Radia to on słucha tylko w pogodę

2011 4Jeśli przyszło Wam kiedyś jechać do Gdańska pociągiem*, to pewnie z niecierpliwością gapiliście się w okno wypatrując kiedy wolno toczący się pociąg wjedzie na stację. Wszak wiadomo, każdymi drzwiami z pociągu zdążą wysiąść tylko pierwsze trzy osoby, a jak tu walczyć o pierwszeństwo przy drzwiach, kiedy pupa chciałaby jeszcze posiedzieć a bagaże nawet poleżeć**. Ale nawet stojąc przy drzwiach i niecierpliwie szarpiąc klamkę w oczekiwaniu na wjazd pociągu na stację, na pewno zauważyliście, że na przedmieściach centrum (czyli już za Orunią), po prawej stronie, pociąg mija forty. Są to dwie kwadratowe górki tarasowe. Takie małe piramidy. Całą moją młodość wjeżdżałam do Gdańska zaczytana w książce, ale jakoś moje gałki wyczuwały ten moment i uciekały na bok, by spojrzeć. Podobnież było na studiach- wówczas wjeżdżałam 2010 1do Gdańska codziennie. Codziennie widywałam młodzież na tej górce i marzyłam, że JAK BĘDĘ MIAŁA CHŁOPAKA W GDAŃSKU***, to pójdę z nim na forty.

Nie dziwota więc, że gdy zarwałam sobie chłopa w dużym mieście, to pierwszym miejscem na drugą randkę były właśnie forty. Był rok 2007 i wtorek po Wielkanocy (zarwałam go w Wielką Środę). Coś mi świta, ze padało, ale nie jestem pewna. Tego dnia nikt nie zrobił zdjęcia upamiętniającego pójście na forty, bo ja, która miałam w torebci aparat, nie wiedziałam że mogę się z nim tak afiszować przed nowo zarwanym chłopem i nie zrobiłam tego.

2008 3Ponieważ  bardzo szybko się umówiłam z tym nowym chłopem, że weźmiemy wspólny ślub, to warto było zadbać o rytuały takie jak chodzenie w to konkretne miejsce tylko w ten dzień roku. Czas leciał także bardzo szybko i już chwilę później przyszła druga Wielkanoc. Po Wielkanocy nastał i wtorek i poszliśmy na forty po raz drugi. Byłam w cienkim płaszczyku i trochę zmarzłam, ale on był w głupawej kurteczce i jeszcze głupszej czapce, więc miał gorzej. Zrobiliśmy dużo zdjęć i było romantycznie. Potem poszliśmy do Sphinxa, a on do dziś mówi, że go wtedy naciągnęłam na lazanię. Sam wymownie nic nie jadł. Przyszliśmy do niego do domu i powiedział do swojego ojca: „tatusiu wydałem taty pieniądze na Oleńkę”. Każda inna rozsądna by go wtedy rzuciła, ale ja nie mogłam, bo nosiłam już jego… pierścionek. Poza tym ktoś musiał go uratować.

Czas mijał, a on popełniał jeden fo pas za drugim, ale takich chamstw jak tamto już nie walił. Gdy za trzecim razem poszliśmy na forty, było ciepło, a mnie następnego dnia czekało kolokwium z równań różniczkowych.

Czwarte 2011 2pójście było pierwszym pójściem małżeńskim. Wiało jak na Uralu i zmarzliśmy. Potem się grzaliśmy w położonej na 16 piętrze restauracji Panorama z widokami na całe miasto, gdzie krótko wcześniej posprzątała pewna celebrytka sprzątająca w restauracjach. Później wybraliśmy się do outletu odzieżowego autobusem jeżdżącym raz na godzinę, ale akurat zamknięto outlet w powodu awarii (koparka z pobliskiej budowy popsuła prąd ).

W roku 2011 specjalnie na ten dzień wracaliśmy z rodzinnych świąt na wsi. Było upalnie. Teraz bym doceniła tę pogodę. Wówczas mój brzuch i ja ledwo znosiliśmy ukrop i żar w samochodzie. Ponieważ był to wtorek, w Kościerzynie panował korek jak to na straganie w dzień targowy. Za miastem mojemu Gapciowi się przypomniało, że nie ma kluczy do Gdańska ni dokumentów i wracaliśmy… przez korek. Pojechaliśmy, przyjechaliśmy, wyschliśmy i poszliśmy. Byłam brzuchatką, ale jeszcze żwawą. Po fortach  udaliśmy się do Wojtka na klocuszki i zapełniliśmy 4 puszki.

W roku 2012 towarzyszył nam synek Lulaczek. Za dnia zajęła się nim babcia i korzystaliśmy z gastronomii oraz kinematografii,  a na doroczny spacer udaliśmy się dopiero wieczorem i ściemniało się niemiło. Zdjęcia wychodziły coraz gorzej. Wróciliśmy pospiesznie a tym, kto nawalił, byłam oczywiście ja, gdyż to mnie nie podobały się zapadające ciemności. Zresztą usunięto ławeczki ze szczytu i czuliśmy2009 3 niesmak. A należy czytelnikom wiedzieć, że układ dni tygodnia i samej Wielkanocy w roku 2012 był identyczny jak w 2007, co się już nie zdarzy za naszego życia.

Wczoraj poszliśmy w nasze miejsce po raz siódmy. Szliśmy z synkiem, lecz znów ja nie pomyślałam o kombinezonie na śnieg. Wyszliśmy z opóźnieniem, bo rano padało śniegiem. Synkowi słońce waliło w gałki i prawie drzemał. Dzierżył misia, ale miś mu spadał. Ja przypadkiem miałam dla siebie dwie czapki i to mnie uratowało od przewiania. Synek wypuszczony z wózka z miejsca wyczaił wszystkie naruszenia bezpieczeństwa-chodził po okratowanej nieszczelnie studni, a potem chodził przy krawędzi zbocza, a potem pobiegł i niezłapany na czas zasiadł w śniegu mocząc zadek i neruszki. Tym sposobem ogłosił koniec spaceru. Nie dość, że wcisnął się komuś na randkę na trzeciego, to nie chciał udawać, że go nie ma. W domu osuszyliśmy się szybko i ruszyliśmy omijając korki do centrum handlowego na pizzę 2012 1oraz po herbatki dla dziecinki. Synek jadł oliwki, których ja nie lubię, a Mąż chwilowo nie może. Dobry z niego synek- gdy jemy jajka, zawsze się z nim dzielę i on zjada białko a ja żółtko. Po zakupach zasnął w samochodzie, dał się w stanie uśpienia przenieść do domu i został ze swoją babcią podczas gdy rodzice pobiegli do kina na mało randkowy, acz wart obejrzenia film Syberiada.

Następne wyjście na forty za rok, jutro zaś jest drugie największe święto w roku- 4 kwietnia. Prognozy prześcigają się w próbach zepsucia randki. Tydzień temu obiecywali dzień słoneczny, teraz portale zgodnie twierdzą, że w każdym mieście Pomorza ma być śnieżyca całodniowa. My wybraliśmy Kartuzy. Choćby i śnieżyło, choćbyśmy musieli przesiedzieć 2012 2w lokalu dzień cały, randki nie przeniesiemy. Należy nam się ona jak psu micha, a dysponujemy tak dobrym kierowcą, że na miejsce jakoś dojedziemy. Zresztą ja nie wierzę z prognozy. Celem prognoz jest zatrzymanie nas w domu.

* Oczywiście mam na myśli wjazd od strony południa, wjazd z północy się nie liczy, bo jest przez Gdynię, a wiadomo jak ma się Arka do Lechii. My jako Gdańszczanie i właściciele zielonego samochodu oraz sąsiedzi pobliskiego pubu jesteśmy na na Lechię skazani.

**Mąż uważa, że to właściciel pupy siedzi, a pupa też leży jako i ten bagaż.

***Mógł to być chłopak ze wsi, ino żeby razem się w tym Gdańsku znaleźć, z młodzieńczymi sympatiami się nigdy w Gdańsku nie znalazłam.

Kiepściutkie ubranko z 2008

Kiepściutkie ubranko z 2008

2009 1

2011 3

2013 1

2013 2

2013 5

Reklamy

8 Responses to Radia to on słucha tylko w pogodę

  1. Lolinka says:

    Będzie to długi komentarz, ostrzegam.
    Owszem, zdarzyło mi (nam nawet, gdyż cześć naszej podróży poślubnej była właśnie podróżą do Gdańska pociągiem) się wjeżdżać do Gdańska pociągiem od południa, a w każdym razie przez stację Gdańsk Orunia, którą pamiętam, bo się pięknie nazywa, lecz nie pamiętam fortów. Co do MANIA CHŁOPAKA W GDAŃSKU, to ja na przykład nie marzyłam nigdy o MANIU CHŁOPAKA W ŁODZI (co, jak sądzę byłoby adekwatne w mojej sytuacji). Nie wiedziałam bowiem prawdopodobnie, co fajnego mogłabym z tym chłopakiem w Łodzi robić (dowiedziałam się w późniejszym terminie). Ale traf chciał, że miałam chłopaka z Łodzi, a w sumie dwóch, a w sumie to żadnego. Dwóch, bo jeden studiował w Łodzi, w czasie, kiedy ja byłam jeszcze w liceum nie w Łodzi, natomiast drugi studiował w Łodzi w czasie, kiedy i ja studiowałam w Łodzi. A nawet studiowaliśmy prawie razem. Natomiast pierwszy był spod Łodzi, a drugi w ogóle z drugiego końca Polski. W każdym razie, jak już wiedziałam, co fajnego można robić z chłopakiem w Łodzi to chciałam mieć chłopaka w Łodzi, żeby mieć komu siedzieć na kolanach w tramwaju. Być może nie jest to to samo, co łażenie na forty, ale jednak.
    Co do zaś randek (łażonych) to w Łodzi randek odbyłam tylko kilka, ale jedna z najistotniejszych (wszak pierwsza) była łażona, gdyż Luby nie miał funduszy na nic innego. Na punkt łażenia obrany został park na Stokach (znany mi z wcześniejszych łażeń) i jako lokalizacja randkowa bardzo się sprawdził. A ówczesnym Lubym był już ten jedyny słuszny, czyli mój Mąż, ale wyobraź sobie, że nie obchodzimy rocznic pierwszej randki (co uważam za skandaliczne) i nie jeździmy co roku w czerwcu do Łodzi, a powinniśmy!
    Chciałam w następnej kolejności wyrazić swe zdziwienie, że zasadniczo, to Wy macie dłuższy staż niż my. Oczywiście licząc staż związkowy, a nie małżeński. Gdyż albowiem wyrwałaś sobie chłopa z miasta w Wielką Środę 2007, a ja tego dnia (sprawdzone w archiwum bloga) to jeszcze przeżywałam wstrząsy psychiczne związane z wchodzeniem na bloga pierwszego chłopa z Łodzi, jednocześnie powoli wzdychając do drugiego chłopa z Łodzi, ale jeszcze w sposób nie szalenie zdeterminowany. Wyrwałam jedynego słusznego chłopa z Łodzi dopiero ponad dwa miesiące później, choć w sumie ciężko stwierdzić, kto kogo wyrwał, gdyż wyrywaliśmy się symultanicznie. I z równie wielkim niezdecydowaniem.
    Po następne, chciałabym uściślić, co takiego niewłaściwego jest w stwierdzeniu „wydałem taty pieniądze na Oleńkę”? Jeszcze jak ładnie o Tobie mówił! Czy jest to kwestia tego, że Piotr był złą partią, bo wydawał pieniądze tatusia? Spoko, mój Mąż w czasach wczesnozwiązkowych biedował totalnie (choć za ostatnie 3 złote kupował mi róże :)), a pierścionek zaręczynowy to właściwie został zakupiony za moje (moich rodziców) fundusze. Ale to tylko dlatego, że się uparłam, że to ma być TEN KONKRETNY pierścionek, który trzeba było kupić szybko, gdyż kończyły nam się pieniądze i tym samym czas pobytu w Szkocji. Dlatego też wyłączaliśmy prąd, gotowaliśmy herbatę w wielkim garze na zapas (aby przyoszczędzić na każdorazowym gotowaniu wody), a konsumowaliśmy usmażone przeze mnie hurtem naleśniki (ze względu na niedrogie składniki i efektywny przerób ilości składników na ilość gotowego produktu). Ale pierścionek mam, a mój biedujący podówczas narzeczony jest teraz dzielnym żywicielem całej rodziny, ja zaś jestem na jego utrzymaniu i kompletnie mi to nie przeszkadza, gdyż jestem antyfeministyczna.
    Po przed ostatnie: kto zacz celebrytka sprzątająca po restauracjach?
    Zaś po ostatnie: eee, nie ostatniego nie będzie, bo to byłoby niedyskretne pytanie :P.
    Niniejszym dobranoc i przepraszam.

    • cytrynna says:

      Jestem zachwycona komentarzem jako całokształtem i jego długością i tym, że jeszcze tu bywasz, bo jak nie komentujesz, to ja nie wiem.
      Idzie taki do taty i mówi, że oto tu stoi Oleńka, przyczyna wydania dwudziestu złotych. Tata może ją besztać. Ogólnie cała sytuacja że zażydził, a stypendium miał zgromadzone na koncie, tylko nie umiał korzystać. Sama bym sobie zapłaciła za obiad gdybym się spodziewała takich ceregieli, bo ja wtedy dostawałam stypendium.
      Pani celebrytka to ta od programu kuchenne rewolucje.
      Mój Mąż twierdzi, ze nie ma drugiego końca Polski względem Łodzi:) Mojemu Mężowi także bardzo podoba się efektywne przerabianie ilości składników na ilość produktu.
      Czytałam Twój blog latem szukając Waszych początków, ale byłaś bardzo lakoniczna i jedyne com się skumała, to że jakoś podobnie czasowo do nas:)
      W dziale „o mnie” znajduje się obecnie mój blogowy adres emailowy, także możesz Lolinko zadać ostatnie pytanie bezpośrednio i jeśli nie będzie zbyt niedyskretne, to udzielę odpowiedzi:)
      PS. Dostaliśmy kartkę i dziękujemy.

  2. Lolinka says:

    Cóż, mąż Twój ma rację, nie ma drugiego końca względem Łodzi, a już na pewno nie jest nim sąsiednie województwo. Chciałam jedynie uwypuklić dzielącą nas wówczas ogromną odległość (w czasach, gdy bywaliśmy w swych rodzinnych domach, a nie na wspólnych studiach).
    Zaś szukanie naszych początków jest istotnie utrudnione ze względu na mą enigmatyczność, ale należy brać pod uwagę czasy od maja 2007 na pewno, zaś wcześniej wszystko, co jest o „Liberach”, „niebieskich koszulach” tudzież „facetach z tałką”.(co się prawdopodobnie inaczej zapisuje, ale figuruje tak). Oraz przede wszystkim czytać komentarze :).
    A mąż żydzący to nie aż takie fopa, no na pewno nie miał nic złego na myśli :). Mój Mąż, nie będąc jeszcze moim mężem, ani nawet chłopakiem, też za mnie płacił, bo się upierał, a potem żalił się swemu najlepszemu przyjacielowi, że jestem zła i że on się potnie plastikowym nożem. To jest dopiero fopa…

  3. Pingback: Lidl znaczy mama | Świat Cytrynny

  4. Maurycy Teo says:

    Ja bardzo podziwiam Twojego męża – masochistę za to, że z taką odwagą co i raz przyjmuje od Ciebie ciosy i podcięcia, pokazujące jaki to on nie jest. No a już normalnie informacja o najgorszym z najgorszych wybryków, wyciągnięta po pięciu latach na światło publiczne – piękna sprawa. Oczywiście przyzwyczaiłem się już do Twoich wpisów i informacji o Twoim mężu, które on z całą pewnością akceptuje i prawdopodobnie rozumie jako subtelną ironię. Zresztą co ja gadam – Wy jesteście małżeństwem i świetnie się rozumiecie! To jest na 100% dogadane. Ale mnie normalnie za każdym razem podminowuje, bo jakby mi żona zaczęła pisać teraz że pięć lat temu zrobiłem albo powiedziałem coś takiego, a to było potwornym nietaktem i powinna ze mną zerwać za to już wtedy, to bym jej chyba normalnie awanturę zrobił!

    Pozdrawiam i przepraszam, jeśli ponownie uraziłem :). Ja się tylko czepiam, bo nie rozumiem.

  5. Maurycy Teo says:

    A, przepraszam, chciałem jeszcze zapytać, czy rzeczywiście jest tylko jeden szpeniol, który weźmie tę chryję na warsztat…?

  6. Pingback: Monciak-Krupówki | Świat Cytrynny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s