Jak wygląda kania 2

DSCN7038Po wielu miesiącach nadszedł nowy odcinek serialu o kani. Jak wiadomo kania jest tak szlachetna, że rośnie tylko byle gdzie, bo nic jej to nie ujmuje, więc znaleźć ją można albo przez przypadek, albo wędrując po bezdrożach. Jest jak złote runo, po które wybrał się mitologiczny Jazon. E, bardziej jak wygrana w totka. Wszak Jazon złote runo jednak zdobył. Tym niemniej, wygrana w totka nie jest nijak poetycka, a kania to czysta poezja. Kania to jest niezdobyta niczym Sparta, o!

Wędrowaliśmy sobie dziś drogami i bezdrożami zupełnie nieświadomi, że będzie to długi i ciężki dzień. Szliśmy, a niektórzy jechali wózkiem. Wózkiem jechała lalka, która wykąpała się w jeziorze. Chwilami jechał i synek. My szliśmy cały czas. Szliśmy w miarę swoich i wózka możliwości żwawo, gdyż zanosiło się na deszcz. Mogło nagle zamżyć lub mogła urwać się chmura i zalać nas na miejscu. Szliśmy więc. Rozmawialiśmy na różne tematy jak to się starym małżeństwom zdarza. I wzniośle, i organizacyjnie. Padło też zdanie o kaniach- że w świetle wydarzeń zeszłego roku oraz wrzodów, w tym nie będziemy na kanie polować.

DSCN7050Co by nie kończyć spaceru idąc przez wieś, lecz pozostać bardziej na bezdrożach, odbiliśmy w lewo i szliśmy pod lasem, potem odbiliśmy w prawo i szliśmy łąką. Zamierzaliśmy przekroczyć miejscową rzekę będącą raczej kanałem na takim jednym mostku, nad który niegdyś często przychodziliśmy w ciąży spijać herbatkę po obiedzie, ale most był zagrodzony paskami materiału podłączonymi do prądu, gdyż na sąsiedniej łące pasły się konie. Szliśmy więc brzegiem rzeki aż do przeprawy. Przeprawa wyglądała tak, że był mostek złożony z trzech w miarę płasko leżących cienkich gałęzi. Mąż, hiros nad bohaterów, podniósł wózek w dwie ręce a ja uruchomiłam aparat na tryb kręcenia filmu. I poczułam się oszukana jak nie wiem co, bo on sobie przeszedł rzeką w kaloszach w ogóle olewając mosteczek, a ja się spodziewałam, że utrzyma równowagę z obciążeniem na takim wątłym mosteczku, co to wprawdzie nie był zielony, ale uginał się. Po mostku przeszedł jednak synek. Ja w swoich czerwonych kaloszkach udających Hantery tez przeszłam rzeką, bo w ogóle nie mam równowagi. I tak oto znaleźliśmy się po właściwej stronie rzeki.

Wtedy je zobaczyłam. Były dwie. Takie jak trzeba. Prawdziwe i poetyckie. Pachniały z daleka. Wysokie i szlachetne. Wybijały się z trawy. Od razu wiedzieliśmy, że to one. Wiedział i synek, który kań do tej pory nie oglądał. Podszedł i powiedział ‚kana’. Chodziliśmy od jednej do drugiej podziwiając. Mniejsza była zbyt młoda, ale mimo wcześniejszych bezkaniowych planów wiedzieliśmy, że większą poniesiemy ze sobą.

DSCN7033Nasza kania liczyła sobie 28 centymetrów wzrostu i 0,18 metra średnicy. Idealnie wpisywała się w kanony kaniej urody. Miała jednak jedną maleńką wadę- obrączka na trzonie nie była ruchomą. Nasuwało to pewne wątpliwości, gdyż wiadomo, że legenda tajemniczej śmierci bo rzekomym zjedzeniu domniemanej kani jest silnie zakorzeniona. Postanowiliśmy w drodze do Gdańska zahaczyć o kościerski sanepid, gdyż kiedyś przeczytaliśmy artykuł o grzybach odsyłający niepewnego grzybiarza do sanepidu. Ja osobiście nie wiem, skąd pracownik sanepidu miałby kompetencje do znania się na grzybach! Zmieniliśmy plan na odwiedziny w położonym nieopodal leśnictwie Debrzyno. Już mielimy odjeżdżać, już w bagażniku leżały wszystkie nieubrane sukienki, gdy odkryłam tę przerażającą prawdę! Nie ma klucza do auteczka! Oczywiście nie było jednego z kluczy. Jako istota ogarnięta nerwicą natręctw na punkcie swojego bezcennego wehikułu, zawsze mam przy sobie oba komplety, na wszelki wypadek.

Rozpoczęliśmy szeroko zakrojone poszukiwania klucza, który mógł być wszędzie- zarówno w domu jak i zgubiony na spacerze. Przerwaliśmy poszukiwania by zdążyć do leśnictwa w godzinach jego pracy. Popędziliśmy przez las. Byliśmy na miejscu o 15:31 i nie mijaliśmy po drodze nikogo. Szczekały psy. Stała tojota. Drzwi nie otworzył nikt. Zadzwoniliśmy na numer wpisany pod godzinami urzędowania.

Odebrał facet, któremu wyłożyłam sprawę. Był fatalnym gburem. Rzekł, że pracują do 15:30 i on jest już w Gołuniu (6 kilometrów dalej wyboistą leśną drogą, więc chyba pospieszył się), a w ogóle, to nikt nie rozpozna pani kani, bo to odpowiedzialność grzybiarza, DSCN7028nikt nie weźmie takiej odpowiedzialności. Proszę nie przynosić grzybów do leśnictwa, lecz korzystać z atlasów, A w ogóle to on się na niczym nie zna i jest tylko w zastępstwie.

W międzyczasie pierścień naszej kani rozluźnił się i opadł. Wróciliśmy do domu na 2 godziny dalszych bezowocnych poszukiwań klucza. Jeśli ktoś go odnajdzie, będzie mógł nam pod osłoną nocy zwinąć auteczko. Gdy rozpadało się na dobre, poszłam samotnie pod parasolem szukać klucza na trasie spaceru i oczywiście nie znalazłam. Pojechaliśmy. Było już dawno po godzinach pracy wszelkich instytucji leśnych. Zajechaliśmy jednak do leśnictwa Sikorzyno, które słynie z tego, że i w godzinach pracy jest opuszczone*. Jako że nie były to godziny pracy, więc tym bardziej było opuszczone.

Mieliśmy jeszcze plan zatrzymać się przy grzybiarzu-samochodziarzu. Któż lepiej rozpozna grzyb niż grzybiarz, który z ich rozpoznawania żyje? Jednak gdy napotkaliśmy grzybiarza, mój refleks podziałał z odrobinę zbyt dużym opóźnieniem (miał do tego pełne prawo jako że padał deszcz) i zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów za nim. Pobocze było wąskie a za mną nikt nie jechał, więc zaczęłam cofać się. Wtedy nadjechał tir. Nie ufam kierowcom tirów, nie wiem jaki mają refleks i czy przypadkiem nie czerpią radości życia z rozjeżdżania ślicznych zielonych auteczek, więc skończyłam cofanie i po stresującym zgaśnięciu silnika i pozwoleniu wyminąć się, ruszyłam do przodu.

DSCN7047Planowaliśmy zjeść dziś po ósemce naszej kani, a jutro resztę. Mąż wąchał ją, syn spał i tak jechaliśmy. Oprócz wąchania łapał się jednak za głowę. Miał jeszcze iść do pracy, a myśl o grzybie nie dałaby spokoju. Już planował, że jak tylko zje, to nie będzie spał czekając na objawy zatrucia. Czytelnicy pewnie nie wiedzą, ale w zeszłym roku bardzo nas nastraszono i padło to na podatny grunt.

Jaki los spotkał kanię? Na polecenie kierowcy, pasażer musiał przełamać swoje opory, otworzyć okno i wyrzucić ją z pędzącego auteczka w otchłań. Podobno rozprysła się w powietrzu. Być może świadczy to o fakcie, że była robaczywa.

A ja, która wrzodów nie mam i grzyby jeść mogę, kupię sobie jutro tacuszkę boczniaków, którą będę mogła zjeść łapczywie sama i to o normalnej porze, nie zaś o godzinie powrotu Męża z pracy. Kania, oprócz szlachetności, miała jedną wielką zaletę- była za darmo, ale to boczniaki smakują lepiej.

*Zasłynęło tak pewnego listopadowego dnia roku 2011, kiedy to znaleźliśmy przy drodze martwego borsuka i chcieliśmy, by specjaliści zatroszczyli się o niego. Borsuk był taki szlachetny!

DSCN7053

DSCN7027

DSCN7028

DSCN7039

Reklamy

Wszystkie kobiety Mateusza

DSCN6521Jak czytelnicy blogowego fejsbuka wiedzą, miałam dziś urodziny. Czytelnikom fejsbuka nieobca jest też wiedza, że Mąż nie zamierzał ich ze mną spędzić. Od wielu dni zapowiadał, że nie ma żadnego prezentu, bo nie było kiedy, a wczoraj dodał jeszcze, że nikt nie chciałby być ze mną rano w dniu, w którym nie można mnie poganiać. I tak oto zostałam uspokojona, gdyż jak wiadomo z poprzedniego roku, nie znoszę niespodzianek i niepewności, a lubię stabilność i domowe pielesze. Mąż miał wrócić do domu na mniej więcej dwudziestą pierwszą i wspólnie ze mną położyć synka spać, a następnie dać się ograć w Carcassonne podczas randki domowej.

Poranek rozpoczął się dziś o 9:30. Tak nie bywa! Synek postanowił dać nam co mógł najlepszego, a był to sen. I nie oddawał wcale swojego, lecz korzystał wraz z nami.

Następnie Mąż ubrał się, wziął swój garnuszek na kaszkę* i poszedł do pracy. Przeczuwałam, że wróci jeszcze z kwiatami i poradziłam mu, żeby wziął klucze, co by sobie drzwi otworzyć, a on stanowczo odmówił, czym utwierdził mnie w moich przekonaniach [że wróci]. Poradziłam mu nawet, gdzie może kupić fajną czekoladę, a on odparł, że wieczorem mi przyniesie. I tak oto polazł, a my z synkiem zabraliśmy się za śniadanie. Kiedy chlebki były posmarowane, wrócił Mąż. Przyszedł załapać się na nasze śniadanie, złożone z chlebka i wykogatunkowych parówek, o które synek  poprosił mówiąc ‚plówka, tu’ i pokazując na swoją maleńką rączkę. Ale nie przyszedł z pustymi rękami. Przyniósł i kwiaty, i czekoladę i jeszcze świeżutkie bułeczki. I zaproponował spacer. Mimo wczorajszych rozdzierających serce słów. Ja na spacer oczywiście ochoczo przystałam, lecz nim zjedzono śniadanie, spadł ulewny deszcz, który zapowiadano dopiero na 14!  Spadł przed czasem i wciąż spadał. Nie mogliśmy jednak zrezygnować z jedynej okazji do randki w tak uroczystym dniu i poszliśmy z parasolem nad wózkiem.  Z parasolem, z dzieckiem małym, z gospodarstwem swoim całym. Szliśmy i szliśmy, aż doszliśmy do pobliskiego Madisona, w którym zeszłej zimy spędziliśmy wiele czasu. Tam zażyliśmy lokalnej cukierni. Synek o dziwo przyjął nasze jedzenie jabłeczników i nie domagał się współudziału. Miał swojego mercedesa i jeździł nim po stoliku a gdy zjedliśmy (dwa okruszki mu się jednak dostały), chwycił talerze i odniósł je. Gdy nikt talerzy nie przechwycił, podszedł jeszcze raz i pokazał paniom, że talerze stoją.

Potem oglądaliśmy rybki i synek doceniał rybki. Nie było już zeszłorocznego jeżyka, którego tyle razy odwiedziliśmy. Była za to śliczna koszulka z jeżykiem, ale dziewczęca. Zjechaliśmy na piętro z esotiq’iem i tam były szlafroki z podrabianego minky. Już się podjarałam i myślałam, że oszaleję i bez co najmniej jednego nie wyjdę, gdy odkryłam, że minky jest podrobiony i wcale nie jest minky, lecz byle polarem tłoczonym w bąbelki, łatwym do uprasowania na gładkopolar. Bez żalu opuściłam sklep.

Następnie był obiad, a Mąż udał się do pracy bez obiadu. Później synek zasypiał i godzinę mu zajęło zaśnięcie. W tym czasie podbił mi prawe oko i wydrapał lewe. Wtedy (tuż po zaśnięciu) przyszła mamusia (moja) i przyniosła mięso mielone na kotlety mielone. Bardzo się ucieszyłam na myśl o mamusinych kotletach i już planowałam, że po kotletach wspólnie upieczemy ciasteczka owsiane. Zabrakło jednak cebuli i ja po tę cebulę poszłam. Przy okazji zadzwoniłam do Męża pochwalić się, jak to owocnie spędzę czas, a on mi bezczelnie rzekł, że nie będę żadnych kotletów smażyć. Powodem wzburzenia było to, że on właśnie znalazł się  w drodze i załatwił opiekę do dziecka i był w trakcie niespodzianki. Zupełnie nieprofesjonalnie. Gdy my szykowaliśmy niespodziankę dla P. [pierwszy akapit], ściągnęliśmy do siebie każdego, kto mógł plany zaburzyć. Zatem Mąż jako organizator się słabo spisał. Daliśmy jednak radę i po początkowym okazaniu wyraźnego niezadowolenia poszłam z Mężem do tego niespodziankowego kina. Gdy doszliśmy pod budynek miejscowego kina studyjnego, oczom moim ukazał się plakat reklamujący film ‚Wszystkie kobiety Mateusza‚ i od razu wiedziałam, na co idziemy, mimo że były tam też inne plakaty.

Od lat (dwóch) chadzamy do kina kierując się tym, czy jest blisko i czy godzina nam pasuje. Tym razem jednak Mąż, oprócz sprawdzenia dwóch podstawowych parametrów, zapewnił, by była to komedia. Opisu nie czytał. Film nie był może bardzo wysokich lotów, ale był sympatyczny i ja osobiście jestem zadowolona a recenzja, którą zobaczyłam później jest moim zdaniem żenująca jak nie wiem co.

Film był o gminnym Casanowie, który po swojej śmierci rozszerzył działalność na wszystkie śpiące kobiety. My akurat znamy tylko jednego Mateusza i on jest raczej monogamiczny, więc tym śmieszniejszy był dla nas tytuł.

Po kinie byliśmy na randce w lokalu i to w tym lokalu, ‚co zawsze’. I jedno znas zamówiło tam pitne Rafaello, a drugie pitnego Snickersa, ale zamieniliśmy się rychło, bo każdemu smakowały bardzo oba a bardziej ten nieswój. A potem jeszcze odbyliśmy spacer. To uczyniło randkę full randką, taka samą co do składu jak te, podczas których byłam zdobywana! Później zaś odebraliśmy nasze słodziutkie dziecko, które zna już naprawdę wszystkie marki samochodów. Nie wiem, czy czytelnicy zdają sobie sprawę, że Nissan jest z daleka bardzo podobny do Opla jeśli chodzi o znaczek? Zrobiliśmy wraz z synkiem spacer dookoła budynków i przyszliśmy do domu opisać moje urodziny. Po drodze zajrzałam do skrzynki i wyjęłam z niej kartkę adresowaną do mnie rękami mojego drogiego Męża. Na kartce jest wierszyk sugerujący, że jeśli wykonam pewne gusła i wejdę goła do łóżka wołając, że chcę prezent dostać, bo nie dostałam, to dostanę. Idę więc spróbować!

*Mąż co rano wymienia po drodze do pracy pusty garnuszek na pełny. Napełnia mu go babcia, czym odciąża mnie od żmudnej i monotonnej czynności codziennego gotowania kaszki. Ja to kiedyś robiłam, ale wymiękłam i już nie znoszę, bardziej niż niespodzianek.

Foteczki będą jutro!

Zagubiłam się

DSCN3856Znalazłam na pulpicie folder pełen słitaśnych fotek do wpisu, który nie powstał, bo zasnęłam wtedy, gdy powstać miał. Teraz to one do niczego już nie pasują. A był to ten weekend, który obejmował 24 i 25 sierpnia. To wtedy pewien paskudny zgred w średnim wieku przyszedł do nas nad Strupino i rzekł chamskim i roszczeniowym tonem, że nasze dziecko za głośno mu się drze i że on nie po to przyjeżdża tutaj żeby mu się ktoś darł. A nie byliśmy na jego pomoście. Ze zgredami tak to już jest, że nie ma dla nich dobrej riposty. Do dziś nie ma. a dziecko akurat krzyczało z radości, bo ten pomost szczególnie lubi i kamienie stamtąd wrzuca do wody. Podobnie jest z jełopami, które zaparkują sobie na chodniku w deszczu. Wózkiem nie przejadę, ale mojej niezawodnej naklejki też nie przylepię, bo szyba mokra i nie będzie się trzymać wcale.

A w ogóle poza tym to mi się nic pisać nie chce, musiałam dziś dużo zmoknąć, bo akurat popsuły się wszystkie tramwaje w mieście i trzeba było będąc już całym mokrym szurać na pociąg, czyli kolejkę. Kolejka przyjechała i ja w nią wsiadłam w ostatniej chwili, a w chwili wysiadania okazało się, ze nie była to kolejka, lecz przewóz regionalny i gdyby mnie skontrolowano, to prezenty urodzinowe poszłyby się gonić. Jestem więc wykończona nerwowo, bo podziałało to na moje nerwy.  Co zaś tyczy się prezentów urodzinowych, to na pewno jakieś będą, bo przecież mam jutro urodziny jak i rok temu miałam.

Niepewność jutra mnie dobija, bo w ogóle nie wiem, czego się spodziewać. Mąż mówi, że nie ma dla mnie nic i nic nie planuje. Oczywiście tak może być naprawdę, ale prawdopodobnie ma mnóstwo i ma jakiś znakomity plan niespodziankowy, lecz nie chce go zdradzić, a ja przecież nie znoszę niespodzianek i jakiejkolwiek niepewności.

Poza tym skończyło mi się lato, a ja przecież nie znoszę jesieni i nie toleruję zimy. Ale kupiłam dziś sobie cały komplet Ani z Zielonego Wzgórza, taki sam jak kiedyś miałam i taniej niż niegdyś sprzedałam, czyli zaspekulowałam z korzyścią.

DSCN3891

DSCN3913

DSCN3928

DSCN3997

DSCN4009

DSCN4066

DSCN4088

DSCN4091

????????????????????????????????????????????????

DSCN4122

Chłopiec z nerką

chlZnerkDobiega końca ostatni weekend lata. Spędziliśmy na wsi urocze 4 dni i za chwilę spędzimy jeszcze piątą noc. Aż do dziś rana niebo było najbłękitniejsze na świecie, mniej więcej takie jak na uroczym zdjęciu sprzed sześciu lat, które zrobiłam swojemu chłopakowi (późniejszemu narzeczonemu, a obecnie Mężowi). Dziś rano niebo zachmurzyło się i od tego czasu było pochmurne, ale nam dalej było uroczo. Deszcz spadł dopiero po południu i pada wciąż, więc jutro o świcie będzie pełno grzybów i las jest nasz!

Po kolei jednak, bo idzie zima a w długie zimowe wieczory dobrze jest mieć komputer z internetem i móc je sobie umilać obszernymi wpisami, zwłaszcza z ostatnich dni lata, więc musi być po kolei i obszernie.

W piąteczek byliśmy na wycieczce w lesie, potem wycieczkowaliśmy w Dziemianach, do których jeździ się na lody. Dziemiany odkryliśmy pewnego lipcowego ciążowego dnia i od tego czasu bywamy tam na lodach. Jest tam też bogato wyposażony sklep wielobranżowy, a ja uwielbiam sklepy wielobranżowe (oraz wystawy kiosków), bo w swojej obfitości kojarzą mi się z dzieciństwem. Tym razem w owym sklepie kupiliśmy sobie jako pamiątkę dwa duże Ludwiki do naczyń o nietypowych zapachach. Mieliśmy jeszcze dotrzeć do Leśna na kamienne kręgi, ale jełop, który stanął obok mnie na wylocie z drogi jednokierunkowej i zasłonił mi widok na prawą stronę spowodował, że zapomniałam jak należało pojechać. Mało tego, potem przegapiłam zjazd na Płocice w prawo, bo jechał za mną inny niecierpliwy jełop, a ja niedawno czytałam o wypadku, w którym ciężarówka wjechała w skręcający w lewo samochód i to było pod Lipuszem, sad2czyli dokładnie tam, więc bałam się nagle skręcić (nawet w prawo) dopóki nie wyprzedził mnie. Znalazłam jednak zawracajkę po lewej (bardziej niebezpieczną niż po prawej ale umożliwiająca późniejsze włączenie się do ruchu w prawo) i skoro już wjechaliśmy w las, to przespacerowaliśmy się na jeżyny (małe i nieliczne, ale JEŻYNY!). Potem zaś synek zasnął i ja pędziłam do domu, bo był piątek, a kiedyś co piątek jadaliśmy placki ziemniaczane i był już czas najwyższy i na placki jako takie i na obiad w ogóle. Synek spał akurat tyle, by zbudzić się na gotowe. Skoro tylko zjadł, pojechaliśmy nad jezioro Wałachy, które jest najładniejszym miejscem w okolicy, dodatkowo obfitującym w grzyby, a do tego położonym niedaleko. Spędziliśmy tam czas aż do zmroku i przywieźliśmy stamtąd kilka ładnych koźlaków oraz jeden duży prawdziwek.

O sobocie już pisałam. Cechą przewodnią soboty był zepsuty aparat.

W niedzielę zaś ubraliśmy się w pasujące koszulki (a komu wypada to i sukienki) i poszliśmy na Mszę, na której wyjątkowo nie zmarzliśmy. Potem zapakowaliśmy zapasowe pieluszki, zapasowe sukienki i inne zapasowe jedzenia i pojechaliśmy na wycieczkę śladami tej piątkowej. Na naszym ulubionym pomoście sfocono bardzo amatorsko moje sukienki. Następnie pojechaliśmy do Dziemian na lody. Bardzo liczyliśmy na sklep sąsiadujący z wielobranżowym, że będzie tam Cortina czekoladowa dla Męża i nogger dla mnie, ale sklep został zamknięty dokładnie 4 minuty przed tym, zanim nadjechaliśmy. Musieliśmy znów kupić lody tam gdzie zawsze i gdzie spróbowaliśmy już wszystkiego i gdzie cortina jest tylko o smaku tiramisu. Sprawdziliśmy też menu lokalnej pizzerii i zaakceptowaliśmy je jako dość niedrogie i dość atrakcyjne na obiad dla nas w drodze powrotnej. Pojechaliśmy do Leśna gdzie były jedyne nieodwiedzone przez nas kamienne kręgi. Ja nie wiem o co z tymi kręgami chodzi. Znamy takich, którzy wierzą w ich energię, ale Mąż akurat lubi je dlatego, że kojarzą mu się z dzieciństwem. Te szczęśliwie były darmowe i parking przy nich też. A swego czasu w Węsiorach kasowano 4 czy nawet 5 złotych za sam parking, co nas oczywiście odstraszyło! Synek znów zerwał cumy* i odpłynął w drodze, więc zajechaliśmy do cienia w las, żeby nic nie przegapił i odbywaliśmy piknik przy aucie na rozstaju dróg. Piknikowaliśmy długo, a synek spał relatywnie niedługo. Po dojechaniu na miejsce nie był jeszcze całkiem zadowolony z przebiegu drzemki, ale widok 40 krów (a może 34 lub 38- każde liczenie dawało inny wynik) ucieszył go dość, by zażegnać wszystkie dziecięce troski. Poszliśmy na kręgi. Mąż zaskoczył nas negatywnie, bo czytał wszystko co było napisane na każdej z tablic i w ogóle jarał się tym, co tam było, a były to największe nudy na świecie. W końcu zostawił nas na jakiejś górce, gdzie mogliśmy zbierać jagody do naczynka, a sam oddalił się żeby przejść przez te kultury wielbarskie samemu. Jagody zbierało się miło dopóki były, kiedy jednak się skończyły, nabrałam ochoty na sprawdzenie poczty i wówczas okazało się, że niesforny Mąż uchodząc, zabrał ze sobą mój telefon, chlopZnerkczyli narzędzie do sprawdzania poczty! Byłam bardzo zła. Związał mi ręce i zostawił z dzieckiem na pustkowiu! Jedyną rozsądną rzeczą, którą mogliśmy zrobić, była zmiana lokum pozwalająca na zbieranie jagód skądinąd. Ja w ogóle nie rozumiem jak można się interesować takimi nieciekawymi rzeczami! Po nudach poszliśmy jeszcze odwiedzić miejscowego kucyka i synek karmił go leżącym obok niego (kucyka i synka) chlebkiem. A potem pojechaliśmy na pizzę. Byliśmy tam jeszcze w trakcie Mszy i dzięki temu czekaliśmy na zamówienie tylko trochę dłużej niż czekać mieliśmy. Tuz po złożeniu zamówienia Msza się skończyła i pół wsi przyszło na pizzę! A pizza skądinąd była tak dobra, że jeszcze dzisiaj miałam na nią ochotę. Synek oczywiście bezbłędnie rozpoznawał ople oraz peżoty, andi, reno i jednego rzężącego Lanosa. Mieliśmy problem jak mu zaprezentować folcwagena, bo to trudne słowo dla dwulatka i już planowaliśmy, że ‚folc będzie na początek lepsze, bo potem się to bezproblemowo rozszerzy o ‚wagen’, jednak on sam sobie wybrał, że teraz chce mieć ‚wagena’.

Dziś zaś synek dał nam pospać aż do dziewiątej po raz pierwszy tego lata! Spakowawszy się, zajechaliśmy pod sklep po bułki i za 4 identyczne zapłaciliśmy 1,70! (a to się przez 4 nie dzieli). Tak wyposażeni dotarliśmy nad Wałachy, gdzie okrążyliśmy pół jeziora nim dotarliśmy na idealne śniadaniowisko. Było uroczo i zrobiliśmy mnóstwo zdjęć blogaskowych. Potem poszliśmy dalej i gdy mijaliśmy ambonkę zastanawiając się, czy pozwolić synkowi na nią wejść (ja byłam przeciwna, bo on nie zna umiaru), synek sam ową ambonkę zauważył i wspiął się na nią też zupełnie sam! I robił to wiele razy. Non stop. Korzystał z pomocy przy zejściu i wchodził raz po raz! A potem siadał na przykręconym tam obrotowym stołku i cieszył się! Potem, ponieważ koniecznie chciał zrywać każdy grzyb, wyjaśniono mu, że grzyby mają blaszki i sitka i tych z blaszką nie zbieramy. Od tego czasu na znajdywane grzyby, zamiast mówić ‚gziba’ mówił ‚blaski’. Ponadto podczas znajdywania grzybów mówi ‚tata’ a czasem mówi że kocha gziba, bo mu się grzyb z tatą miesza. A gdy znajdzie sterczący z ziemi pachołek nakazuje tacie na nim usiąść. Przy czym nie nazywa taty tatą lecz tatusiem i to jest ekstra i ja go tego nauczyłam, o!

Po wielu godzinach dotarliśmy do auteczka i podjechaliśmy nad Debrzyno, bo zawsze chcieliśmy zobaczyć jak tam jest. Było średnio. A synek wcale nie chciał spać. Pojechaliśmy auteczkiem daleko, ale on wcale nie zasypiał. A ja byłam bardzo głodna. A mieliśmy już tylko ciastka, których staramy się nie dawać dziecku, więc nie mogłam ich jeść dopóki nie zasnął. I tak czekaliśmy aż zaśnie aż do 17. I wtedy zaczęło padać! Spacer jednak trwał dopóki tylko mżyło. Z braku dodatkowych warstw, synka przed deszczem osłonięto moją spódnicą. Wciąż było uroczo. Potem wróciliśmy  do domu. Synek powiedział ‚but, blusa, mloklo’. Odczuwanie mokra i daleka to jego nowe osiągi i jest w tym świetny. Przebrani pojechaliśmy do sklepu po jajko wiejskie (80 groszy za sztukę!) do placka ziemniaczanego, bo zapomnieliśmy, że mamy w lodówce całe mnóstwo. I tak minął dzień.

Na tym wyjeździe testowaliśmy nerkę. Od zawsze wiedziałam, że nerka jest lepsza niż brak kieszeni lub kieszenie, do których nie mogę zapakować rąk, bo a nuż zgubię klucze czy inną baterię. I lepsza jest od torebki branej do ręki i od takiej na ramię, która się zsunie, gdy nachylę się nad grzybem i która przeszkadza w aucie. I nieporównywalnie lepsza od plecaka, do którego nie da się łatwo sięgnąć i który tez trzeba ściągać. Nerka to rzecz idealna dla kierowcy-grzybiarza. Póki co do testów posłużyła nie za ładna nerka po Mężu, ale wkrótce uszyjemy sobie komplet nerek z misiami i będziemy się z nimi obnosić, o! I one nas wyrażą, też o! I nawet Mąż, który ma kieszenie, chce nerkę z misiem, o!

* W przypadku synka mówienie o zerwaniu cum jest wyjątkowym żartem językowym, gdyż jako zapalonego przyszłego żeglarza, ulubioną jego zabawą jest zabawa w cumę właśnie. I każde najmniejsze nawet autko ma sznurek do cumowania (podobnież statki), więc i tym, co go przed uśnięciem/odpłynięciem powstrzymuje, jest cuma właśnie.

TU BĘDZIE OCZYWIŚCIE MNÓSTWO DODATKOWYCH ZDJĘĆ.

Noce bywają chłodne

sad3Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy jak zwykle za wcześnie. Jesteśmy na wsi i mamy tu bardzo wygodne łóżko, dokładnie takie jak w Gdańsku, przy czym tutejsze nam podarowano, a gdańskie kupiliśmy sami. Tu jednak, w przeciwieństwie do miasta, można sobie w nocy otworzyć okno i oddychać powietrzem a nie własnym azotem czy innym dwutlenkiem węgla, więc śpi się znakomicie. Nic więc dziwnego, że kiedy synek zarządził pobudkę, nikt jakoś z impetem nie zbiegł na dół celem przygotowania śniadania. Inna kwestia, że nie za bardzo było z czego śniadanie przygotować. Z trudem wyżebrałam podanie mi herbaty do łóżka. Osoba przynosząca (w tej roli Mąż) wygarnęła mi, że do łóżka to ja sobie mogłam godzinę wcześniej.

Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, ja funkcjonuję na czułość i bardzo źle znoszę, gdy ktoś jest niemiły, musiałam zafunkcjonować na niższych obrotach. Osobą przygotowującą wyjazd był Mąż i o mało nie zapomniał o bateriach do aparatu, a ciasteczek dla mnie to w ogóle nie wziął. A oprócz czułości, ja funkcjonuję przecież też na cukier. Jakoś nam się udało jednak wyruszyć i to przed dziesiątą, co w naszym przypadku oznacza sukces częściowy. Udaliśmy się oczywiście do miasta, gdyż brakowało wody, brakowało bananów, brakowało pieczywa, brakowało dziecięcego picia, kończyły się pieluchy… Jednym słowem, bida z nyndzo.

Na naszym niedawno odkrytym i ulubionym parkingu nie było wcale miejsc, w rossmannie była promocja tylko na drogie i ekskluzywne pieluchy premium, których nawet nasz wymagający syn nie stosuje. W efekcie ten jeden raz je postosuje, bo inne się po prostu nie opłacały*. Pod Lidlem w ogóle nie było miejsc, ale ja jedno znalazłam. Rok temu bym nie umiała na nim zaparkować, ale jak wiadomo z dnia na dzień jestem coraz lepszą kierowniczką.

Kupiwszy bułki i keczup, udaliśmy się nad jezioro Sudomie, nad które trafiliśmy po raz pierwszy. Znaleźliśmy ładny pomost i tam rozbiliśmy obóz śniadaniujący. Niebo było najładniejsze na świecie, lepsze niż kiedykolwiek, najlepsze tego lata. Wychodziły urocze foteczki, a błękit nieba odbijał się w tafli wody. Wywrotka, której popuściła cuma, omal nie odpłynęła na środek jeziora. Zjedliśmy przemiłe śniadanie i ruszyliśmy dalej. Eksperymentalnie pojechaliśmy drogą bardzo dobrej jakości, która na samym swoim końcu okazała się kończyć, czyli dobiegać do miejsca, gdzie łączyły się dwa duże jeziora. Nie było żadnych oznaczeń, ze uliczka jest ślepa, a była! Gdyby nie czujność kierowcy oraz Męża, który na prośbę kierowcy wyszedł sprawdzić, to wjechalibyśmy sobie jak gdyby nigdy nic do jeziora i zalali silnik. Zamiast tego, wycofaliśmy się na nieodległą zawracajkę i rozbiliśmy kolejny obóz. Ja oczywiście siedziałam, a Mąż i syn brodzili po przesmyku międzyjeziornym, który nawet maleńkiemu synkowi nie sięgał do ud. Synek chwytał ślimaki i był zadowolony, Mąż prezentował mu pałki trzcinowe oraz drugi brzeg. Cieszyliśmy się latem aż do trzynastej z hakiem. Potem wyruszyliśmy dalej. Ponieważ mieliśmy kupiony keczup, postanowiliśmy udać się do Szarloty, w której zawsze świeci słońce i o ile dałoby się wejść za darmo, zjeść tam obiad. Nikt nie pilnował bramy i nie pobierał pięciozłotówek, więc weszliśmy. Synek był tam po raz pierwszy, gdyż opłaty wprowadzono tuż przed tym, zanim go do Szarloty zabrać chcieliśmy. Był zachwycony. Najpierw obszedł cały parking aut bezbłędnie rozpoznając ople oraz wypytując się o inne marki. Potem zachwycił się jeszcze bardziej zwierzaczkami, których było mnóstwo- króliczki, kozy (strasznie zahukane), gęsi i kury oraz świnki- małe czarne świnki rożnych rozmiarów, które ssały swoje mamusie, a potem biegały. Synek aż wspinał się na zbudowany z poziomych drągów płot by lepiej je widzieć. Od świnek zupełnie i wcale nie mógł oderwać się. Nawet nazywał je prosiaczkami, a do kurek robił ‚koko’ i wydawał inne ptasie dźwięki o wysokich tonach.  Co chwilę jednak wracał do prosiaczków i wspinał się na ich płot. Z czasem się jednak nasycił i poszliśmy zamawiać obiad. Nie było jednak kurczaków, na które się nastawiliśmy, więc zamówiliśmy same kartofelki. Polaliśmy je własnym keczupem i spożywaliśmy w zadowoleniu, aż nagle przestał działać aparat. Zaprzestanie działania aparatu stanowiło dzisiaj meritum dnia. O 14:39 powstało ostatnie zdjęcie. Potem nie nastąpił żaden uraz mechaniczny, a aparat odmówił współpracy. Obiektyw wysuwał się i chował w sposób zupełnie losowy, nie wysuwając się jednak do położenia satysfakcji.

A mowa tu o nad wyraz cennym aparacie Nikon P80 kupionym w roku 2008 za pierwsze zarobione pieniądze. Aparat ten zrobił z nami około 105 500 zdjęć** i uwiecznił wszystkie najmilsze chwile poza ślubem. Na ślubie aparatu nie było i to jedna z gorszych decyzji. Był nawet na porodzie i wisiał przez cały czas na szyi mamy, która w końcu zdecydowała się zrobić kilka fotek wnukowi, co by nikt potem nie miał do niej pretensji o brak foteczek.

Ostatnio niedomagał trochę z powodu porysowanego szkiełka obiektywu, ale miał nam jeszcze długo posłużyć, gdyż jedyny mogący go zastąpić sprzęt jest poza naszym zasięgiem finansowym. Wprawdzie przyjaciel rzekł raz niefrasobliwie, że kupi nam wymarzony aparat, ale mimo, że nie należymy do bogatych, nie możemy przyjąć tak hojnego prezentu.

Byliśmy załamani, bo robienie zdjęć jest dla nas bardzo istotne. Oczywiście od razu okazało się, że jest mnóstwo okazji do zrobienia zdjęć, a nie było czym ich zrobić. W szczególności widzieliśmy z bardzo bliska jelenia, który stał tuż obok i patrzył na nas ufnie, trzy gołe baby oraz jedno mordobicie. I nikt nam w to nie uwierzy!  Ponadto okazało się, że identyczny aparat w stanie idealnym możemy zdobyć na allegro za 350 złotych, czyli kwotę wprawdzie wydawalną, ale oddalającą nas od wymarzonego aparatu o wiele miesięcy, a może i o dwa lata. Zadzwoniliśmy tez do przyjaciela z aparatem, co by do nas przyjechał robić fotki, ale przyjaciel akurat odbywał wyjazd służbowy. Ja zapowiedziałam Mężowi, że zepsuję nam resztę wyjazdu i to wcale niezłośliwie, wręcz serdecznie. Po prostu aparat jest najważniejszy na świecie i on czyni nasze wycieczki. Nikt na świecie nie potrzebuje aparatu tak bardzo jak my.

Przecierpieliśmy tak bez sprzętu fotografującego cały pobyt nad Strupinem podczas którego synek spał, przeżyliśmy spacer do Szenajdy, Dyskutowaliśmy o tym, jak nabędziemy nowy-używany aparat i ile spróbujemy odkładać na ten wymarzony. Już miałam sprawdzać ceny używanych aparatów, pomiędzy którymi 5 lat temu rozstrzygał się wybór, czy może któryś inny nie będzie tańszy, ale nie działał internet.

Z mocno śpiącym Lulaczkiem wędrowaliśmy po lasach, aż około godziny 19 dowędrowaliśmy do auteczka. Wówczas wzięłam naszego Nikona do ręki i sprawdziłam, czy nie ozdrowiał, lecz on wciąż pozostawał biedny. Stuknęłam więc kilka razy dłonią w chaotycznie wysuwający się obiektyw i to pomogło! Nasz aparat się ustawił, nastawił, powrócił do swojego trybu pracy i przyniósł ulgę drżącym portfelom. Wciąż ma porysowaną szybkę, ale działa!

Zostalibyśmy w lesie jeszcze i jeszcze, ale usłyszeliśmy dźwięki trąby jerychońskiej. Pierwsza myśl była, że to pociąg, ale dźwięki się powtarzały co jakiś czas i psy słychać było i ja się bardzo bałam, że to polowanie na misie i że ktoś nas ustrzeli, więc wraz z 66 litrami wody z Lidla odjechaliśmy do domu.

*Zupełnie tanie pieluchy się naprawdę nie opłacają. Syn wie, że są tanie i reaguje odparzeniami na znak protestu ilekroć spróbujemy, więc nie próbujemy.

**Gdyby je oglądać po sekundzie każde, to zajęłoby to pół tygodnia roboczego, a przecież wiadomo, że są to zdjęcia wyśmienite i sekunda nie wystarczy.

NAJŁADNIEJSZE NA ŚWIECIE FOTECZKI Z DZISIAJ POJAWIĄ SIĘ OCZYWIŚCIE W STOSOWNYM CZASIE.

Gdańsk istnieje w dzień!

DSCN4689Wpisy na blogu Cytrynny powstają jak grzyby po deszczu. Są pisane, a potem niczym grzyby po deszczu, zobaczone przez kogoś, przestają rosnąć. Istnieje wiele rozpoczętych wpisów, zbyt małych by je wysyłać w otchłań internetu spragnioną iście dużego wpisu. A wiadomo też co dzieje się z grzybem, którego nikt nie zbierze. Grzyb robaczywieje! Włazi w niego czerw, osiadają na nim ślimaki. Do kapelusza stopniowo dobierają się małe robaczki o nieznanej nazwie. Wpisom Cytrynny na szczęście aż taki los może być obcy. One po prostu się dezaktualizują.

Sprawa wygląda tak, że szyję sobie te moje sukienki wieczorami i trwa to nieskończoność. Robię inne rzeczy jak wszycie zamka do dziecięcej kurteczki czy uszycie spodenek z dresu synkowi. Innymi moimi czynnościami są: obliczanie salda na koncie w banku czy szukanie najtańszego OC. Wychowuję syna, który zamiast mówić ‚baba, mówi „babciu’, a nawet ‚babciu, babciu’, co powoduje rozpływanie się babć. Umiejętność powtórzenia słowa babciopodobnego w DSCN3197taki uroczy sposób nasz synek zawdzięcza małym Gajątkom, z którymi bawił się w piaskownicy i obserwował jak robią babki z piasku. To od nich wie, że kiedy wysypie klocki z wiaderka i postukuje w nie (w wiaderko) przedmiotem, należy powiedzieć ‚babko babko’. Mówi także ‚mamo mamo’. I od ojca nauczył się mówić do matki per ‚Misiec’, co w jego wydaniu brzmi ‚Mysiec’. I uczę go mówić ‚tatuś’. Czytam mu wiersze poetów dla dzieci i recytuję wiersze poety Mickiewicza, które są takie romantyczne, na przykład „Pani Twardowska”. Martwię się moją babcią, która jest chora. Bardzo się martwię. Bulwersuję się na instytucje, ale o tym to napiszę osobno na pewno i wkrótce, bo muszę bulwers nagłośnić. Oglądam mieszkania w okolicy i zasmucam się, bo nie ma fajnych, a ja tak chętnie bym porozwieszała zasłony w misie w oknach. W każdym oknie. Poszukuję zasłon w misie i nabywam je, żeby na żadne okno w przyszłym mieszkaniu nie zabrakło.

DSCN4700Tydzień temu we wtorek miałam pójść do obleganej i bardzo drogiej pani doktor z wynikami kontrolnymi moich hormonów. Miałam pójść już cztery tygodnie temu i sześć tygodni temu. Ale sześć tygodni temu pani doktor pływała w gorących wodach egzotycznego oceanu, na co ją stać bo z obliczeń wynika, że pobiera od pacjentów 60 000 zylców miesięcznie. Z kolei cztery tygodnie temu się okazało, że wzięłam tabletkę rano a badania miały być na czczo. Zadzwoniłam więc przenieść wizytę i przeniesiono mi ją o trzy tygodnie, takie jest oblężenie! No i tydzień temu ta wizyta miała być o 12:45. W dniu wizyty wracaliśmy ze wsi. Spakowawszy się i zrobiwszy śniadanie na wynos, udaliśmy się do lasu, nad staw, na pomost, obserwować żaby. Było cudownie i spędzaliśmy tam czas. Znaleźliśmy też jeden duży prawdziwek z robaczywą małymi robaczkami nóżką. Kiedy minął czas spędzany, wskoczyliśmy do auteczka i ruszyliśmy. Pędziliśmy ile fabryka dała ograniczone przez ile droga pozwala. Raz wyprzedziłam tira jadąc za innym wyprzedzającym go tirem i byłam za nim bezpieczna. W Kościerzynie napotkaliśmy jednak gargantuiczny korek jak przystało na wtorek czyli dzień targowy. A Kościerzyna obfituje w ronda, których przepustowość projektowa nie uwzględnia ruchu w dzień targowy kilka lat po zbudowaniu. DSCN5061Musiałam wymyślić nowy nigdy nie stosowany objazd tego korka i odniosłam sukces. Ale z powodu pośpiechu do doktora stresowałam się bardzo i popełniałam pomyłki. Jedna pomyłka poskutkowała 3-minutowym opóźnieniem, gdyż przegapiwszy sprawiajkę, musiałam znaleźć zawracajkę i wrócić na sprawiajkę, która po zawróceniu była już zlewiajką. I tak pędziliśmy. Innym razem wyprzedziłam auto, które żółwiło. Na ogół nie wyprzedzam, bo jestem spokojna i wolę kląć na pacana/jełopa przed sobą niż go wyprzedzić, ale widoczność była jak na patelni, więc zrobiłam TO! Żebym jednak się stresować nie musiała, zadzwoniliśmy do pani doktor powiedzieć, że zamierzamy się spóźnić do 15 minut. Była to z naszej strony wielka kultura, gdyż im to nie robi, azaliż oni mają półgodzinne opóźnienia w standardzie. A mimo to telefonistka powiedziała, że skoro zamierzamy się spóźnić, to wizytę trzeba przenieść! Zbulwersowałam się bardzo i mimo iż do miasta zajechaliśmy tak, że byłabym na czas i jeszcze bym czekała, to postanowiłam NIGDY WIĘCEJ do pani doktor nie iść.

DSCN5064Jeszcze tego samego dnia umówiłam się do naszego dotychczasowego pana doktora, który jest najlepszy i dziś miałam wizytę. Doktor, oprócz tego, ze jest najlepszy, najsympatyczniejszy, dobrze się kojarzy, ma jeszcze taką zaletę, że wizyta u niego ma z góry określony koszt i to niższy, a pani doktor bierze ile popadnie. Ostatnio wzięła 220, czyli majątek, na który nie stać nikogo!

Do tej pory na wizyty u doktora jeździłam zawsze z Mężem, więc Mąż sobie nie wyobrażał, żeby tym razem miało być inaczej. Śpiącego synka przejęła moja mama, ja poszłam na dworzec zdjąć Męża, który specjalnie przyjechał z pracy przed zmrokiem i zdziwił się, że miasto nie materializuje się dopiero tuż przed jego przyjazdem. Zjadłszy czisy w Maczku (istny rarytas dla schorowanego żołądka mężowskiego), pojechaliśmy tramwajem niczym biedni ludzie. Była to dla nas prawdziwa randka. Z siedzeniem na kolanach w tramwaju i zupełną beztroską. Beztroskę zaburzał li i jedynie pan o zapachu pana pijanego, który najpierw groził tym, że lada chwila na nas padnie, a gdy zwolniło się dla niego miejsce, gapił się zazdrośnie do czasu aż wysiadł. My jechaliśmy dalej, aż na pętlę!

Pierwszy raz od prawie DSCN5103trzech lat znaleźliśmy się u doktora bez synka. Kiedy przybyliśmy na czas, okazało się, że jest półgodzinna obsuwa, co bardzo nas ucieszyło. Poszliśmy na spacer. Niebo było śliczne i puchate niczym minky (cuddly rose), a my wędrowaliśmy przez blokowisko pełne dzieci i ładnych budynków. Zawędrowaliśmy do sklepu o wdzięcznej nazwie Misiaczek i kupiliśmy tam dwa zestawy klocuszków Lego Friends w przystępnie okazyjnej cenie. Mieliśmy jeszcze w planach zjedzenie lodów, ale pół godziny minęło bardzo szybko.

Doktor nie zawiódł wcale a wcale. W ramach kosztu wizyty zrobił usg, co zwiększa zadowolenie z wizyty. Ponadto przepisał leki, pogawędził, zmienił dawkowanie na trochę mniej wygodne, które jednak po zajściu w ciąże zmieni się wzwyż na wygodniejsze (póki co kroimy tabletkę na pół i bierzemy półtorej). Poradził także co i kiedy zbadać i dopisał literkę R w kółku na recepcie przy drogim DSCN5096leku, dzięki czemu jest to tani lek. Droga pani doktor poprzednio to zapomniała w ogóle leku przepisać i trzeba było do niej chodzić. Zapowiedział doktor także, co można zrobić jeśli się chce [zajść w ciążę] a nie lubi się [seksu]. Otóż można wtedy zażyć lek wzmacniający siłę owulacji tak żeby wystarczył jeden raz. My mamy jednak nadzieję na chociaż trochę starań:)

Żeby nie było za słodko, to Liga Przeciwników Związków jest zbulwersowana naszymi ‚planami rozrodczymi’ i uważa, że powinniśmy je skonsultować z rodzicami, na koszt których żyjemy i dopiero po wyrażeniu przez nich pełnej zgody i pisemnego poparcia moglibyśmy jakieś plany mieć, ale w ogóle to jednak nie powinniśmy, gdyż ja nie prowadzę życia zawodowego, a powinnam. Rozpoczynanie życia zawodowego w wieku 30 lat nie ma szans. Liga spytała mnie wprost, czy już jestem w tej ciąży a na wieść, że ciąży bym póki co nie utrzymała, nie odetchnęła wprawdzie z głośną ulgą, ale i nie zmartwiła się wcale. I wiadomo, powinniśmy mieć swoje mieszkanie, oboje pracę, kredyt i dopiero myśleć o dziecku. Najlepiej tylko myśleć.

Żeby było jeszcze DSCN5122mniej słodko, to w naszej wsi w niedzielę odbył się wybuch gazu. Dotknęło nas to niemal bezpośrednio, gdyż w dniu wybuchu, tuż przed, sami wymieniliśmy butlę u siebie. Ponieważ nie było klucza, pożyczyliśmy od sąsiada i ten sam sąsiad przybiegł potem powiedzieć nam, że ‚trzy minuty po tym jak my wymieniliśmy, tam dom rozsadziło i są trupy’. Akurat nie trzy minuty, lecz dwie godziny i akurat nie trupy, tylko jedna ciężko ranna kobieta. Ja na przykład stłamsiłam się bardzo i osmarowałam całą naszą butlę spienionym płynem do naczyń by sprawdzić, czy u nas jest szczelnie.

A żeby nie kończyć wpisu tak przykro, to chciałam zwrócić uwagę czytelnika na plakat i skierować tę uwagę na dwa przykre stereotypy, które on utrwala. Otóż z plakatu wynika jakoby starsze panie były niesympatyczne oraz koniecznie chciały siedzieć tam, gdzie jest znaczek mimo że jest pełno innych wolnych miejsc.

A Mąż, który sobie w pociągach czyta „Polską Partię Robotniczą, drogę do władzy” Gontarczyka, powiedział właśnie, że w styczniu 1945 Leopold Okulicki, pseudonim Niedźwiadek, wydał zakaz podejmowania wszelkich działań zaczepnych przeciwko Niemcom i skupienia sił na obronie polskiej ludności przed bandytyzmem [str. 360].

DSCN5138

DSCN3615

Przodownik kolumny, czyli wół

DSCN2051Przyjechaliśmy na wieś i jesteśmy z siebie bardzo zadowoleni. Przyjechaliśmy dopiero w sobotę, gdyż miało padać cały dzień, ale nie padało wcale. Jechaliśmy żwawo i jechało się dobrze. Na wirażach uprawialiśmy model jazdy za liderem, gdzie my byliśmy liderem. Jechali za nami wszyscy, a my przestrzegaliśmy przepisów. Mężowi się przypomniało, że jest głodny, a kanapka była w bagażniku, ale gdy zobaczyłam w lusterku całe mnóstwo świateł jadącej za nami kolumny, nie chciałam się zatrzymywać i tracić pozycji lidera. Wiodłam ich za sobą aż do ostatniego ograniczenia, po czym przyspieszyłam o 50% (z 60 do 90). Mimo to dwóch niecierpliwych kierowców postanowiło mnie wyprzedzić, a jeden z nich, charakteryzujący się ujemną kulturą osobistą, nawet podczas tego wyprzedzania trąbił. W sumie miał prawo się zdenerwować, bo przodownik kolumny to wcale nie ktoś szybki. Ktoś szybki nie da się włączyć do kolumny. Przykra prawda jest taka, że przodownik kolumny to wół, którego nie da się akurat wyprzedzić. My byliśmy dziś wieczorem tym wołem, ale nie z winy Lanosa, który jest zrywny. Po prostu tak dobrze nam się rozmawiało, że nie patrzyliśmy na prędkościomierz. A poza tym nie stać nas na mandaty.

Jechaliśmy i jechaliśmy. Drogę znamy na pamięć. Było uroczo. Z czasem jednak wszystko co dobre, kończy się i oto zajechaliśmy do naszej wsi. Na skrzyżowaniu z tą ulicą, na której kiedyś obwołano nas wesołymi ludźmi, próbował nas zatrzymać autostopowicz. Nie z nami jednak takie numery. Przecież na pewno wracał od kupli z popijawy cwaniak jeden. Nawet się nie zatrzymaliśmy. Nie było sensu. Przecież właśnie kończyliśmy kurs i było grubo po 22. Skręciliśmy w naszą ulicę i zrobiło nam się głupio. Przecież czy popił, czy nie, dokądś dojść musi, a my mamy auto i przejechanie paru dodatkowych kilometrów bardzo nam nie robi, chociaż do bogatych nie należymy. Zawróciłam w bramie szkoły, która to brama była otwarta, gdyż nadchodzi rok szkolny (pozdrawiam wszystkich nauczycieli!) i cofnęłam się. Chłopak szedł już naprzód i spytaliśmy go dokąd by chciał, a on odrzekł, że do Wdzydz. Bardzo nas to ucieszyło, bo lubimy Wdzydze wieczorem. Mąż wziął na kolana koszyk wałówki, a chłopak wsiadł. Okazało się, że jechał do pracy na jutro rano,a konkretnie to szedł i szedł tak już od dwóch godzin, a chwilami biegł, bo z Kościerzyny się przemieszczał. W dodatku padł mu telefon, a do tego przecież padało, o czym zapomniałam wspomnieć. Spadliśmy mu jak z nieba, bo z braku telefonu nie miał czym świecić, a jest nów i ciemna noc, zaś droga do Wdzydz to najgorszy odcinek przez najciemniejszy las. I on tak szedł już 12 kilometrów i nikt go nie wziął. My mu bardzo pomogliśmy i jesteśmy szalenie zadowoleni.

Nie był to nasz pierwszy raz jako braczy autostopowicza. Już dawno temu postanowiliśmy, że na odcinku drogi między miastem, a naszą wsią będziemy ludziom pomagać, gdyż autobus jeździ tu mało razy dziennie a ostatni to odjeżdża około 15:30! Sami nie mając auteczka szliśmy pieszo. Raz w zimie (zresztą sobie naprzeciw. ‚O! jak romantycznie!’, zachwycą się czytelniczki…), a raz w maju. A raz w sierpniu kawałek. W tym maju i sierpniu próbowaliśmy brać autostopy, ale ludzie serc nie mają i nigdy nikt się nie zatrzymał. Nam jako posiadaczom auteczka tez się jakoś nie składało, zawsze auteczko było wypchane wózkiem, wielkimi zakupami, tobołkami. Nie było miejsca. A czasem człowiek zaufania nie wzbudzał, bo się chwiał.

Niedawno jednak, gdy wieczorną porą wybraliśmy się nad jezioro do Juszek, spotkaliśmy dwie laski z plecaczkami. Jedna była szczupła i gadatliwa, a druga obfitsza i niezbyt rozmowna. Stanęłam przy nich, bo mi szkoda było, że takie duże plecaczki. A one wykorzystały sytuację i zapakowały się z wszystkim do naszego zieloniutkiego auteczka, które wiozło już wózek, kosz z wałówką, sprzęt wodny i naszą trzyosobową rodzinę i nie było w nim miejsca na nic więcej. Auteczko załadowane laskami i ich bagażami ledwo jechało, a przecież woziło już kumpli Męża, którzy nie są lekcy i nie męczyło się tak. Powieźliśmy je do ośrodka, gdzie miały obozować jako wychowawcy obozu. Laska mniej rozmowna narzeknęła do koleżanki, że jest biedna, bo następnego dnia musi dostać się do Gdańska po dzieci przybywające na obóz i wówczas ja (znów ja!) zaoferowałam, że przecież my następnego dnia do Gdańska właśnie jedziemy. Wzięliśmy ją i było trochę drętwo. Zamknęła okno i nie było przewiewu (a był to ten upalny poniedziałek, który był taki upalny). Do tego zbywała pytania mężowskie. Nie doceniała też mojego brawurowego omijania miasta w dzień targowy. No cóż. Mimo spędzenia razem prawie dwóch godzin, nie zawarliśmy przyjaźni na całe życie jak to było w przypadku odwiedzin u Gajków.

Niestety, czytelnicy nie wiedzą jakie minki bym robiła czytając ten wpis i muszą go sobie zinterpretować sami. A minky jest najmilsze na świecie i ja sobie kiedyś uszyję kaftanik z minky z satynową podszewką i nie będę go wcale zdejmować. O!

[TU BĘDĄ NOWE KOLOROWE FOTECZKI JAK WRÓCĘ NA ŁONO SZYBKIEGO INTERNETU.]