Bida z nyndzo

DSCN0202Przybyliśmy na wieś niczym Kopciuszki na 3 minuty przed północą, po jednej minucie na każde z nas. Co szczęśliwsi spali po drodze, a innym też się wydawało, że spali, bo NIKT nie pamięta przejazdu przez Wyczechowo.

Planowaliśmy wyruszyć o dwudziestej, ale ponieważ nie było dokąd wyrzucić śmieci, gdyż wszędzie walało się oraz wypełniało kosze pełno puszek od piwa, obsuwa była nieunikniona. Już już byliśmy gotowi, gdy nadszedł moment uruchomienia alarmu, gdyż właściciele mieszkania, w którym pomieszkujemy, chcieli mieć alarm, ponieważ to takie wielkomieszczańskie. Można mieć alarm, włączać i wyłączać go kiedy się zechce. Nieszczęśnikiem, który musiał gadżet załączyć byłam ja, czyli Cytrynna. Chłopcy poszli, a ja zostałam. Uruchomiłam to to, odczytałam napis że czuwanie włączone, podeszłam do drzwi i wtedy zawyło. Szczęśliwie znałam kod wyciszający i jeszcze wiedziałam, który przycisk należy przycisnąć po wpisaniu kodu. Ale bez dwóch siarczystych przekleństw się nie obyło. Język swędzi wciąż a i niesmaku się pozbyć nie mogę mimo zapijania świeżą miętą. Zadzwoniliśmy do eksperta od alarmów, ale on akurat przebywał w toalecie i nie mógł trzymać słuchawki. Czekaliśmy, aż ekspert oddzwoni. Doczekaliśmy się i ekspert poradził, gdzie jest instrukcja, DSCN0198według której można prawidłowo alarm załączyć. Instrukcję znaleźliśmy, lecz jej treść była zgodna z tym, co ja zrobiłam. Podjęliśmy drugą próbę. Tym razem ja byłam wśród szczęśliwie opuszczających dom, a czarną robotę odwalał nasz domowy ekspert- Mąż. Długo to trwało, ale w końcu wyszedł po udanej akcji- w słuchawkach słuch chroniących, które mu kupiłam kiedyś, gdy z ulicy hałasy o dużych natężeniach dobiegały i nerwy szargały (niemiecki szyk zdania).

Obraliśmy kierunek tesko. Tesko jest całodobowe, a nie było jeszcze 22. Skręciłam na Hucisku w lewo, co robię rzadko, ale akurat się dało, to skorzystałam. Nie ma co tłamsić się na darmo. W tesku zamierzaliśmy kupić prezent dla chrześniaka, który przyjedzie jutro, o czym my dowiedzieliśmy się dziś wieczorem. Mąż sugerował jechać do tesko w Kościerzynie, ale ja się obawiałam, czy aby zdążymy do tej Kościerzyny na czas i czy w Kościerzynie tesko też całodobowym jest. Gdańskie tesko nas bardzo pozytywnie zaskoczyło wyborem prezentów. Wybieraliśmy i przebieraliśmy, a w tym czasie synek ściągał wszystko z półek. Ostatecznie wybraliśmy śliczną ilustrowaną Biblię dla dzieci i młodzieży, którą Mąż chętnie by też miał. Do tego dwie płyty z opowieściami biblijnymi starannie wybranymi, gdyż wiemy, że chrześniak słucha płyt czytanych. Ponadto nawinęła nam się milutka gra Super Farmer wymyślona przez polskiego matematyka Karola Borsuka, który dzięki niej wiązał koniec z końcem podczas wojny, a wykonywał egzemplarze na sprzedaż ręcznie wraz z żoną. Pamiętam z wykładów z dziedziny pana Borsuka, że miał on bardzo słaby wzrok i niesamowita wyobraźnię.

Zadowoleni ruszyliśmy DSCN0188do kasy i wielki zonk! Kolejki do kas były ogrrromne jak stąd na Ural. Pracowały tylko nieliczne kasy, a do każdej stało po kilkadzieści osób z pełnymi wózkami. Nie było żadnych kas pierwszeństwa, kasy samoobsługowe były jeszcze gorzej oblegane. Musieliśmy zrezygnować. Starannie poodkładaliśmy nasze prezenty na miejsca, a nie byle gdzie jak należało i odjechaliśmy. Pędziliśmy ile gazu w nodze i ostro testowaliśmy, ile fabryka dała. Na jednych światłach musieliśmy zmienić pas na lewy po to by startować jako pierwsi a nie drudzy. Wystartowaliśmy i zaraz potem wróciliśmy na prawy pas. Facet z prawego pasa miał porządne auto z Francji, ale refleks słaby. Po wielu kilometrach, gdy ja odważyłam się pędzić zaledwie 90-tką, on mnie wyprzedził.

Przybyliśmy do Kościerzyny. DSCN0187Musieliśmy zaparkować w najciemniejszym zakątku parkingu i ustawić nianię Lulaczkowi, co by nikt życzliwy się o niego niepotrzebnie nie zatroszczył. Weszliśmy do sklepu i… zonk gorszy od tego z kasami w Gdańsku. Okazało się, że tesko tesku nierówne. Książek było na lekarstwo, ale raczej dla niebyt obłożnie chorego. Kilka powieścidełek na regale „top 10”. Wśród zabawek były też książki dla dzieci, ale raczej dla dzieci w wieku naszego synka. Gra „25 gier” była o 10 złotych droższa niż w Gdańsku. Farmera nie było wcale. Płyt żadnych. Chodziliśmy dookoła i między półkami nie mogąc nadziwić się. Fejspalm straszny. Zdecydowani nie kupować byle czego, nie mogliśmy kupić nic. Dla zasady chcieliśmy w ogóle nie robić zakupów, ale tesko ma herbatę, którą pijam czasem i to w cenie niskiej, a jak już braliśmy herbatę, to wzięliśmy i ciastka na jutrzejsze pikniki…

Zachęcam do zwrócenia uwagi na Męża, który ma bardzo kształtne łydki. Ponadto jest to Mąż klasy inwalida, gdyż dziś w pracy (a wcale nie pracuje fizycznie) oberwał cegłówką w kręgosłup.

DSCN0192

Reklamy

Dragostadintej czyli rów wodą płynący

DSCN9953Tak fatalnie nie zaczął nam się jeszcze żaden dzień. Syn odmówił śniadania, które było wyjątkowo apetyczne i składało się z dziewięciu gofrów domowej roboty. Poszliśmy na Mszę do dominikanów, którzy trzymają wodę święconą w wielkim plastikowym wiadrze, które niejedno pamięta i wygląda dosyć obskurnie i niegodnie. Syn eksperymentował z różnymi zabawkami, których było pełno, gdyż dzieci było dziś mało. Msza sama w sobie nie przyczyniła się do fatalności dnia, może poza tym, że mi akurat było nieco słabo. Synek leciał trochę na świeczki i kiedy klęczał obok klęczącego taty, po czym klęczał jeszcze sam z siebie, uklękła obok niego dziewczynka. Potem zaczęli się wraz z dziewczynką wymieniać świeczkami. Ona potrafiła świeczkę odpalić, a syn kładł świeczkę dnem na palącej się świeczce i gasił. Wcześniej Mąż pokazał synowi, że się wrzuca pinionżek i można świeczkę odpalić. Kiedy jednak syn i dziewczynka robili takie fajne rzeczy, nadeszła mama dziewczynki o nieco pomarańczowej twarzy i naturalnej barwy uszach i krzyczała na dziewczynkę i o łzy ją przyprawiła i  było to bardzo przykre. Jeszcze przykrzejsze było, gdy dziewczynka w buraczkowej spódnicy, córka pana w morelowych (!) spodniach się zbulwersowała na głos, że chłopiec (to o Staszku), DSCN9949a bawi się lalą. Lala była z dominikańskiej puli zabawek i była miła, bo mrugała, a ciałko miała miękkie. Ja bardzo popieram zabawy lalami w Stasim wydaniu i udawanie, że lala robi a-a i że lala pije i uważam, że są świetne, dopóki synek nie udaje, że karmi lalę piersią.

Mieliśmy sprytny plan, że skoro tylko się chmurzy jak gdyby nadchodził grad i ulewa, a wcale nie ma padać, co potwierdziły 3 niezależne prognozy, to my sobie popłyniemy stateczkiem komunikacji miejskiej zwanym szumnie tramwajem wodnym. Za cel obraliśmy Westerplatte, gdyż godzina odjazdu tramwaju była nam dogodna. Tramwaj przypłynął i nagle okazało się, że w miarę naszego schodzenia na przystanek, na przystanku się zagęszcza jak gdyby inni się zachęcili dopiero naszym widokiem. Miejsc siedzących poza pomieszczeniem było malutko i wszyscy Niemcy jak jeden się rzucili pchać na trap i zajmować krzesełka. Nam udało się jakimś cudem włączyć do kolejki wózek, ale kolejka była nieugięta. Co i rusz ktoś rzucał „ja się przepchnę bo my tu jesteśmy jedno”. My też jesteśmy jedno. Gdy nadeszła nasza kolej, obsługiwacz rzekł „proszę poczekać na koniec, tak?” Bardzo nas to dotknęło, zwłaszcza, że miejsc nie przybywało, a ubywało. Z żalem i DSCN9971bulwersem musieliśmy zrezygnować z zaplanowanego rejsu. Ja to nawet musiałam łkać rzewnie na mężowskim ramieniu. Poszliśmy dalej próbując wykoncypować jak zrobić piątek wolnym (dla wolnego piątku przez trzy dni będę szła na po jednym zajęciu, na przykład w środę na siódmą rano (!), a środowego wieczora wsiądziemy do auteczka i pomkniemy na wieś. Gdy doszliśmy do ławeczki w zielonym ogródku, odpoczęliśmy chwilę, a syn zjadł swój pierwszy banan i próbował ugryźć znaleziony w trawie pręt. Odpocząwszy, poszliśmy jeszcze dalej, aż do stoczni, gdzie znów odpoczęliśmy chwilę na ławeczce a syn gonił gołębie i zapędził ich całe stado przed sobą alejkami w kształcie litery U. Wciąż nie wiedzieliśmy jak spędzić dzień, na który plan nam zepsuto. Była to już właściwie pora obiadu, ale wiadomo, że obiad na mieście się nie opłaca. Tydzień temu zjedliśmy dwa naleśniki płacąc 16 zeciszków za każdy a były tak małe, że tylko wzbudziły głód nie zaspokajając go ani trochę. Mąż znał tanią pizzę w Sopocie i planowaliśmy tam się DSCN9980udać. Znamy też oboje pizzę w Auchan, ale autobus tam jedzie pół godziny i jeździ co pół godziny. Szliśmy w kierunku wspólnym dla pociągu skm do Sopotu i startu autobusu do Auchan, gdy zobaczyliśmy jadący autobus do Auchan. Akurat zatrzymało go czerwone światło na którym my przechodziliśmy. Uśmiechnęliśmy się do kierowcy i on był gotów nas wpuścić, mimo iż nie był to przystanek, ale wózek nie dał rady się przecisnąć przednimi drzwiami, a  na inne nie było czasu, gdyż kierowcy zapaliło się zielone i korkowi za nim też. Szliśmy więc dalej myśląc, że pojedziemy do Sopotu. Ja znów musiałam łkać jak to źle i nic się nie układa. Wtedy okazało się, że jest jeszcze gorzej, bo żeby wejść na peron skm trzeba pokonać zardzewiałe bardzo wysokie schody, które w każdej chwili mogą się rozsypać. Oraz że trzeba skasować jakieś bilety, ja mam pełen portfel biletów nieaktualnych, a się nie kupi. Mąż przejął inicjatywę i zawróciliśmy łapać autobus dokądkolwiek.

DSCN0069Szczęśliwie minęło prawie pół godziny i wkrótce miał odjechać kolejny autobus do Auchan. Tym sposobem 3 godziny po podpisaniu petycji optującej za wolną niedzielą znaleźliśmy się w centrum handlowym. Syn spał a my zjedliśmy gigantyczną pizzę słuchając muzyki z dawnych lat. Po skończonym posiłku syn zbudził się. Chcieliśmy oglądać zabawki,  ale z synem który już nie spał to nie za bardzo. Syn zresztą przelał się przez rajtuzki i spodenki. Musieliśmy go przewinąć a jak to zwykle bywa, kibel dla inwalidy nie był czynny. Gdyby to było rutynowe przewijanie, dalibyśmy radę, jednak to było kompleksowe przebieranie i tutaj robienie tego publicznie by zwrócić uwagę na problem nie za bardzo wchodziło w grę. Spytaliśmy ochroniarza i on zdradził nam sekrecik- przewijak jest w centrum zabaw i można tam pójść za darmoszkę w tym celu. Poszliśmy. Akurat był czyjeś urodziny ale wpuszczono nas i tam syn zaznał suchości. To bardzo miłe uczucie.

Opuściliśmy centrum handlowe i poszliśmy spacerem szukać zieleni. Znalazła się bardzo szybko na pobliskim nowo powstającym osiedlu które póki co jest urocze. Wówczas też się okazało, że zapomniałam zasmaczacza do wody zwanego też herbatką, lecz także że syn przyciśnięty pragnieniem wypije samą wodę.

Szliśmy a synek, który ostatnio wyskakuje z wózka lub wyczołguje się z niego dołem, wyczołgiwał się pod pałąkiem raz po raz nogami blokując od razu koło i hamując pojazd. Szliśmy i syn szedł przy wózku, a było to względnie bezpieczne, lecz gdy widział schody w dół, nie potrafił im się oprzeć i chciał schodzić raz po raz. A my mieliśmy do pokonania 10 kilometrów po prostej (lub odpowiednio więcej uwzględniając atrakcje zielone), gdyż żeby obiad nie wypadł burżujsko, należało wrócić pieszo i oszczędzić 3 złote na biletach.

DSCN0077Idąc, dotarliśmy do zlewiajki, w którą się udaliśmy, gdyż była kusząca i zielona. Szliśmy więc uliczką, która wieś przypominała. Domy były miłe z ogrodami i psami. Jeden dom miał nawet kury. Inny dom miał psa i dzieci lat 4 i 3. Synek podbiegł do płota, bo był tam pies, a z drugiej strony nadbiegły dzieci i dziewczynka (4) przedstawiła nam siebie i brata, po czym opowiedziała, gdzie byli i co widzieli. Gdzie indziej był pies typu haski z kaprawymi oczkami i początkowo był miły i wodził całym sobą za synkiem, który wkładał mu łapy przez płot w różnych miejscach. Kiedy jednak synek zdecydował się nacisnąć dzwonek na furtce, pies się nagle wkurzył i podniósł psi wrzask a wraz z nim inne psy z tej ulicy. Odeszliśmy z niesmakiem.

Idąc dalej zielonymi uliczkami sympatycznego osiedla, doszliśmy do blokowiska. Był czas karmić czymś synka, a my mieliśmy słoik. Znaleźliśmy względnie dalekie od ulic podwórko z dziećmi, piaskownicą, huśtawką i zakazem psów… Synek gmerał w piachu (ciekawe czy był to specjalny piasek do piaskownic kupowany na kilogramy…) i jadł. Skądinąd podwórko było bardzo miłe i przypominało całym sobą podwórko z mojego blokowiska a piaskownica była taka wielka i prawdziwa i ławek było mnóstwo! Biegających dzieci było kilka i miały na oko od 3 do co najwyżej pięciu lat. Jedna dziewczynka chciała wcisnąć najmniejszemu chłopcu trawę do buzi (wkraczając na podwórko zauważyłam już ślad wymiotu trawą), chłopiec uciekał, ale wtedy jego niewiele starsza siostra stanęła  w jego obronie i poprosiła dziewczynkę, by zostawiła M., bo jest jeszcze malutki i po tym choruje. Dziewczynka przekonywała, że gdy ona zjadła piach, to szybko wyzdrowiała. Wtedy siostra zabrała braciszka i rzekła mu, że idą do domu, lecz dziewczynka z trawą DSCN0109nie dawała za wygraną. Siostra zawołała mamę przez balkon i mamie powiedziała, że chcą iść do domu, bo M. robi się niegrzeczny. Przyciśnięta przyznała jednak też, że jej koleżanki dokuczają M. Ja się mało znam na stosunkach podwórkowych, ale byłam pod wrażeniem, że nie doniosła na koleżankę z imienia. Na pewno wyrośnie na zaradną kłamczuchę. Był tam też mały chłopiec uwięziony na balkonie, który mógł przez ten balkon patrzeć, ale nikt z nim nie interaktował. Czym mogli się zajmować rodzice gdy w taki niecny, lecz skuteczny sposób pozbyli się syna, tylko przypuszczam… Pod koniec naszego pobytu na tamtym placu zabaw przyszła pani z Misią, czyli pudlem. Pilnowała jednak by nie narobił do piaskownicy. Pani i synek się polubili za sprawą Misi. Pani powiedziała, że ma wnuki, co to się półtora roku różnią i że było ciężko, ale nie jej, lecz mamie i drugiej babci.

Była już prawie dwudziesta, a my mieliśmy wciąż  bardzo daleko do domu. Szliśmy, a niektórzy mieli już dość. Wtedy inni mówili im, że niewiele drożej niż za bilety, zapłaci się za taksówkę. Szliśmy znaną trasą, którą wyjeżdża się samochodem z miasta i gdy sympatyczniejszy z nas powiedział, że samochodem milej się tą trasę pokonuje, ten drugi zakpił, że samochód jest świetnym wynalazkiem i kto ma samochód, ten ma wszystko. Nie jest oryginalny w tym poglądzie. Ten sympatyczniejszy jednak nie dawał już rady, a i syn nie dawał się zatrzymać w wózku podawanymi dmuchawcami, więc ten mniej sympatyczny (to Mąż) zgodził się złapać autobus. Poważnym błędem było łapać autobus na ostatnie 3 kilometry, ale cóż…DSCN0129

Kierowca po krótkiej chwili jazdy podszedł do nas i kazał nam zrezygnować z miejsc siedzących i udać się na środek, gdzie rzekomo było jedyne słuszne miejsce do przewozu wózka. Nie ruszył dalej dopóki tego nie zrobiliśmy. Mąż chciał dla zasady się kłócić i kazać sobie pokazać punkt w regulaminie (Mąż czyta wszelkie regulaminy, z których korzysta włącznie z umowami licencyjnymi) oraz wrócić na poprzednie miejsce (siedzące), ale ja pragnęłam jak najszybciej i bezkonfliktowo dojechać do domu. Ulegliśmy więc przemocy i chamstwu, po raz trzeci tego dnia dając się publicznie zdyskryminować przez wózek (z powodu wózka nie daliśmy też rady wejść do lasu ani przejść przez płot ogródka działkowego, ale to prywatne sprawy, które nie bolą). Po powrocie zajrzeliśmy do regulaminu, który jednak o wózkach nie traktuje. Jedyne co tam było brzmi: „nie zagrażał bezpieczeństwu i porządkowi w transporcie,nie utrudniał przejścia, nie zasłaniał widoczności kierującemu pojazdem, nie stwarzał możliwości wyrządzenia szkody podróżnym lub narażał ich na niewygodę”. Akurat tam, gdzie pierwotnie zasiedliśmy, nikomu to nie robiło. Tam, gdzie musieliśmy się przenieść, było okropnie. I nie mogliśmy usiąść bo jak to zwykle bywa, siedzieli inni.

DSCN9987

Browar do kiszenia ogórków

DSCN9902Cytrynny nie traktuje się tu dobrze. Dziś wieczorem na przykład została obdarta z własnego laptopa, gdyż inni, ważniejsi i silniejsi, potrzebują go. Są to osoby tak ważne, ze mogą sobie wziąć i laptop i wszystkie dyndające w pokoju kable od internetu i Cytrynna, jeśli koniecznie zechce pisać, to sobie może- w bardzo niefajnoklawiaturowym laptopie rodziców z jeszcze gorszą myszą, a ponadto żeby wysłać swój tekst (bardzo ważny) w internet, będzie musiała udać się do Staszka pod łóżko, gdyż on pilnuje ostatniego z kabli.

Bardzo ważne jest, żeby akurat dziś pisać, bo jest bardzo dużo zasmuceń i bulwersów. Ot, chociażby że około 21:30 biły dzwony w wielu okolicznych kościołach. Biły dla beki, bo mamy dni miasta i noc restauracji. Wcześniej wyły syreny, potem biły dzwony. Dzwony biją na ogół gdy dzieje się coś ważnego lub strasznego, a czasem dla beki.

Albo taki Staszek, co to jest małyDSCN9889. Zaciąga nosem i robi wokół tego aferę, a Cytrynna ledwo oddycha, ale nie może nawet zlegnąć, bo gdy ona zlegnie to odezwą się głosy pretensji, że demotywuje innych, którzy zlegać nie powinni.

Kolejną kwestią jest, że mimo opłacenia zamówienia blisko tydzień temu, nie nadszedł nowy Marcin Wolski, na którego to Cytrynna ma chrapkę, bo lubi wolskie pisanie i jego przemycanie wśród sensacji wątków kościelnych. Wolski pisze i ktoś go czyta, a przesłanie samo idzie. I niektórych (na przykład takie Cytrynny) cieszy. Do wtorku nie nadejdą też i kalosze z Igglem Pigglem, którego to Staszek bardzo lubi i którego lubią jego rodzice odkąd synek miał dwa bodziaki z tymże. Brak kaloszy to inna para kaloszy, ale we wtorek czeka nas przymusowy wyjazd sanatoryjny na wieś bo akurat się wieś zwalnia i tylko głupi by nie skorzystał. I buty z gumy by się przydały.

Kilka dni DSCN9888temu nadeszły zamówione kilka dni wcześniej naklejki informujące kierowców, że źle zrobili. Od razu wypuściliśmy się wieczorem na miasto w poszukiwaniu takich nieświadomych kierowców, ale widać im ciemniej, tym łatwiej im przestrzegać przepisów i sawła wiwru, bo nikt nie zaparkował źle. Bardzo chciałam nakleić choć jedną, bo wiadomo- frajda jak nie wiem co, ale umiem powściągać takie emocje. Dziś nie musiałam powściągać, bo trafiła się wyśmienita okazja do rozładowania życiowej frustracji. Popychałam akurat własny wózek z własnym synem, którego odebrałam od własnego Męża z zajęć ze studentkami (podobno robił tam furorę, ale na mój widok sam wszedł do wózeczka) i szłam chodnikiem, aż nagle się okazało, że skończyło się przejście, bo zatarasował je pewien francuz w dość ładnym, prawie kobaltowym kolorze. Mi tam się udało go wyminąć wjeżdżając wózkiem na znajdujący się 25 centymetrów wyżej trawnik, ale okazja do obdarowania francuza naklejką była!

Należy DSCN9914także wspomnieć, że aby móc popchnąć wózek na francuza musiałam z tym wózkiem przejechać się uprzednio tramwajem. Była to godzina poza szczytowa i ruch w komunikacji nieduży. Były nawet wolne miejsca, ale akurat nie w przestrzeni z łatwym wjazdem dla wózka. W owej przestrzeni na fotelikach oznaczonych znaczkiem foteliki z krzyżykiem siedziały dwie wypacykowane laski i gawędziły wesoło w ogóle nie myśląc, że jedzie matka z dzieckiem i to dziecko usiłuje wyskoczyć z wózka, a matka musi utrzymać równowagę dla siebie, dla wózka i jeszcze dla tego wyskakującego dziecka. Gdyby chociaż mogła przykucnąć tam, gdzie one trzymały nogi i od frontu zagadywać dziecko co by siedziało… Ale nawet tyle nie mogła. A dziecko jak to dziecko, nieświadome, że robi źle, szczerzyło się do tych lasek! A one między sobą komentowały szeptem wrażenia z podrywu. I nie wstały aż do chwili gdy wysiadły. A abstrahując od matki z dzieckiem, to wsiadali też ludzie starsi i ich także laski ignorowały.

DSCN9877
Wszystko to jednak nic w porównaniu z zawodem jaki może sprawić osoba bliska i raną jaką taka osoba zadać może. Zbliża nam się koniec czasu płodnego. Jest to dla nas zawsze duże święto, które celebrujemy, na które czekamy, z okazji którego idziemy na jakąś randkę (choćby i z synkiem) i z której to okazji dostaję zawsze jakiś malutki prezent. Każdy taki koniec czasu płodnego jest magiczny niczym Pierwszy Raz. I oto zjawia się przyjaciel domu, człowiek (do tej pory) wysoko ceniony, choć nieżonaty i nie rozumiejący magii, przekonany, że mąż to po prostu ktoś, kto kupił browar, przepłacił oczywiście ale za to może mieć piwo kiedy chce i mówi ktoś taki mężowi (a mąż zapominając, że ma do czynienia z księżniczką, powtarza to żonie): „no to idź pan zakisić ogóra”. Jestem oczywiście przewrażliwiona, skoncentrowana na sobie, neurotyczna i tak dalej, ale nikt nigdy nie zrobił mi czegoś tak bolesnego i to tak małym wysiłkiem. Nie miewam gul w żołądku ani przełyku. Nigdy. Dziś mam przez cały dzień. Można obrzydzić ogórki kiszone i zabić całą magię w jednym. Jak ją odzyskać?

DSCN0074

Maślaczek

DSCN9593Nie będzie to wpis o moim maślanym Mężu ani nawet o maśle, którego nam zabrakło wczoraj późnym wieczorem. Będzie to jak zwykle wpis o dzisiaju.

Trzecia niedziela maja jest u nas od lat świętem barszczu. Konkretnie to od zeszłego roku. Przy czym rok temu jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Tym razem wypadła nam w tak zwane Zielone Świątki, które vox populi zwykł tak nazywać. Ponieważ jest to niedziela maja, to sama nazwa wskazuje, że restauracje wcale nie czekały na gości z barszczami, bo miały komplet swoich, porządnie ubranych. My też nie jesteśmy zbyt bogaci i celebrowanie barszczu na Kaszubach ograniczyliśmy do dwóch znanych, wypróbowanych i najlepszych restauracji.

Pierwszą z nich było oczywiście Wyczechowo, gdzie zamówiliśmy dwa barszcze i 3 paszteciki, co kosztowało dokładnie tyle co dwa barszcze z pasztecikiem. Jednego pasztecika mieliśmy więc za darmoszkę jako zorientowani lecz nie stali bywalcy. DSCN9726Zajęliśmy stół w altance i synek przerzucał kamyczki oraz chodził dookoła altanki. Przynosił też mlecze, lecz nie zrywał innych kwiatów, gdyż ma mnóstwo wyczucia. Nami się zainteresował, gdy na stół wjechało żarełko. Paszteciki były solidnie mięsne i bardzo smaczne, gdyż Wyczechowo słynie ze swoich mięs, co potwierdziła odręcznym podpisem sama Magda Gessler. Synek skuszał się na przydzielony mu pasztecik tylko po zanurzeniu tegoż w barszczu. Było bardzo sielsko i miło, aż nagle synek zaczął zwracać spożyte mięsiwo. Bardzo ubolewaliśmy nad straconym posiłkiem, na który każde z nas z osobna i oboje razem lecieliśmy, ale był to w końcu ten pasztecik za darmoszkę, więc jakoś to przeżyliśmy.

Jechaliśmy dalej a synek pił i było mu coraz lepiej (nie było mu wcale źle). Dano nam znaki, ze będzie policja i była. Chcieliśmy przystanąć w innym lokalu, ale pełen był wystrojonych ludzi. Dotarliśmy do Kościerzyny, w której skorzystaliśmy z kolejnego nie używanego przedtem parkingu. Poszliśmy do Lemon Tree, którego barszcz jest bezkonkurencyjny. Pamiętano nas oczywiście. Oddałam synkowi 80% moich kołdunów. Zjedliśmy i pojechaliśmy do domu po wózek i koc piknikowy.

DSCN9675Przejechaliśmy do „naszego” zagajnika w L. i stamtąd odbywaliśmy piesze wycieczki dopóki synek nie spał. Potem mieliśmy piknik, a potem synek zasnął i dalej wycieczkowaliśmy. Szliśmy przez las i rosły jagody. Prawdziwe jagody, które za kilka słonecznych dni dojrzeją. Przeszliśmy nawet koło ambony, na którą co niektórzy wdrapywali się dwa dni (!) przed porodem. Akurat ci co rodzili się nie wdrapywali. Synek spał i spał a my szliśmy i szliśmy. W pewnym momencie minęli nas kolesie w golfie dwójce puszczający techno, lecz podczas mijania jechali naprawdę powoli i wyciszyli techno zupełnie. To była kulturka.

Wróciliśmy do domu, gdzie byli już rodzice oraz mrówki które sobie w kuchni wyhodowali. Pożyczyliśmy od taty lepszy klucz i zagoniliśmy Cytrynnę do wymieniania kół w Lanosie, gdyż z powodu uszkodzonych felg nie można ich było wymienić wcześniej. Cytrynna jest jedyną osobą w całej rodzinie, która się do czegoś nadaje. Akurat kręciła śrubkami i z lewej strony przyglądał jej się Mąż, a z prawej teść, na plecach siedziała jej setka komarów i gryzła, a w tym czasie Staszkowa babcia powiedziała matce synka, że on brudnymi rękami dotyka twarzy i co robić? Tylko Cytrynna potrafi umyć ręce dziecka dokładnie i to bez krzesełka, DSCN9665na którym to dziecko by stało. Cytrynna zrobiła swoje z poświęceniem wielkim. Nogi ma całe pogryzione, a plecy swędzą też bardzo. Dzisiejsze powtórzenie zdjęć do kalendarza Pirelli przyniosło nową wiedzę teoretyczną o zmienianiu kół. Jeśli ktoś kiedyś straci koło w naszym towarzystwie, my wiemy jak je fachowo odkręcać.

Po zmianie kół zajęto się rozglądaniem. Wyrosło dużo niezapominajek i jest bardzo ładnie zielono. Królik miałby używanie. Kolejny rok pojawiają się dzwonki sadzone w 2010, które jednak mają tylko liście, od lat niezmiennie. Cytrynna, która zawsze dojrzy grzybka, dzis dojrzała maślaczek. Prawdziwy. Dzisiaj. Są dowody, że zdjęcie powstało dzisiaj. Za płotem rośnie taki jeden.

Z powodu obsuwy czasowej musieliśmy odwołać wspólny przyjazd do rodzinnej wioski Cytrynny i biedaczka jutro sama musi szurnąć pociągiem ze Staszkiem, a żadna to przyjemność szurać pociągiem, ale i szurać dzisiaj po nocy by nie było zbyt miło. Dzisiaj jechała do Gdańska przy zapadającym zmroku i panowie jełopy świecili jej w oczy swoimi światłami. W pewnej chwili jeden okropny jełop oślepił ją DSCN9759na zakręcie i Mąż twierdzi, że nieswoim pasem jechała, ale to nieprawda. Mąż twierdzi, że prawda i że jełop aż ostrzegł zapalając długie. Ale Cytrynna jest przekonana, że pasa nie zmieniła (Męża też oślepiło i mylić się może), natomiast długie światła jełopa były odpowiedzią na puszczone przez Cytrynnę światła, które miały jełopa przywołać do porządku, co by nie walił po gałkach. To prawda! Tak było.

Wjazd do miasta był oczywiście najgorszym elementem podróży. Mimo, że po wjechaniu do miasta droga robi się jak w stolicy i można sprawdzać ile fabryka dała (Cytrynna zawsze sprawdza) oraz poprawia się widoczność na drodze dzięki latarniom i jest naprawdę na poziomie, to jednak miasto daje odczuć, że jest miastem i to niefajnym miastem. Po mieście grasują Niemcy! Jeden Niemiec i to w autokarze znalazł się na Cytrynninym pasie, a było to zbyt blisko celu by opłacało się pas zmieniać i znów zmieniać. Zresztą nikt się nie spodziewał, że z Niemca taki słaby kierowca. Zasłonił widoczność, hamował zbliżając się do świateł (ledwo co zdążył na zielone on i Cytrynna), nie ruszał DSCN9807na innym zielonym zbyt żwawo, a przegiął, gdy na skrzyżowaniu, na światłach stanął i zapalił awaryjne (blokując widoczność i możliwość zmiany pasa) po to tylko by zgarnąć laskę. Ruszył z laską po to, by 300 metrów dalej stanąć pod hotelem (brał ją na 300 metrów prostej drogi!!!). Cytrynna gotowa była wyjść z siebie, ale tylko trąbiła i trąbiła. Wysadziła chłopaków i pojechała odwieźć auteczko. Gdy odwoziła, na niedawno załatanej ulicy Tandeta o mało co nie wjechała w PENISIARSKO zaparkowany peżot. Peżot stał we wlocie do ulicy w odległości bezsensownej od krawężnika i wymuszał by mijająca Cytrynna korygowała wjazd w zakręt oraz szurała felgami po przeciwnym krawężniku.  Gdy opowiedziała o zdarzeniu swojemu spokojnemu stoickiemu Mężowi chcąc zaproponować rozwiązanie podobnych problemów na przyszłość, Mąż sam zaproponował oczekiwane rozwiązanie i w efekcie już opłacone, w drodze do nas jest 100 naklejek za złe parkowanie, ale nie takich wulgarnych jakimi nas potraktowano, lecz karnych łosi.

DSCN9760

DSCN9557

W cytrynny przyobleczona

DSCN9188Taka okazja, że dom na wsi stoi przez cały dzień pusty, ostatnio się nie zdarza. Taka okazja, że Mąż decyduje się nie pracować w sobotę też dawno nie miała miejsca. Tym razem musiał nie pracować, lecz odpoczywać, bo dwa ostatnie tygodnie robocze- 80-godzinny(!) i 50-godzinny wyczerpały go zupełnie i przyprawiły o gorączki. Dom na wsi stał dziś pusty, gdyż rodzice zajmowali się wygrywaniem regat. W związku z tymi okazjami… zostaliśmy w mieście. Pewna organizacja kościelna, do której zachęcili nas nasi goście, miała dziś wyjątkowo spotkanie formacyjne w naszym mieście i to niedaleko, zamiast w odległej Gdyni. Byliśmy, poszliśmy, zmokliśmy i zostawiliśmy swoje numery i adresy imejlowe i wkrótce będzie z nami utworzony krąg. Miło nam było bardzo, że nikt nie spytał, czy braliśmy ślub z powodu wpadki jak to na ogół się nas pyta*.DSCN9105

Mieliśmy też w planach noc w muzeum, gdyż dziś muzea tylko na nas czekają, ale zmoknięcie zniechęciło do opuszczania domów i oto mogę siedzieć i opisywać jak spędziliśmy uroczy rodzinny dzień przed spotkaniem, które nas w mieście zatrzymało.

Jak zwykle zaplanowanie dnia nie było możliwe. Dzień zaczął się rano od zerwania różańca przez Staszka, który tenże sobie na szyję założył zdobywszy uprzednio z wysoka. Były tez oślizgłe parówki, gdyż w pobliskim bomi źle je dla nas przechowano. Zamiast nieudanych parówek (dobrej jakości i drogich!) zjedliśmy bułeczki świeżo przez Męża przyniesione i ubrawszy się jak pasująca do siebie rodzina, poszliśmy na targowisko.

DSCN9525W drodze spotkała nas sukienka wyrażająca Cytrynnę. Sukienka w cytrynny! Zastanawialiśmy się nad nią przez cały spacer, gdyż kosztowała bardzo dużo, ale tłumaczył to fakt, że była zupełnie nowa i ometkowana. Na targowisku, mimo bardzo wczesnej pory, najlepsze stoiska już się zwijały. Samochód sprzedający bibeloty był prawie zapakowany. Zostały tylko 3 kartony a jeden z nich… musiał być nasz! Zawierał same misie. Stargowaliśmy ponad 20% i ponieśliśmy zdobycz! Zdobycz utrudniała spacer bardzo, a chcieliśmy jeszcze karmić nieodległe kaczki. W pośpiechu kupiliśmy pomidorki, rzodkiewkę i szczypior oraz jaja od pana, co to je z okolic wsi przywozi i zapewnia poczucie, że to lepsze jaja od innych i skierowaliśmy się do domu, gdyż blogerce bardzo ciążył karton (a i tak był lepszy od obładowanego wózka do popychania). Gdy mijaliśmy sklep z sukienką w cytrynny, sam Mąż naległ by wejść doń i sukienkę nabyć, choć kosztowała 28 złotych! Tym sposobem na nadchodzący dzień matki otrzymam od moich chłopców sukienkę, która mnie wyraża.

DSCN9213Kupiliśmy mięso na rosół i wtedy się okazało, że nie zdążymy na następny punkt planu, czyli rejs promem wodnym po kanałach miasta. Wówczas Mąż, niezrównany organizator zaproponował rejs Lanosem po ulicach miasta w kierunku morza. Mimo, że godzina odpłynięcia Lanosa nie była taka precyzyjna, jak to było w przypadku promu wodnego, udało nam się opuścić dom bez zbędnej zwłoki. Wciąż krążyła nad nami klątwa pani sprzedającej banany, która rzekła od niechcenia, że chyba zaraz będzie padać. Pojechaliśmy nad morze, spacerowaliśmy, rozmawialiśmy, jedliśmy, byliśmy na molo, tam mieliśmy piknik, zeszliśmy na plażę, pluskaliśmy się w wodzie wraz z łabędziami, synek doceniał i kontemplował piasek. Ja skakałam przez fale. Tłumy opalały swe bardziej lub mniej foremne ciałka. Niektórzy żłopali browarek. Inni nie. Mnie spiekło słońce pod kolor sukienki, która była oczywiście samoszyta i wczoraj w nocy kończona pośpiesznie. W pewnym momencie zaczęło się trochę chmurzyć. Wówczas poszliśmy spacerować poza plażę. Dospacerowaliśmy do Leclerca, który jest jedynym sklepem w mieście oferującym herbatkę Stasia (akurat dziś nie oferował) i ulubioną herbatkę Cytrynny (to są dwie różne herbatki). Zjedliśmy tam naleśniki w nowootwartym DSCN9236Malinowym Chruśniaku. Synek zdążył się wyspać i też jadł. Potem spacerowaliśmy z powrotem. Było uroczo. Były kucyki. Synek karmił jednego trawą, którą niósł mu z daleka. Synek specjalizuje się też w zrywaniu mleczy i wręczaniu ich rodzicom. Jest bardzo maślany, prawie tak jak Mąż. Ale obaj są jednocześnie twardzielami, którzy w nocy nie potrzebują kołderki, a w dzień sweterka. Koło 18 wsiadaliśmy do auteczka i pojechaliśmy na spotkanie, na którym synek był wzorowy, cichy, bawiący się i uroczy, jak nie całkiem on.

*Oczywiście pytanie jest zawsze zawoalowane i owinięte w bawełnę i dzieli się na dwa pytania niezależne: kiedy braliście ślub oraz ile ma dziecko. Pozdrawiam tu Maurycego, który goszcząc nas przy swoim stole, też zadał identyczny zestaw pytań:D

DSCN9059

Chowamy księdza

Ale mam długiego!

Ale mam długiego!

DSCN9382

Tajemniczy ogród

Tajemniczy ogród

DSCN9433

DSCN9450

DSCN9265

Zbrodnia, kara, litr wina…

DSCN0930Mój Mąż jest bardzo fajny i kto go zna, ten o tym wie. Jeśli nie wie, to znaczy, że zna go za mało. Najfajniejsze w moim Mężu jest to, że nigdy nie ma czasu, w związku z czym nie da się mieć go dość. Nie ma go dość (w sensie wystarczająco) nawet własna żona.

Żona jednak ma pierwszeństwo do tego czasu Męża, którego nie ma on sam. Z racji bycia żoną żona dostaje czasem podarki. Ostatnio Mąż postanowił sprezentować żonie film, na który z racji posiadania małego dziecka nie mogli pójść razem do kina, chociaż bardzo chcieli. Są podstawy przypuszczać, że ma w zanadrzu jeszcze dwa filmy z podobnych przyczyn nieobejrzane. Tym razem jednak filmem-podarkiem była Anna Karenina.

W wieczór następujący po wręczeniu podarku Mąż wrócił do domu już o 20. Gdy jechał pociągiem, rozmawiali o planach na wieczór i o wspólnym oglądaniu filmu. Żona nie wiedziała, a Mąż się nie spodziewał ale rozmowa prowadzona z pociągu była świetnym sposobem na podryw.

Dziewczę siedzące nieopodal po skończonej rozmowie zagadało, że zazdrości zonie takiego męża i że Kareninę uwielbia i Mąż dał się zagadać i każde z nich wie o tym drugim, czym ono się zajmuje, ale Mąż nie przyznaje się do wymiany numerami telefonów a żonę dziewczę pozdrowiło.

DSCN00012Cóż, jeśli chodzi o film, jesteśmy w trakcie, bo trzeba było iść spać o sensownej porze. Bardzo ładny jest i spektakularny, ale… no właśnie. Nie jestem już głupiutką dziewczynką sprzed lat i zamiast się podniecać i przeżywać jak by wypadało największym klasykiem, prawdziwą historią miłosną o ponad stuletniej tradycji, gorszę się i bulwersuję, a przezywam jedynie tego biednego męża. I jeszcze o Annie mówię „ma za swoje”. Mój Mąż bardzo się cieszy z tej mojej postawy, a mnie ona nieco zaskakuje.

Przecież nie dalej jak wczoraj (to wczoraj było w czerwcu 2008, ale to rzut kamieniem w kalendarzu) oglądaliśmy wspólnie „Co się wydarzyło w Madison County”. Mama moja własna nauczyła mnie zachwycać się tym filmem, czytałam książkę też w liceum jeszcze i kiedy telewizja puściła ten „wspaniały” obraz, postanowiłam podzielić się nim z narzeczonym, a narzeczony, burak jeden, nie dość, że nie docenił i nie zrozumiał, to jeszcze się przyczepił i chyba z miesiąc nie dawał spokoju. Bulwersował się filmem mocno a moim zachwytem jeszcze mocniej. Ja potem oczywiście przeczytałam książkę znów i drugą część też (do dziś stoją one w moim panieńskim pokoju- nieprzywiezione od lat jakby nie były wcale  ważne!) i płakałam  łzami wzruszenia i przeżywałam wielką miłość utraconą i to jak biedna żona została z tym czystym mężem, którego nie chciała skrzywdzić zamiast być ze swoją wielką „miłością”, przystojnym jak strach na wróble Clintem Eastwoodem.

DSCN0009
Nie wiem, czy dziewczynka, którą jestem dziś, dalej by płakała nad książką (skłonność do wzruszeń mi pozostała). Próbujemy rozmawiać o Annie nie znając jeszcze zakończenia, bo w końcu tłumaczy się, że nie z miłości szła za mąż. Ale małżeństwa innych panien z tamtych czasów i sfer nie są aranżowane przez rodziców, więc i nic nie tłumaczy bohaterki. Gdyby miłość, taka prawdziwa ją spotkała… Z porozumieniem dusz i w ogóle, coś chociaż trochę podobnego do mojego małżeństwa… ale ona ma tylko dziki seks, prymitywny, chociaz oczywiście ładnie ukazany i śmie to miłością zwać… No ja się słusznie bulwersuję.

Drugie dziecko

DSCN8898Od czasu powrotu z majówki jesteśmy wraz ze Staszkiem bardzo zorganizowani. Gdy tylko wybija godzina dziewiąta, myte są ręce, zmieniana jest pielucha, wręczana butelka i maluszek wskakuje do łóżeczka. Tam zasypia lub czeka na tatę co by wrócił z pracy i go pogłaskał. Czasem w tej swojej organizacji przesadza i rano ogłasza całorodzinne budzenie, gdyż jest tak zorganizowany, że wstaje z pierwszym pianiem koguta. Akurat w mieście koguta nie mamy i dzwony też się tak nie dają we znaki jak kiedyś się dawały. A i budowa dawno się zakończyła i sąsiadce słuch się poprawił. Nocą we znaki dają się browarkowcy spod pabu a rankiem najbardziej we znaki daje się słońce. Ale i temu można zaradzić. Dawno temu zakupiłam kwieciste zielone zasłony. Za brzydkie na sukienkę, ale dość ładne jak na zasłony. Dziś zawiesiłam je synkowi co by tez miał swoją jaskinię (my mamy ciemne zasłony i ciemne rolety i chwalimy to sobie prawie tak jak samo małżeństwo). W końcu zacznie odsypiać swoje maluszek biedny.

DSCN8820Chciałam się zająć drugim dzieckiem, przy czym nie zamierzam recenzować tu książki znanej szwabskiej pisarki Szarloty Link, której to książki nie czytałam, ale wiem, że jest na rynku, bo kobiety w mojej rodzinie miewają czas na czytanie takich książek i ja o nie dbam, gdyż dbam o każdego, co czyni ze mnie idealną kandydatkę na mamusię i żonę. Przy czym żoną już jestem a i dziecko mam jedno. Ono wprawdzie nie zdrabnia jeszcze słów, ale „mama” mówi i to bardzo miłym tonem. Zaś Mąż to w ogóle musi być zadowolony, bo jestem fajna przez cały czas a z nim to nikt by nie wytrzymał.

Do życia zbudziła się wiosna i jest kolorowo, zielono, tulipanowo i kwieciście. Pan w tefałenie opowiedział o swojej siódemce dzieci. DSCN8907Pan Kuba ma szóstkę. Koleżance na wuefie rośnie brzuch z tygodnia na tydzień i jest naprawdę uroczy. Zazdroszczę jej, ze ma taki wuef w ciąży. Nie spasie się jak ja, którą wożono pod jezioro samochodem co by się wypluskała. Koleżance znajomej brzuch trzeci będzie rósł, bo ogłosiła to już na fejsie, a na fejsie to się ogłasza, gdy już jest pewne – tak przynajmniej powiedział doktor, który swoim wpływem na nasze życie zasłużył sobie na osobny wpis. I w ogóle. Jest lekko, wiosennie, a nasz synek potrzebuje rodzeństwa. Z niespodziewanych źródeł napływają hasła o zostawianiu jakiejś zabawki dla następnego. Padają też hasła o nie za dużej różnicy wieku, gdyż za duża czyni dzieci nieszczęśliwymi, czego dowodem są dzieci widziane przez źródła na poczcie oraz połowa samych źródeł, która była najstarszym rodzeństwem i źle to zniosła. Komentowano nawet różnicę wieku między dziećmi naszych gości, czy aby nie za duża. DSCN8809Źródła są jedynakami od pokoleń i takie dwuznaczne hasła z ich ust są trudne do zinterpretowania. Nie wiadomo, co źródła sądzą o przeciwstawieniu się tradycjom rodzinnym a nikt się nie wda w rozmowę ze źródłami na temat, bo nie źródeł sprawa.

Faktem jest, że mój zegar biologiczny dojrzał i tyka. Jestem jak kobieta po trzydziestce, która zapragnęła dziecka. Jestem jak dojrzała śliweczka na drzewie i natury nie da się oszukać. Chcę być znów mamusią i toczyć się jak piłeczka. Ale jednocześnie chcę wykorzystac oba semestry przysługującego wuefu, bo jest taki dobry i bardzo ładnie kształtuje łydki. Lepiej niż balansowanie pedałem gazu. I chcę urodzić w sierpniu, bo to też takie dobre. Ale do rodzenia w sierpniu jeszcze pół roku i nie wiem czy da się to tak opóźnić i czy filmy o tym jak synek miał kolki i krzyczał są w stanie pomóc.

f2

f1