Wietnamskie sajgonki

DSCN3588Robienie wpisów na blog Cytrynny zajmuje tyle czasu, że nie ma kiedy przezywać życia na te wpisy. Wszak są one bardzo życiowe. Menażer bloga bardzo wymaga, żeby było kiedy przeżywać, a to z kolei powoduje, że jest mnóstwo do opisania, ale czasu na opisanie nie ma już wcale. W efekcie niekarmiony blog usycha niczym niepodlewana bazylia, a sama Cytrynna wraz z nim. Cytrynna nie usycha oczywiście dosłownie, chociaż oczywiście tęskni za Gajkami, które to Gajki były u nas jeszcze zeszłego weekendu. Cytrynna daje radę filtrować herbatkę a częściej wodę i dosłowne uschnięcie jej nie grozi. Usychanie Cytrynny polega na tym, że w chwilach nieprzezywania intensywnych przeżyć, jeśli akurat nie puszcza pralki, to śpi jak suseł a i tak chodzi jak zombi. Usychanie Cytrynny wbrew pozorom jest bardzo groźne i może nieść fatalne skutki. To był akapit gwoli wprowadzenia Czytelników w panujące realia naszego obozu.

Należy zwrócić jeszcze uwagę, że ilekroć Gajki się u nas zjawiają*, dzieje się coś z naszym auteczkiem. Ostatnio poodpadały nam koła na prostej drodze, co kosztowało jedne 5 dyszek za nową felgę, a będzie kosztować jeszcze drugie 5 dyszek za drugą nową felgę i stówcię za oponę, bo i opona poszła. Ponadto kosztowało 3 stówki za przegląd podwozia po odpadnięciu tychże kół. Czyli majątek. Gdyby nie stłuczka po drodze na majówkę, na której zarobiliśmy 2 stówki, już dawno szlibyśmy z torbami (a tak to z torbami jeździmy). W sierpniu znów przyjechały do nas Gajki i cóż stało się tym razem? Otóż mała Gajkówna rzuciła się na Lanosową rejestrację, na którą rzucał się wielokrotnie wcześniej nasz synek. Ja rejestrację przyczepiłam, ale nie trzymała się ona już za dobrze. Jeździliśmy na wycieczki w las i podczas jednej z tych wycieczek, rejestracja odpadła. Nam odpadła, a przejechały po niej Gajki jadące swym kobaltowym auteczkiem za nami. I nie zauważyły! Zauważył Mąż następnego dnia (znaczy brak zauważył, nie odległą zgubioną rejestrację). Poszukiwania przyniosły efekt i zgubę odleziono. A ponieważ odnaleziono, uznano wydarzenie za niebyłe i nasz samochód czekała jeszcze jakaś przykra niespodzianka.DSCN3591

Nastąpiła ona z biegiem czasu i stopniowo. Ale jest niewątpliwie związana z Gajkami. A było tak: przyjechaliśmy po weekendzie do Gdańska wioząc ze sobą całą masę tobołków. Były tam dwa pudła Dupelków, zgrzewka wody, zgrzewka mleka, plecak z laptopem, koszyk z niedojedzonym żarciem i mnóstwo innych. Mąż poszedł do pracy, a ja stopniowo wszystko przeniosłam do mieszkania na sąsiednią ulicę, gdyż zajechać pod klatkę nie było jak. Tylko Klappar w aucie został, bo już mi rąk zabrakło. Gdyby Klappar też szedł, do wypadku by nie doszło. A tak zniósłszy wszystko, co by się popsuć lub przydać mogło, porzuciłam auteczko. Gdybym zajęła się rejestracją i zakupem nowej niepołamanej ramki, też nic by nie nastąpiło. A jednak przez 3 dni nie tknęłam auteczka.

DSCN3589W piątek przyszłam z tobołkami, bo jechaliśmy znów na wieś i wszytko to, czego nawet nie wypakowałam, znów miało trafić do bagażnika. Ze zdziwieniem skonstatowałam, że klapa podniosła się dziwnie lekko i przeraziłam się, że każden jeden mógł nam auteczko uprowadzić. Do łba by mi nie przyszło, że konsekwencje będą dalece poważniejsze. Mąż wrócił wcześniej niż zwykle z pracy, odebraliśmy synka, który jadł u babć kolację i mieliśmy wyruszyć tak, by dziecina w aucie usnęła. Jednak, z powodu tego otwartego bagażnika i palącej się w nim przez 3 dni lampki, akumulator nie miał siły na nic. A była pora usypiania synka i wszystko spakowane. Byliśmy bliscy załamania.

Prostownik rodzinny** leżał w aucie taty na parkingu strzeżonym, w zasadzie niedostępny dla szarego obywatela nieznanego panu z parkingu. Zresztą prostownik to rzecz generująca opóźnienie. Przyjaciel, który czasem służy konsultacją w auteczku jako jego poprzedni właściciel, leży aktualnie chory a poza tym nie odbiera telefonów i tak, bo ma smartfon i nie słyszy go nigdy gdyż zawsze akurat buszuje po sieci. Wtedy akurat był w sąsiednim pokoju, ale nie ma na tym***.

Zadzwoniono więc do ostatniej osoby, od której pomocy by się spodziewano, a był to Cytrynniny tata mieszkający na sąsiedniej ulicy. Nikt by się nie spodziewał, że pomoże. Akurat nie było go w domu, ale zaoferował pomoc za 80 minut. Tak naprawdę nikt się nie spodziewał żeby te 80 miało byc jakkolwiek wiążące. Po rozmowie Cytrynna i Mąż wraz z synem spacerowali po okolicy zastanawiając się, co dalej, gdyż było już po 22. Zaszli nawet na postój taksówek, ale żaden pan taksówkarz nie miał kabli rozruchowych, a poza tym powiedzieli, że taka usługa u nich kosztuje 3 dyszki, DSCN3811czyli kawal majątku, dniówkę**** i co tylko. Czas leciał i wydawanie 3 dyszek w obliczu mogącego wkrótce nastąpić przyjazdu taty z kablami było coraz bardziej bezsensowne. Spadał też sens wypakowania autka i położenia się spać w mieście na kolejną noc. O dziwo, po upływie 80 minut tata przyjechał. Co więcej, miał nowy samochód. Odpalił nasze auteczko, podokręcał śrubki trzymające klemy akumulatora, zaoferował nową ramkę na tablicę rejestracyjną, tymczasem przykręcił starą ramkę do góry nogami i przykleił pasek podramkowy, który już się wczepić nie chciał. Ponadto zauważył, że nie pali nam się lewe światło mijania, co być może nie paliło się od dawna, ale Mąż obserwujący mnie wjeżdżającą nocą na podwórko nigdy nie patrzył i nie widział. Na wytłumaczenie Męża mogę jednak napisać, że wjeżdżając nocą na podwórko używałam długich, a one się akurat paliły oba, więc Mąż nie jest wcale gapciem. Wszyscy razem podjechaliśmy na stację, gdzie zasponsorowano nam nową żarówkę za 14,90 i wymieniono oraz poprawiono styki w lewej żarówce postojowej, która się nie paliła, choć była sprawna. W tym czasie synek wysypał na siedzenie kierowcy jagody, które mieliśmy i których zapomnieliśmy dać naszym gościom. Mąż jednak był czujny i zauważył, zanim kierowniczka zasiadła.

W efekcie wybijała północ, gdy opuszczaliśmy miasto. Synek, który cały wieczór zdawał bawić się nieźle i z ciekawością zaglądał pod  nieznaną sobie maskę Lanosa, usnął ledwo zasiadłszy. A Cytrynnie opadały powieczki i ledwo jechała, ale pędziła jak mogła, bo każda minuta za kierownicą zbliżała ją do zaśnięcia za kierownicą, które byłoby druzgocące w skutkach.

*O samych Gajkach jeszcze napiszę gdy się wyśpię i wierzę, że to nastąpi i że wkrótce.

**Cytrynna i Mąż nigdy dotąd nie potrzebowali prostownika. Ich pierwszy akumulator wytrzymał 12 lat(!), a potem kupili drugi, który służy niezawodnie i kiedy mieszkali zimą na wsi i było zagrożenie mrozem w nocy, Cytrynna biegła wykręcić ciężkie pudełko z prądem i brała je czule na noc do domu. Była ekspertem od wykręcania, a akumulator się odwdzięczał za opiekę wiernością i posłuszeństwem.

***W sąsiednim pokoju względem swojego smartfonu, nie względem Cytrynny i Męża, którzy nie byli w żadnym pokoju.

****Dniówkę, ale nie naszą, my średnio dziennie wydajemy nieco więcej.

Advertisements

4 Responses to Wietnamskie sajgonki

  1. Maurycy Teo says:

    A ja Ci napiszę komentarz, żebyś wiedziała, że nie musi być zdjęć, żeby komentować wpisiki! Chociaż może zamieścisz zdjęcie młodej Gajkówny dewastującej Wasz samochód. Albo Gajków rozjeżdżających Waszą rejestrację? To byłoby ciekawe ;).

    Chciałem jeszcze zapytać czy mimo podniesionej klapy nie zginęło nic z auteczka? Na przykład imiennik klapy Klappar? Byłoby bardzo szkoda… Bo ja czasem zostawiam kluczyki w aucie na noc w drzwiach i nic nie ginie. Albo w centrum miasta w noc sobotnią w klapie bagażnika, zamykając tam plecak z laptopem i też nic nie ginie. A jak było u Was?

    Mam nadzieję, że mój komentarz nie wywoła oblężenia przez obserwatorów mojego samochodu, celem badania, czy nie ma w nim kluczyków…

    • cytrynna says:

      Maurycy to jest niefrasobliwy, że tak zostawia swoje kobaltowe auteczko. Ja zataję rejestrację Maurycowego auteczka żeby nie wywołało to fali obserwacji. My z racji dużego wózka nie stosujemy zasłonki w bagażniku, ale na szczęście nikt jeszcze nie spojrzał na Lanos łapczywym złodziejskim okiem.

      Klapa zaś nie była podniesiona ewidentnie, tylko odstawała lekko a odstawała tak z powodu pękniętej gumki uszczelniającej, która to gumka nie pozwoliła klapie trzasnąć jak należy.

  2. LolaJoo says:

    a hahahah to się nazywa mieć przygody 😀

  3. Pingback: Keep calm and watch wanilaski | Świat misiów, stworzeń i pobratyŃców

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s