Jak wygląda kania 2

DSCN7038Po wielu miesiącach nadszedł nowy odcinek serialu o kani. Jak wiadomo kania jest tak szlachetna, że rośnie tylko byle gdzie, bo nic jej to nie ujmuje, więc znaleźć ją można albo przez przypadek, albo wędrując po bezdrożach. Jest jak złote runo, po które wybrał się mitologiczny Jazon. E, bardziej jak wygrana w totka. Wszak Jazon złote runo jednak zdobył. Tym niemniej, wygrana w totka nie jest nijak poetycka, a kania to czysta poezja. Kania to jest niezdobyta niczym Sparta, o!

Wędrowaliśmy sobie dziś drogami i bezdrożami zupełnie nieświadomi, że będzie to długi i ciężki dzień. Szliśmy, a niektórzy jechali wózkiem. Wózkiem jechała lalka, która wykąpała się w jeziorze. Chwilami jechał i synek. My szliśmy cały czas. Szliśmy w miarę swoich i wózka możliwości żwawo, gdyż zanosiło się na deszcz. Mogło nagle zamżyć lub mogła urwać się chmura i zalać nas na miejscu. Szliśmy więc. Rozmawialiśmy na różne tematy jak to się starym małżeństwom zdarza. I wzniośle, i organizacyjnie. Padło też zdanie o kaniach- że w świetle wydarzeń zeszłego roku oraz wrzodów, w tym nie będziemy na kanie polować.

DSCN7050Co by nie kończyć spaceru idąc przez wieś, lecz pozostać bardziej na bezdrożach, odbiliśmy w lewo i szliśmy pod lasem, potem odbiliśmy w prawo i szliśmy łąką. Zamierzaliśmy przekroczyć miejscową rzekę będącą raczej kanałem na takim jednym mostku, nad który niegdyś często przychodziliśmy w ciąży spijać herbatkę po obiedzie, ale most był zagrodzony paskami materiału podłączonymi do prądu, gdyż na sąsiedniej łące pasły się konie. Szliśmy więc brzegiem rzeki aż do przeprawy. Przeprawa wyglądała tak, że był mostek złożony z trzech w miarę płasko leżących cienkich gałęzi. Mąż, hiros nad bohaterów, podniósł wózek w dwie ręce a ja uruchomiłam aparat na tryb kręcenia filmu. I poczułam się oszukana jak nie wiem co, bo on sobie przeszedł rzeką w kaloszach w ogóle olewając mosteczek, a ja się spodziewałam, że utrzyma równowagę z obciążeniem na takim wątłym mosteczku, co to wprawdzie nie był zielony, ale uginał się. Po mostku przeszedł jednak synek. Ja w swoich czerwonych kaloszkach udających Hantery tez przeszłam rzeką, bo w ogóle nie mam równowagi. I tak oto znaleźliśmy się po właściwej stronie rzeki.

Wtedy je zobaczyłam. Były dwie. Takie jak trzeba. Prawdziwe i poetyckie. Pachniały z daleka. Wysokie i szlachetne. Wybijały się z trawy. Od razu wiedzieliśmy, że to one. Wiedział i synek, który kań do tej pory nie oglądał. Podszedł i powiedział ‚kana’. Chodziliśmy od jednej do drugiej podziwiając. Mniejsza była zbyt młoda, ale mimo wcześniejszych bezkaniowych planów wiedzieliśmy, że większą poniesiemy ze sobą.

DSCN7033Nasza kania liczyła sobie 28 centymetrów wzrostu i 0,18 metra średnicy. Idealnie wpisywała się w kanony kaniej urody. Miała jednak jedną maleńką wadę- obrączka na trzonie nie była ruchomą. Nasuwało to pewne wątpliwości, gdyż wiadomo, że legenda tajemniczej śmierci bo rzekomym zjedzeniu domniemanej kani jest silnie zakorzeniona. Postanowiliśmy w drodze do Gdańska zahaczyć o kościerski sanepid, gdyż kiedyś przeczytaliśmy artykuł o grzybach odsyłający niepewnego grzybiarza do sanepidu. Ja osobiście nie wiem, skąd pracownik sanepidu miałby kompetencje do znania się na grzybach! Zmieniliśmy plan na odwiedziny w położonym nieopodal leśnictwie Debrzyno. Już mielimy odjeżdżać, już w bagażniku leżały wszystkie nieubrane sukienki, gdy odkryłam tę przerażającą prawdę! Nie ma klucza do auteczka! Oczywiście nie było jednego z kluczy. Jako istota ogarnięta nerwicą natręctw na punkcie swojego bezcennego wehikułu, zawsze mam przy sobie oba komplety, na wszelki wypadek.

Rozpoczęliśmy szeroko zakrojone poszukiwania klucza, który mógł być wszędzie- zarówno w domu jak i zgubiony na spacerze. Przerwaliśmy poszukiwania by zdążyć do leśnictwa w godzinach jego pracy. Popędziliśmy przez las. Byliśmy na miejscu o 15:31 i nie mijaliśmy po drodze nikogo. Szczekały psy. Stała tojota. Drzwi nie otworzył nikt. Zadzwoniliśmy na numer wpisany pod godzinami urzędowania.

Odebrał facet, któremu wyłożyłam sprawę. Był fatalnym gburem. Rzekł, że pracują do 15:30 i on jest już w Gołuniu (6 kilometrów dalej wyboistą leśną drogą, więc chyba pospieszył się), a w ogóle, to nikt nie rozpozna pani kani, bo to odpowiedzialność grzybiarza, DSCN7028nikt nie weźmie takiej odpowiedzialności. Proszę nie przynosić grzybów do leśnictwa, lecz korzystać z atlasów, A w ogóle to on się na niczym nie zna i jest tylko w zastępstwie.

W międzyczasie pierścień naszej kani rozluźnił się i opadł. Wróciliśmy do domu na 2 godziny dalszych bezowocnych poszukiwań klucza. Jeśli ktoś go odnajdzie, będzie mógł nam pod osłoną nocy zwinąć auteczko. Gdy rozpadało się na dobre, poszłam samotnie pod parasolem szukać klucza na trasie spaceru i oczywiście nie znalazłam. Pojechaliśmy. Było już dawno po godzinach pracy wszelkich instytucji leśnych. Zajechaliśmy jednak do leśnictwa Sikorzyno, które słynie z tego, że i w godzinach pracy jest opuszczone*. Jako że nie były to godziny pracy, więc tym bardziej było opuszczone.

Mieliśmy jeszcze plan zatrzymać się przy grzybiarzu-samochodziarzu. Któż lepiej rozpozna grzyb niż grzybiarz, który z ich rozpoznawania żyje? Jednak gdy napotkaliśmy grzybiarza, mój refleks podziałał z odrobinę zbyt dużym opóźnieniem (miał do tego pełne prawo jako że padał deszcz) i zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów za nim. Pobocze było wąskie a za mną nikt nie jechał, więc zaczęłam cofać się. Wtedy nadjechał tir. Nie ufam kierowcom tirów, nie wiem jaki mają refleks i czy przypadkiem nie czerpią radości życia z rozjeżdżania ślicznych zielonych auteczek, więc skończyłam cofanie i po stresującym zgaśnięciu silnika i pozwoleniu wyminąć się, ruszyłam do przodu.

DSCN7047Planowaliśmy zjeść dziś po ósemce naszej kani, a jutro resztę. Mąż wąchał ją, syn spał i tak jechaliśmy. Oprócz wąchania łapał się jednak za głowę. Miał jeszcze iść do pracy, a myśl o grzybie nie dałaby spokoju. Już planował, że jak tylko zje, to nie będzie spał czekając na objawy zatrucia. Czytelnicy pewnie nie wiedzą, ale w zeszłym roku bardzo nas nastraszono i padło to na podatny grunt.

Jaki los spotkał kanię? Na polecenie kierowcy, pasażer musiał przełamać swoje opory, otworzyć okno i wyrzucić ją z pędzącego auteczka w otchłań. Podobno rozprysła się w powietrzu. Być może świadczy to o fakcie, że była robaczywa.

A ja, która wrzodów nie mam i grzyby jeść mogę, kupię sobie jutro tacuszkę boczniaków, którą będę mogła zjeść łapczywie sama i to o normalnej porze, nie zaś o godzinie powrotu Męża z pracy. Kania, oprócz szlachetności, miała jedną wielką zaletę- była za darmo, ale to boczniaki smakują lepiej.

*Zasłynęło tak pewnego listopadowego dnia roku 2011, kiedy to znaleźliśmy przy drodze martwego borsuka i chcieliśmy, by specjaliści zatroszczyli się o niego. Borsuk był taki szlachetny!

DSCN7053

DSCN7027

DSCN7028

DSCN7039

Reklamy

4 Responses to Jak wygląda kania 2

  1. Aśka says:

    Wow! Świetne te grzybki! Na tle synka kanie wydają się ogrooomne! 😀 Pozdrawia serdecznie

  2. Mąż says:

    Żono Najmilsza, tak dawno nie było żadnego wpisu…

  3. Maślany Mąż says:

    Czyżby ludzie znów zaczęli znajdować kanie? To dobrze!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s