Podróże z misiem

DSCN0481Nasze małżeństwo spędziło uroczy weekend sam na sam. O tyle o ile oczywiście. Bez synka go spędziliśmy. Chciałoby się rzec, że w najlepszym mieście świata, ale nie wiem czy najlepszym nie jest jednak Kościerzyna, która ma nawet w herbie misia. Niemniej jednak, Kościerzyna jest już mocno oklepana, a weekend został spędzony w dwóch ulubionych i bardzo odległych miastach. Do pierwszego z nich jechaliśmy przez  10 godzin nocą z soboty na niedzielę. W niedzielę o poranku wylądowaliśmy na miejscu. Wówczas okazało się, że termosy z ciepłą wodą na drogę (no zimnej nie lubię!) popuściły i gdyby nie to, że zabezpieczyłam je ładnie, to mielibyśmy katastrofę. Tak był jedynie niesmak, bo siateczki zatrzymały ową katastrofę. Tuż po popuszczeniu termosów okazało się, że zaginęła mężowska czapka zakupiona w  roku 2010 tuż po zaginięciu innej czapki. Z perspektywy czasu oceniam, że czapka była ładna. DSCN0596Szalenie ją lubiłam. Nawet dopchaliśmy się z powrotem do autobusu w jej poszukiwaniu, ale siedzieli w nim już inni ludzie i twierdzili, że nie było takowej. Jestem przekonana, że zawłaszczyli, bo to naprawdę była gratka. Dziś już takich nie ma. Oficjalna wersja jest jednak taka, że to JA czapkę wyrzuciłam. Wedle oficjalnej wersji trzymałam w jednej ręce czapkę a w drugiej śmieci, a skoro śmieci nie wyrzucono, musiałam wyrzucić czapkę. Jestem przekonana, że jej nie miałam w rękach wcale, ale tak mi wmówiono i ja się kajam, dzięki czemu małżeństwo pozostaje zgodnym. Strata była o tyle mniejsza, że jeszcze tego samego dnia mieliśmy się znaleźć w Zakopanem, gdzie poprzednią czapkę kupiono. Niniejszym zdradziłam właśnie o jakie miasta chodzi. Tak- celem numer 1 był Kraków. Jak wiadomo kochamy Kraków, bo jako studenci jeździliśmy tam co roku. W Krakowie jesteśmy młodzi i rześcy. DSCN9082Kraków to nasza rozrywka i rekreacja, nasza młodość, nasze wspomnienia, nasze książki kupowane na tony i wysyłane paczką zbiorczą do domu, bo inaczej by się nie dało wsiąść do pociągu (paczka z 2008 ważyła 16 kilogramów i nieśliśmy ją na pocztę jako dwie po czym skleiliśmy całą rolką taśmy!). Dodatkowym uszczęśliwiaczem była panująca w niedzielę pogoda oraz sama niedzielna data- wszak jak wiadomo 20 października to my się akurat ZARĘCZYLIŚMY!

Mielimy dwa plecaczki i szmacianą torbę z wałówką, bo nie zjedliśmy wałówki, a w Krakowie to już był precle. Mieliśmy też całą masę kurtek i futerek, bo byliśmy przygotowani na alpejską zimę i niepodgrzewany autobus (żadna z tych rzeczy nie zaistniała). Bardzo chcieliśmy zostawić jeden plecaczek w skrytce na dworcu, ale okazało DSCN0740się, że skrytki są po 6,9 i 14 złotych a nie po 3,4 i 8 jak mi powiedział internet. Szybko się pogodziliśmy z podwyżką, ale nie mieliśmy drobnych a chcieliśmy szybko wypić herbatkę i posiusiać w kulturalnej toalecie jakiegoś lokalu a nie w klitce 40x60cm (czyli wielkości dziecięcego jaśka!)  w autobusie. Ruszyliśmy więc na miasto z plecaczkami. Po drodze poprosiła nas o jedzenie pani, a my jako że nie odmawiamy jedzenia nigdy a nie był nam po drodze wskazany przez nią bar, daliśmy jej zaoszczędzone na skrytce pieniądze. Herbata odbyła się w wielkim pośpiechu, gdyż było już po 10, a o 10:30 dominikanie odprawiali Mszę. Ruszyliśmy szybko, chociaż młodość dawno za nami i orientacja moja w mieście też już nie ta. Dziewczę rozdające ulotki nie wiedziało, ale ja wiedziałam! DSCN8954Zaprowadziłam nas prędko, ale do… franciszkanów, którzy Msze odprawiali dopiero o 11. Nic to bo zaraz się skumałam co i jak. Tyle, że już było za późno. Nie marzyliśmy o niczym innym niż o zrzuceniu plecaczków. Namówiłam Męża, by ostatkiem sił sprawdzić, na jakim etapie Mszy są ci znajdujący się o rzut kamieniem dominikanie. I okazało się, że zaczynali z obsuwą i w zasadzie zdążyliśmy!

Ja na Mszy prawie omdlałam, taka jestem słabiutka. Potem popędziliśmy jeść, ale musieliśmy czekać na otwarcie ulubionej krakowskiej restauracji.W ramach czekania poszliśmy do ulubionego składu tanich książek. A potem wróciliśmy jeść. Chaczapuri jest cudowne. Jest jedynym miejscem publicznym, w którym sos czosnkowy DSCN9207mi smakuje. Tak się jednak składa, że istnieje prawo Marfiego dla gruzińskiego Chaczapuri i brzmi ono: zawsze gdy tam jem, akurat doskwiera mi ból głowy. No cóż, noc z licznymi pobudkami, poranny pośpiech i brak hektolitra herbaty  oraz ciężki plecaczek napinający kark  zrobiły swoje. Gwóźdź do trumny wbiła niemożność zażycia niezawodnego metafenu. I oto bolała mnie głowa. Nie jakoś mocno, ale dość, by spełnić prawo Marfiego.

Po lunchu przeszliśmy szybko przez Rynek, postanawiając, że następnego dnia, po powrocie do Krakowa kupimy sobie magnez na lodówkę oraz, schowawszy rozsądek do kieszeni, kupimy także smoka wawelskiego. Zrobiliśmy trochę zdjęć, pomogliśmy jeszcze jednemu biednemu panu i pobiegliśmy na autobus do Zakopanego. Trafił nam się kierowca rasowy góral z ketą na szyi, który pruł aż się kurzyło. Na jednym przystanku wyprzedził nas DSCN0814Polonus z Warszawy, który się tam nie zatrzymywał a z Krakowa wyjechał później niż my, ale wzięliśmy go zaraz od razu jednym zręcznym manewrem. Jedno co to ruch wahadłowy na moście w Białym Dunajcu. Czytałam sobie o tym moście i jestem zażenowana, gdyż reprezentuję interesy kierowców a rodzina, która buduje pensjonat na podstawie oszukanego pozwolenia na budowę uzyskanego po dostarczeniu nieaktualnych planów zagospodarowania i protestuje przeciwko budowie nowego mostu, bo zaszkodziłoby to ich klientom… Powtórzę tylko, że reprezentuję interesy kierowców.

Wawel i park przy AGH złapaliśmy na fotki przez (brudne) okno, DSCN0706co i tak było strzałem w 10-tkę, gdyż następnego dnia byśmy nie zdążyli odwiedzić tychże miejsc. Po drodze okazało się, że jedzie z nami miś. W międzyczasie zadzwoniliśmy też do pani_tej_co_zawsze i zaklepaliśmy sobie pokoik. Po przyjeździe znów dreptaliśmy z plecaczkami aż dodreptaliśmy do „naszego” zielonego domku. Rozpakowawszy się szybko, poszliśmy w miasto. Byliśmy przy skoczni, zjedliśmy pierwsze oscypki, ci z nas, którzy to lubią, pochlapali się w lodowatym strumieniu. Zaczepił nas koleś i spytał, czy można się ponownie zakochać w swojej żonie, bo oto on tu od 20 lat ma żonę i ona nie wierzyła, że on się znów zakochał. Ale my akurat wiemy, że to zupełnie możliwe, bo zakochujemy się w sobie od nowa każdego dnia (poza tymi dniami kiedy mnie tłamszą, ale akurat ja jestem tak wdzięczna w moim stłamszeniu, że tłamsiciel z pewnością się zakochuje). Gdy się ściemniło, my akurat znaleźliśmy się na Krupówkach. Jedliśmy słynne zakopiańskie placki ziemniaczane i oglądaliśmy wystawy nieczynnych sklepów wypatrując, co trzeba będzie odwiedzić następnego dnia. Najgorszego szoczku doznaliśmy, gdy okazało się, że w DSCN0752miejscu najlepszej na świecie i szalenie sentymentalnej restauracji Pizza Hut oraz jakiegoś klasycznego hotelu znajduje się piętrowy salon marki Reserved. Niesmak i żenada. Na co komu taki duży salon i to jeszcze w takim miejscu? W Sopocie ta sama marka też ma piętrowy a to przecież bliźniacze miasta, ale to niczego nie tłumaczy. Drugim wielkim DSCN0866szoczkiem było, że zlikwidowano The Mexican, restaurację, która od jakiegoś czasu jest i w Sopocie i którą swego czasu polubiliśmy. Szoczkiem znikomym były praliny wszystkich smaków (zupełnie jak fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta w Harrym Potterze). Jakoś nie zdecydowaliśmy się spróbować pralin oscypkowych ani bundzowych (w kształcie oscypka oczywiście). Wypatrzyliśmy za to muzeum misiów, które stało się ‚must see’ na następny dzień. W miarę wędrowania stoiska oscypkowe zaczęły wykruszać się i ledwo nam się udało nabyć serki na kolację. Kolację także ledwo zjedliśmy, tak padaliśmy i przed 23. padliśmy. Wówczas po raz pierwszy na wyjeździe przydała się kamizelka z futerka, której użyłam jako przytulanki, bo ja bardzo lubię przytulać się do czegoś miękkiego (w domu rolę czegoś miękkiego pełni poduszka, gdyż mój drogi mąż jeszcze się nie spasł i nie jest dość miękki by się do niego przytulać przez sen:) ). Nie.

DSCN1061W poniedziałek miało się chmurzyć i mieliśmy wcześniej wrócić do Krakowa. Nie chmurzyło się wcale i nie wróciliśmy wcześnie do Krakowa. Poszliśmy pod Gubałówkę szukać nowej czapeczki. Znaleźliśmy czapeczkę nieco wieśniacką dla Męża i drugą ładną dla mnie. Zawsze lubiłam mężowskie czapeczki, teraz mam w końcu swoją podobną. Czapeczka Męża jest wieśniacka o tyle że łączy w sobie biel i granat a to połączenie kojarzy mi się z dzieciństwem i latami 90-tymi. Poza tym jest ładna. Podoba mi się w swej wieśniackości. Mąż nie odczepił metki od czapeczki aż do chwili przekroczenia progu domu. Wyglądał jak hipster. Hipsterzy tylko dlatego nie chodzą w czapeczkach z metkami, że nie wypada im kupić czegoś nowego.

DSCN9178Po porannych plackach niestety nikt nie miał spustu na oscypki. Szliśmy naprzód i nagle okazało się, że nie wjedziemy na Gubałówkę. Kolejka właśnie w tym dniu (i w 4 następnych) nie jeździła. Strata nie do przebolenia. Cóż po oszczędzeniu 24 złotych, gdy na górę trzeba wejść na własnych nóżkach? Wiadomo, że słynę z braku kondycji i bardzo krótkich nóżek a w dodatku jestem słabiutka, ale to była jedyna szansa by wejść na jakąś górę, więc poszliśmy. Odpoczywaliśmy chyba z 50 razy i szliśmy w sumie prawie półtorej godziny, ale udało nam się! A na górze po raz drugi przydała się kamizelka z futerka. Ku rozpaczy, żaden stragan nie był czynny i nie można było wydać żadnych pieniędzy. Poodpoczywaliśmy DSCN0676jedząc sunbitsy paprykowe i pijąc herbatę z termosu, który tym razem nie popuścił. A potem poszliśmy delektując się widokami w stronę zjazdu krzesełkowego na Butorowym Wierchu. Po drodze udało nam się kupić dwa trochę przesuszone, przesolone i przepłacone oscypki. A potem zjechaliśmy. Zrobiono nam zdjęcie pamiątkowe i  wyświetlono je na dużym ekranie tuż przy zejściu z podestu. Oczywiste, że je kupiliśmy płacąc całą dyszkę i teraz mamy je przyczepionym do lodówki.

Potem szliśmy pieszo do miasta i okazało się, że gmina Poronin też ma w herbie misia. Chcieliśmy zerwać jabłka z przydrożnej jabłonki, ale rosły za wysoko. Nawet latający miś nie był w stanie ich zrzucić. Za to mi się powbijały kolce w skarpetki. Gps w telefonie nie raczył zaskoczyć, by powiedzieć jak długa droga przed nami. Doszliśmy bez tego. Kupiliśmy kilka oscypków, ale okazały się za słone dla mnie! To wielka porażka. DSCN8981Po 2,5 roku nieobecności znaleźliśmy się w oscypkowej Mekce i oto nie mogę się najeść do syta, bo są dla mnie albo za suche, albo za słone? Z powodu niesmaku nie zrobiliśmy nawet solidnego zapasu (tylko mały), a przecież potrzeba oscypka jest wielka. Mąż znów zjadł placka (ja po porannym miałam niesmak…). Zaczepił nas pan z prośbą o zeta na piwo. My mu zaproponowaliśmy jedzonko, ale stwierdził, że nic nie przełknie w takim stanie. Nie znam się na takich stanach, ale nie mieliśmy jak pomóc. Następnie udaliśmy się do muzeum misia po to by spotkać tam kolejny niesmak. Muzeum było nieczynne od początku października do końca listopada. Toż to w takiej sytuacji należałoby zdjąć szyld zamiast robić smaczek nie do spełnienia! A jednak poradziliśmy sobie bez tego. Zrobiliśmy zdjęcia wnętrza przez szpary w naklejkach na szybie. Pomógł nam odchylany ekran aparatu, gdyż największe szpary były u góry. Widzieliśmy też materiał DSCN9129filmowo-zdjęciowy w internecie i jesteśmy zdania, że nasza kolekcja misiów nie jest wcale gorsza, tylko niewyeksponowana, o! Jakbyśmy mieli gdzie się wyeksponować, to zbilibyśmy kokosy na pokazywaniu naszej kolekcji, o! O!

Następnie kupiono mi dwa pudełka z masłem shea, którego zakup w Zakopanem jest naszą małżeńską tradycją. Kupiono też książeczkę na wyrost dla synka i udano się do zielonego domku celem spakowania. Opuszczenie kwatery zajęło bardzo krótko. Ja przebrałam się w kiecuszkę która miała chronić mi nerki w autobusie (i sprawdziła się). Kiecuszce zrobiono kilka niezbyt udanych zdjęć w parku po drodze. Z powodu tych zdjęć uciekł nam autobus o 17:40 (ale uciekł tak, że już go nie widzieliśmy, na szczęście nie uciekł sprzed nosa) i musieliśmy jechać autobusem o 18. Okazało się to być dużym nieszczęściem, bo pan kierowca był ślamazarny jak stoik za kierownicą. Bez przerwy czuć było, że hamuje. W dodatku zgasił światła i nie można było czytać. DSCN0937Na wspomnianym już moście w Białym Dunajcu stracił tylko 2 minuty a mimo to jechał przez prawie dwie i pół godziny zwalniając na każde ostrzeżenie o fotoradarze i nie tylko! Ruchu prawie nie było a on wołował jak gdyby dopiero co zrobił prawo jazdy. Jakby temperamentu nie miał. Jedno co dobrze zrobił to odmówił dziewczynie wydania bagażu z bagażnika poza przystankiem końcowym przyspieszając w ten sposób cel o jakąś minutę.  A drugie co dobrze (jestem obiektywna!), to że sprzedał mi bilet ulgowy na podstawie ważnej legitymacji studenckiej mimo, że DSCN088426 latek dawno już za mną. Oszczędziliśmy w ten sposób 3 złote, które potem daliśmy biednemu panu na Rynku w Krakowie. Biedny Pan się zdziwił.

Wracając jednak do autobusu, który do Krakowa dopiero jedzie, Mąż szczęśliwie przysypiał, ale ja się cała jeżyłam i spinałam. Z dnia w Krakowie zostały nam niecałe 3 godziny. Aż nie wiadomo było, czy opłaca się brać skrytkę na dworcu (i do jakiej kategorii potem zakwalifikować wydatek na skrytkę? ), zwłaszcza, że mieli zamykać dworzec o 22, ale pani od toalet powiedziała nam, że wcale nie zamkną i zaryzykowaliśmy. O mało nie zapomnieliśmy zostawić też poduszek, a skrytka otwarta po 3 minutach od zamknięcia traci ważność. Ale udało się nie stracić nic. I ruszyliśmy z kopyta. Bardzo nam się spieszyło do Pizza Hutu na poniedziałkową promocję. Naszym krakowskim Pizza Hutem jest ten w Galerii Kazimierz. Przez ślamazarnego kierowcę dochodziła już DSCN9137prawie dziewiąta. Moja kiepska komórka nie dała rady wygooglać godzin otwarcia, ale wygooglała numer telefonu do lokalu i zadzwoniliśmy. Lokal okazał się być czynny do 22 (nie to co u nas…) i mogliśmy w spokoju dreptać. Przydreptawszy, rozejrzeliśmy się w pobliskim empiku i pobliskim smyku za książką, którą pragnęliśmy kupić synkowi, a następnie złożyliśmy zamówienie. Po 15 minutach odebraliśmy rozkosznie dużą pizzę i wtedy nastąpiła bardzo romantyczna i bardzo filmowa scena. Z pizzą poszliśmy na pobliskie nabrzeże wiślane. Usiedliśmy na murku, było ciepło. Ludzie biegali, przejeżdżały rowery… Brakowało zacumowanych i rzęsiście oświetlonych statków w oddali, DSCN9161ale wszystko inne pasowało. Jedliśmy doskonałą pizzę na wynos nigdzie się nie spiesząc, delektując zarówno smakiem jak i ciepłą nocą i widokami. Było tak filmowo, że zaraz powinniśmy pójść do łózka, albo chociaż powinien był oświadczyć się… A poszliśmy na Rynek po drodze kupując wodę, soczek i banany.

Robiliśmy zdjęcia naszym doskonałym aparatem. Bardzo chciałam herbatę, ale nie taką standardową sztampowej marki jaką można dostać wszędzie, lecz coś specjalnego. I nawet to nam się udało. W rogu Rynku, przy Kościele Mariackim dane mi było wypić najlepszego earl greya w moim życiu! A potem pobiegliśmy na autobus. Tam wyciągnęłam nóżki na całą szerokość pojazdu korzystając z małego oblężenia siedzeń. I oto we wtorek rano byliśmy już w swoim mieście- dżdżystym i zimnym. A syn naszą obecność zaakceptował dopiero po kilku godzinach.

DSCN0944

DSCN0813

DSCN0838

DSCN0982

DSCN0528

w tle polonus, z którym się braliśmy po drodze

2013_10_21_070777

DSCN9101

DSCN9112

Reklamy

Mistrz kierownicy

DSCN9950Mąż mi dziś powiedział, że jestem mistrzem kierownicy. Było to podczas arcytrudnego manewru opuszczania zatłoczonego parkingu przy politechnice. Tak naprawdę nie wyrażał swojego zdania, lecz swoje stłamszenie, bo chwilę wcześniej przetrzymał nas przez bez mała półtorej godziny na miejscu, bez możliwości skoknięcia do pobliskiej piekarni po bułeczkę czosnkową, gdyż wydawało mu się, że spotkanie potrwa krótko. Ten sam Mąż dwa dni wcześniej poniżył mnie każąc opuścić auto podczas parkowania tyłem w zatoce gdy wjechałam na krawężnik twierdząc, że przecież tak się wjeżdża tyłem do zatoki. Wyjechał, wyprostował koła i jednym płynnym ruchem znalazł się w owej zatoce, dostatecznie głęboko bez żadnego zmuszania kół do pokonania krawężnika. Mimo to ja wiem, że jestem mistrzem kierownicy, o!

Spędziliśmy DSCN9025na wsi jeden z ostatnich tak uroczych weekendów. Grzyby się kończą, a i pogoda nie sprzyja przebywaniu na powietrzu. Ładnie zrobiło się dopiero w chwili wyjazdu, czyli dzisiaj. Prognoza pogody na sobotę, sprawdzana w piątkowy wieczór, znów się nie sprawdziła. Liczyliśmy na słońce, a kuliliśmy się w dwóch kurteczkach zimowych.Tak naprawdę tylko ja potrzebowałam dwóch kurteczek, a konkretnie to kurteczki i kamizelki z puchu. Mężowi wystarczyła kurteczka i polarek. Synek nie potrzebował takiego oręża, gdyż został z dziadkami w ciepłym domu i mógł chodzić w niczym nie przykrytej zielonej koszulce z nadrukiem Goofiego. Wie, że to Goofy i że ma ją od chłopca imieniem Mateusz.

Ogólnie jesteśmy bardzo uzależnieni od synka i od wózka. Zupełnie już nie potrafimy chodzić bez nich i tak też DSCN9029było tym razem. Odbyliśmy śniadanie na trawie w Płocicach, podczas którego zmarzliśmy tak, że musieliśmy się długo rozgrzewać w autku. Potem przejechaliśmy na parking przy jarze Wdy, gdzie ostatnio bywaliśmy często. Na parkingu oprócz nas było trzech grzybiarzy z Gdańska a dominującymi wśród grzybiarzy z Gdańska markami samochodów były Daewoo i Ford. Spacerowaliśmy znajdując grzyby, ale było tak zimno, że nikt nie wyjął ręki ze wspólnej kieszeni by jakiegokolwiek z nich podnieść. Pojechaliśmy do miasta na randkę, ale brakowało nam dziecka domagającego się udziału w napoleonce. A zimno wciąż było.  Dopiero z czasem trochę się rozkręciliśmy i pod koniec wycieczki udaliśmy się do ogrodu botanicznego zwiedzać drzewka, ławki i huśtawki. Bardzo nam się podobało, ale znów myśleliśmy tylko o tym, jak fajnie byłoby tam Staszkowi. DSCN9923Gdyby nie to, ze mieliśmy dwa aparaty i mogliśmy robić sobie zdjęcia jak robimy zdjęcia… nie moglibyście teraz podziwiać naszych zdjęć podczas robienia sobie zdjęć!

W niedzielę udało nam się rozkręcić zupełnie. Poszliśmy z kocem na łąkę czytać sobie na głos. Aktualnie czytamy drugi tom Pottera i jesteśmy zachwyceni (Mąż) oraz ponownie zachwyceni (ja). Niedawno widzieliśmy oba siódme filmy (a pierwszy siódmy film widzieliśmy też w kinie na początku ciąży), więc teraz czytamy. Potter bardzo nam się kojarzy z ciążą i to jest bardzo miłe. Ale znów ledwo dawały radę nasze starcze kręgosłupy, a do tego spadł przelotny deszcz i musieliśmy powędrować na przystanek autobusowy. podczas wędrówki deszcz przeleciał a przystanek okazał się bardzo ciemny sam w sobie, więc rozbiliśmy nowy obóz tuż obok na trawie oparci o skarpę. Skarpa zapewniająca podparcie starczym kręgosłupom sprawiła, że jesteśmy już za połową owego drugiego tomu.

DSCN0143

Jak przymknąć oko?

DSCN9534Cechą bohaterów bloga Cytrynny jest to, że jeśli już spędzają dzień, to zawsze odbywa się uroczo. Dzisiaj na przykład cała rodzina udała się do Gdyni celem obchodów 10. dnia miesiąca. Gdynia nie jest daleko, lecz rodzina w obecnym składzie nigdy jeszcze tam nie była. Nie wiadomo nawet czy był tam Mąż z Brzuchatką albo chociaż samo małżeństwo. Jest to bardzo dziwne, bo jeszcze do niedawna, gdy Cytrynnie przysługiwały ulgi na bilet, miasto było przecież w zasięgu ręki. Zasięg ręki pozostał, ale ukończenie 26. roku życia przeniosło swobodne eskapady poza zasięg portfela. Nie żebyśmy byli bardzo biedni, bo bogacimy się każdego dnia, tym niemniej na wycieczkę można pójść pieszo.

DSCN9617Dziesiąty dzień miesiąca to jednak nie byle co. W zasadzie to duże i pełne symboli święto, więc każdy przymknął jedno oko na cenę Cytrynninego biletu i pojechano. Październik dopisuje w tym roku wyjątkowo. Jest ciepło i słonecznie i aż się chce wszystkiego. Prowiant był wykwintny, bo dla każdego po dwie bułeczki od Pellowskiego, czyli najlepsze z pyszną szyneczką o słabej nazwie ‚kurczak gotowany’.

Gdynia jest bardzo bezpieczna. Bardzo przypomina też Warszawę i jest wyjątkowo nowoczesna, więc przez chwile poczuliśmy się jak na wakacjach. Ma jednak nad Warszawą dużą przewagę w postaci położenia nad morzem i związanej z tym położeniem promenady, która sprzyja poczuciu wakacyjności. Na promenadzie jest ładna fontanna, którą pamiętam z pocztówki kupionej na wycieczce szkolnej w 1995. DSCN9546Stoją też statki i niszczyciele. Jest tam Błyskawica, Dar Pomorza, Dar Młodzieży i inne dary oraz bary(!). Bar pomorza jest dla tych, którzy za zwiedzanie statku płacić nie chcą. Jest kilkadziesiąt cum, czyli to, co małe Staszki lubią najbardziej. Każda cuma została wnikliwie zmacana a moje nerwowe serce ledwo zniosło taką bliskość dziecka i nabrzeża, nawet z trzymającym kaptur ojcem.

Przypuszczam, że blog powróci do życia. Nadmiar przygód, brak czasu na ich bieżące opisywanie oraz brak możliwości publikowania zdjęć ze wsi nie sprzyjały powstawaniu nowych wpisów, ale są rzeczy o których trzeba napisać, choćby wstecz.

DSCN9746

DSCN9738

DSCN9712

DSCN9583