Od lesera do bohatera

DSCN9655Po prawie dwóch latach nieprzytrafiania nam się takich rzeczy, wczoraj znów przytrafiła nam się taka rzecz. Nie chodzi o ciążę, chociaż mdłości towarzyszyły mi wczoraj cały dzień. Mdłości jednak można wyjaśnić złośliwym, niespodziewanym i usiłującym zepsuć weekend atakiem zatok, po którym dziś NIE MA ŚLADU.

Skutkiem tej rzeczy, która przytrafiła nam się wczoraj są niesamowite zakwasy u mnie pod żebrami. Zbudziwszy się dziś, poczułam je i doznałam zaskoku. AKURAT WCZORAJ to ja brzuszków nie robiłam. Towarzyszą mi te zakwasy od rana i już je nawet rozćwiczyłam, ale aż do wczesnego popołudnia nie miałam pojęcia skąd są. Pracując w kuchni nad zdrowym obiadem bez smaku dla moich chłopców poczułam też zakwasy w bicepsach, dodałam dwa do dwóch (a przecież jestem matematykiem) i przypomniało mi się: przecież ja wczoraj podnosiłam samochód!

A DSCN1836było tak: byliśmy na wsi i już drugi dzień utrzymywała się pogoda wymarzona. Wszyscy usmarowaliśmy sobie twarze kremami, zapakowaliśmy mnóstwo prowiantu, buty i kombinezony na zmianę dla tych z nas, którzy planowali się przemoczyć. Był też i termofor na rozgrzanie zmarzniętych rąk tych z nas, którzy gubią rękawiczki. Wszystko było. Nie było tylko pewności, czy odpali samochód, wszak nocą temperatury spadły nisko, a my, niezaprawieni w zimowych pobytach na wsi, nie pomyśleliśmy o tym, co kiedyś robiliśmy zawsze, czyli o wyjęciu akumulatora. Ponieważ jednak mamy do czynienia z Lanosem, odpalił i zaraz zerwał się do biegu. Bieg był przedni a za kierownicą siedział Mąż, który też nie jest ostatnio szczególnie zaprawiony. Należało po pierwsze jakoś zawrócić na drodze, gdyż jak zwykle pług zasypał podjazd. Ja kiedyś próbowałam zawracania poprzez pętlę śladami pługu i utknęłam, ale Mąż o tym nie wiedział, bo nie było go wówczas, gdyż pracował w mieście a nie było to dość istotne by opowiedzieć DSCN9967później*. Mąż spróbował zawracania po pętli śladami pługu. Pętla biegnie pod górkę, a śnieg był jaki był po zimnych nocach i ciepłych dniach. Lanos, mimo wielu koni pod maską, stanął i zaczął bezradnie kręcić kołami w miejscu. Tak, to właśnie to! Zakopaliśmy się! Zupełnie nie jak zwykle, tym razem przytrafiło nam się coś pod domem (ostatnią rzeczą która przytrafiła nam się pod domem było moje wjechanie w płot i rozcięcie opony- półtora roku temu). Zaletą przytrafienia się czegoś pod domem jest dostęp do sprzętu. Odkąd jeździ z nami Stasio, nie wozimy już łopaty do odśnieżania, gdyż nie zmieściłaby się, więc gdybyśmy się zakopali gdzie indziej, to byśmy tam tkwili. Będąc jednak pod domem mogliśmy użyć łopat i łopatek i kopać. Kopał głównie Mąż, gdyż mi się kręciło w głowie przy pochyleniu się. Ja robiłam za lesera (a Staszek, nasz główny leser, mógł odpocząć dzięki mojemu wzięciu na siebie tej funkcji). DSCN9989Przynosiłam łopaty, ale głównie siedziałam w samochodzie i pokazywałam Staszkowi moje rękawiczki, na których mam krzyże (brytyjskie flagi konkretnie), a on cieszył się, pokazywał je naprzemiennie i mówił „ksiś”. Sytuacja przedstawiała się beznadziejnie – mimo kopania, ruchy wprzód i w tył były ograniczone, lub w przypadku trafienia w dołek- niemożliwe. Wiadomo, że zakopany samochód odkopuje się metodą prób i błędów, czyli po trochu aż nie uda się wyjechać. Nikt przecież nie odśnieży wszystkiego na zapas. Można przy tym zużyć cały akumulator, więc jest to taka odmiana zabawy w tchórza- jak mało da się odkopać w czasie gdy akumulator wciąż jest zdolny do odpalenia. Hardkorowcy pewnie używają jeszcze sobie na postoju radia zużywając dodatkowo akumulator, ale my nie mamy radia, więc bawiliśmy się w tchórza soft dla mięczaków.

DSCN1878Żeby ulżyć Mężowi, który tak kopał postanowiłam popchać. Zwolennicy równouprawnienia i feministki rzekliby, że on powinien, ale ja jeszcze nigdy nie miałam okazji PCHAĆ SAMOCHODU, więc chciałam, zwłaszcza, że to nie wymagało pochylania się i mogłam zrzucić z siebie część balastu bycia leserem i w ogóle pomysł był mój, więc należało mi się. Miałam wszelkie szanse w 5 minut zostać bohaterem i zgarnąć całą chwałę. Zostałam więc tym, kto pchał. Było to miłe.  Pchałam pulsacyjnie a Lanos się bujał i nic mu to nie pomagało. Ci w środku twierdzili później, że było fajnie. Ale nic nie dawało. A ja pchałam. Na darmo. Ale za to fajnie. Z czasem Mąż wykopał jednak (metodą prób i błędów) piękny szlak przejazdu i jak ruszył to ja nawet nie zdążyłam aparatu włączyć. Pojechał biorąc między koła jałowiec, który zawsze też pług bierze.

Z DSCN1603niespełna godzinnym opóźnieniem wycieczka ruszyła. Masowałam zatoki i było mi cały czas niedobrze. Zatrzymaliśmy się w lesie i przesiedliśmy na sanki. Widzieliśmy sarny ale uciekły na dźwięk szurający sanek zanim włączyłam aparat.  Nie był włączony, bo Mąż każe oszczędzać baterie. Mamy ich tylko 5, a najlepsza gdzieś zaginęła. Baterie marzną na zimnie i działają krócej. Cały czas było fajnie. Wiatr, wbrew portalowi pogodowemu zapowiadającemu wichury, nie wiał wcale. Staszek co i raz znajdował sposób by spaść z sanek- czy to do przodu, czy na boki. Gdy nie szło mu spadanie, wyrzucał butelkę. Znaleźliśmy opuszczony dom i zjedliśmy tam pierniczki. Było ciepło i Staszkowi się podobało, mógł eksplorować i wchodzić na stopnie. Znaleźliśmy też prywatne jezioro i chodziliśmy po nim. DSCN1847Gdy wracaliśmy, przewracali się i starsi z nas. Staszek, celem pozostania w centrum uwagi postanowił porzucić rękawiczkę w śniegu na postoju. Rękawiczka nie spadła, lecz została porzucona, co dokumentują zdjęcia. Brak rękawiczki zauważono bliżej samochodu niż miejsca porzucenia, co wydłużyło spacer znacznie. Matka, jako skłonna do poświęceń oddała jedną ze swoich synowi jako temu, który poświęceń wymaga i on bardzo się podniecał tym, że on ma ksiś i mama ma ksiś. Odwróciło to jego uwagę od faktu, że jest zmęczony i powinien urządzić awanturę. Gdy doszliśmy do auta, mnie już nie było. Chłopcy jakoś sobie poradzili a ja do świata półżywych powróciłam po około 3 godzinach snu. DSCN1856

Gdy spałam ja, spał i Staszek. Każde z nas w innym pokoju i w innym łóżku. Mąż spacerował po okolicy i był też na łące, która jeszcze rok temu była do kupienia NAPRAWDĘ tanio**. Ponieważ nie miał żadnych sanek, to był cicho i gdy zobaczył sarny, nie uciekły mu. Nakręcił całe dwa filmy o nich i zrobił dwa pełne zdjęcia saren z ich białymi pupami zimowymi. Prawdopodobnie to były te same sarny, co przed południem i chciały wynagrodzić nam to, że nie dały się sfocić wcześniej. Sarny mają takie białe pupy.

Dzień wcześniej odwiedziliśmy też sklep z rzeczami dla młodszego rodzeństwa. Staszek bardzo się podjarał rzeczami dla młodszej siostry i sam sugerował, że to już czas. On jest bardzo opiekuńczy. Gdy je, karmi lalę. Gdy jest przewijany, rozbiera lalę. Gdy jest w sklepie z rzeczami dla młodszych sióstr, troszczy się o co może i nosi fotelik jak koszyk.

DSCN1818*Tego dnia jełop naciągacz wjechał mi w zadek i okłamał policjantów, że to ja się na niego cofnęłam i przeżywaliśmy mandat, który mi  za to dali, więc utknięcie w zaspie naprawdę zeszło na jeden z ostatnich planów.

**To było naprawdę zupełnie tanio i w dodatku mnóstwo połaci terenowych. Nawet nas PRAWIE byłoby stać, bo to mniej więcej tyle, co nowy średni samochód  z salonu. Chcieliśmy to mieć i tata też chciał żebyśmy to mieli. Z dwutygodniowym Stasięciem udawaliśmy się do urzędu gminy pytać o te połacie i panie tam nie potrafiły udzielić żadnej informacji odnośnie ich przekształcania czy też zagospodarowania i planu i czegoś tam jeszcze. Tata był zainteresowany faktem, żebyśmy mieli o ile można byłoby zwiększyć wartość połaci poprzez ich przekształcenie na połacie budowlane. Panie z urzędu poleciły czytać biuletyny informacji publicznej i śledzić, czy a nuż coś napiszą. Pewnego dnia na działce pojawił się facet i tata z nim rozmawiał. Facet spłoszył tatę mówiąc o planie „natura 2000”, który nie pozwala na NIC. Wkrótce potem dowiedzieliśmy się, że działka zmieniła właściciela. Doniósł nam o tym geodeta pokazujący granice. Tak oto nie zostaliśmy bezdomnymi ziemianami.

DSCN2056

DSCN9620

DSCN9694

DSCN1809

Reklamy

2 Responses to Od lesera do bohatera

  1. Mąż says:

    To jest naprawdę miły wpis, moja Żono-Bohaterko! Nasz Zieloniutki też był dzielny. Ile razy Stasiaczek lądował na śniegu? I kiedy to powtórzymy?

  2. Pingback: O Staszce, kaszce, kozie i upartej kozie | Świat Cytrynny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s