Chłopiec z nerką

chlZnerkDobiega końca ostatni weekend lata. Spędziliśmy na wsi urocze 4 dni i za chwilę spędzimy jeszcze piątą noc. Aż do dziś rana niebo było najbłękitniejsze na świecie, mniej więcej takie jak na uroczym zdjęciu sprzed sześciu lat, które zrobiłam swojemu chłopakowi (późniejszemu narzeczonemu, a obecnie Mężowi). Dziś rano niebo zachmurzyło się i od tego czasu było pochmurne, ale nam dalej było uroczo. Deszcz spadł dopiero po południu i pada wciąż, więc jutro o świcie będzie pełno grzybów i las jest nasz!

Po kolei jednak, bo idzie zima a w długie zimowe wieczory dobrze jest mieć komputer z internetem i móc je sobie umilać obszernymi wpisami, zwłaszcza z ostatnich dni lata, więc musi być po kolei i obszernie.

W piąteczek byliśmy na wycieczce w lesie, potem wycieczkowaliśmy w Dziemianach, do których jeździ się na lody. Dziemiany odkryliśmy pewnego lipcowego ciążowego dnia i od tego czasu bywamy tam na lodach. Jest tam też bogato wyposażony sklep wielobranżowy, a ja uwielbiam sklepy wielobranżowe (oraz wystawy kiosków), bo w swojej obfitości kojarzą mi się z dzieciństwem. Tym razem w owym sklepie kupiliśmy sobie jako pamiątkę dwa duże Ludwiki do naczyń o nietypowych zapachach. Mieliśmy jeszcze dotrzeć do Leśna na kamienne kręgi, ale jełop, który stanął obok mnie na wylocie z drogi jednokierunkowej i zasłonił mi widok na prawą stronę spowodował, że zapomniałam jak należało pojechać. Mało tego, potem przegapiłam zjazd na Płocice w prawo, bo jechał za mną inny niecierpliwy jełop, a ja niedawno czytałam o wypadku, w którym ciężarówka wjechała w skręcający w lewo samochód i to było pod Lipuszem, sad2czyli dokładnie tam, więc bałam się nagle skręcić (nawet w prawo) dopóki nie wyprzedził mnie. Znalazłam jednak zawracajkę po lewej (bardziej niebezpieczną niż po prawej ale umożliwiająca późniejsze włączenie się do ruchu w prawo) i skoro już wjechaliśmy w las, to przespacerowaliśmy się na jeżyny (małe i nieliczne, ale JEŻYNY!). Potem zaś synek zasnął i ja pędziłam do domu, bo był piątek, a kiedyś co piątek jadaliśmy placki ziemniaczane i był już czas najwyższy i na placki jako takie i na obiad w ogóle. Synek spał akurat tyle, by zbudzić się na gotowe. Skoro tylko zjadł, pojechaliśmy nad jezioro Wałachy, które jest najładniejszym miejscem w okolicy, dodatkowo obfitującym w grzyby, a do tego położonym niedaleko. Spędziliśmy tam czas aż do zmroku i przywieźliśmy stamtąd kilka ładnych koźlaków oraz jeden duży prawdziwek.

O sobocie już pisałam. Cechą przewodnią soboty był zepsuty aparat.

W niedzielę zaś ubraliśmy się w pasujące koszulki (a komu wypada to i sukienki) i poszliśmy na Mszę, na której wyjątkowo nie zmarzliśmy. Potem zapakowaliśmy zapasowe pieluszki, zapasowe sukienki i inne zapasowe jedzenia i pojechaliśmy na wycieczkę śladami tej piątkowej. Na naszym ulubionym pomoście sfocono bardzo amatorsko moje sukienki. Następnie pojechaliśmy do Dziemian na lody. Bardzo liczyliśmy na sklep sąsiadujący z wielobranżowym, że będzie tam Cortina czekoladowa dla Męża i nogger dla mnie, ale sklep został zamknięty dokładnie 4 minuty przed tym, zanim nadjechaliśmy. Musieliśmy znów kupić lody tam gdzie zawsze i gdzie spróbowaliśmy już wszystkiego i gdzie cortina jest tylko o smaku tiramisu. Sprawdziliśmy też menu lokalnej pizzerii i zaakceptowaliśmy je jako dość niedrogie i dość atrakcyjne na obiad dla nas w drodze powrotnej. Pojechaliśmy do Leśna gdzie były jedyne nieodwiedzone przez nas kamienne kręgi. Ja nie wiem o co z tymi kręgami chodzi. Znamy takich, którzy wierzą w ich energię, ale Mąż akurat lubi je dlatego, że kojarzą mu się z dzieciństwem. Te szczęśliwie były darmowe i parking przy nich też. A swego czasu w Węsiorach kasowano 4 czy nawet 5 złotych za sam parking, co nas oczywiście odstraszyło! Synek znów zerwał cumy* i odpłynął w drodze, więc zajechaliśmy do cienia w las, żeby nic nie przegapił i odbywaliśmy piknik przy aucie na rozstaju dróg. Piknikowaliśmy długo, a synek spał relatywnie niedługo. Po dojechaniu na miejsce nie był jeszcze całkiem zadowolony z przebiegu drzemki, ale widok 40 krów (a może 34 lub 38- każde liczenie dawało inny wynik) ucieszył go dość, by zażegnać wszystkie dziecięce troski. Poszliśmy na kręgi. Mąż zaskoczył nas negatywnie, bo czytał wszystko co było napisane na każdej z tablic i w ogóle jarał się tym, co tam było, a były to największe nudy na świecie. W końcu zostawił nas na jakiejś górce, gdzie mogliśmy zbierać jagody do naczynka, a sam oddalił się żeby przejść przez te kultury wielbarskie samemu. Jagody zbierało się miło dopóki były, kiedy jednak się skończyły, nabrałam ochoty na sprawdzenie poczty i wówczas okazało się, że niesforny Mąż uchodząc, zabrał ze sobą mój telefon, chlopZnerkczyli narzędzie do sprawdzania poczty! Byłam bardzo zła. Związał mi ręce i zostawił z dzieckiem na pustkowiu! Jedyną rozsądną rzeczą, którą mogliśmy zrobić, była zmiana lokum pozwalająca na zbieranie jagód skądinąd. Ja w ogóle nie rozumiem jak można się interesować takimi nieciekawymi rzeczami! Po nudach poszliśmy jeszcze odwiedzić miejscowego kucyka i synek karmił go leżącym obok niego (kucyka i synka) chlebkiem. A potem pojechaliśmy na pizzę. Byliśmy tam jeszcze w trakcie Mszy i dzięki temu czekaliśmy na zamówienie tylko trochę dłużej niż czekać mieliśmy. Tuz po złożeniu zamówienia Msza się skończyła i pół wsi przyszło na pizzę! A pizza skądinąd była tak dobra, że jeszcze dzisiaj miałam na nią ochotę. Synek oczywiście bezbłędnie rozpoznawał ople oraz peżoty, andi, reno i jednego rzężącego Lanosa. Mieliśmy problem jak mu zaprezentować folcwagena, bo to trudne słowo dla dwulatka i już planowaliśmy, że ‚folc będzie na początek lepsze, bo potem się to bezproblemowo rozszerzy o ‚wagen’, jednak on sam sobie wybrał, że teraz chce mieć ‚wagena’.

Dziś zaś synek dał nam pospać aż do dziewiątej po raz pierwszy tego lata! Spakowawszy się, zajechaliśmy pod sklep po bułki i za 4 identyczne zapłaciliśmy 1,70! (a to się przez 4 nie dzieli). Tak wyposażeni dotarliśmy nad Wałachy, gdzie okrążyliśmy pół jeziora nim dotarliśmy na idealne śniadaniowisko. Było uroczo i zrobiliśmy mnóstwo zdjęć blogaskowych. Potem poszliśmy dalej i gdy mijaliśmy ambonkę zastanawiając się, czy pozwolić synkowi na nią wejść (ja byłam przeciwna, bo on nie zna umiaru), synek sam ową ambonkę zauważył i wspiął się na nią też zupełnie sam! I robił to wiele razy. Non stop. Korzystał z pomocy przy zejściu i wchodził raz po raz! A potem siadał na przykręconym tam obrotowym stołku i cieszył się! Potem, ponieważ koniecznie chciał zrywać każdy grzyb, wyjaśniono mu, że grzyby mają blaszki i sitka i tych z blaszką nie zbieramy. Od tego czasu na znajdywane grzyby, zamiast mówić ‚gziba’ mówił ‚blaski’. Ponadto podczas znajdywania grzybów mówi ‚tata’ a czasem mówi że kocha gziba, bo mu się grzyb z tatą miesza. A gdy znajdzie sterczący z ziemi pachołek nakazuje tacie na nim usiąść. Przy czym nie nazywa taty tatą lecz tatusiem i to jest ekstra i ja go tego nauczyłam, o!

Po wielu godzinach dotarliśmy do auteczka i podjechaliśmy nad Debrzyno, bo zawsze chcieliśmy zobaczyć jak tam jest. Było średnio. A synek wcale nie chciał spać. Pojechaliśmy auteczkiem daleko, ale on wcale nie zasypiał. A ja byłam bardzo głodna. A mieliśmy już tylko ciastka, których staramy się nie dawać dziecku, więc nie mogłam ich jeść dopóki nie zasnął. I tak czekaliśmy aż zaśnie aż do 17. I wtedy zaczęło padać! Spacer jednak trwał dopóki tylko mżyło. Z braku dodatkowych warstw, synka przed deszczem osłonięto moją spódnicą. Wciąż było uroczo. Potem wróciliśmy  do domu. Synek powiedział ‚but, blusa, mloklo’. Odczuwanie mokra i daleka to jego nowe osiągi i jest w tym świetny. Przebrani pojechaliśmy do sklepu po jajko wiejskie (80 groszy za sztukę!) do placka ziemniaczanego, bo zapomnieliśmy, że mamy w lodówce całe mnóstwo. I tak minął dzień.

Na tym wyjeździe testowaliśmy nerkę. Od zawsze wiedziałam, że nerka jest lepsza niż brak kieszeni lub kieszenie, do których nie mogę zapakować rąk, bo a nuż zgubię klucze czy inną baterię. I lepsza jest od torebki branej do ręki i od takiej na ramię, która się zsunie, gdy nachylę się nad grzybem i która przeszkadza w aucie. I nieporównywalnie lepsza od plecaka, do którego nie da się łatwo sięgnąć i który tez trzeba ściągać. Nerka to rzecz idealna dla kierowcy-grzybiarza. Póki co do testów posłużyła nie za ładna nerka po Mężu, ale wkrótce uszyjemy sobie komplet nerek z misiami i będziemy się z nimi obnosić, o! I one nas wyrażą, też o! I nawet Mąż, który ma kieszenie, chce nerkę z misiem, o!

* W przypadku synka mówienie o zerwaniu cum jest wyjątkowym żartem językowym, gdyż jako zapalonego przyszłego żeglarza, ulubioną jego zabawą jest zabawa w cumę właśnie. I każde najmniejsze nawet autko ma sznurek do cumowania (podobnież statki), więc i tym, co go przed uśnięciem/odpłynięciem powstrzymuje, jest cuma właśnie.

TU BĘDZIE OCZYWIŚCIE MNÓSTWO DODATKOWYCH ZDJĘĆ.

Reklamy

2 Responses to Chłopiec z nerką

  1. Maurycy Teo says:

    Tu oczywiście jest napisane, że będzie dodatkowe mnóstwo zdjęć. 🙂 A oczywiście jest to jeden z wielu wpisów, które mam na liście do skomentowania i oczywiście jakoś nigdy nie ma czasu. Może powinienem rzucić pracę i zawodowo komentować blogi i odpowiadać na komentarze? 🙂

    Właśnie już sprawdziłem i to rzeczywiście jest wpis, który miałem na liście do komentowania w ścisłej czołówce. A mianowicie dlatego, że wagen. Otóż rozmawialiśmy z żoną o zjawisku skracania słów i zdecydowaliśmy, że dzieci słysząc całe słowa najczęściej łapią, że to są całe słowa, ale dla ułatwienia je sobie skracają. Nasz Gab na Volkswagena mówił Dzłagen, Wasz Staś mówi Wagen. Natalka na okulary (które tatusiowi połamała ostatnio) mówi laly. Otóż doszliśmy do wniosku, że dzieciom trzeba mówić o rzeczach takich, jakimi są. A więc Volkswagen to volkswagen, a dziecko samo sobie skróci. U nas w wieku 2 lat Mitsubishi to było kubiszi, ale też zmieniało się jak w kalejdoskopie, o!

    A w ogóle to nie ma takiej marki jak Lanos, ale to już zauważyłaś kilka wpisów dalej, więc nie ma co komentować :P. My mieliśmy problem z polonezem, bo to przecież JEST marka samochodu, ale ma znaczek FSO, tak jak niektóre duże i małe fiaty… Ale jakoś zaszczepiliśmy tego poloneza. Fiat i tak ma ze 4 różne znaczki i Gabryś wszystkie rozpoznawał. Ale to było dawno, już dwa lata temu :).

    • cytrynna says:

      Wagen to już tak dawno, że nieprawda, teraz mówimy ‚potwagen’ a może i jakoś trafniej tylko głusiśmy. I my nie mamy żadnego problemu z polonezem, bo u nas nie jeżdżą takie antyki;D Mitsubishi jest jedna z dwóch ‚misich’ marek, Bo mitsubishi to jest ‚musimusi’, o! Drugą jest ‚misian’ 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s