Noce bywają chłodne

sad3Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy jak zwykle za wcześnie. Jesteśmy na wsi i mamy tu bardzo wygodne łóżko, dokładnie takie jak w Gdańsku, przy czym tutejsze nam podarowano, a gdańskie kupiliśmy sami. Tu jednak, w przeciwieństwie do miasta, można sobie w nocy otworzyć okno i oddychać powietrzem a nie własnym azotem czy innym dwutlenkiem węgla, więc śpi się znakomicie. Nic więc dziwnego, że kiedy synek zarządził pobudkę, nikt jakoś z impetem nie zbiegł na dół celem przygotowania śniadania. Inna kwestia, że nie za bardzo było z czego śniadanie przygotować. Z trudem wyżebrałam podanie mi herbaty do łóżka. Osoba przynosząca (w tej roli Mąż) wygarnęła mi, że do łóżka to ja sobie mogłam godzinę wcześniej.

Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, ja funkcjonuję na czułość i bardzo źle znoszę, gdy ktoś jest niemiły, musiałam zafunkcjonować na niższych obrotach. Osobą przygotowującą wyjazd był Mąż i o mało nie zapomniał o bateriach do aparatu, a ciasteczek dla mnie to w ogóle nie wziął. A oprócz czułości, ja funkcjonuję przecież też na cukier. Jakoś nam się udało jednak wyruszyć i to przed dziesiątą, co w naszym przypadku oznacza sukces częściowy. Udaliśmy się oczywiście do miasta, gdyż brakowało wody, brakowało bananów, brakowało pieczywa, brakowało dziecięcego picia, kończyły się pieluchy… Jednym słowem, bida z nyndzo.

Na naszym niedawno odkrytym i ulubionym parkingu nie było wcale miejsc, w rossmannie była promocja tylko na drogie i ekskluzywne pieluchy premium, których nawet nasz wymagający syn nie stosuje. W efekcie ten jeden raz je postosuje, bo inne się po prostu nie opłacały*. Pod Lidlem w ogóle nie było miejsc, ale ja jedno znalazłam. Rok temu bym nie umiała na nim zaparkować, ale jak wiadomo z dnia na dzień jestem coraz lepszą kierowniczką.

Kupiwszy bułki i keczup, udaliśmy się nad jezioro Sudomie, nad które trafiliśmy po raz pierwszy. Znaleźliśmy ładny pomost i tam rozbiliśmy obóz śniadaniujący. Niebo było najładniejsze na świecie, lepsze niż kiedykolwiek, najlepsze tego lata. Wychodziły urocze foteczki, a błękit nieba odbijał się w tafli wody. Wywrotka, której popuściła cuma, omal nie odpłynęła na środek jeziora. Zjedliśmy przemiłe śniadanie i ruszyliśmy dalej. Eksperymentalnie pojechaliśmy drogą bardzo dobrej jakości, która na samym swoim końcu okazała się kończyć, czyli dobiegać do miejsca, gdzie łączyły się dwa duże jeziora. Nie było żadnych oznaczeń, ze uliczka jest ślepa, a była! Gdyby nie czujność kierowcy oraz Męża, który na prośbę kierowcy wyszedł sprawdzić, to wjechalibyśmy sobie jak gdyby nigdy nic do jeziora i zalali silnik. Zamiast tego, wycofaliśmy się na nieodległą zawracajkę i rozbiliśmy kolejny obóz. Ja oczywiście siedziałam, a Mąż i syn brodzili po przesmyku międzyjeziornym, który nawet maleńkiemu synkowi nie sięgał do ud. Synek chwytał ślimaki i był zadowolony, Mąż prezentował mu pałki trzcinowe oraz drugi brzeg. Cieszyliśmy się latem aż do trzynastej z hakiem. Potem wyruszyliśmy dalej. Ponieważ mieliśmy kupiony keczup, postanowiliśmy udać się do Szarloty, w której zawsze świeci słońce i o ile dałoby się wejść za darmo, zjeść tam obiad. Nikt nie pilnował bramy i nie pobierał pięciozłotówek, więc weszliśmy. Synek był tam po raz pierwszy, gdyż opłaty wprowadzono tuż przed tym, zanim go do Szarloty zabrać chcieliśmy. Był zachwycony. Najpierw obszedł cały parking aut bezbłędnie rozpoznając ople oraz wypytując się o inne marki. Potem zachwycił się jeszcze bardziej zwierzaczkami, których było mnóstwo- króliczki, kozy (strasznie zahukane), gęsi i kury oraz świnki- małe czarne świnki rożnych rozmiarów, które ssały swoje mamusie, a potem biegały. Synek aż wspinał się na zbudowany z poziomych drągów płot by lepiej je widzieć. Od świnek zupełnie i wcale nie mógł oderwać się. Nawet nazywał je prosiaczkami, a do kurek robił ‚koko’ i wydawał inne ptasie dźwięki o wysokich tonach.  Co chwilę jednak wracał do prosiaczków i wspinał się na ich płot. Z czasem się jednak nasycił i poszliśmy zamawiać obiad. Nie było jednak kurczaków, na które się nastawiliśmy, więc zamówiliśmy same kartofelki. Polaliśmy je własnym keczupem i spożywaliśmy w zadowoleniu, aż nagle przestał działać aparat. Zaprzestanie działania aparatu stanowiło dzisiaj meritum dnia. O 14:39 powstało ostatnie zdjęcie. Potem nie nastąpił żaden uraz mechaniczny, a aparat odmówił współpracy. Obiektyw wysuwał się i chował w sposób zupełnie losowy, nie wysuwając się jednak do położenia satysfakcji.

A mowa tu o nad wyraz cennym aparacie Nikon P80 kupionym w roku 2008 za pierwsze zarobione pieniądze. Aparat ten zrobił z nami około 105 500 zdjęć** i uwiecznił wszystkie najmilsze chwile poza ślubem. Na ślubie aparatu nie było i to jedna z gorszych decyzji. Był nawet na porodzie i wisiał przez cały czas na szyi mamy, która w końcu zdecydowała się zrobić kilka fotek wnukowi, co by nikt potem nie miał do niej pretensji o brak foteczek.

Ostatnio niedomagał trochę z powodu porysowanego szkiełka obiektywu, ale miał nam jeszcze długo posłużyć, gdyż jedyny mogący go zastąpić sprzęt jest poza naszym zasięgiem finansowym. Wprawdzie przyjaciel rzekł raz niefrasobliwie, że kupi nam wymarzony aparat, ale mimo, że nie należymy do bogatych, nie możemy przyjąć tak hojnego prezentu.

Byliśmy załamani, bo robienie zdjęć jest dla nas bardzo istotne. Oczywiście od razu okazało się, że jest mnóstwo okazji do zrobienia zdjęć, a nie było czym ich zrobić. W szczególności widzieliśmy z bardzo bliska jelenia, który stał tuż obok i patrzył na nas ufnie, trzy gołe baby oraz jedno mordobicie. I nikt nam w to nie uwierzy!  Ponadto okazało się, że identyczny aparat w stanie idealnym możemy zdobyć na allegro za 350 złotych, czyli kwotę wprawdzie wydawalną, ale oddalającą nas od wymarzonego aparatu o wiele miesięcy, a może i o dwa lata. Zadzwoniliśmy tez do przyjaciela z aparatem, co by do nas przyjechał robić fotki, ale przyjaciel akurat odbywał wyjazd służbowy. Ja zapowiedziałam Mężowi, że zepsuję nam resztę wyjazdu i to wcale niezłośliwie, wręcz serdecznie. Po prostu aparat jest najważniejszy na świecie i on czyni nasze wycieczki. Nikt na świecie nie potrzebuje aparatu tak bardzo jak my.

Przecierpieliśmy tak bez sprzętu fotografującego cały pobyt nad Strupinem podczas którego synek spał, przeżyliśmy spacer do Szenajdy, Dyskutowaliśmy o tym, jak nabędziemy nowy-używany aparat i ile spróbujemy odkładać na ten wymarzony. Już miałam sprawdzać ceny używanych aparatów, pomiędzy którymi 5 lat temu rozstrzygał się wybór, czy może któryś inny nie będzie tańszy, ale nie działał internet.

Z mocno śpiącym Lulaczkiem wędrowaliśmy po lasach, aż około godziny 19 dowędrowaliśmy do auteczka. Wówczas wzięłam naszego Nikona do ręki i sprawdziłam, czy nie ozdrowiał, lecz on wciąż pozostawał biedny. Stuknęłam więc kilka razy dłonią w chaotycznie wysuwający się obiektyw i to pomogło! Nasz aparat się ustawił, nastawił, powrócił do swojego trybu pracy i przyniósł ulgę drżącym portfelom. Wciąż ma porysowaną szybkę, ale działa!

Zostalibyśmy w lesie jeszcze i jeszcze, ale usłyszeliśmy dźwięki trąby jerychońskiej. Pierwsza myśl była, że to pociąg, ale dźwięki się powtarzały co jakiś czas i psy słychać było i ja się bardzo bałam, że to polowanie na misie i że ktoś nas ustrzeli, więc wraz z 66 litrami wody z Lidla odjechaliśmy do domu.

*Zupełnie tanie pieluchy się naprawdę nie opłacają. Syn wie, że są tanie i reaguje odparzeniami na znak protestu ilekroć spróbujemy, więc nie próbujemy.

**Gdyby je oglądać po sekundzie każde, to zajęłoby to pół tygodnia roboczego, a przecież wiadomo, że są to zdjęcia wyśmienite i sekunda nie wystarczy.

NAJŁADNIEJSZE NA ŚWIECIE FOTECZKI Z DZISIAJ POJAWIĄ SIĘ OCZYWIŚCIE W STOSOWNYM CZASIE.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s