W Szarlocie zawsze świeci słońce

DSCN6144W zeszłym tygodniu miał powstać wpis o Szarlocie, ale nie powstał i przeterminował się jak mozzarella z poprzedniego posta. W efekcie z oryginalnego wpisu o Szarlocie pozostał jedynie tytuł.

O.W. Szarlota jest lokalnym centrum rozrywki. Jest to miejsce położone idealnie, gdyż nad sporych (wystarczających) rozmiarów jeziorem, otoczone lasem i zaledwie 2,5 kilometra od miasta, a niecałe 3 od czynnego do północy Tesko. Do tego zawsze świeci tam słońce i to tak solidnie, że w dwóch trzecich przypadków odwiedzenia Szarloty miałam udar i to pomimo okularów i czapeczki.DSCN6999
Nasz tour de kaszubskie ośrodki wypoczynkowe dopiero się rozpoczął, więc porównań nie będzie.

Zacznijmy od nazwy. Nazwa jest apetyczna, ale właściwie zawdzięczona miejscowości, w której ośrodek się znajduje. Kojarzy się z jednym z lepszych ciast, a jak ktoś jest bardziej międzynarodowy, to może i kojarzyć się z seksem. Zajeżdżamy pod ośrodek i parkujemy jako jedyni pod płotem na wypadek gdyby w środku pobierano opłaty za parking [my czyli akurat w tym przypadku my, ale razem z nami każden jeden zwiedzający]. Idziemy przekroczyć bramę i jesteśmy powitani  sympatycznym „dzień dobry” przez pana odźwiernego. Szybko się okazuje, że parking nie kosztuje, kosztuje dopiero stanowisko w cieniu bliżej głównego budynku hotelowego i wtedy już sporo, bo 30 za dobę.

Najpierw idziemy jeść, bośmy głodni. Tawerna jest znakomita, DSCN6148ładna, duża w morskim stylu i jedzenie w cenach przystępnych a jak ktoś chce to i drogo też może być. Bierzemy ćwiartkę kurczaka za 6 złotych, czyli tyle ile kosztuje ona na wagę w mieście. Do tego frytki, ziemniaczki opiekane i dwa barszcze. Jest fajnie, tylko niestety barszcze przychodzą razem z resztą jedzenia. Koleżanka co żyje zagranico i się zna, skrytykowałaby ostro. My jesteśmy drobnomieszczańscy i jedynie fakt ten zauważamy. Poza tym cieszymy się, bo przed posiłkiem przyszła miseczka czereśni. Szkodą jest jednak, że opłacony keczup jest maleńką porcyjką. Stanowczo za maleńką. Przy jednym z sąsiadujących stolików siedzą dwie młode panienki z opiekunami i śmieją się z nas, którzy się całujemy. Ale cóż robić, akurat w radiu leci ‚nasza’ piosenka. Przy innym stoliku siedzi duże towarzystwo typowych bywalców ośrodków z głośną blondyną.

Najedzeni i z pierwszymi objawami udaru zwiedzamy. Podziwiamy przystań i atrakcyjne ceny wynajmu sprzętu pływackiego (5 złotych za kajak i 10 za rower wodny), patrzymy na półgołe grubasy płci męskiej na promenadzie, widzimy świetlicę z animacjami dla dzieci, główny budynek, do którego przylega mający się otworzyć w lipcu 2013 bowling. Chyba się nie otworzy na czas.DSCN7035

Przechadzamy się po pomoście i między domkami, by poczuć klimat wypoczynkowiska. Czujemy. Mąż wspomina, bo był dwa razy na wywczasie. Opowiada, ale ja nie słucham bo udar ogarnia mnie całą.

Najważniejsze są zwierzęta. Słyszeliśmy, że są i oto są. Świnie różnobarwne, ptactwo najróżniejsze, króliki, kozy. Kozy zjadają kuchenne odpadki i dają mleko, więc Szarlota jest prawdopodobnie samowystarczalna w razie wojny. Nie mają te zwierzęta jednak za dobrze. Kozy żrą tylko to co im się zapoda, ani ździebełka trawy nie uświadczą. A my znamy kozę z Juszek i wiemy, że co jak co, ale akurat trawę to koza lubi. Wszystkie czarne świnie albo dopiero co powiły całą hałastrę wieprzków albo przechadzają się ciężko zapłodnione przez jednego knura. Do tego po ich zagrodzie biega jedna biała świnka, o której wiadomo, że gryzie. Nas nie ugryzie, bo jesteśmy za płotem, ale je zapewne kąsa jak żmijka. I każde ze zwierząt egzystuje w pełnym słońcu. Ani jedno drzewo nie rzuca im cienia. A w Szarlocie zawsze świeci słońce.

Jesteśmy w sumie zauroczeni miejscem, postanawiamy wrócić bez udaru za to z synkiem, żeby też popatrzył i zaznał atrakcji. Jeśli przyjadą do nas goście, też ich tam zabierzemy. Tak myślimy wówczas, czyli 7 lipca. Gdy wracamy do auteczka, wzdłuż płotu parkuje PEŁNO aut.d

Wracamy po tygodniu, znów w niedzielę. Znów bez synka, bo on zaznaje innych atrakcji. Jesteśmy lepiej przygotowani na udar. Zresztą jest pochmurnie, tylko w tej Szarlocie słońce wali jak szalone. Na luzie oglądamy koniki, które podobno są. Tak naprawdę nie oglądamy konika, lecz zagrodę dla niego. Koniki ukryte, gdyż ośrodek zarabia słono na ich pokazywaniu. Tuż za zagrodą czujemy smrodek obornika. Powinien być dalej, oznaczony. Od smrodku może rozboleć głowa. Idziemy jeść, bo wiemy, że kartofelki są smaczne i kosztują tylko 4 złote za 200 gramów. Jesteśmy przygotowani jak nigdy dotąd. Mamy w torbie własny keczup. Taniej i smaczniej! Mimo, że kupiliśmy tylko jedne kartofelki i tylko za 4 złote, dostajemy miseczkę-czekajkę czereśni. Podjadamy. Nagle zwalnia się sąsiedni stolik i bogaci wczasowicze porzucają prawe pełną miseczkę czereśni. Jesteśmy starzy i przygięci do ziemi chorobami, ale nie straciliśmy nic ze swej młodzieńczej spontaniczności. Wpadamy na ten sam pomysł jednocześnie. Mąż chwyta resztę naszych owoców w garść i przerzuca do tamtej prawie pełnej miseczki a następniec to nadpełnione naczyńko stawia na naszym spodeczku, zaś nasze puste na tamtym. Za 4 złote mamy podwójną czekajkę. I to w ostatniej chwili. 30 sekund później nadchodzi kelnerka celem sprzątnięcia stolika. Co ciekawe, przy jednym z innych stolików znów jest tamta blondyna i ja jestem przekonana, że ją znam. Mąż twierdzi, że to typowa wakacyjna blondyna, ale nie jest wcale typowa. Chwilę mi zajmuje, jednak rozum mój ogarnia, konstatuje i wypowiada: ona jest pielęgniarką z Gdańska i pobierała mi krew z glukozą. To wtedy, co było tak niemiło, że wylałam morze łez.

Opuszczamy ośrodek, bo widzieliśmy za płotem maliny i 3-osobową rodzinę zbierającą. Jeszcze nam wszystkie zbiorą. Szybko się jednak okazuje, że kicha, lipa! Te maliny słabe są. Różowią się po 3 kulki na owoc. Jeszcze smaku nie czuć, a już korzonek. Szarlota wciąż nas zachwyca. Wrócimy tam z synkiem na pewno.DSCN6145

Wracamy tego samego dnia, ale synek, zamiast być wycieczko-skłonny jest śpiący i chce spać. Parkujemy tylko pod płotem i idziemy okrążać jezioro podczas snu.

Kolejne podejście (zaledwie jeden dzień później) jest strikte rekreacyjne. Nie jemy nic. Wynajmujemy sprzęt pływający. I zonk! Podrożało. Kajaczek kosztuje 8 a rower 15. Zdzierstwo! We Wdzydzach rower kosztuje 10. Wybieramy więc łódź turystyczną na wiosła, bo kosztuje 10 i nie podrożała. Pani daje nam dwa uszkodzone wiosła. Po chwili zostają wymienione, ale czas z tymi trefnymi wlicza się do puli. Idzie nam słabo. Bosman się wymądrza, że nie wystarczy chcieć i lepiej na rower zmienić. Jakby dopłacił różnicę, to może byśmy i zmienili. Łódź ma jednak tę zaletę, że wiosłuje jedna osoba, a druga słusznie sobie odpoczywa. Zresztą po kilku minutach zaczyna iść dobrze i w tyle zostawiamy bosmana i jego głodne kawałki. Wypływamy na środek jeziora i zjadamy tam paczkę czipsów oraz całujemy się. Mąż ma na sobie spodnie w stylu żapan stajl, zwany DSCN6833także ‚jakiej pci’, które zmyślnie wystylizowała mu na ten styl żona, właścicielka kwiczącego z zaniedbania bloga szyciowego. Jesteśmy zadowoleni mimo iż jedno wiosło wiosłuje sprawniej niż drugie i to naprawdę. Ręce wiosłują równo, wiosła nierówno. Na pewno jeszcze wrócimy.

Po udanym kajakowaniu na Wdzydzach,  gdzie kajak kosztuje tyle co rower, czyli dyszkę, decydujemy się pokajakować w Szarlocie za 8 złotych. Minął dokładnie tydzień od ostatniej Szarloty. Zaopatrzeni w butelkę wody i portfelik opuszczamy auteczko i co? Zgadnijcie co. Jest poniedziałek po upalnym weekendzie. Świeci słońce, kwiaty pachną, wzdłuż płotu parkuje kilka aut. Otwieramy furteczkę, wita nas chłopiec, my witamy go. On nam mówi, że „od dziś wejściówka jest płatna, 5 złotych”. No z tyłka se to wyjęli. Przecież to nawet nie jest weekend. Zapewne przeżyli istny najazd ludzi z zewnątrz w upalną niedzielę i wyczuli żyłkę złota. Nie jesteśmy skąpi, oj nie, ale przepłacać nie będziemy. Jest dużo innych ośrodków, jest Kościerzyna z najlepszymi pizzerkami zamiast kajaczka. I jest niemalże tuż obok dużo większe jezioro z dwoma ośrodkami i my mamy gdzie pojechać i co badać. Jeśli wrócimy, to po sezonie.

DSCN6996

a

b

e

f

g

h

Reklamy

Stówka to prawie jak pocztówka

DSCN8388Oto wpis specjalnie dla menażera bloga. Nie jest wcale fikuśny, bo nawet ja nie wymyślę nic fajnego gdy nogi moje muszę bez przerwy drapać. A muszę gdyż pogryzło mnie bydło, czyli komary albo inne giezy. Cała fajność wpisu zawdzięczana będzie temu, że było fajnie. A fajnie było mimo odparzonej pupy dzidziusia. Przedłużyliśmy weekend gdyż niespodziewanie tata wyjeżdża nagle i w dobrym tonie było pobyć z rodzicami co nieco więcej. Ja oczywiście nie miałam przyobiecanych spań synka dla siebie i na swoje sprawy. Nie miałam też wieczorów na pisanie wpisów na blog, chociaż nie odbywało się moim kosztem nic lepszego.

Przede wszystkim chciałam niniejszym wykorzystać blog do nagłośnienia sprawy szalonej krowy z Lizaków. Lizaki są piękną wioseczką, dosyć nudną i mało obfitującą w atrakcje, ale malowniczą i można spędzić tam nawet pół dnia delektując się. Spędziliśmy tam czas z dzidziusiem. Odbyliśmy spacer w cieniu przez las, widzieliśmy dwa traktory, kurki, gąski, DSCN8574kamienie. Synek zrywał kwiatki i karmił nimi co popadło, ale nawet kura z kulawą nogą nie chciała jego kwiatków. Zignorowaliśmy psa, który szczekał. Na koniec wyprawy udaliśmy się na pastwisko, gdzie pasło się młode krowię. Synek jest ufny i cudowny więc zrywał kwiatki i podchodził z nimi do bydlęcia, ale ono było kiepskie i ignorowało uciekając głupkowato. W końcu postanowiło zwierzę zaszarżować jeszcze głupiej i ruszyło w szarżę oplatającą dziecięce nóżki. Było to wczoraj. Otarcia są do dziś. Na szczęście tylko otarcia, gdyż nasz mały Stasiu wywrócił się wdzięcznie na murawę ratując swoje zagrożone przez krowę życie. Bydlę chciało zabić nam synka poprzez oplecenie go łańcuchem! Synek zupełnie nie wiedział, co się dzieje, a mimo to dał sobie radę.

Później z kolei widzieliśmy sarnę od frontu i sarna to jest zwierzę szlachetne (ale nie widzieliśmy jej tyłu i nie wiemy, jaką ma pupę). Sarna jest subtelna, delikatna i NIKOMU nie zrobi krzywdy. Gdy ucieka, to skutecznie, a nie dla zamanifestowania faktu swojej ucieczki. Jest ciekawa i patrzy mądrze a nie głupio.DSCN8758 Zobaczyć sarnę od frontu to sama przyjemność. Zobaczenie sarny kontra zobaczenie krowy to jak frykas kontra przeżuty i wypluty kąsek. Porównanie zresztą pasuje, bo krowa przeżuwa jak nikt. Dziczyzna zaś jest rarytasem*. A ja po tamtych zdarzeniach nie wypiję już nigdy mleka od krowy, chyba że uhate albo zagotowane. I do krowy tez nie odejdę i krowy na tym stracą.

Wędrowaliśmy przez lasy i żywiliśmy się owocami leśnymi, czyli jagodami, poziomkami i malinami, a także biszkoptami z socjalistycznego i niezaopatrzonego sklepu w Grzybowie. Zjedliśmy prawdziwy polski obiad w dyskotece pod Łubianą, gdzie trafiliśmy przypadkiem. O dziwo jedzenie było smaczne, ale samo miejsce nocą prawdopodobnie zamienia się w mordownię i staje się świadkiem licznych gwałtów, gdyż była to prawdziwa wiejska dyskoteka jak w artykule z Newsweeka sprzed lat i jak w książce ‚Ono’, też sprzed lat.

Dzień wcześniej z kolei zostawiliśmy babci uśpione dziecię i udaliśmy się z dziadkiem na żaglówkę celem opłynięcia największej wyspy. Byłoby fajnie, ale nie wiedzieliśmy że zgłodniejemy i że jak będzie wiało, to zmarzniemy.

A jeszcze dzień wcześniej byliśmy w kajaczku na jeziorzeDSCN8967 i było ekstra. Nie ma dowodów, ze było ekstra, bo aparat został w auteczku w obawie przed zatopieniem. Pod koniec kajaczka przestało być ekstra, bo ten, kto siedział z przodu i wiosłował rzadziej, ale za to całą sobą i skuteczniej, doznał bólu zadka. Przy zadku pozostając, to skoro tylko wyszliśmy z kajaczka i poszliśmy jeść, zadzwoniono po nas, że umiera nam dziecko. Przypuszczano, że dziecko ma udar, pytano czy wezwać lekarza. Wzywano nas bezzwłocznie. Synek okazał się mieć zwykłe odparzenia, wywołane permanentną defekacją, którą z kolei wywołało wypuszczanie zaległej dwójki, której miało nie być. Ona już jest! Synek z obawie przed dotknięciem czerwonych genitaliów darł się tak, że aż drżały szyby w oknach i jego własna warga drgała. Dla nieobytego obserwatora takie drganie wargi może być trwożące. Zamiast siedzieć i patrzeć jak dziecko niknie w oczach, zabraliśmy je w las. Wówczas dziecko zrobiło nam ósmy tego dnia stolec, ja je odwiozłam do domu na kąpiel i dziecka już nie wypuszczono. Mąż asekuracyjnie został w głębi lasu i ja musiałam po niego pojechać choćby po to, by go przywieźć. Wykorzystaliśmy sytuację by pość na chwilę spaceru. Mąż, który kiedyś orientował się w lesie, a ostatnio tą orientację stracił i jeszcze nie jest tego faktu świadomy, poprowadził nas tak, że wbrew oczekiwaniom wylądowaliśmy w egzotycznej nigdy nieodwiedzanej DSCN8402wsi Szenajda. Gps w telefonie nie potrafił odnaleźć ani tej wsi ani celu, do którego zdążaliśmy. A zapadał już zmrok. Szczęściem wciąż popychaliśmy pusty wózek, w którym był kocyk do owinięcia się. Spytany o drogę pan nie bardzo zrozumiał i ostrzegł, że przed nami wiele kilometrów. Szliśmy w chłodzie i mroku rozświetlanym tylko przez pełnię i przypadkiem szczęśliwie na drodze, która miała być jedynie tranzytem w długiej wędrówce, po zaledwie 40 minutach marszu, spotkaliśmy nasze auteczko.

We Wdzydzach w niedzielę, gdy trwał jarmark wdzydzki i świecił upał, więc ludzi było mniej więcej tyle co na Papieżu w Pelplinie w 1999, na chodniku znaleźliśmy 100 złotych. Mąż miał duże opory przed podnoszeniem ich, ale ustaliliśmy, że jeśli staniemy nad nimi (czego zrobić nie mogliśmy, bo musieliśmy pędzić do dogorywającego dziecka, które zasnęło akurat gdy przyjechaliśmy), to szanse, że właściciel nas zagadnie o nie są znikome. DSCN8670Wysoce prawdopodobne było, że pieniądze znajdzie ktoś inny, komu akurat przydadzą się do piwa. Jeśli chodzi o okazje takie jak ta, to mój Mąż, niczego mu nie ujmując, jest frajerem:) Przekonałam drogiego Małżonka, że stówki nie zgubił ktoś, kto tylko stówkę miał, bo jedynej stówki nie miętosi się w gaciach, lecz szanuje. Nie zgubiło ich też dziecko, dla którego byłby to majątek, bo dzieci raczej korzystają z mniejszych nominałów. I nie zgubił tego ktoś, kto właśnie szedł nakarmić biednych. Były to pieniądze na imprezę, więc przeznaczyliśmy je na najlepszą imprezę jaką znamy- wsparliśmy nasz lokalny Caritas. Przelew już poszedł, więc gdyby właściciel stówki z Wdzydz chciał ją odzyskać, to polecam zwrócenie się bezpośrednio do Caritasu.

A Mąż, który bywa frajerem, został dziś obdarowany dwiema koszulami, które go wyrażają. Fajniejsza z nich jest firmy ‚shiteshirts’, co nie jest za ładną nazwą dla firmy. Co gorsza, nie za ładna nazwa widnieje tuż nad kieszonką, ale ja troszeczkę umiem szyć i wszyję mu tam chusteczkę, do tej kieszonki, żeby wystawała. Wszak jesteśmy minimalistami i nie potrzebujemy lansować marek. DSCN8255Przy okazji przymierzania koszuli stała się dość przykra rzecz, bo nagle zajechało psią kupą. Mąż twierdzi, że to woreczek śmieci przygotowany do wyniesienia (zawierający pieluszkę) ciekł i on Mąż, zgodnie z poleceniem, użył szmaty i wytarł. Wytarł tak, że została jeszcze większa kałuża i ja tę kałużę oraz kapciuszki nasze starannie umyłam, ale źródło zapachu pozostaje tajemnicze i intensywne i ja osobiście podejrzewam koszulę. Możliwe jednak, że to laptop jest interaktywny 7D.

EDIT: Laptop jest niewinny i koszula nawet jest niewinna. A najbardziej niewinne jest dziecko, które spało smacznie. Ja obrobiłam w życiu co najmniej 2000 zadefekowanych pieluch i nie wiem jak mogłam podejrzewać pieluszkę własnego dziecka. W zasadzie i Mąż jest niewinny, chociaż to on poczuł i rozniósł wszędzie. Winna jest MOZZARELLA. Leżała od miesiąca w lodówce przeterminowana i wczoraj wyrzuciłam nabrzmiałą od fermentu a ona popuściła cuchnącą nutę.

W naszym auteczku zaś jest nowiutki kaseciak. Działa, odtwarza kasety, uruchamia się zawsze na minimalnej głośności i gaśnie wraz z gasnącym silnikiem. Kosztował nas 33 złote, co jest dużym komfortem dla portfela w tym miesiącu. Chcieliśmy mieć odtwarzacz cd, ale nie potrafiłam wyjąć radia, ja Cytrynna sierotka.

*My oczywiście nie zjedlibyśmy sarenki i to nie z pobudek ekonomicznych.

DSCN8865

DSCN8527

Albo wpis, albo tytuł

DSCN7407Przykazano mi zrobić dziś koniecznie wpis. To jeden z co  najmniej trzech wpisów, które muszą powstać. Wpisy nie mogą powstać, bo ja jako Cytrynna to mam tak, że albo mam pomysł na wpis i on sam spływa, albo mam pomysł na tytuł i nic więcej. Gdy mam pomysł na wpis, to pytam o tytuł menedżera, ale jego pomysły są żenujące. On by niniejszy wpis zatytułował „porzeczki bez żelfiksu”. Prawdopodobnie mój menedżer się słabo nadaje i nie spełnia się na stanowisku menedżera bloga Cytrynny. Posiadanie menedżera bloga przypomina trochę mieszkanie urządzone przez architekta wnętrz. Niekoniecznie jest lepiej, ale kosztuje. Mój menedżer na przykład zmusza mnie do robienia wpisów, chociaż chętnie siedziałabym w bezruchu i popijała z butelki świeżo zblendowany koktajl truskawkowy, a następnie złożyła swoje złote włosy na poduszce lateksowej Talalay o wartości 200 złotych, która przypadkiem znalazła się w naszym posiadaniu (nie kupiliśmy jej oczywiście i nikt nie kupił jej nam).

Dziś DSCN7391jestem prawdziwą kurą domową jak bywałam w zeszłym roku i jak dawno nie byłam. Dziś zrobiłam tak dużo jak dawno mi się nie zdarzało. Dziś zrobiłam dżem z czerwonej porzeczki, ale niedużo. Porzeczka była przygodna i dżem powstał by ją przerobić, na prawdziwy wielki zbiór wciąż polujemy. Zeszłego lata poszukiwano na moim blogu przepisu na porzeczkę bez żelfiksu, więc oto pojawi się on:

Pewna ilość porzeczki- tyle co było w litrowym wiaderku po tym jak część się rozsypała w samochodzie. Zdjąć z gałązek uważając, by ich nie pozgniatać przypadkiem. Umyć i wsypać do miseczki, a następnie trochę zblendować, żeby nie trzeba było dolewać wody, po czym przesypać do garnka. Gotować trochę. Jak będzie trochę zagotowane, to znów przelać do miseczki (aby nie porysować garnka) i zblendować na krem. Przelać do garnka i gotować dosypując trochę cukru. Ilość cukru jest zależna od upodobań. Ja na swoją ilość porzeczek dałam kilka łyżek, ale nie pamiętam ile. Pogotować chwilę, ale niedługo, bo trzeba iść spać. Przełożyć gorące i płynne do słoika i pozwolić wystygnąć. Smacznego!

DSCN7393Ponadto ugotowałam obiad dziecku i był to o dziwo obiad, który dziecku zasmakował. Tajemnicą dobrego obiadu jest miła konsystencja, kluseczki i brak smaku.

Dodatkowo upiekliśmy z synkiem wraz muffinki a później takie same muffinki upiekłam z Mężem, żeby nie był pokrzywdzony. Synek pomagał w swojej części jak umiał, czyli początkowo wysypywał łyżeczkami mąkę z miski. Zabrałam mu łyżeczki. Wówczas wszedł na blat kuchenny i sięgnął do wysokiej szafki po swoje plasticzane łyżeczki. Żeby nie bruździł dałam mu jego własne naczyńka i pojemnik z kaszą manną ważną do 2001 roku. Synek początkowo przesypywał ją wdzięcznie, następnie znów wszedł na blat po łyżeczki do kawy, które trzymane są w innej wysokiej szafce. Przesypywał łyżeczkami długo i namiętnie niczym mały aptekarz, a ja w międzyczasie piekłam muffinki. Muffinki były z tego przepisu. W połowie pieczenia przypomniałam sobie o brązowym cukrze i obsypałam moje wypieki takowym. Zostało mi kilka łyżeczek cukru i jadłam je. Jedną podzieliłam się z synkiem i to zapoczątkowało nowy etap w dziecięcej zabawie. Mianowicie synek postanowił swoimi łyżeczkami wyjadać to, czym sięDSCN7412 bawił, a jak wiadomo była to kasza manna z ubiegłego stulecia. Oczywiście mu nie zaszkodziła. Zaszkodzić mogłam mu ja gderając i namawiając do porzucenia procederu. Zabrał więc swoje naczynia i poszedł. Po jakimś czasie wrócił z pustymi pojemnikami. Liczyłam, że zjadł, ale nie zjadł. Rozsypał w pokoju.

Rozsypana kasza stała się dla mnie motywacją do wyciągnięcia odkurzacza. Unikam odkurzania przy dziecku, gdyż jako dziecko bał się odkurzacza. Tym razem jednak leżał nieufnie z muffinkiem w łapie i przyglądał się. Odkurzyłam więcej niż tylko kaszę! Gdy o historii usłyszał Mąż, zaniepokoił się, czy aby zasadnicza część kaszy została, ponieważ Mąż jest sentymentalny, a tamta kasza pochodzi z czasów zanim zdarzyło się cokolwiek i już nigdy nie będzie mogła zostać wyrzucona.

DSCN7403

Oprócz tego podejmowałam dziś próby szycia. Nie były zbyt owocne, ale jednak odbywały się, a to czyni mój dzień takim owocnym! I posprzątałam jedną z półek z materiałami, co pozwoliło mi upchnąć ich na półce więcej.

Ponadto przerwałam złą passę codziennych kąpieli synka. Od 4 dni kąpał się codziennie i groziło mu uzależnienie od kąpieli przed snem więc czas był najwyższy ukrócić ten proceder i ja to zrobiłam!

A potem wrócił Mąż. Powrót Męża wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony miło go zobaczyć po wielu godzinach, z drugiej jednak kończy to moje indywidualne aktywności i rozpoczyna wieczór w kuchni nad muffinkami, ciasteczkami, naczyniami… Albo, co gorsza, pisanie posta na blog na zamówienie! O!

O Napoleonie i o Apostołach

DSCN6530Blog Cytrynny źle znosi upały. Wszak każdy wpis powstaje w pocie czoła, a gdy nie tylko czoło sie poci, to pot czoła nie skapuje równomiernie na klawiaturę i nie napędza stareńkiego różowiutkiego Della, który potem czoła właśnie napędzany jest do komponowania idealnie wyważonych i przezabawnych notek o życiu rodzinnym Cytrynny, Męża i Staszka.

Sama Cytrynna na upały nie narzeka AŻ TAK, bo ma autko, którym potrafi pojechać sama do Sopotu, a to już wyższa szkoła jazdy. Autko ma klimatyzację w postaci otwieranych okien i w tym tygodniu po wielu latach bezradia, posiądzie radio. Na bezradiu i kaseciak radio. Ponieważ Cytrynna zgubiła kontakt do ludzi wyjmujących radia z aut, nie może go odnaleźć w internecie i nie może skumać instrukcji o wyjmowaniu radia, postanowiła dokupić panel do posiadanego radia. Dzięki temu po wielu tysiącach kilometrów przejechanych w ciszy małżeństwo będzie mogło w końcu przestać ze sobą gadać, a zacząć słuchać hiphopu z czasów swojego gimnazjum i wyrabiać synowi gust muzyczny. Nie szkodzi, że Czytelnicy pomyślą, że to żart. Więc jeździ biedaczka spocona jak dziki osioł tym autkiem i schnie na wietrze. Na boku wozi Męża, którego lista roszczeń stale rośnie. DSCN6381Na tyle czasem transportuje synka, ale nie zawsze, bo synek bywa z dziadkami. Zaletą bywania synka z dziadkami jest to, że nie trzeba na niego uważać, bo gdy bywa z rodzicami, to trzeba już uważać, gdyż on sam nie uważa. Na przykład ostatnio wpadł w spróchniały pomost i ma otarcia na udkach i drzazgę w kolanie.

Standardowy weekend wygląda tak, że w sobotę jadą we trzech całą rodziną na wieś. Korzyścią uboczną wyjazdu jest odkrycie jakiegoś nowego objazdu czegoś. Akurat tym razem przejazd w jedną stronę pozwolił odkryć zupełnie nieopłacalny ofrołdowy objazd korka w Żukowie, a powrotny przejazd pozwolił ominąć ten sam korek bez żadnego dodatkowego nakładu metrów.  A odnośnie Żukowa, to zrewitalizowano tam deptak, to znaczy przywrócono do życia jakie miał, kiedy go jeszcze nie było. Po drodze do wsi kupują różne rzeczy dla siebie i przyjaciół, potem idą nad jezioro DSCN6384karmić dziecko, potem dziecko śpi a oni łażą w tę i we wte jakkolwiek się to pisze i omawiają tematy, na przykład problemy, ostatnio nawet nieswoje. Cudownie jest gdy swoje problemy są mniejsze niż inne i można je omawiać bez tego bólu posiadania problemu. Potem dziecko się budzi, wracają do domu, zostawiają dziecko na kolację i idą gdzieś, gdzie z dzieckiem byłoby zbyt niebezpiecznie, ale nie na długo. Potem dziecko jest kąpane i chlapie bardzo. Potem matka je usypia, ale to nie odnosi skutków, bo dziecko wystawia skarpety poza łóżko, a matka je infantylnie wącha niczym niedźwiedź z dużego niebieskiego domu i synek się zaśmiewa. Po dłuższym czasie następuje zmiana rodziców i synek usypia niemal natychmiast, gdyż ojciec gasi mu światło. Niedziela mogłaby być lepsza od soboty, gdyby Cytrynna nie miała udaru. Poniedziałek mógłby być jeszcze lepszy, ale trzeba wracać do prac. Gdy się wraca, śmieciarka zajeżdża drogę i o mało nie rozbija się samochodu musząc zjechać tyłem z górki i tuż po zjechaniu wciąż tyłem zakręcić na zakręcie. A wszystko dlatego, że śmieciarze postanowili zjechać w dół gdyż sąsiad miał więcej śmieci niż miewa.

DSCN6224W trakcie weekendu można wymyślić nowy kawał, np. o Staszku, Napoleonie i Apostołach. Brzmi on tak: Na pole on patrzy, a po stołach biega. Jest tak śmieszny, że Cytrynna pada, kładzie się na plecach i chichocze. Jest przy tym bardzo hermetyczny i zapewne nikt inny się z tego nie zaśmieje, nawet grzecznościowo.

Wracają więc do domu i Mąż idzie do pracy, a Cytrynnie przychodzi odkryć, że jest wrakiem Cytrynny. Bierze tabletki i ma mnóstwo energii, ale wymagają od niej jeszcze więcej tej energii niż ma, więc w pewnym momencie ma jej mniej niż zero i odczuwa to. Jak ze stresem, który wywołuje adrenalinę, a potem schodzi i zabiera pól zdrowia. Cytrynna ma małe oczka i żadnej siły. Dziecko śpi wiele godzin, bo też się zmęczyło, ale ona nie potrafi wtedy zrobić nic. A ma kieracik jak co dzień. Tony truskawek i góry prania. Siedzi i obgryza paznokcie czekając na telefon, który nie zadzwoni. Zafiksowała się na punkcie mieszkania, o którym nie wiadomo, czy wciąż aktualne i czeka, bo agent też tego nie wie. Agent długo to sprawdza. A Cytrynna więdnie z niepewności.
DSCN5981
Nie ma nic o niedzieli, która była bardzo istotna. Cytrynna wygrała big milka. Miała też udar, bo nie ubrała kapelusza z Madagaskaru, który pani z Warszawy sprzedawała na allegro, gdyż nie miała gdzie go nosić. Cytrynna ma gdzie nosić. Byli we dwóch w ośrodku wakacyjnym na obiedzie i siedzieli jedząc i patrząc na jezioro. Potem byli z synem nad innym jeziorem i syn spał, Mąż czytał a Cytrynna pruła swoją sukienkę, która jej nie wyszła. Biedna Cytrynna ograniczyła swoje potrzeby do zaledwie 23 sukienek, ale ciągle jest bez sił.

DSCN6082

DSCN5997

DSCN6418

DSCN5974

Ursus znaczy niedźwiedź

DSCN5374Jako Cytrynna mam dużo obowiązków i mało praw, ale staram się nie narzekać. Mam w końcu blog Cytrynny, który uwielbiam. Już myślałam, że jestem wolna i po mało obfitującym we wpisy czerwcu potrafię się od wpisów powstrzymać, ale jednak nie potrafię. Przypomina mi o tym subtelnie i nie krępując mojej wolności Mąż, który komentuje stare wpisy jak gdyby nigdy nic i wywołuje chęć tworzenia nowych bez władczych sugestii, które przecież mógłby stosować.

Jednym z moich licznych obowiązków jest bycie szoferem Męża. W niedzielę byłam nawet szoferem Męża, Staszka i dwóch kumpli. Pierwszy raz wiozłam tyle chłopa i udało mi się nie popełnić ani jednego błędu, który by mnie zdyskredytował. Najgorzej wiozło się Męża, który zasiadł z tyłu pośrodku i uniemożliwiał wyprzedzanie, gdyż zasłaniał sobą całą szybę. Mimo zaplanowanego na rano wyjazdu, wyruszyliśmy o 13:30, gdyż kumple się grzebały. Mąż nie docenił wcale, że ja to jednak jestem szybka w kontraście. Przymknął na nich oko nie doceniając mnie! DSCN5357Kumple są fotografem i reżyserem, więc mojej nowej sukience, która wcale nie miała powstać*, dostała się mini-sesja i to taka, jakiej Mąż by nie zrobił, bo Mąż robi zdjęcia jak leci a ja muszę odrzucać najgorsze. Niestety, podczas drugiego zakładania celem miecia fajnych fot na rowerze wodnym w sukience poszedł zamek. Poszedł i już go nie ma. A był to drugi zamek, który miała,  bo pierwszy był zupełnie kiepski i za tani i się nie nadał.

Innym moim obowiązkiem jest zbieranie poziomek, gdy Mąż ma na to akurat ochotę. Akurat miał i akurat dopisała pogoda. Niebo chmurzyło się w poniedziałek przez dzień cały i groziło wyładowaniami, ale nie spadła ani kropla niczego. Przez bite dwie godziny zapełnialiśmy słoiki w okopach przy drodze. Nikt nie musiał martwic się o synka, gdyż on był z dziadkami i było mu dobrze. Potem wróciliśmy do domu i synek dostał obiad, po czym poszedł z nami na spacer by zasnąć. Buntował się bardzo, bo my oznaczamy atrakcje i zasypiać przy nas to strzał we własną stopę. Mimo to raczył przespać godzinę, podczas której pokłóciliśmy się śmiertelnie i pogodziliśmy warunkowo. DSCN5436Kłócimy się jak zwykle i jak każdy- o ulubione sposoby spędzania wolnego czasu. Wiem z autopsji prawie własnej, że jest to możliwa przyczyna rozpadów związków. Więc poświęcam się, bo związek ze mną jest fajny. Ale czasem dochodzi do przegięć. Po całym dniu zbierania poziomek i leżenia w rowie, z jedną tylko herbatą i to o poranku i to nieulubioną, bo ulubiona się skończyła, każe mi się iść na spacer a podczas tego spaceru omawiać, co będziemy robili dalej, by dzień był super. A wiadomo, że nie będzie super, bo niebo całe zachmurzone i na pewno lunie lada chwila! Tego było za wiele nawet dla kogoś tak skłonnego do poświęceń jak ja. Zatem zbuntowałam się i odmówiłam. Wówczas grożono mi tym co zwykle ostatnio. Mianowicie Mąż, który pracuje 70 godzin w tygodniu (!) i siedzi w zamknięciu cały tydzień chce mieć weekendy rozrywkowe, bo inaczej goni w piętkę i nie daje rady. A ja akurat lubię siedzieć w zamknięciu i lubię domatorstwo i kanapę i nawet film, a na pewno samodzielnie czytaną książkę. I sama mam co robić. Ale bym DSCN5521się poświęciła, bo wiadomo jaka jestem. Tyle, że on z całą pełnią chamstwa pyta co dalej i grozi, że dogoni piętkę. Już nawet zawracaliśmy do domu,  kiedy udało się jakimś przypadkiem jemu zrozumieć mnie i zaoferować konsensus. Zrozumiał i odkrył, że ja potrzebuję jedynie ciepła i czułości i że gdy zrezygnuje z chamstwa, to może mu być fajnie. Od tego czasu był milszy i daliśmy radę spędzić ze sobą resztę dnia i nawet popływać rowerem wodnym po jeziorze, bo w końcu się odrobinkę przejaśniło. Pływaliśmy dla odmiany sami, gdyż synek miał atrakcje zapewnione przez dziadków.

Jeszcze innym moim obowiązkiem jest obrabianie owoców do słoików. Poziomki trafiły do słoików dzisiaj przy walnej pomocy Męża, który wrócił wcześniej. Mąż wyparzył słoiki i odbierał zakręcone by ustawić je do góry denkami na ścierce. Miał tak mnóstwo pracy, że zmęczył się i poszedł spać. To, że ja nie śpię, spowodowane jest tym, że idę spać do synka, który tylko na to czeka i dzięki temu mogę teraz oto siedzieć w kuchni i dbać o blog Cytrynny.DSCN5600

Oprócz dbania o blog oglądam też mieszkania. Istnieje jedno fajne w całym mieście, ale jest na trzecim piętrze a to nie wiadomo, czy nie za wysoko i czy dam radę wszystkie dzieci wnieść. Nigdy nie mieszkałam tak wysoko. Jeszcze w zeszłym tygodniu istniało inne nie najgorsze i już prawie było nasze, ale poszło w cudze ręce, gdyż były to bogatsze ręce.

Pisałam już raz  o Ursusie, ale nie wiedziałam wówczas, jak bardzo bliskim stworzeniem Ursus jest. Otóż w niedzielę na poboczu leżało zwierzątko z pasiastym ogonem i znów musieliśmy się kłócić, a przynajmniej spierać, czy był to szop pracz, jak twierdziłam ja, czy może zwykły kot, jak to rację miał Mąż. Pasiasty ogon wskazywałby na szopa, ale zwierzątko było chude i zwykłe. Przy okazji czytania artykułu o szopie celem weryfikacji natknęliśmy się na informację, że szop jest ursusem  i że poniekąd jest misiem jako i ja jestę misię. Skądinąd szop jest bardzo interesujący i ma nawet kość prącia.

*Nie miała powstać, gdyż po pierwsze mam listę rzeczy do szycia wedle priorytetu i są na niej nie tylko sukienki i nie tylko dla mnie  a po drugie nie miałam na nią materiału. Materiał wpadł przypadkiem, a lista poszła wówczas się gonić. Za szycie poza harmonogramem spotkała mnie słuszna kara.

DSCN5696

DSCN5452

DSCN5529