Nie ma co płakać nad rozlanym browarkiem

DSCN6894Z racji niepracowania w niedzielę mamy jutro dzień wolny. W przeciwnym przypadku byśmy nie mieli, gdyż  owrzodzony Mąż pracujący 12 godzin* dziennie nakazy religijne respektuje. Z tytułu, że jest majówka, w mieście nie zachodzi coś takiego jak cisza nocna. Kiedy wyszliśmy o północy na krótki spacer usypiający tych, co nie spali, przyszło co niektórym z nas wdepnąć nawet w wymioty. Z racji nie najgorszej pogody tłumy wolą wymiotować na dworze aniżeli w łazience ekskluzywnego lokalu piwnego, w którym piją napoje. Zresztą napoje są wyskokowe i wyskakuje się po nich.

Znamy eksperta od browarków, któremu raz pękło piwo w zamrażarce. Ekspert się wcale nie zmartwił, choć nie była to jego zamrażarka, gdyż po pierwsze piwo pękając nie wyrządziło ani jednej szkody, a po drugie zamarznięte piwo odzyskać łatwo. Jeśli więc spadnie Wam butelka z browarkiem na chodnik, użyjcie do zamrożenia przenośnej butelki ciekłego azotu. Inną metodą na odzyskanie browarka z powierzchni jest słomka z filtrem antypiaskowym.

Korzystając z niedzieli oraz zmuszeni brakiem ciszy nocnej i pragnący spać przyjechaliśmy na wieś. Wyjechaliśmy grubo po 19, gdyż niektórzy pracowali, inni spali a jeszcze inni szyli i o maływłos nie skończyli sukienki. Jazda o takiej porze pozwoliła nam ominąć korek i pierwszy raz w mojej karierze kierowniczki skręciłam w lewo na Hucisku od razu zamiast robić pętelkę prosto-prawo-prawo-prawo, którą do tej pory praktykowałam. Jazda o takiej porze przypominała jazdy sprzed wielu miesięcy, gdy o takiej porze jeździliśmy na wieś właśnie.

W Wyczechowie znaleźliśmy się tuż po 20, co tez było podobne do tradycji, bo zawsze przejeżdżaliśmy przez ową wioskę w ostatniej chwili albo spóźnieni. Ostatnia chwila jest przed dwudziestą, gdyż o tej godzinie zamykany jest przybytek zwany Gościńcem. Mają tam najlepsze kabanosy. Lepsze od zapasów, które wieźliśmy dziś.

Spóźnieni stukaliśmy w szybę, ale nikt nie otwierał. Robiłam błagalne miny i nie ustępowałam i wyszedł pan, spytać czego. Poprosiłam o dwa kabanosy. Pan odparł, że są, ale że kasa już zamknięta. Wówczas jednak pokazał się i Mąż ze Staszkiem i pana widok naszego kompletu przekonał. Odbyło się to w słowach „A skoro pan już tu jest, to proszę”. Sprzedano nam dwa kabanosy i mogliśmy jechać dalej. W Lidlu znaleźliśmy się na czas, bo krótko przed 21. Mogliśmy jeszcze zażyć sloł liwingu i kupić sobie ciastka na jutrzejszy piknik oraz lekkostrawne skrzydełka na jutrzejszy grill.

Ach, i można powiedzieć, że skoro wyjechaliśmy chociaż na niedzielę, to znaczy, że mamy majówkę. Nic bardziej mylnego. My majówkę dopiero chcemy mieć. W maju. Zeszłego maja** miałam szczęście patrzeć jak na majówkę pakował się sąsiad z dzieckiem, rowerkiem, grillem, lodówką przenośną i zwierzaczkiem i jak z tej majówki w strugach deszczu nadjechał. Podobne szczęście miał i Mąż, bo wołałam go do okna i razem zazdrościliśmy.

*Reszta to dojazdy lub sen.

**Zeszłego maja nie było NIC prócz pierwszego wpisu Cytrynny, gdyż Mąż właśnie drugiego szedł po raz pierwszy do nowej pracy, która to praca doprowadziła do klęski finansowej i zdrowotnej wespół z innymi czynnikami. Jako katalizator.  I odebrała nam majówkę. A rodzinom majówki się należą.

Reklamy

One Response to Nie ma co płakać nad rozlanym browarkiem

  1. Pingback: Majówka z Maurycym* | Świat Cytrynny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s