Muchomor czerwony

DSCN6336Sprawy przedstawiają się tak, że każdy z nas dziś coś znalazł. Dobrą passę rozpoczął Mąż gdy krótko po ruszeniu spod domu przesiadał się na przednie siedzenie. Znalazł tam mianowicie moją czerwoną czapeczkę w groszki, wczorajszy szczęśliwy nabytek. Czapeczka się bardzo Mężowi spodobała i ją zawłaszczył twierdząc, że go wyraża. Wygląda w niej niczym muchomorek z dziecięcej bajki- coś w stylu ładny, ale nie dotykać. Mi pozostała więc czapka Małysza, której w sumie nie znoszę, ale sama ją kupiłam, więc nie wyrzucę*.

Byliśmy nad jarem Raduni, czyli w rezerwacie przyrody, do którego drogowskaz zamieszczono przy naszej stałej trasie. Był to pierwszy raz tam i byłoby fajnie, ale Staszek spał i nie można było ekspandować daleko, ale udało nam się odsunąć od samochodu na taką DSCN6148odległość, że spotkaliśmy śnieg. Śnieg był kwasem ponad miarę i nijak nie pasował do sandałków. Pojechaliśmy dalej delektując się tym, jak fajnie nie trzeba mrużyć oczu w tych brzydkich okularach przeciwsłonecznych pożyczonych naszemu kierowcy przez babcię. Gdy w pewnym momencie przyszło mi redukować prędkość dwukrotnie z powodu kuriozalnego ograniczenia, oczy me promieniami słonecznymi niezmęczone ujrzały bocianią parę i zatrzymałam się zupełnie, a Mąż sfocił i chyba na kłótni je przyłapał.

Jechaliśmy dalej, aż do Kościerzyny. Tam zaparkowaliśmy na odkrytym zaledwie 5 dni temu parkingu, który jest zupełnie ekstra i Mąż, nasz farciarz odnalazł swoje drugie wielkie znalezisko. Mianowicie ktoś (kwiaciarze, szkółkarze czy jak ich zwał) wywalił roślinki z doniczek i jedna z tych roślinek okazała się zupełnie zdatna. Pojechała oczywiście z nami. Przespacerowaliśmy się po mieście i wtedy do akcji włączył się Staszek, który na swej drodze spotkał różowe zgniecione pudełko i bardzo je sobie upodobał. DSCN6186Pudełko szło z nami aż do powrotu do auta. Była wtedy okazja, by pozbyć się śmiecia, ale my je zachowaliśmy, bo nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. W mieście kupiliśmy dwa materiały na Stasie czapeczki, które jutro muszę uszyć, bo inaczej wpadnie nam tamta granatowa co to nijak na słońce się nie nadaje.

Przeparkowaliśmy na Lidl, w którym zaopatrzyliśmy się w duże zapasy mleka i cukru, gdyż wkrótce spodziewamy się gości, o których wiemy, że można ich żywić naleśnikami:) ** Kupiliśmy też banany i część z nas swoje banany od razu jadła. Mi przypadła zaszczytna rola osoby wyrzucającej skórki. Gdy skierowałam moje spostrzegawcze oczy w kierunku śmietnika, zobaczyłam to, co znaleźć miałam ja. Był to bardzo ładny obraz w złotej ramie.

Z powodu przepełnienia auta maksymalnie, musieliśmy zrezygnować DSCN6191z wycieczek po drodze i jechać prosto do domu. Na swej trasie spotkaliśmy biednego martwego liska, którego jakiś pacan nie potrafiący pogodzić dynamicznej jazdy z bezpieczeństwem na drodze przetrącił. Lisek wyglądał bardzo szlachetnie, miał cudną kitę i jeszcze otwarte oczka. Pierwszy raz widziałam liska z tak bliska.

W domu utknęliśmy na dłużej, gdyż po sąsiedzku stacjonowała rodzina i nie wypadało się nie pointegrować. Najbardziej integrował się Staszek. Staszek też macał się z zaschniętą ropuchą***.

Wyruszyliśmy w końcu na spacer i szliśmy aż doszliśmy przypadkiem, nieplanowanie zupełnie na polanę podmokłą. Rozłożyliśmy tam kurteczki, kamizelki i co kto miał i leżeliśmy na trawie jedząc ciastka z czekoladą z Lidla (one od razu były z czekoladą, nie musieliśmy DSCN6230do nich dodawać czekolady z Lidla) i pijąc iście wycieczkowy sok z marchwią, także z Lidla. Zaskakująco polegiwał z nami i Staszek, chociaż byliśmy daleko od drogi i gdyby chciał, to by mógł śmigać samopas. Wybrał jednak rodziców i mu się nie dziwię, bo ma naprawdę fajnych.

Po powrocie chłopcy wymoczyli nogi i już mieliśmy iść spać, gdy okazało się, że będą jeszcze frytki. Mąż robił frytki, a Staszek zajadał się kaszą gdyż powiedzieliśmy mu, żeby zjadł jak najwięcej kaszy zanim się zorientuje, że będą frytki i on to potraktował poważnie. Podczas pojadania zrobił tez rekonesans wśród misiów i wybrał sobie nowego wybrańca w kolorze musztardowym. Nam zaś pozostaje jeszcze dokładne sprawdzenie, czy któreś z nas nie ma gdzieś kleszcza. Podobno kleszcze czekały bardzo długo na wiosnę i są bardzo głodne.

DSCN6447

*Ponieważ wpis ślubny (z rocznicy ślubu) nie doszedł do skutku z powodu rozlanego kwasu, czytelnicy nie wiedzą, że wspaniałą czapeczkę Mąż dostał od żony na rocznicę ślubu. Miał kiedyś już taką i ją uwielbiał, a żona, choć Małysza lubi, czapeczki nie znosiła. Gdy jednak Mąż czapeczkę zgubił, żona na identyczną zapolowała. Przeszukała całą Polskę i jedną zdobyła.

**Goście nie muszą się martwić, ja nie umiem smażyć naleśników, więc nie grożą, ale za to jesteśmy z Mężem dobrym duetem w plackach ziemniaczanych.

***Ja też kiedyś miałam ropuchę. Nazywała się Jadzia i złapałam ją do słoika po ogórkach konserwowych kupionego specjalnie celem jej złapania. Trzymałam ją w wielkim słoju (1,7 litra) na balkonie na liściu kapusty i chyba z odrobiną wilgoci i nosiłam do szkoły przez kilka dni. Z czasem jednak Jadzia uschła i wtedy, na urodzinach mojej koleżanki, zrobiłyśmy jej sekcję na płycie chodnikowej za domem. Nie wspominam tego najlepiej, ale byłam jeszcze młoda i rozumek dopiero mi wyrastał.

DSCN6165

DSCN6172

DSCN6182

DSCN6340

DSCN6453

Reklamy

6 Responses to Muchomor czerwony

  1. Wiola says:

    Tyle skarbów to ja chyba przez całe życie nie uzbierałam 🙂
    I bardzo mnie wzruszyła opowieść o ponownym zakupie ukochanej mężowskiej czapeczki, choć zupełnie nie kochanej przez Ciebie. To się nazywa tolerancja 🙂

    • cytrynna says:

      W chwili gdy pisałaś ten komentarz, ja akurat właziłam na Twój blog w chwili przerwy między instalowaniem komputera mamie a podłączaniem jej internetu:)

  2. Maurycy Teo says:

    „Muchomor czerwony przez ulice mego miasta mknie”.

    Wiolu, „tolerancja” to jest słowo-wytrych, które teraz pasuje wszędzie, jest dobrze widziane i oznacza cokolwiek. Żona kupująca mężowi coś, co mąć bardzo lubi, choć ona tego nie lubi (a także odwrotnie) to się nie nazywa tolerancja. To się nazywa miłość.

    Moja Małżonka się zna na lepieniu naleśników. To umówmy się, że my będziemy lepić naleśniki, a Wy placki i frytki. Jeszcze mogę zrobić lazanię ;).

    • cytrynna says:

      A nie, nie możesz, bo nie mamy piekarnika na wsi, buahahahaha! Miałam właśnie pisać, że ja zupełnie nie toleruję mojego Męża, ale go kocham.

      • Lolinka says:

        Ach, ja też nie toleruję mojego Męża, a zwłaszcza jak ma taki humor jak dziś wieczorem i nie pozwala żonie się maślić. Wstrętny. Gdybym go nie kochała, to bym go nie kochała.
        A lazanii żałujcie, bo dobra. Albo kupcie sobie błyskawicznie piekarnik.

  3. Pingback: Długi wpis o krótkich nóżkach | Świat Cytrynny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s