Monciak-Krupówki

W DSCN4816ten weekend dla odmiany pogoda dopisała. Chwilami padał śnieg, ale był suchy i momentalnie znikał (znikał, nie topniał), zostawiając po sobie zapach wiosennego deszczu. Słońce świeciło i wiater za dużo nie zawiewał. A i te leżące złogi śniegu wszędzie przez cały czas ograniczały swoją kubaturkę oraz gabaryt. Prognozy OCZYWIŚCIE nie uwzględniły tego, co dzisiaj nastąpiło w atmosferze, ale my uwzględniliśmy. Zapakowani w plecaczek, z wózkiem w bagażniku, pojechaliśmy nad samo Morskie Oko, czyli bardzo daleko. No nie nad samo, bo od zaparkowania do celu trzeba było przemaszerować kawałek, ale za to przez las, więc zupełnie spoko.

A było tak- rano pojechaliśmy na Mszę do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego, o którym wiedzieliśmy, że gdzieś jest i że ma Mszę. Mąż bardzo chciał. DSCN4750Wyjeżdżaliśmy trochę niepewnie, bo była już 10:15, a Msza miała być o 10:30. Użyliśmy nawigacji z telefonu. Mąż nawigował jak potrafił, czyli podpytywany, czy nie powinniśmy za chwilę skręcić w prawo, patrzył i mówił, że owszem. Podobnie było ze skrętami w lewo. Sam od siebie komunikatów nie przekazywał, a nawigacja też milczała, bo bardzo nie lubimy jak gada. Dotarliśmy do celu o dziwo na czas. Bardzo nam się podobało, Staszek miał na chórze dwa stopnie dla siebie i chodził w tę i we w tę, a raz w porywie swej poprawności chciał zamknąć szafę z organami panu organiście, o mało przy tym nie strącając laptopa. Pan organista spojrzał na nas wilkiem, a zupełnie niepotrzebnie, bo Staszek chciał dobrze, a my mieliśmy refleks.

Po Mszy znów skorzystaliśmy z nawigacji, ale pożałowaliśmy tego, bo zmusiła nas do nadłożenia PEŁNEGO kilometra, DSCN4843albowiem nie wiedziała, ze nie wolno skręcać w lewo z ulicy 1 w ulicę 2. Jechaliśmy, a co światła gasł nam samochód i już się martwiłam, że to może uszczelka pod głowicą, która wisi nad nami od dwóch lat, ale tankowanie uspokoiło, bo po zatankowaniu gazu NA STACJI BP nie zgasł już ani razu, zatem to gaz z nieznanej stacji po raz kolejny okazał się trefny i lipny dla wrażliwego silnika naszego wspaniałego zielonego auteczka.

Wybraliśmy się do miasta, w którym pracuje Mąż. Pewno ciekawi Was jak to jest, że z miasta, w którym pracuje Mąż przenieśliśmy się w góry? Kiedyś w góry jeździliśmy specjalnym pociągiem relacji Gdynia Główna-Zakopane, trwało to 16 godzin i nazywał się on (ten pociąg) Monciak-Krupówki. A tu tak nagle Lanosem i to w jeden dzień i to startując około południa?

DSCN4986Nie pojechaliśmy do Zakopanego, lecz do bliźniaczego mu Sopotu*, który też ma główny deptak i ma swoje Morskie Oko. Mąż zabrał nas do lasu, w którym codziennie spotyka sarny z naprawdę bliska. Raz spotkał też panią ornitolog i ona go napastowała. Dziś ich oczywiście nie było. Ani saren ani pani ornitolog. Pokazał nam też najładniejszy jego zdaniem las, ale nas nie przekonał. Może za dwa miesiące… Szliśmy lasami sopockimi, aż doszliśmy do Morskiego Oka. Obok znajdował się Harnaś, czyli karczma wystylizowana. Mąż wiedział, że serwują tam barszcz. Skorzystaliśmy. Dla Stasia były kartofelki, chociaż wiedzieliśmy, że dużo ryzykujemy, bo powiedziano nam, że od jedzenia na mieście dzieci nabawiają się gruźlicy. Kartofelki go nie interesowały wcale, interesowała go dekoracyjna cząstka pomidora i mój barszcz. DSCN4963Kołduny z jagniąt też nie skusiły młodego smakosza. Barszczem zaś podzieliłam się chętnie, bo prawie na pewno był to po prostu sok z kartonu. Nie pływało w nim ani jedno oko (nawet morskie) i ani cząstka zmielonego pieprzu. Trochę słabo jak na 13 złotych. Staszek zdjął zazdrostkę i obserwował podwórko, a nas nie zdziwiło, że zasłania się je szczelnie ową zazdrostką. Ponadto syn nasz, chociaz wzięliśmy zapobiegawczo kombinezon na śnieg, zapasowe buty i kurtkę, znów zaskoczył. Co mógł zrobić, żeby zabić nam ćwiek zwany też gwoździkiem? Nie mogąc przemoczyć się od zewnątrz, spróbował od środka z sukcesem.  Zlał się, mocząc bodziankę. Zlał się na tyle sprytnie, że nie zamoczył rajstopek i wystarczyło bodziankę zdjąć. Gdy manewr wilgociowy zawiódł, spróbował innego- zasnął w wózku ponad 2 godziny przed swoją stałą porą snu. Znów nie przewidział, że robi nam dobrze, bo dzięki takiemu zaśnięciu mogliśmy znacznie wydłużyć wycieczkę.

DSCN4936Ze śpiącym chodziliśmy po górnym Sopocie, gdzie w lipcu przed porodem odbieraliśmy wypasioną używaną wanienkę z allegro. Wówczas Staszek nosił się w brzuchu i było mniej poręcznie, a wręcz bardzo niewygodnie. Ledwo się toczyłam. A długo szukaliśmy podanego adresu, bo gps z komórki nie dawał rady. Z kolei wanna okazała się zupełnie nieprzydatna, chociaż była taka wypasiona, bo znawcy kąpieli niemowlęcych stwierdzili, że się nie nadaje i że trzeba kąpać w zwykłej wannie, gdyż nie opyla się przegotowywać tyle wody źródlanej, ile wymaga wypasiona wanna.

DSCN4983Mąż zaskoczył się bardzo, gdy okazało się, że miejsce ówczesnego zaparkowania samochodu jest obecnie jego stałym celem spacerów. Delektowaliśmy się górnosopockimi willami i ubolewaliśmy, że my musimy marzyć o 50 metrach mieszkania, podczas gdy wille stoją odłogiem i psują się zmierzając do rozbiórki. I że Mąż dojeżdża dwie godziny dziennie, a domy blisko jego miejsca pracy wakatują. I że bliskość lasu nie jest blisko nas, co by się przysłużyło i nam i lasom. I że balkony i ogrody do uprawy ziół nie są naszym udziałem. Trochę pocieszyły nas zdezelowane auteczka będące udziałem dzielnicy willowej. Nasz zieloniutki trzyma się naprawdę dobrze

Z obudzonym synkiem poszliśmy na gofry. Aby wejść na Monciak trzeba było się przemieścić pod torami. Istnieje tunel, a z daleka świeciła się nowością i jaśniała wspaniałością WINDA! Już wesoło pokrzykiwałam „windą”, co brzmiało jak „dindon” czyli typowy dźwięk dzwonka i bardzo cieszyło Staszka, gdy okazało się, że z bliska nie ma żadnej windą i że to co zwałam złotem to tombak. DSCN5003Windy stały zagrodzone i czekały na włączenie ich do użytku w odległej przyszłości. Mimo to obecność tombaku zwolniła miasto z umieszczenia na schodach zjazdu! Mój męski schorowany Mąż poniósł wózek sam. Zjedliśmy gofry, przy czym Staszek jadł na tyle wolno, że mu podbierano. Od pewnego momentu pilnował swojego gofra bardzo.

Poszliśmy na molo i tam nie wiało WCALE, pierwszy raz tej zimy. Była lepsza pogoda niż 4 kwietnia rok temu! Wróciliśmy do domu i zjedliśmy zupę, którą osobiście zrobiłam. Była to wyśmienita zupa typu krupnik, ale zupełnie do krupniku niepodobna. Następnie poprowadziliśmy Staszka do babć na kolację pokonując jego bunt czterolatka**, a w tym czasie poszliśmy do kina na komedię romantyczną o rozwodach. Pieszo! Jakbyśmy się nigdzie nie musieli spieszyć! I jak za dawnych czasów, gdy nigdzie się nie musieliśmy spieszyć!

NIERANDKOWY DSCN5151AKAPIT: Gdy wróciliśmy, okazało się, że w międzyczasie synek miał biegunkę (ale wcale nie była rzadka), ma całe czerwone policzki (od wiatru jako i ja) i jakieś krosty (podrapał się w złości, gdy zabrakło przy nim misia). Wyglądał jak chodząca skaza. A przecież Skaza to taki zły lew.

*Przypis dla Lolinki: drugim końcem Polski dla Zakopanego jest właśnie Sopot.

**Synek chciał ponieść ze sobą misia, ale szedł do niezbyt przychylnego misiom domu i dlatego nie mógł. Nie mógł się z tym jednak pogodzić i dopiero kilkuminutowa przejażdżka samochodem pomogła mu uporać się z trudnymi emocjami.

DSCN5031

DSCN2554

DSCN2628

DSCN2598

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s