O Staszce, kaszce, kozie i upartej kozie

DSCN6938Staszek zaczął dzień od Mszy, a Mszę postanowił spędzić za żywopłotem u proboszcza. Domagał się też konia zza płotu, ale bezskutecznie. Nie było lekko. Być może spędziłby ją godnie, gdyby nie poleciał na laskę. Laska była typową „zmanierowaną wytapetowaną damą z syndromami megalomana”. Miała może 4 lata, a może i nie i biegała w tę i we w tę wzdłuż kościoła czyli schodami, odgięta w tył i wyniosła. Rzucała oczkiem na Staszka, a on pragnął. Nie wiadomo czego pragnął, ale byłby przeszczęśliwy, gdyby choć na chwilę przyjęła od niego misia. Ona jednak przebiegała blisko, tak by się otrzeć, lecz jednocześnie daleko, delektując się, że maluszek nie pokonuje schodów tak sprawnie i nie biegnie tak szybko. I że to on jest tym, któremu zależy. Niemądra koza z mlekiem pod nosem! Mam zadatki na paskudną teściową dla swojej synowej, ale tamtej panienki bym stanowczo nie chciała widywać pod swym dachem ani u boku swego syna. Na szczęście Staszek akurat ma narzeczoną z dobrego domu.

Byliśmy na wycieczce-pikniku w Juszkach. Spotkaliśmy naszą kozę zeszłoroczną, ale zza płotu. Koza ma koźlę i Staszek był zadowolony. I domagał się. Były i kury i to nie na dachu. Na szczęście też i nie w sieni. Trafiliśmy nad jezioro z tego wpisu. Leżeliśmy i jedliśmy kabanosy. Było cudnie. Niektórzy zaczęli grzebać w ziemi i wtedy inni rtzeźwo wyciągnęli z podwozia wózkowego wiaderko i łopatkę DSCN7013oraz grabelki. Dało to zajęcie najmłodszym z nas na wiele minut. Aż zaniemogli na jakimś grubszym patyku. Wówczas zwrócili się o pomoc do matki a zobaczywszy jak jej dobrze idzie, podawali łopatkę z prośbą o napełnienie, po czym zsypywali jej zawartość do wiaderka i ponownie podawali pustą. Gdy piknik dobiegł końca, syn zasnął. Dał się przenieść do auta i spał dalej. Zajechawszy pod dom, przynieśliśmy Eldorado Fortress na trawnik celem budowy i czuwaliśmy nad spokojnym snem maluszka. Eldorado Fortress, podobnie jak Black Seas Barracuda pójdzie wkrótce pod młotek. Przyszedł czas, że maluszek zbudził się, skorzystał z niezapiętych pasów i rozejrzał. Tak ucieszył go widok rodziców zza tylnej szyby oraz ogólnodostępne wnętrze auta, że nie zauważył, że ci rodzice robili coś bez niego. Następnie odbył się grill i syn podbierał ogryzione skrzydełka matce zamiast czerpać z wyselekcjonowanych kąsków. W międzyczasie odbyło się też przekładanie pasów w foteliku dzidziusiowym na najwyższą pozycję, gdyż dzidziuś ma już swoje gabaryty. Była to jedna z najbardziej skomplikowanych i niewdzięcznych czynności ever. Po grillu odbył się spacer, podczas DSCN6976którego zadzwonił ojciec chrzestny proponować matce, że jutro zajmie się Staszkiem przez dwie godziny, co by ona sobie szyła. Jak już wielokrotnie pisałam, ojciec chrzestny (ostatnio przyniósł lody czekoladowo-miętowe!) jest wspaniały. Po spacerze syn odmówił kaszki ryżowej. Zawsze odmawia. Od szóstego miesiąca życia odmawia, a stręczono mu ją wówczas bardzo, co by może raczył choć jedną noc przespać. Kaszka syna była bananowa, co może mu się kojarzyć z wapnem i chorobą, ale mieliśmy jeszcze tylko kaszkę 5 owoców ważną do kwietnia 2013. Gdy sypnęłam kaszką 5 owoców na wodę, wyskoczył z niej obrzydliwy czarny skaczący karaluch! W kaszce dla dzidziusia jeszcze ważnej był! Kaszce, którą ja się miesiącami żywiłam. Ważnej jeszcze! Skakał!

DSCN6994Wracać przyszło nam we mgle, ale i tak wróciliśmy najszybciej w historii naszych powrotów, bo dogadałam się z Mężem, że zwolnię tylko przy fotoradarach, a przez pozostałe wsie przejadę 70 na godzinę. Miałam plan w razie spotkania z panem władzą uśmiechnąć się miło i opowiedzieć o chorym Mężu, śpiącym dziecku i ciężkim życiu kierowniczki, ale jedyny pan władza stał dopiero w Żukowie, przez które z powodu mgły ślamazarzyłam się zaledwie 60-tką. Mgła była gdzieniegdzie okropna i nagle w tej okropnej mgle (ale grubo za Żukowem) w lusterku wstecznym ujrzałam parę świateł żółtych a nad nimi parę migających świateł niebieskich i już dostałam palpitacji, już pomyślałam brzydko o panach władzach i już zwolniłam, gdy okazało się, że żaden pan władza, lecz karetka. Lanos odetchnął dopiero w mieście, gdy dało mu się rozwinąć prędkość 100 nie budząc podejrzeń siedzącego nieopodal Męża i tą wspaniałą pielęgnującą silnik prędkością wziąć kilka ciężarówek.

DSCN6974

DSCN6975

DSCN6984

DSCN6988

DSCN7037

DSCN7043

DSCN7120

DSCN7151

St

Reklamy

Nie ma co płakać nad rozlanym browarkiem

DSCN6894Z racji niepracowania w niedzielę mamy jutro dzień wolny. W przeciwnym przypadku byśmy nie mieli, gdyż  owrzodzony Mąż pracujący 12 godzin* dziennie nakazy religijne respektuje. Z tytułu, że jest majówka, w mieście nie zachodzi coś takiego jak cisza nocna. Kiedy wyszliśmy o północy na krótki spacer usypiający tych, co nie spali, przyszło co niektórym z nas wdepnąć nawet w wymioty. Z racji nie najgorszej pogody tłumy wolą wymiotować na dworze aniżeli w łazience ekskluzywnego lokalu piwnego, w którym piją napoje. Zresztą napoje są wyskokowe i wyskakuje się po nich.

Znamy eksperta od browarków, któremu raz pękło piwo w zamrażarce. Ekspert się wcale nie zmartwił, choć nie była to jego zamrażarka, gdyż po pierwsze piwo pękając nie wyrządziło ani jednej szkody, a po drugie zamarznięte piwo odzyskać łatwo. Jeśli więc spadnie Wam butelka z browarkiem na chodnik, użyjcie do zamrożenia przenośnej butelki ciekłego azotu. Inną metodą na odzyskanie browarka z powierzchni jest słomka z filtrem antypiaskowym.

Korzystając z niedzieli oraz zmuszeni brakiem ciszy nocnej i pragnący spać przyjechaliśmy na wieś. Wyjechaliśmy grubo po 19, gdyż niektórzy pracowali, inni spali a jeszcze inni szyli i o maływłos nie skończyli sukienki. Jazda o takiej porze pozwoliła nam ominąć korek i pierwszy raz w mojej karierze kierowniczki skręciłam w lewo na Hucisku od razu zamiast robić pętelkę prosto-prawo-prawo-prawo, którą do tej pory praktykowałam. Jazda o takiej porze przypominała jazdy sprzed wielu miesięcy, gdy o takiej porze jeździliśmy na wieś właśnie.

W Wyczechowie znaleźliśmy się tuż po 20, co tez było podobne do tradycji, bo zawsze przejeżdżaliśmy przez ową wioskę w ostatniej chwili albo spóźnieni. Ostatnia chwila jest przed dwudziestą, gdyż o tej godzinie zamykany jest przybytek zwany Gościńcem. Mają tam najlepsze kabanosy. Lepsze od zapasów, które wieźliśmy dziś.

Spóźnieni stukaliśmy w szybę, ale nikt nie otwierał. Robiłam błagalne miny i nie ustępowałam i wyszedł pan, spytać czego. Poprosiłam o dwa kabanosy. Pan odparł, że są, ale że kasa już zamknięta. Wówczas jednak pokazał się i Mąż ze Staszkiem i pana widok naszego kompletu przekonał. Odbyło się to w słowach „A skoro pan już tu jest, to proszę”. Sprzedano nam dwa kabanosy i mogliśmy jechać dalej. W Lidlu znaleźliśmy się na czas, bo krótko przed 21. Mogliśmy jeszcze zażyć sloł liwingu i kupić sobie ciastka na jutrzejszy piknik oraz lekkostrawne skrzydełka na jutrzejszy grill.

Ach, i można powiedzieć, że skoro wyjechaliśmy chociaż na niedzielę, to znaczy, że mamy majówkę. Nic bardziej mylnego. My majówkę dopiero chcemy mieć. W maju. Zeszłego maja** miałam szczęście patrzeć jak na majówkę pakował się sąsiad z dzieckiem, rowerkiem, grillem, lodówką przenośną i zwierzaczkiem i jak z tej majówki w strugach deszczu nadjechał. Podobne szczęście miał i Mąż, bo wołałam go do okna i razem zazdrościliśmy.

*Reszta to dojazdy lub sen.

**Zeszłego maja nie było NIC prócz pierwszego wpisu Cytrynny, gdyż Mąż właśnie drugiego szedł po raz pierwszy do nowej pracy, która to praca doprowadziła do klęski finansowej i zdrowotnej wespół z innymi czynnikami. Jako katalizator.  I odebrała nam majówkę. A rodzinom majówki się należą.

Nie spać, zwiedzać

DSCN0019Z nastaniem wiosny postanowiliśmy przywrócić kulturę cowieczornych spacerów, na które kiedyś co wieczór szliśmy. Mąż, który niegdyś pracował kilkanaście godzin dziennie przy komputerze (i to zupełnie za darmo w temacie, który go w ogóle nie interesował), potrzebowal ich żeby zasnąć. Staszek, który wówczas zrezygnował z piersi i nie wiedział co z tym dalej robić, potrzebował ich aby zasnąć. Ja ich nie potrzebowałam by zasnąć, bo spałam na stojąco dzień cały. Ale przydawały mi się do bycia fit.

Spacery ukróciły się nagle, z dnia na dzień z końcem maja a potem nastąpił dramatyczny czerwiec. Zdarzało nam się później wyjść na wieczorny spacer, ale były to epizody. Brak spacerów równoważących to, co się działo przyczynił się do stanu, z którego obecnie (od wielu miesięcy) Męża wyciągamy.

We wtorek, wykorzystując upalną noc kwietniową (14 stopni), wzięliśmy butelkę mleka, synka w piżamie i kurtce zapakowaliśmy do wózkowego śpiwora i wymaszerowaliśmy. Kilka klatek dalej powitał (i długo żegnał) nas śmiech modnie ubranej laski -być może rozbawiło ją, że noszę adidaski do płaszcza, a może śmiała się z synka, że taki duży, a jeszcze z butli… Mało się tym przejęliśmy, bo mieliśmy wiele spraw do omówienia. Synek przejął się bardziej, bo do końca spaceru nie wypił już ani kropli mleka, ale z kolei mógł tu zawinić ojciec, który zrobił mleko za zimnym.

W chwili wyjścia z domu synek się zataczał i padał na twarz. W ciągu spaceru stopniowo się ożywiał, by w końcowej fazie być wesoło pokrzykującym osiłkiem, który jechał wyprostowany, wymachiwał pięścią i gotów był stanąć do walki z każdym zbirem czającym się za rogiem. Ja, przeprowadzona przez najciemniejsze uliczki, zaczęłam padać na twarz i zataczać się.

I tak chodzimy co wieczór na te spacery i omawiamy różne kłopoty, które jakoś nie chcą zniknąć. Czasem Staszek zaśnie w trakcie, czasem zwiedza intensywnie. Na ogół jednak zwiedza, bo wieczorny spacer to coś ekstra. Wieczorne spacery zupełnie likwidują długie Cytrynnine wieczory.  Ale za to dziś spotkaliśmy jeżyka jak kiedyś.

Muchomor czerwony

DSCN6336Sprawy przedstawiają się tak, że każdy z nas dziś coś znalazł. Dobrą passę rozpoczął Mąż gdy krótko po ruszeniu spod domu przesiadał się na przednie siedzenie. Znalazł tam mianowicie moją czerwoną czapeczkę w groszki, wczorajszy szczęśliwy nabytek. Czapeczka się bardzo Mężowi spodobała i ją zawłaszczył twierdząc, że go wyraża. Wygląda w niej niczym muchomorek z dziecięcej bajki- coś w stylu ładny, ale nie dotykać. Mi pozostała więc czapka Małysza, której w sumie nie znoszę, ale sama ją kupiłam, więc nie wyrzucę*.

Byliśmy nad jarem Raduni, czyli w rezerwacie przyrody, do którego drogowskaz zamieszczono przy naszej stałej trasie. Był to pierwszy raz tam i byłoby fajnie, ale Staszek spał i nie można było ekspandować daleko, ale udało nam się odsunąć od samochodu na taką DSCN6148odległość, że spotkaliśmy śnieg. Śnieg był kwasem ponad miarę i nijak nie pasował do sandałków. Pojechaliśmy dalej delektując się tym, jak fajnie nie trzeba mrużyć oczu w tych brzydkich okularach przeciwsłonecznych pożyczonych naszemu kierowcy przez babcię. Gdy w pewnym momencie przyszło mi redukować prędkość dwukrotnie z powodu kuriozalnego ograniczenia, oczy me promieniami słonecznymi niezmęczone ujrzały bocianią parę i zatrzymałam się zupełnie, a Mąż sfocił i chyba na kłótni je przyłapał.

Jechaliśmy dalej, aż do Kościerzyny. Tam zaparkowaliśmy na odkrytym zaledwie 5 dni temu parkingu, który jest zupełnie ekstra i Mąż, nasz farciarz odnalazł swoje drugie wielkie znalezisko. Mianowicie ktoś (kwiaciarze, szkółkarze czy jak ich zwał) wywalił roślinki z doniczek i jedna z tych roślinek okazała się zupełnie zdatna. Pojechała oczywiście z nami. Przespacerowaliśmy się po mieście i wtedy do akcji włączył się Staszek, który na swej drodze spotkał różowe zgniecione pudełko i bardzo je sobie upodobał. DSCN6186Pudełko szło z nami aż do powrotu do auta. Była wtedy okazja, by pozbyć się śmiecia, ale my je zachowaliśmy, bo nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. W mieście kupiliśmy dwa materiały na Stasie czapeczki, które jutro muszę uszyć, bo inaczej wpadnie nam tamta granatowa co to nijak na słońce się nie nadaje.

Przeparkowaliśmy na Lidl, w którym zaopatrzyliśmy się w duże zapasy mleka i cukru, gdyż wkrótce spodziewamy się gości, o których wiemy, że można ich żywić naleśnikami:) ** Kupiliśmy też banany i część z nas swoje banany od razu jadła. Mi przypadła zaszczytna rola osoby wyrzucającej skórki. Gdy skierowałam moje spostrzegawcze oczy w kierunku śmietnika, zobaczyłam to, co znaleźć miałam ja. Był to bardzo ładny obraz w złotej ramie.

Z powodu przepełnienia auta maksymalnie, musieliśmy zrezygnować DSCN6191z wycieczek po drodze i jechać prosto do domu. Na swej trasie spotkaliśmy biednego martwego liska, którego jakiś pacan nie potrafiący pogodzić dynamicznej jazdy z bezpieczeństwem na drodze przetrącił. Lisek wyglądał bardzo szlachetnie, miał cudną kitę i jeszcze otwarte oczka. Pierwszy raz widziałam liska z tak bliska.

W domu utknęliśmy na dłużej, gdyż po sąsiedzku stacjonowała rodzina i nie wypadało się nie pointegrować. Najbardziej integrował się Staszek. Staszek też macał się z zaschniętą ropuchą***.

Wyruszyliśmy w końcu na spacer i szliśmy aż doszliśmy przypadkiem, nieplanowanie zupełnie na polanę podmokłą. Rozłożyliśmy tam kurteczki, kamizelki i co kto miał i leżeliśmy na trawie jedząc ciastka z czekoladą z Lidla (one od razu były z czekoladą, nie musieliśmy DSCN6230do nich dodawać czekolady z Lidla) i pijąc iście wycieczkowy sok z marchwią, także z Lidla. Zaskakująco polegiwał z nami i Staszek, chociaż byliśmy daleko od drogi i gdyby chciał, to by mógł śmigać samopas. Wybrał jednak rodziców i mu się nie dziwię, bo ma naprawdę fajnych.

Po powrocie chłopcy wymoczyli nogi i już mieliśmy iść spać, gdy okazało się, że będą jeszcze frytki. Mąż robił frytki, a Staszek zajadał się kaszą gdyż powiedzieliśmy mu, żeby zjadł jak najwięcej kaszy zanim się zorientuje, że będą frytki i on to potraktował poważnie. Podczas pojadania zrobił tez rekonesans wśród misiów i wybrał sobie nowego wybrańca w kolorze musztardowym. Nam zaś pozostaje jeszcze dokładne sprawdzenie, czy któreś z nas nie ma gdzieś kleszcza. Podobno kleszcze czekały bardzo długo na wiosnę i są bardzo głodne.

DSCN6447

*Ponieważ wpis ślubny (z rocznicy ślubu) nie doszedł do skutku z powodu rozlanego kwasu, czytelnicy nie wiedzą, że wspaniałą czapeczkę Mąż dostał od żony na rocznicę ślubu. Miał kiedyś już taką i ją uwielbiał, a żona, choć Małysza lubi, czapeczki nie znosiła. Gdy jednak Mąż czapeczkę zgubił, żona na identyczną zapolowała. Przeszukała całą Polskę i jedną zdobyła.

**Goście nie muszą się martwić, ja nie umiem smażyć naleśników, więc nie grożą, ale za to jesteśmy z Mężem dobrym duetem w plackach ziemniaczanych.

***Ja też kiedyś miałam ropuchę. Nazywała się Jadzia i złapałam ją do słoika po ogórkach konserwowych kupionego specjalnie celem jej złapania. Trzymałam ją w wielkim słoju (1,7 litra) na balkonie na liściu kapusty i chyba z odrobiną wilgoci i nosiłam do szkoły przez kilka dni. Z czasem jednak Jadzia uschła i wtedy, na urodzinach mojej koleżanki, zrobiłyśmy jej sekcję na płycie chodnikowej za domem. Nie wspominam tego najlepiej, ale byłam jeszcze młoda i rozumek dopiero mi wyrastał.

DSCN6165

DSCN6172

DSCN6182

DSCN6340

DSCN6453

Pies mu palce lizał

DSCN5458Obiecałam czytelnikom, że pokażę, jak synek interaktował ze zwierzaczkami. Synek interaktował z psami sąsiadów i odwiedzającymi ich innymi psami, zaś po drodze z kościoła zerwał się z ufnie podanej łapki i pobiegł do psa zza płotu, który to pies wyglądał groźnie. Synek jednak ufnie zapodał mu łapki, a pies zamiast odgryźć, czego się osobiście spodziewałam, zaczął owe ufne łapki lizać. Synek przekładał łapki przez róże dziury w płocie, a pies lizał i łasił się na pogłaski. Byliśmy przy nich przez ponad 10 minut gotowi w każdej chwili ratować psa, gdy z domu za płotem wyszedł właściciel i stłamsił psa, a nas nastraszył, że co jak ugryzie. Właściciel się schował po tej groźbie, ale niesmak pozostał.

Mieliśmy też jaszczurkę, ale nikt nie pozwolił synkowi jej terroryzować, bo on jednak jeszcze nie ma wyczucia. Jutro znów udajemy się na wieś i żywimy duże nadzieje, że drób, krowy i konie będą się pałętać wolno, a może i w Juszkach spotkamy kozę- tę co zeszłego września.

DSCN5464

DSCN5462

DSCN5402

DSCN5393

DSCN5387

DSCN5442

DSCN5421

DSCN5428

Nieoczekiwana odmiana losu

DSCN6046Syn nam dorasta. Z dziecka, które nie potrafiło się WCALE sobą zająć, poprzez dziecko, któremu trzeba było zasypać łóżeczko czym się da, by się chwilę po przebudzeniu sobą zajęło, stał się dzieckiem pełnym empatii, któremu wystarcza do szczęścia pluszanka. Pluszanek Ci u nas dostatek. Jest kilka honorowych pluszanek, których dziecię nie dostanie, ale i nie jest nimi zainteresowane, bo dziecię preferuje w pluszankach miłość, czyli miłe wrażenie dotykowe. A pluszanki honorowe są stareńkie i milsze emocjonalnie niż dotykowo.

Niedawno, bo 4 kwietnia, syn zainteresował się misiem z Hameryki, którego przysłali nam dla dziecięcia bogatsi krewni mieszkający w Hameryce przeszło rok temu (przeszło rok temu przysłali, w Hameryce mieszkają nadal). Miś ów był niebieski i mieszkał na wsi wraz z wszystkimi misiami, gdyż mamy bardzo ciasno i tylko na wsi miś nie siedzi na misiu i misiem nie pogania (siedzą DSCN5759na sobie nawzajem, siedzą, bo to nieuniknione). Tym niemniej, misiom na wsi żyje się lepiej, dlatego nawet misie honorowe nie mieszkają już w mieście, lecz zajmują lożę honorową przy naszym wiejskim łóżku. Skoro jednak synek zagustował w wiejskim misiu niebieskim, przywieziono mu go. Miś został nieodłącznym towarzyszem zabaw. Syn, jako dziecko dojrzałe i w pełni empatyczne, kiedy je, wsadza i misi pyszczek w talerz. Misiowi też pokazuje różne rzeczy i w ogóle zadziwia. Rano misie przebywające w łóżku całują się na powitanie (chyba) i w ogóle w ogóle. Sam też misia całuje, za rękę wszędzie prowadza, samochodem wozi. Nic dziwnego, że miś w krótkim czasie przybrał barwę szaro-burą i wymagał prania. Wczoraj się doczekał. Szczegóły tego dramatu w następnym odcinku.

Zeszłego weekendu udaliśmy się na wieś celem kontemplowania pogody. Na wsi jest tyle pluszactwa, że miś niebieski dostał urlop, poszedł na fajrant, a synek przygruchał sobie brązowego misia, którego rozpoznał. Był to słynny Klappar Nalle z Ikei. DSCN5503W niedzielę to właśnie Klappar chodził z nami wszędzie i to po Klappara musieliśmy nadkładać dwa kilometry drogi gdy synek go wypuścił z wózka bez słowa (słowa nie powiedział ani Klappar, ani synek). Wówczas nie martwiliśmy się zbytnio zgubą, gdyż wiedzieliśmy, że w Ikei czekają setki jego braci gotowych zapełnić wakatujące miejsce zagubionego misia. Odnalazł się jednak pod drzewem, na poboczu drogi, w typowym misim legowisku. To Klappar był tym, kto towarzyszył synkowi podczas zabawy w wysypywanie popiołu z beczki z popiołem garściami. I Klappar zanurzył swój szwedzki pyszczek w popiele (nie zasypując przy tym ani jednej gruszki). Właściwie to przeszedł chrzest bojowy, bo wepchnięto mu łeb do beczki niczym podczas kocenia pierwszaka do kibla, a następnie dano mu marchewkowego buziaczka. Klappar amortyzował niejeden synowski DSCN5504upadek, podstawiając swe misie mięciutkie ciałko pod twarde osiłkowate ciałko synka, by ten spadał miękko.

Naturalnym było, że gdy wracaliśmy do miasta, wrócił z nami i Klappar. Mniej w celu sprawienia radości synkowi, bardziej w celu zażycia prania. Mijały jednak dni i prałam pełne pralki piżam Męża, który był naprawdę chory, miał bardzo wysokie gorączki i pocił się nie mogąc zażyć nic poza słabo działającym apapem, gdyż ma wrzody. Szło tyle pralek, że dla Klappara nie było wolnego slotu.

Dziś, gdy z ledwo obudzonym dzieckiem odprawiałam nasz rytuał polegający na oglądaniu zdjęć z losowo wybranego dnia, przypadkiem natknęliśmy się na foteczki z grudniowej przedświątecznej wyprawy do Ikei. Synek w swej bystrości lubi rozpoznać coś DSCN5723ze zdjęcia i przynieść mi to. Ochoczo i z nadzieją zatrzymałam przeglądarkę foteczek na licznych braciach Klappara i zaprezentowałam synkowi. Tym razem, o dziwo, wcale się nie zajarał, więc ja jako animatorka zabaw postanowiłam, że pokażę mu Klappara w sklepie. Wlazłam na sklepową stronę, a tam pustki. Pełno pluszanek różnej maści, lecz ani jednego misia-niedźwiadka-braciszka. Wszystkie wyszły. Pewnie siedzą w Waszych domach i patrzą przez Wasze ramiona gdy to czytanie. Szwedzki sklep znów nie zaplanował zapasów. (pierwszy raz ich nie zaplanował przed świętami, gdy chcieliśmy szmatę z nadrukiem choinki). Albo co gorsza wykryto w nich stare mięso, wszak w tych północnych krajach takie rzeczy są na porządku dziennym.

Zupełnie nie wiem, czy w tej sytuacji pozwolić Klapparowi zostać jako biednemu potrzebującemu opieki misiowi, który w dodatku nie ma braciszków, czy też odprawić go w bezpieczne miejsce jako unikatowego misia nie do kupienia, który nie ma prawa zginąć podczas spaceru? Chyba zostanie, bo wyjeżdżał, gdy Mąż był wrakiem, więc jego powrót w chwili polepszenia jest tak symboliczny, że w sam raz.

DSCN5715

DSCN5719

Ubogi Krewny

Panowie (i panie)! Czapki z głów, nadchodzi Ubogi Krewny…
DSCN9297
Bogaci krewni uznali, że Staszek wygląda jak ubogi krewny w swojej uroczej czapeczce skrzacika i postanowili go wyposażyć w godne nakrycia głowy. Rekonesans, jaki przeprowadzili sami w pobliskim Madisonie wykazał, że nie będzie łatwo. Dziś poszedł Staszek ze swoją świtą (tutaj Cytrynna jako inhibitor i babcia jako  katalizator mającej się odbyć reakcji) osobiście sprawdzić, czy jest coś, co by się dla niego nadało. Zobaczył dwie wstępnie wybrane czapeczki i nie chciał mierzyć.  Cytrynnie nie podobała się czapeczka najdroższa z tego tytułu, że była granatowa, a granat na słońce to ni przypiął ni wypiął (tylko Cytrynna może nosić granatowe kapelusze na słońce), ale babci podobała się bardzo, bo była ładna i miała wiązanie na uszy. Druga czapeczka była jasna i z daszkiem, a do tego najmilsza w dotyku (e, zwykły dres, miłe to jest minky) i tą nabyto drogą DSCN5945kupna. Do zmierzenia zachęcono Staszka obiecując mu auto. O mały włos nie nabyto obu czapeczek. W sklepie numer dwa były czapeczki na lato, co uszek zasłaniać już nie musiały. Staszkowi spodobały się jakieś zabawki i obiecano mu owe zabawki w zamian za grzeczne mierzenie czapeczek. Zakupiono zabawki (które okazały się być samolotem, statkiem i autkiem w woreczku widiowym za 10,90) i jedną tanią (jak dla kogo) czapeczkę z poliestru (Cytrynna wyczytała, ze czapeczka jest z poliestru, ale siedziała cicho, bo chciała wracać szybko do chorego Męża). Mimo, ze w woreczku widiowym było już jedno autko, obietnicy autka należało dotrzymać fachowo, więc kolejnym przystankiem był sklep z zabawkami. Staszek od razu rzucił się na duże wywrotki i wcale nie chciał kolejnego autka za dychę. Z końcu jednak zadowolił się ciężarówką z dźwigiem za 28. Rozważał też nakręcaną myszkę za 8 jako dodatek i rozważała też babcia, ale Cytrynnie udało się zahamować kotłujące się w portfelu moniaki słowami „jest taka włochata”. Włochatość to magiczne słowo-wytrych, które ujarzmia każdy bilon a może i niektóre banknoty. Wszak we włochatości kryją się roztocza, których kupy podrażniają nozdrza maluszków.
W sklepach dzieciowych były też ubranka i to całkiem brzydkie, zupełnie nie w Stasim stylu i znacznie brzydsze niż mamy w szafie. Skrytykowano sweterek, który Staszek miał na sobie, a który kupiliśmy mu za ciężkie piniondze jeszcze przed porodem gdyż bardzo nam się podobał. Zaoferowano nam zaś dresiki, kurteczkę z podpinką… Pytano nawet samego zainteresowanego, czy mu się podoba. Na szczęście mamy wszystko, co nam trzeba i jeszcze więcej. I na szczęście Staszek nie rzucił się na kiepściutką acz drogą bluzę dresową.
Z zaspokojonym poprzez dźwig Staszkiem można było też udać się do słynnego skandynawskiego sklepu obuwniczego Eko celem przymierzenia butów. Rodzice kupili wczoraj Staszkowi NOWE buty ze skóry przez internet, ale jeszcze nie przyszły, a biedne dziecko poszło dziś w używanych butach ryzykując wykrzywienie stóp i tylko dlatego nie wykrzywiło ich sobie, że nie było WCALE DSCN6046puszczane samopas z wózka.
Sklep Eko powitał gości atrakcyjnymi cenami (tylko 219 za parę butów, bo to nie buty zimowe za pińćset), ale do czasu aż przyjdą buty z internetu i zostaną poddane ocenie, zakup obuwia w Eko jest wstrzymany. Sklep zawiódł również, bo nie mieli wcale skanera do pomiaru rozmiaru Stasiej stopy, który wedle gazet powinien mieć każdy szanujący się sklep. Sam Staszek nie chciał wcale stawiać swojej szlachetnej nóżki na wyjmowanej wkładce, ale ustalono, że rozmiar 24 będzie spoko na większość sezonu*.
Po wyjściu z centrum rozpusty (synek już w nowej czapeczce) okazało się, że czapeczka owa, chociaż taka śliczna, zjeżdża z uszek i odsłania je nieco. Nie jest więc dobra, bo przed zapaleniem nie ochroni. Trwają negocjacje, czy kupić jednak tamtą granatową… Cytrynna zaoferowała, że mu przyszyje łatki na uszy z szarego dresu, ale istnieją obawy loży estetów, że to może nie wyglądać. Padła też propozycja, żeby kupić drugą szarą czapeczkę, co by była jedna z nausznikami, a druga bez…

*Jak wiadomo, noga dzieciom rośnie tuż przed końcem sezonu tak, aby trzeba było kupić nową parę butów tuż przed zimą i nie móc jej nosić po zimie lub kupić nowe buty tuż przed końcem zimy i nie móc ich nosić już późną jesienią.