Wietnamskie sajgonki

DSCN3588Robienie wpisów na blog Cytrynny zajmuje tyle czasu, że nie ma kiedy przezywać życia na te wpisy. Wszak są one bardzo życiowe. Menażer bloga bardzo wymaga, żeby było kiedy przeżywać, a to z kolei powoduje, że jest mnóstwo do opisania, ale czasu na opisanie nie ma już wcale. W efekcie niekarmiony blog usycha niczym niepodlewana bazylia, a sama Cytrynna wraz z nim. Cytrynna nie usycha oczywiście dosłownie, chociaż oczywiście tęskni za Gajkami, które to Gajki były u nas jeszcze zeszłego weekendu. Cytrynna daje radę filtrować herbatkę a częściej wodę i dosłowne uschnięcie jej nie grozi. Usychanie Cytrynny polega na tym, że w chwilach nieprzezywania intensywnych przeżyć, jeśli akurat nie puszcza pralki, to śpi jak suseł a i tak chodzi jak zombi. Usychanie Cytrynny wbrew pozorom jest bardzo groźne i może nieść fatalne skutki. To był akapit gwoli wprowadzenia Czytelników w panujące realia naszego obozu.

Należy zwrócić jeszcze uwagę, że ilekroć Gajki się u nas zjawiają*, dzieje się coś z naszym auteczkiem. Ostatnio poodpadały nam koła na prostej drodze, co kosztowało jedne 5 dyszek za nową felgę, a będzie kosztować jeszcze drugie 5 dyszek za drugą nową felgę i stówcię za oponę, bo i opona poszła. Ponadto kosztowało 3 stówki za przegląd podwozia po odpadnięciu tychże kół. Czyli majątek. Gdyby nie stłuczka po drodze na majówkę, na której zarobiliśmy 2 stówki, już dawno szlibyśmy z torbami (a tak to z torbami jeździmy). W sierpniu znów przyjechały do nas Gajki i cóż stało się tym razem? Otóż mała Gajkówna rzuciła się na Lanosową rejestrację, na którą rzucał się wielokrotnie wcześniej nasz synek. Ja rejestrację przyczepiłam, ale nie trzymała się ona już za dobrze. Jeździliśmy na wycieczki w las i podczas jednej z tych wycieczek, rejestracja odpadła. Nam odpadła, a przejechały po niej Gajki jadące swym kobaltowym auteczkiem za nami. I nie zauważyły! Zauważył Mąż następnego dnia (znaczy brak zauważył, nie odległą zgubioną rejestrację). Poszukiwania przyniosły efekt i zgubę odleziono. A ponieważ odnaleziono, uznano wydarzenie za niebyłe i nasz samochód czekała jeszcze jakaś przykra niespodzianka.DSCN3591

Nastąpiła ona z biegiem czasu i stopniowo. Ale jest niewątpliwie związana z Gajkami. A było tak: przyjechaliśmy po weekendzie do Gdańska wioząc ze sobą całą masę tobołków. Były tam dwa pudła Dupelków, zgrzewka wody, zgrzewka mleka, plecak z laptopem, koszyk z niedojedzonym żarciem i mnóstwo innych. Mąż poszedł do pracy, a ja stopniowo wszystko przeniosłam do mieszkania na sąsiednią ulicę, gdyż zajechać pod klatkę nie było jak. Tylko Klappar w aucie został, bo już mi rąk zabrakło. Gdyby Klappar też szedł, do wypadku by nie doszło. A tak zniósłszy wszystko, co by się popsuć lub przydać mogło, porzuciłam auteczko. Gdybym zajęła się rejestracją i zakupem nowej niepołamanej ramki, też nic by nie nastąpiło. A jednak przez 3 dni nie tknęłam auteczka.

DSCN3589W piątek przyszłam z tobołkami, bo jechaliśmy znów na wieś i wszytko to, czego nawet nie wypakowałam, znów miało trafić do bagażnika. Ze zdziwieniem skonstatowałam, że klapa podniosła się dziwnie lekko i przeraziłam się, że każden jeden mógł nam auteczko uprowadzić. Do łba by mi nie przyszło, że konsekwencje będą dalece poważniejsze. Mąż wrócił wcześniej niż zwykle z pracy, odebraliśmy synka, który jadł u babć kolację i mieliśmy wyruszyć tak, by dziecina w aucie usnęła. Jednak, z powodu tego otwartego bagażnika i palącej się w nim przez 3 dni lampki, akumulator nie miał siły na nic. A była pora usypiania synka i wszystko spakowane. Byliśmy bliscy załamania.

Prostownik rodzinny** leżał w aucie taty na parkingu strzeżonym, w zasadzie niedostępny dla szarego obywatela nieznanego panu z parkingu. Zresztą prostownik to rzecz generująca opóźnienie. Przyjaciel, który czasem służy konsultacją w auteczku jako jego poprzedni właściciel, leży aktualnie chory a poza tym nie odbiera telefonów i tak, bo ma smartfon i nie słyszy go nigdy gdyż zawsze akurat buszuje po sieci. Wtedy akurat był w sąsiednim pokoju, ale nie ma na tym***.

Zadzwoniono więc do ostatniej osoby, od której pomocy by się spodziewano, a był to Cytrynniny tata mieszkający na sąsiedniej ulicy. Nikt by się nie spodziewał, że pomoże. Akurat nie było go w domu, ale zaoferował pomoc za 80 minut. Tak naprawdę nikt się nie spodziewał żeby te 80 miało byc jakkolwiek wiążące. Po rozmowie Cytrynna i Mąż wraz z synem spacerowali po okolicy zastanawiając się, co dalej, gdyż było już po 22. Zaszli nawet na postój taksówek, ale żaden pan taksówkarz nie miał kabli rozruchowych, a poza tym powiedzieli, że taka usługa u nich kosztuje 3 dyszki, DSCN3811czyli kawal majątku, dniówkę**** i co tylko. Czas leciał i wydawanie 3 dyszek w obliczu mogącego wkrótce nastąpić przyjazdu taty z kablami było coraz bardziej bezsensowne. Spadał też sens wypakowania autka i położenia się spać w mieście na kolejną noc. O dziwo, po upływie 80 minut tata przyjechał. Co więcej, miał nowy samochód. Odpalił nasze auteczko, podokręcał śrubki trzymające klemy akumulatora, zaoferował nową ramkę na tablicę rejestracyjną, tymczasem przykręcił starą ramkę do góry nogami i przykleił pasek podramkowy, który już się wczepić nie chciał. Ponadto zauważył, że nie pali nam się lewe światło mijania, co być może nie paliło się od dawna, ale Mąż obserwujący mnie wjeżdżającą nocą na podwórko nigdy nie patrzył i nie widział. Na wytłumaczenie Męża mogę jednak napisać, że wjeżdżając nocą na podwórko używałam długich, a one się akurat paliły oba, więc Mąż nie jest wcale gapciem. Wszyscy razem podjechaliśmy na stację, gdzie zasponsorowano nam nową żarówkę za 14,90 i wymieniono oraz poprawiono styki w lewej żarówce postojowej, która się nie paliła, choć była sprawna. W tym czasie synek wysypał na siedzenie kierowcy jagody, które mieliśmy i których zapomnieliśmy dać naszym gościom. Mąż jednak był czujny i zauważył, zanim kierowniczka zasiadła.

W efekcie wybijała północ, gdy opuszczaliśmy miasto. Synek, który cały wieczór zdawał bawić się nieźle i z ciekawością zaglądał pod  nieznaną sobie maskę Lanosa, usnął ledwo zasiadłszy. A Cytrynnie opadały powieczki i ledwo jechała, ale pędziła jak mogła, bo każda minuta za kierownicą zbliżała ją do zaśnięcia za kierownicą, które byłoby druzgocące w skutkach.

*O samych Gajkach jeszcze napiszę gdy się wyśpię i wierzę, że to nastąpi i że wkrótce.

**Cytrynna i Mąż nigdy dotąd nie potrzebowali prostownika. Ich pierwszy akumulator wytrzymał 12 lat(!), a potem kupili drugi, który służy niezawodnie i kiedy mieszkali zimą na wsi i było zagrożenie mrozem w nocy, Cytrynna biegła wykręcić ciężkie pudełko z prądem i brała je czule na noc do domu. Była ekspertem od wykręcania, a akumulator się odwdzięczał za opiekę wiernością i posłuszeństwem.

***W sąsiednim pokoju względem swojego smartfonu, nie względem Cytrynny i Męża, którzy nie byli w żadnym pokoju.

****Dniówkę, ale nie naszą, my średnio dziennie wydajemy nieco więcej.

Reklamy

Pachta z płachty

DSCN2434Wzorem naszych warszawskich przyjaciół udaliśmy się wczoraj na małżeńską randkę. Nie byłaby to małżeńska randka, ale synek został na przedpołudnie w domu, bo MIAŁO padać. Padało przez 5 minut i lekko, ale co został, to nasze. Nie byliśmy w Paryżu, Nieparyżu ani gdzie indziej. Nie opuściliśmy miasta. Poszliśmy na Stogi i poczuliśmy się naprawdę światowo. Zwłaszcza, że przechodziliśmy po mostach nad rzekami jak w najróżniejszych europejskich stolycach. Byliśmy też w parku z kasztanami, który był iście krakowski. Droga dalsza była także krakowska, bo przypominała drogę do M1 w Krakowie. A apropos M1, to kiedy stamtąd wracaliśmy, to Mąż  zapomniał wsiąść do tramwaju, bo akurat wyrzucał butelkę po Fancie i nie pomyślał, że ja w tym czasie wsiądę i odjadę. A ja wsiadłam i do tego skasowałam bilety i poszły się zmarnować, bo musiałam na następnym przystanku wysiąść. Było także nieco warszawsko w samych Stogach, przypominało klasyczne osiedle w dużym mieście, na przykład Chomiczówkę w Warszawie. A Chomiczówka nazywa się najładniej na świecie. Odkąd mam telefon, w którym mogę mieć dzwonki z muzyki, to właście Chomiczówkę mam za dzwonek.
DSCN2356
Droga na Stogi cała była obstawiona licznymi panami policjantami, którzy dbali o bezpieczeństwo nasze oraz biegnących w maratonie murzynów, gdyż równo z nami biegł maraton z murzynami. Gdyby nie oni, nie byłoby bezpiecznie, gdyż droga na Stogi wiedzie przez takie okolice, gdzie jest lepiej chodzić z nożem. Moim nieskromnym zdaniem nasze Stogi i prowadząca do nich Przeróbka to odpowiednik warszawskiej Pragi, a wiem co mówię, bo byłam raz na koncercie na Pradze i po koncercie, o 23 przeszłam się po okolicy przez chwilę i tak się bałam, że musiałam szybko zwiewać do hostelu Praga, w którym nocleg był tani a dla studenta jeszcze za pół ceny.

Sama wędrówka była poniekąd sentymentalna, gdyż rok temu dokładnie 17 sierpnia pokonaliśmy ciut krótszą trasę w tym samym kierunku w towarzystwie synka. Wczoraj zatem trzymaliśmy się tych samych stron ulicy jak to mamy w zwyczaju i wspominaliśmy. Tak się złożyło, że akurat wyznaczona nam przez sentyment strona ulicy przebiegała obok ogródków działkowych, a zza płotu wystawały jeżyny. Mąż jest przeciwny nadmiernemu podbieraniu z nieswojego podwórka (niewielkie ilości dopuszcza jako analog łuskania kłosów w szabat) i usiłował mnie powstrzymać, ale w końcu narażałam się na kolce, a owoce wystawały, więc tym narażaniem płaciłam za to co wystawało, prawda? I mimo iż usiłował zapobiec zbiorowi, nie chciał zrezygnować z jedzenia! Trafiliśmy także na otwartą DSCN2643bramę wejściową na teren ogródków i to dopiero była gratka. Weszliśmy i delektowaliśmy się klimatem gdyż dziadkowie obojga stron mieli kiedyś działki i działki są wspomnieniem dzieciństwa jak mało co. Nie korzystaliśmy jednak z owoców na terenie, bo to już nielegal. Żeby się stamtąd wydostać bez zawracania i ponownego pokonywania całego pokonanego odcinka wychodziliśmy przez płot z zadarciem kiecki, ale nie ma z tego zdjęcia tylko film, a polityka bloga Cytrynny nie przewiduje publikowania filmów, zwłaszcza takich z zadarta kiecką.

Następnie przyszło nam zmienić stronę ulicy, gdyż to po tej drugiej zaczynały się lepsze działki, wzdłuz których szliśmy rok wcześniej. I tam to dopiero były jeżyny. Gigantyczne krzewy uginające się pod ciężarem dojrzałych owoców, wszystko za płotem (na zewnątrz) DSCN2626i do tego na opuszczonej obrabowanej działce, gdzie altana stała otworem i nikt nie uprzątnął wyważonych na oścież drzwi! Tu nawet Mąż, który na co dzień jest taki praworządny się ugiął i przynajmniej nie krytykował mojego zbierania. Jednak żeby zebrać trzeba było wejść do rowu a ja miałam sandałki. Mąż miał buty trakingowe, czyli do przejść! Ponadto jeżynowe gałęzie wplątywały mi się we włosy, a Mąż ma krótkie i nic by mu się nie wplątało. W dodatku jeszcze kolce wbijały mi się w palce, a Mąż to nie ma czucia w palcach. I na deserek, najlepsze owoce rosły najwyżej, a ja jestem przecież taka malutka. A jednak to ja zbierałam. Zebrałam tylko 3 garście, po czym mnie odciągnięto. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to bym się nażarła podczas zbioru. Owoce naszej pachty z braku laku umieściliśmy w płachcie z polarka mężowego i z tej płachty wyjadaliśmy po jednej na postojach.

DSCN2556Szliśmy odpoczywając aż doszliśmy do siedlisk ludzkich. Tam kupiliśmy wałówkę w sklepie otwartym, w tym chipsy z myślą o mnie, bo diabetyk wiadomo. Godzinę później, gdy przyszło do otwarcia chipsów, okazało się, że są przeterminwane, ale w drodze powrotnej oddaliśmy je bez problemu i tylko szkoda, bo chipsa nie było. Skazani byliśmy więc głównie na jeżyny z płachty. I tak wędrowaliśmy aż do morza. Ja jeszcze nigdy nie byłam nad morzem w Stogach. Ani w Stogach w ogóle. I nie wiedziałam co to ten Pasanil, do którego jadą wszystkie tramwaje. Teraz wiem już wszystko. Okazało się, że plaża w Stogach to zupełnie pełnoprawny ośrodek kultury nadmorskiej z goframi za 6,50! (te z frużeliną…), dopisanymi zerami do cen sprzętu wodnego, automatami do gier i wszystkim, czego człowiek potrzebuje do relaksu, czyli „tamponami, prezerwatywami, tabletkami, itp”. Jest tam też ośrodek wypoczynkowy oferujący kompleksową obsługę, włącznie z wrzucaniem twoich foteczek na fejsbuka i filmików na jutuba. I kucyki. I króliczek, który swoją postacią ma zachęcić do datków na inne króliczki. Króliczek jest takim samy stworzeniem jak Cytrynna, Mąż i Lanos, bo nie ma wcale pobratymców, lecz pobratyŃców!*

DSCN2438Wróciliśmy uśpić synka, gdy nadszedł czas po temu. Zjedliśmy niespiesznie obiad i czas było wędrować na Mszę. Nie było jednak Mszy w Bazylice Mariackiej, co uznaliśmy za dobrą monetę, bo ja osobiście nie lubię za dużych kościołów. Spakowaliśmy się na wyprawę, przygotowaliśmy posiłki i poszliśmy pół godziny później na Mszę do Brygidy, która jest naszą wymarzoną parafią. A stamtąd podreptaliśmy na pociąg skm do Sopotu i za jedyne 1,86 złotego za trzech udaliśmy się do Sopotu pociągiem niczym biedota chociaż moglibyśmy samochodem jak burżuje. Lubimy jednak wieść żywot ludzi oszczędnych. Jechały z nami dwie zakonnice, które do Trójmiasta przyjechały na wakacje. Jedna była imienniczką synka, a druga miała tatę o takim jak synek imieniu. Siostry, choć już niemłode, zapałały chęcią posiąścia takiego chłopca jak nasz synek. Synek jadł banan i pozwalał siostrze nieimienniczce animować swoją lalą.

Ludzie nie rozumieją, jak chłopiec może bawić się lalą. Niedawno i my nie rozumieliśmy widząc słit focie chłopców chustujących lale i karmiących je piersiami, ale akurat nasz synek jest okej, bo on swoją lalę gnoi. Siostry jednak wyraziły nadzieję, że synek ma lalę, bo chce mieć siostrę.

DSCN2638W Sopocie poszliśmy na zdrowe kanapki do Subwaya. Mąż miał ochotę na inne rzeczy, ale czekanie na inne rzeczy byłoby zbyt długie. Widzieliśmy też morze w ciemnościach, nie weszliśmy na molo, gdyż pobierano za to opłatę. Ominęliśmy szerokiem łukiem imprezę na plaży gdzie było door selekszyn. Gdy wracaliśmy pociągiem do domu (jak biedota) okazało się, że synek umie się śmiać na polecenie, umie dmuchać w gwizdek, umie mlaskać, a wysiadłszy z pociągu pokazał też, że rozpoznaje kibel (toi toi) i nazwał kibel kiblem. Jest uroczy.

*Synek nie ma pobratyŃców, bo zamierza mieć braci i co najmniej jedną siostrę. Ma jednak pobratymców, czyli kuzynów. My sobie pobratyŃcow wymyśliliśmy**, bo jesteśmy jedynakami i Lanos też jest jeden.

**Mąż, gdy usłyszał, że pobratyŃców sobie wymyśliliśmy, bardzo się zasmucił. To straszne być samiutkim na świecie!

DSCN2485

Budzenie za zamówienie

domofonMam swój Cytrynniny zwyczaj, że wyłączam domofon. Robię to, bo mogę. Jest dźwignia służąca do wyciszania złowieszczego dzwonka i ja ją przesuwam często. Przesuwam zawsze, gdy kładę dziecko na drzemkę. Dziecko zasługuje na swoją drzemkę i nikt nie ma prawa mu jej odebrać. Gdyby ktoś zakłócił sam proces usypiania, to proces usypiania nie odbyłby się z sukcesem. Telefon też oczywiście wyciszam. A stacjonarny to odłączyłam sto lat temu, bo dzwoniono tylko z ofertami pokazów. Więc wyłączam na usypianie i póki śpi, to na ogół nie włączam. Czasem przychodzi moja mama i ona zna kod otwierający. Prawie każdy, kto przychodzi co najmniej zna kod, a czasem ma i klucz.

Przychodzi też listonosz z paczkami i on wie, że dziecko śpi, więc dzwoni do sąsiadów piętro wyżej, ale przechodząc zawsze zapuka i ja otworzę. On wówczas jest hałaśliwy, ale dziecko jest na to odporne. Potem dziecko wstaje, ja uruchamiam domofon na wypadek gdyby ktoś coś chciał i tak sobie trwamy. Potem dziecko idzie spać wieczorem i ja znów gaszę domofon, żeby wracający nocą Mąż nie obudził synka, bo podczas otwierania drzwi kodem działający domofon wydaje głośne piknięcie w mieszkaniu.

Na ogół nie uruchamiam już domofonu na noc, bo nigdy nie wiadomo. Wszak mieszkamy gdzie mieszkamy i może jakiś pijany imprezowicz wracając o świcie do swojej meliny zechce zadzwonić dla kawału. Taka paranoja. No lepiej niech tym, kto nas obudzi będzie syn. A syn jest taki super, że śpi do ósmej z haczkiem i tylko kwestia ile tego haczka. Ósma jest niemal gwarantowana, a przed ósmą zdarza się na tyle rzadko, że może syn liczyć nawet na uśmiech powitalny.

Za to gaszenie domofonu jestem krytykowana raz po raz, co i już, przez każdego kto tego nie robi choć może lub kto nie może. Krytykuje moja mama. Babcia co raz przyszła bez telefonu to się do nas nie dostała, raz R. czekał pod drzwiami. Zdarza się. I mi zdarza się zapomnieć. I ten listonosz, co to paczki przynosi, to się chyba cichaczem podśmiewa. A ja trwam w Cytrynninym zwyczaju i pogłębiającej się paranoi. Przecież żyjemy w kulturalnym mieście i głupie mam pomysły. Kto by budził ludzi przechodząc?

Wczoraj wieczorem nie wyłączyłam domofonu, bo nie czekałam na powrót Męża, który był w domu. Nie zgasiłam i na noc, bo takie kulturalne miasto.  A z paranoja należy walczyć. Należy także nadmienić jeszcze, że domofon jest z tych, co to da się na raz wybrać tylko jeden numer i długo łączy zanim zadzwoni.

Dziś bladym świtem obudził nas dzwonek. Akurat jeździłam Lanosem we śnie, ale zerwałam się prędko. Pytam kto tam, ale cisza odpowiada. Biegnę do okna, ale nikt pod klatką nie stoi. Jakaś laska w obcasikach przechodzi w jedną stronę w miarę blisko. Jakiś osiłek wędruję w drugą już dość daleko. Obstawiam osiłka. Wybrał nasz numer i zadzwonił by podzielić się tym, że już nie śpi. Pomiar temperatury osiłki wzięli, senność osiłki wzięli, tylko synek kwęknąwszy spał dalej.

Budowanie mielizny

DSCN1906Dzisiejszy dzień był poniekąd leniwy. Mąż dużo leżał, ale nalegał na opuszczanie domu, gdyż opuszczanie domu jest istotą rekreacji. Wyjścia z domu, których w sumie było 3, odbywały się z opóźnieniem rzędu godzina-dwie każde, gdyż po każdej czynności typu przejście do toalety czy napicie się wody Mąż musiał odpoczywać. Gdy w połowie dnia wyszliśmy na spacer planowany jako długa wyprawa z leżeniem na kocach i szyciem/czytaniem gdy zaśnie synek, nagle zerwał się wiatr tak porywisty, że zwiastował burze i opad. Zawróciliśmy w stronę domu i spadło kilka kropel deszczu, synek usnął a my i tak wracaliśmy, gdyż przemieszczanie się owiniętym w koce nie należało do najfajniejszych sposobów rekreacji. Tym sposobem przytrafił nam się synek śpiący przy domu i przenieśliśmy go do łóżka. Synek na wsi nie sypia w domu, więc to nie lada gratka. Szybko zabraliśmy się za klocuszki, których nie było chyba od zimy. Dzięki intratnym zakupom klocuszków mamy naprawdę sporo, a nie mamy czasu by się w nich nurzać.

GdyDSCN1883 synek obudził się radośnie po dwóch z haczkiem godzinach, czyli naprawdę sporej ilości snu, co też nam się nie zdarza ostatnio często, wybraliśmy się na przejażdżkę. Wybieranie trwało długo, ale w końcu pojechaliśmy. Możliwości przejażdżek mamy naprawdę sporo, jednak mnie kusiły Płocice, gdzie wczoraj zaginęła czekolada. Po cichu liczyłam, że ją znajdziemy. Miałam gigantyczną chcicę, której nie zaspokoi ani czekolada wiśniowo-orzeszkowa z Czech przywieziona nam przez P., ani miętowa wczoraj kupiona, ani inne niemieckie czekolady z chrupkami czy migdałami. Chcica była konkretna i dotyczyła tamtej czekolady z kokosem.

Ponieważ mamy auteczko z kaseciakiem i nie za bardzo działa w nim kaseta podłączalna do empeczujkiDSCN1952, z kolei za cicho działa podłączany do zapalniczki odtwarzacz muzyki z kart pamięci, więc skazani jesteśmy na kasety gdyż akceptujemy auteczko z przyległościami i nie kusi nas zmienianie go. Jak w którymś z przyszłych miesięcy wydamy mniej, to naprawimy sobie drugi głośnik i osiągniemy w ten sposób pełnię szczęścia muzycznego. Kaset ci u nas dostatek, gdyż nasza młodość przypadała na czasy, gdy sidi było luksusem. Mąż, który wychowywał się w zamożniejszej rodzinie niz ja, ma jakieś płyty, ja jednak nie miałam nawet odtwarzacza płyt w czasach, gdy muzyka była muzyczniejsza (a trawa zieleńsza…). Moja kolekcja muzyczna zawiera więc znakomite kasety jak Molesta Evenement, Natalia Oreiro Cambio Dolor, Ich Troje Ad. 4, czy puszczona dziś spontanicznie Britney Spears (Ooops I did it again). Mamy też mnóstwo wspólnie kupionych kaset Kuby Sienkiewicza i Elektrycznych Gitar, gdyż co lepsze są tak pożąanee, że na płyty nas nie było stać. Piosenki pana Kuby znamy na pamięć i jak jadę i nie wiozę akurat autostopowicza[], to sobie śpiewam i nie muszę wtedy kląć gdy drażnią mnie inni kierowcy.

DSCN1916Dziś jednak puściłam Britney i Mąż ucieszył się bardzo, bo powrót do młodości doskonale robi na samopoczucie. Mamy wszak tyle lat ile mieli wykonawcy różni (np. Eminem czy polscy raperzy) gdy nagrywali płyty, których my teraz słuchamy. Jesteśmy zachwyceni Britney, która śpiewa tak niewinnie o uczuciach. Młode dziewczęta potrafią tak niewinnie i wzniośle kochać (a przynajmniej potrafiły w czasach słusznych), a młodzi chłopcy są tacy prymitywnie niedojrzali. Britney, gdy śpiewała, była młodym dziewczęciem o wysokich ideałach. Psując patetyczność zachwytów, to każdy uwodziciel powinien mieć w aucie taką Britney (może bez dwóch najbardziej znanych szlagierów), bo to są typowe wolniacze o przyjemnej treści, a dziś kompletnie nieznane i działałyby na laski.

Gdy dojechaliśmy do Płocic, słońce miało się ku zachodowi. Synek chciał iść pieszo, na co mu pozwolono do czasu, aż chciał zostać za długo w jednym miejscu. Potem był już noszony, gdyż w międzyczasie wózek się zapełnił. Do wózka trafiały liczne kamienie, których zbieranie zapoczątkował synek chyba przeczuwając, że idziemy nad rzekę. Wykrywszy jego intencje, pomogłam walnie w zbiorze i na miejsce dojechaliśmy w wózkiem całym wypchanym kamieniami. Gdy ja byłam tym, kto niósł dziecko, Mąż był tym, który nie chciał się już schylać po kolejne.

DSCN1978Po niedługiej wędrówce dotarliśmy do celu, czyli mostu, przy którym wczoraj po raz ostatni jedzona była najsmaczniejsza czekolada świata. Szybko się okazało, że ona tam jest, leży na skarpie nieco powyżej drogi. Już się witałam z gąską, już odtańczyłam taniec radości, już mnie sfotografowano i… klops! Klopsa nie spowodował synek, którego ciągnęło do wody. Klops krył się w papierku! Była tylko połowa czekolady i to jakaś taka zgnieciona, że nie wiadomo było, co się z nią działo, więc nawet ja z moją chcicą potrafiłam przyznać, że się nie nadaje.

Kamienie wyrzucono z mostu celem zbudowania pod mostem mielizny dla kajakarzy, przy czym nawet leniwy Mąż, który wcześniej nie chciał zbierać, rzucał ochoczo. Synek rzucał ochoczo po wiele na raz. Niestety dno akurat tam jest głębokie a nasze kamienie były malutkie i mielizna nawet nie zaczęła powstawać. Potem wróciliśmy do wsi, gdzie zjedliśmy przygotowaną wcześniej w domu kolację. Synek powiedział ‚kybel’ o kiblu i ‚ławka’ o ławce. Było prawie ciemno, gdy udaliśmy się do auteczka, trochę spłoszeni przez komary.

Pojechaliśmy na koniec Płocic, gdzie wczoraj zaniepokoił nas widok miejscowego krzyża, jednak wczorajDSCN2005wieźliśmy pełną dziecięca pieluchę na dziecku i się spieszyliśmy. Otóż krzyż nie ma się dobrze i raczej nie zniszczyli go wandale, bo wandale nie sięgają tak wysoko jak zniszczenia. Krzyż uszkodzony jest od góry a cały Pan Jezus jest potłuczony na cząsteczki i na szczęście te cząsteczki są chociaż na ziemi ułożone w swój dawny mniej więcej kształt. Przypuszczamy, że krzyż został potraktowany piorunem i naszym zdaniem to bardzo źle. Gmina i parafia, do której Płocice należą powinny jak najszybciej zadbać o naprawę i ochronę krzyża przed piorunami w przyszłości, gdyż krzyż we wsi jest jak sztandar podczas powstania i musi trwać, o! I nie miał racji były dominikanin z naszego miasta, z którym kiedyś o tym dyskutowaliśmy, że nie trzeba krzyża bronić, bo krzyż obroni się sam.

DSCN2010

Zbijanie kokosów

DSCN1701Siedzimy sobie w naszym domku na wsi. Ani on nasz, ani siedzimy. Mąż dogorywa i poleguje, ja zaś krążę od jego legowiska, w którym zmieniam zimne okłady mniej więcej co minutę do zmienialni okładów w łazience, gdzie się je chłodzi i czasem przysiadam na 15 sekund by dopisać kilka znaków. Synek śpi smacznie, a radny puszcza muzę dla całej wsi.

Tym razem udało nam się przybyć na wieś już w piątek (pierwszy raz!), co miało mnóstwo zalet. Jechaliśmy już w chłodzie wieczornym i spaliśmy na świeżym powietrzu przy otwartym oknie, czego w mieście się nie uświadczy. Ponadto dzień rozpoczęliśmy już na miejscu i to wcześnie. Byliśmy w mieście kupić synkowi prezenty na nadchodzące urodziny. Padał deszcz i musieliśmy wyglądać praktycznie i nie kierować się wcale modą. Ja reprezentowałam feszyn from Kościerzyna, DSCN1722 który wygląda jak zdjęcie pokazuje. Skapnęła mi gazetka o paczłorkach, którą wypatrzył Mąż. Nie robię w paczłorkach, ale może zacznę, bo gazetka prezentuje istne cuda. Zaszliśmy też do nieodwiedzanego od niemal dwóch lat sklepu ze słodyczami z Niemiec. Byliśmy tam niedawno, ale akurat panował upał i nie było sensu kupować czekolady. Dziś odbiliśmy to sobie na kwotę 23 złotych. Kupiliśmy między innymi czekoladę z nadzieniem miętowym, co uwielbiam. I czekoladę mleczno-kokosową, która była najlepsza na świecie. Niestety nie został spożytkowany nawet jeden pełny rządek, a kokosy zniknęły. Spacerowaliśmy później po lesie, a gdy wróciliśmy do domu okazało się, że smakołyku nie ma z nami. Musiał wypaść z wózka, DSCN1688co ostatnio często nam się zdarza. Zebraliśmy także niemało kurek, ale nie wiadomo co z nimi będzie, bo Mąż leczy wrzody, a teraz jeszcze leczy siebie, więc wiadomym jest, że nie zjadłby, ale także ich nie obrobi, a to on w naszym związku jest tym, kto obrabia grzyby.

Podczas spaceru, który biegł przez zakole Wdy pod Płocicami, zatrzymaliśmy się w urokliwym miejscu, w którym na rzekę spuszczono kłody tak, iż tworzą one pomosty i obserwowaliśmy jak liczne spływy kajakowe sobie z przeszkodą radzą. Poradziły sobie wszystkie, ale zjawisko było wysoce ciekawe, a jeszcze ciekawsze było, jak klęły kobiety, co świadczy o statystycznie słabszych nerwach u kobiet. Bohaterski Mąż skoczył do wody gdy jednej kajakarce uciekło wiosło. Gdyby nie jego refleks, ona by nigdy wiosła nie dogoniła i musieliby zabulić kaucję! Mijaliśmy również liczne krzewy jeżyn i był na nich tylko jeden owoc. My też mamy jeżyny spod Płocic, ale nasze jeżyny są dalekie od owocowania.

Wróciliśmy do domu i Mąż zaległ. Twierdzi, iż jest słaby i ma na potwierdzenie gorączkę, ale nie bardzo wysoką. Spał sobie w najlepsze w biały dzień, a my z synkiem wytrzepaliśmy dywany, gdyż spodziewamy się gości i musi być w domu idealnie. Dom bez dywanów wygląda o jakieś dwie epoki nowocześniej!

DSCN1749

Tęgość tęgiego mężczyzny i tężyzna w Tęgoborzu, czyli rzecz o tężcu

DSCN9791Dzień miał być niespecjalny i leniwy, gdyż przez cały dzień miało padać deszczem i przelatywać. Po burzliwej i obfitującej w grzmoty nocy nastał jednak pogodny, acz pochmurny poranek. Poszliśmy na Mszę by zaskoczyć się miło, że wygląda na to iż pierwsze małżeństwo we wsi spodziewa się piątego dziecka, zaś proboszcz zdecydował się przeprowadzić dawno planowany remont elewacji po kosztach. Kościół był do tej pory z białej cegiełki a obecnie zostaje ocieplony styropianem i cegiełki nie będzie wcale widać, ale za to nie będzie też kosztować pięciu fortun. Prawdopodobnie nawet jednej fortuny taki remont nie pochłonie. A i malować potem będzie taniej.

Po Mszy pozwolono mi wypić w pośpiechu herbatę, której nie pozwolono mi wypić rano. Rano biorę tabletkę na czczo i przez pół godziny nie wolno mi pić herbaty i to jest okrutne, bo potem nie dostaję dodatkowego czasu. Tak się mnie tu traktuje! Spakowawszy wszystko co się dało pojechaliśmy nad Strupino, gdzie biwakowaliśmy wczoraj po południu. Nasza plaża była na szczęście niezajęta, ale nosiła ślady bytowania wandali w postaci jakiejś zupełnie obleśnej konserwy, petów, ampułki wyglądającej groźnie i ziarenek kukurydzy oraz rozlanego wosku. Konserwa okazała się być resztką świeczki i mamy nadzieję, że ampułka też, ale pety i kukurydzę musiał Mąż w czynie społecznym zebrać (pozbierał wszystko z woskiem włącznie ale bez konserwy, bo ta się nie zmieściła do butelki po ajsti), gdyż zamierzamy na tą plażę często wracać. Jest taka odludna, że można tam sobie być nawet grubym jak ja, albo mieć spadające gacie jak Mąż, albo nie mieć ich wcale jak synek. Po mnie szybko zaczął chodzić kleszcz i nawet go sfociliśmy. Ta starcza skóra na zdjęciu to moja prawa ręka. Pozwalałam mu przechodzić z ręki na rękę i z ręki na nogę dając złudzenie, że może sobie wybrać najlepszy kąsek aż w końcu zatłukłam drania i rozerwałam na strzępy. Mąż wyłowił z jeziora kamyczki i za ich pomocą wyznał mi miłość. Wszak dziś minęło 76 wspólnych miesięcy. Synek znów się specjalizował w piciu Bobofruta. Robi to doskonale i prawie się nie oblewa, chyba że zapomni iż trzyma kubeczek. Niestety nie było dość ciepło by się w całości zanurzyć i popływać, a miałam dziś strój z dwóch kawałków i zrobiłabym to szybciej niż wczoraj.

DSCN9769Po około dwóch godzinach plażowania uznaliśmy, że już dość i postanowiliśmy udać się na spacer usypiający synka. Synek zjadł obiad, potem zjadł jeszcze banana i sucharka i znów trochę banana i pił picie i pił drugie picie i co jakiś czas się o coś upominał i szliśmy i szliśmy i okrążyliśmy całe Strupino, co zajęło nam bez mała 3 godziny a synek oka nie zmrużył. Mieliśmy tylko jeden mały popas na ‚naszym’ pomoście, gdzie synek dwa razy wrzucił kamienie do wody, a Mąż je dwa razy wydobył. Za każdym razem wydobywał o jeden mniej niż wrzucono, gdyż kamienie zapadały się jak kamień w wodę. Synek wykorzystał wówczas moment zdjęcia pieluchy na oddanie srużki do jeziora, co wskazywałoby iż jest dzieckiem trochę odpieluchowanym. A rodzicom oszczędziło 72 grosze! Bardzo fajnie! Strupino jest wielkie i całe otoczone biwakami. Niektóre biwaki mają pełno wychodków a jeden biwak ma tylko dwa wychodki i ludzie wychodzą w las i zostawiają multum papierków. Za każdym razem podcierają się w innym miejscu! Jest to wyjątkowo przykre, bo tak źle traktowany jest DSCN9900najlepiej znany nam brzeg! Podczas okrążania szliśmy też ścieżką, którą wczoraj szły konie i leżały tam także ich stolce. Mąż, który chodzi w lesie boso, bo nie ma czucia w stopach, ale czuje, że po mchu idzie się najprzyjemniej, musiał zaprzeć się z całych sił i wznieść powyżej poziomu swoich stóp by je ominąć, gdyż nie domyłby kopyt a ponadto uważa, że KOŃSKIE STOLCE TO TĘŻEC!!!* Synek, który lubi wywalać buty, wywalił lacze firmy KROKS i my je wprawdzie podnieśliśmy, ale na koniec spaceru okazało się, że jednego lacza brakuje. Już wiemy, co jutro zrobimy. Wprawdzie to lacze za dyszkę, ale dyszka to kupa kasy, więc mamy zaplanowaną trasę spacerową na jutro:) Tym niemniej zupełny czilałt i bezstres, bo w razie niepowodzenia, to jednak lacze za dyszkę a nie buty za pińćset. Okrążanie Strupina ma jedną wadę w postaci giezów latających i gryzących. Ja mam około 170 ugryzień na kończynach. Mąż nie ma żadnego, bo szłam za nim i strącałam.

DSCN9843Z nieuśpionym dzieckiem wróciliśmy do domu po mleko, była już 18-ta! Liczyliśmy, że zaśnie nam we Wdzydzach. Ale ledwo opuściliśmy auteczko, synek ujrzał ambulans i myśl o spaniu minęła niczym poranna mgła. W karetce spędził mnóstwo czasu i ani na chwilę nie przestawał się cieszyć, co jest niejako sprzeczne z naszymi rodzicielskimi zamiarami, gdyż postanowiliśmy, że nasze dzieci nie będą się bawić karetkami ani szpitalami, nawet z Dupelka.

Przy ponownym ładowaniu się do auteczka synek raczył rzec, że on tatę koffa. Słowo powtórzył kilkukrotnie  żeby nie było wątpliwości, gdyby ktoś postronny je miał.

A zaraz dla własnej przyjemności będziemy oglądać nawzajem swe ciała pod kątem towarzyszy. Mąż zapowiedział!

*Ja, która zjadłam wszystkie rozumy i umiem zinterpretować internet na swoją korzyść, wiem, że w końskim stolcu nie ma tężca, bo koń z tężcem nie robi.

DSCN9778

DSCN9846

DSCN9849

DSCN9923

Zapach piżma w domu

3Sprawy przedstawiają się tak, że mamy gości a nawet lokatorów i nie są to mrówki ani inne pasożyty. W naszym domu zamieszkały prawdziwe ssaki i znów nie są to myszy. A było tak, że wieczorem wraz z synkiem udaliśmy się do łazienki celem umycia dziecięcej pupy i usłyszeliśmy popiskiwanie. Stanęłam na wysokości, czyli na desce klozetowej i nasłuchałam wywietrznika, który był prawdopodobnym źródłem popisku i zawołałam Męża, który lubi gości. Mąż potwierdził, że popisk/ćwierkanie słyszy i kazał przynieść aparat. Spodziewaliśmy się, że to ptaszek, ale nie był to wcale żaden ptaszek, lecz nietoperze i to dwa. Z oglądania przewodnika o zwierzętach wiemy, że to borowce wielkie i uważamy, że są najładniejszymi polskimi nietoperzami, jednak zdjęć spektakularnych nie mamy, gdyż była to łazienka, półgoły Mąż, słabe światło i przestraszone ssaczki. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, że u nas mieszkają. Mąż wyczytał też, że nietoperz wydziela zapach piżma czyli chuci, a to podobno najlepsze znane perfumy i do tego naturalne.

Smuci1 nas jednak, bo przy okazji oglądania przewodnika dowiedzieliśmy się, że co roku połowa jeleni i ćwierć saren jest odstrzeliwana tylko po to, by utrzymać równowagę biologiczną. Zwierzątko mnoży się i chowa młode, a państwo mu je odbiera, pewnie nierzadko na jego oczach i to w najbrutalniejszy sposób znany. Mąż wprawdzie mówi, że państwo wspaniałomyślnie morduje dziczyznę gdy ta oddzieli się od mamy. Uważam, że to jeszcze straszniejsze, bo wyobrażam sobie Stasiaka, który krótko po usamodzielnieniu i pobraniu wszystkich wartości, które mu przekazałam, pewnego dnia po prostu nie zadzwoni, bo państwo uznało, że burzy równowagę biologiczną.

Ponadto pluskaliśmy się dziś w jeziorze, przy czym najstarsi z nas to sobie nawet pływali, najgrubsi siedzieli w wodzie blisko brzegu, bo mieli jednoczęściowy strój maskujący tuszę i zamoczenie się w tym stroju, chociaż zakończone sukcesem, bardzo schłodziło ich obfite ciała. Najmłodsi zaś wybrali brzeg jako swoje miejsce docelowe i tam przelewali wodę waderkiem firmy Wiader oraz zakładali cumę z poduszki ze sznurkiem na wystające z wody patyki, co jakiś czas zmuszając matkę do wstania i pochodzenia za rękę oraz ciesząc się na widok oddalonego ojca w wodzie. Najmłodsi uczą się zawzięcie pić z kubeczka i w ramach nauki picia z kubeczka obalili prawie całego dużego Bobofruta, praktycznie bezstratnie. Najmłodsi także mają gigantyczny zasób słów i odróżniają przepływający ponton od przepływającego statku i przepływającego kajaka.

Z 2innej beczki to na drogach wciąż pełno jełopów. Których trzeba wymijać a oni mają o to jeszcze pretensje. Na złe emocje na drodze bardzo pomaga mi gadanie jakimi to są jełopami. Nie mam żadnych złych emocji, a kiedyś co jazdę bolała mnie głowa. Jestem najprawdziwszą kierowniczką. Potrafię się nawet zatrzymać przy prostytutce przydrożnej celem popasu i zrobienia ukradkiem fot. Większość kierowców robiąc takie zatrzymanie, zrobiłaby przy okazji stłuczkę. Fot prostytutki nie będzie, bo nas to smuci. Spośród licznego grona jełopów chciała opisać panią jełopkę w nowiutkiej Maździe6, która nagle wytoczyła się przede mnie znad jeziora. Specjalnie żeby być przed kimś. Droga, którą jechaliśmy, to gruntowa leśna droga przeznaczona do prędkości co najmniej 40 km/h. Pani jechała tam z prędkością 4 RAZY MNIEJSZĄ, a zjeżdżając z górki jeszcze hamowała. Mąż miał ochotę do niej podejść, bo by dał radę, ja zaś siedziałam na ogonie i wychylałam się z boku jak do wyprzedzania, ale droga nie jest tak szeroka jak na przykład autostrada do Płocic a pani jeszcze nie raczyła za bardzo się trzymać prawej strony. Dopiero na poszerzeniu drogi ją wyprzedziłam zaskakując się, że to kobieta. 50 metrów po tym manewrze musiałam się zatrzymać, bo nasza trasa dobiegła końca. Mam nadzieję, że było jej głupio. Pani była z Kartuz jakby co.

4Kiedy zaś dzidziunia spała, zebraliśmy ostatnie pół słoika jagód w tym sezonie. Jagód jest mało i pilnują ich komary. Ale my umiemy jagody pomnażać poprzez dodanie do nich mleka i cukru. Umiemy też ziemniaki pomnażać poprzez zanurzenie ich w oleju i polanie keczupem, co też zaraz Mąż mi zrobi, bo mi się należy. O! Sen dzidziuni przerwał jednak jełop z przyczepą, który jechał przez las, zatrzymał się z hukiem tuż przy wózku, cofnął się po chwili z jeszcze większym hukiem i po chwili skręcił w prawo z hukiem porównywalnym do pierwszego.

Zdjęcia są niestety coraz gorszej jakości gdyż naszemu aparatu zarysował się obiektyw, a taki zarysowany łatwo łapie tłuszcz. Obiecano mi jednak nowy aparat na urodziny. Jeszcze tylko nie całkiem wiadomo, kto będzie darczyńcą.