego miasta i ZNAŁA SIĘ na tym. Bardzo spodobała się mojej mamie. Wuefu z panem unikałam pisząc zwolnienia i podrabiając podpisy. Pan zagroził, że nie zdam nie chodząc. Około kwietnia lekarz pierwszego kontaktu dał mi upragnione zwolnienie do końca roku i mogłam pomachać nim panu jednocześnie ratując się od niezdania. W kolejnym roku ratujące życie zwolnienie wypisała pani alergolog, później zaś znalazłam się pod czułą opieką neurologa, który bardzo dobrze rozumiał, jak ważne jest to, co robi. Ratował mnie od migren- za pomocą medykamentacji i za pomocą krótkiej notki w książeczce zdrowia. Liceum skończyłam z piątką z wuefu- tą z pierwszego semestru pierwszej klasy -przepisaną.

Poszłam na studia i było oczywistym, że nie mogę ćwiczyć. Zresztą oferowano tylko ogólnorozwojówkę na sali i w dodatku we wtorek, w który to dzień nie było żadnych ćwiczeń i można przecież było nie jeździć z małego miasta do dużego. Neurolog pomógł i tym razem. Mijały lata, aż w końcu postanowiłam się odmłodzić i skończywszy w bólach jeden kierunek, rozpoczęłam drugi. Nie chciałam oszukiwać ze zwolnieniem, wszak jestem zdrowa jak foczka. Nie dało się też przepisać oceny z poprzedniego kierunku, bo nie ma czegoś takiego jak ocena z poprzedniego kierunku. A jednak wuef nie leżał. Znajdował się dokładnie w środku dnia w środę. A środek dnia to jak wiadomo pora snu dziecka, a jak wiadomo dziecko zasypia w dzień bez problemu tylko matce- zasypia przy trzeciej piosence z płyty. Nikomu innemu nie zasypia. Nie mogłam więc chodzić na wuef. Miałam jednak fejsbuk i zobaczyłam, że koleżanki z roku dyskutują o aerobiku w wodzie. Za moich czegoś takiego nie było.  To było jak manna z nieba dla mnie. Zapragnęłam takiego wuefu. Znalazłam co i jak i okazało się, że on bywa w rożnych porach. Już miałam iść do pani od wuefu, gdy Staszek zachorował i uwięził nas oboje w domu. Nie mogłam ani pójść na wuef, ani nawet pójść umówić się z panią. Poszłam się umówić dopiero w zeszły piątek, wskutek czego mam już dwie nieobecności i grozi mi ocena raczej dostateczna.

Dziś nastąpił wielki dzień- mój pierwszy wuef po przerwie. Opieka do Staszka na ten czas znalazła się cudem, gdyż mało jest przychylności mojemu ruszaniu się, a jeszcze mniej studiowaniu. Poszłam jednak, założywszy nowy czepek i jedyne co było nie tak, to nowy czepek właśnie. Na skutek lat niećwiczenia mam bardzo dużą głowę i nowy czepek ugniatał ją boleśnie, a w chwilach gdy ugniatał mniej, to zsuwał się. Ale za to wyrażał mnie, o!

*Musiałam się bać wuefu, bo nie byłam w stanie się ruszać, gdyż jak stali czytelnicy bloga wiedzą podczas porodu wyrwano mnie z rozciętego brzucha za nóżkę unieruchamiając mnie w łóżeczku na wiele długich miesięcy. Ach, jaki relaks mieli ze mną rodzice, gdy nie ruszałam się.

Reklamy

6 Responses to Jak Cytrynna w wodzie

  1. katya says:

    Jakbym czytała o sobie!:D Z tym, że nie przypominam sobie ani jednej piątki z wuefu, może jakoś w kl. I-III bo później to nawet nie wiem za co. Nie potrafiłam porządnie rzucić piłką lekarską, nie mówiąc o piłce do palanta, z kopaniem miałam problemy, w koszykówce denerwowała mnie brutalność, i tylko z ogromnym zaangażowaniem grałam w siatkówkę, bo chociaż to gra zespołowa, to nie było aż tak bliskiego kontaktu z innymi grającymi. W siatkówkę też nie umiałam, ale przynajmniej lubiłam. Od początku wkurzało mnie ocenianie na podstawie moich umiejętności związanych z rzucaniem, przewrotami, skokami. Zwłaszcza w gimnazjum, kiedy moją nauczycielka była pani z ewidentną nadwagą, wiecznie chodząca w dresie adidasa.
    Na studiach też kombinowałam jak się da, bo (jak zaczynałam na KULu) sala gimnastyczna była prawie na końcu Lublina. Na drugiej lubelskiej uczelni, którą to skończyłam, wszystkie obiekty sportowe znajdują się na miasteczku akademickim, obok mojego wydziału, więc miało to sens;)
    Ale pierwszy raz sama, z własnej nieprzymuszonej woli, zaznałam ruchu jakieś 3 lata temu, jak zapisałam się na siłownię. Od razu kupiłam karnet na miesiąc, żeby nie było odwrotu, i jakoś dało radę. W miesiąc zrzuciłam 4kg (efekt utrzymał się przez pół roku!) i straciłam większość fałdek na brzuchu. Skończył się karnet, zaczęła sesja, a później już jakoś gorzej było się zmobilizować. Teraz mam w planach bieganie, mam nawet już buty z lidla:D

    • cytrynna says:

      Też lubiłam siatkówkę, chociaż nie szło mi zupełnie. Czasem przebiłam piłkę i zdobyłam nawet punkt. Fałdki na brzuchu, o tak! Ale Ty nie wyglądasz na kogoś, kto miałby fałdki na brzuchu.

      • katya says:

        Huehuehue:D mam boczki i fałdki i to żadna kokieteria! Z ud i tyłka jestem za to bardzo zadowolona, a to za sprawą pokąpielowego dość intensywnego wsmarowywania w nie oliwy [z oliwek;p] i cellulit jakoś tak mniej jest widoczny:)

      • cytrynna says:

        Ach, kamuflujące nabłyszczanie:>

  2. Lolinka says:

    Tak tak, ja też mam wrażenie, jakbym czytała o sobie :). Nigdy nie lubiłam wuefu, ruszam się do tej pory jak łamaga i nogi mi się plączą. Dwutakt jeszcze dziś śni mi się po nocach (ach ta koordynacja…). Zwolnienia zaczęłam miewać dopiero chyba w liceum, ale już wcześniej kombinowałam jak się dało (a to zapomniałam stroju, a to coś mnie bolało, a jak była nieparzysta liczba osób do gier zespołowych to zawsze na ochotnika zostawałam rezerwową). Do tego jakoś w pierwszej czy drugiej klasie gimnazjum zaliczyłam dość poważny wypadek na wuefie i nabyłam trwałego urazu do skakania przez kozła, który ochoczo wykorzystywałam również. I też polubiłam wuef dopiero na studiach – na pierwszej uczelni chodziłam na siłownię i bardzo mi się podobało, na moich właściwych studiach zaś miałam chodzić na pilates i nawet na jednych zajęciach byłam, ale początek wuefu zbiegł się z początkiem mojej pierwszej ciąży, która szybko okazała się być zagrożona i z pilatesu musiałam zrezygnować, czego żałuję.

    • cytrynna says:

      Jejku, obudziłaś u mnie nową falę wspomnień. Gdy się zdarzało, że było jakoś nieparzyście, to nie było siedzenia na ławce, ja zostawałam pachołkiem, który inni okrążali! I dwutakt też pamiętam, ale nie jako najgorsze. Nie utrwalił mi się. I wypadek też miałam, w pierwszej klasie potknęłam się o wystający tyłek koleżanki, przez którą miałam przeskoczyć i do dziś mam zgrubienie na połowie czoła. I basen w liceum miałam (z panem), który wchodził do szatni „nie patrząc”. I mam tylko nadzieję, że przed kolejną ciążą trochę kondycji zdążę nabrać na tym zupełnie darmowym wuefie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s