Zabić człeka?

DSCN9723Znów spędziliśmy uroczy weekend na wsi. Urocze weekendy nie mają obecnie nic wspólnego z weekendami z września a z lata tym bardziej. Teraz nie podróżujemy po całych Kaszubach, teraz siedzimy w domu i się grzejemy, a z każdego takiego wyjazdu wracam trochę chora, bo albo źle pośpię i boli mnie głowa, albo ktoś (Mąż) nie zapoda mi moich licznych witamin, więc ich nie zażyję i spadnie mi forma. Nie, nie biorę żeń szenia ani innego body maxa. Biorę ziółka na zatoki. I nie choruję wcale a wcale. A marzyłabym o tygodniu w łóżku z certyfikowaną niezdolnością do czegokolwiek.

Pogoda była średniutka jak to zwykle w weekendy ostatnio bywa. Wyjechaliśmy z miasta i tuż przed granicą, zanim jeszcze droga poprawiła się na lepszą (jest to bardzo odczuwalne gdy wjeżdża się do miasta a droga nagle psuje się na gorszą) napotkaliśmy korek. Korek zapowiadał się duży (gigantyczny! a już obwiniałam wóz śmieciarski że ledwo się włączył do ruchu i ślamazarzy, a to nie była jego wina), więc nie zatrzymując się wcale skręciłam w pierwszą sprawiajkę jaka się przytrafiła. Nieznajomość topografii terenu, mylne pojęcie o jej znajomości, zepsuty gps w telefonie i chęć uniknięcia korka kosztowały nas 9,3 kilometra. O tyle więcej mierzył nasz objazd. Mimo, że nadłożyliśmy ponad 100%, z perspektywy czasu oceniam posunięcie pozytywnie, gdyż jechaliśmy cały czas bez jednego zatrzymania (zamiast stać cały czas z dwustoma ruszeniami o 4 metry każde) wciąż poznając nowe miejsca (zamiast wnikliwie przyglądać się tym, na których zrobiliśmy już kilka tysięcy kilometrów), a wczoraj, wracając, w tym samym miejscu w korku na 30 aut DSCN9649straciliśmy 5 minut. Prosta matematyka sugeruje, że w sobotę aut było co najmniej 200 (liczyłam te wczorajsze, a umiem sobie wyobrazić ile by się zmieściło na odcinku, który był wówczas zajęty) i stanie trwałoby długo.

Z kolei wczoraj musieliśmy omijać Kościerzynę szerokim łukiem, gdyż trwał dzień targowy, a słynne z samych rond miasto nie radzi sobie z ruchem w dzień targowy. Pod innymi względami miasto jest optymalne. Można tam nawet kupić parmezan, czego jeszcze z 2007 nie uświadczyłbyś czytelniku (ja wówczas próbowałam i przyszło mi jeść risotto po portugalsku bez parmezanu…). Jak wiadomo, my słyniemy z umiejętności objeżdżania Kościerzyny z każdego kierunku (wiele korków praktyki ze mną jako niezrównanym pilotem, a nie mną jako kierowcą i pilotem w jednym oraz dwoma pasażerami niezdatnymi do obsłużenia mapy). Na wyjątkowo duże korki mamy specjalny objazd szerokim łukiem. Objazd ten nadkłada tylko 1,8 kilometra, co stanowi zaledwie 35% trasy, ale wiedzie po bezdrożach. I zaczęłam zastanawiać się, czy objeżdżanie korków w Kościerzynie warte jest tych bezdroży. Ale chyba jest warte, zastanawiając się po prostu nie wiedziałam, że to tylko 1,8 kilometra:)

DSCN9792Inna sprawa to psy. Nie jestem wielką miłośniczką zwierząt. Najbardziej lubię misie, potem jeżyki. Jeżyk to nawet kiedyś z nami zamieszka. Pieski to jedynie pluszowe. Na mój brak miłości do piesków składają się:

1. Tajemnicze pieski ze wsi, które tego lata co tydzień wywracały nam śmietnik (teraz też by to ochoczo czyniły, ale tata śmietnik przywiązał do słupka, który w ziemie wbił).

2. Pieski sąsiada, które wybiegają na drogę poszczekać i wskoczyć przed maskę i dalej szczekać gdy ja jadę w dół.

3. Pieski z objazdu, które wyskakują z krzaków by poszczekać i pobiec wzdłuż samochodu szczekając i udając, że zamierzają wbiec pod maskę (upewniwszy się, że widzę je w lusterku dodaję gazu by nie znalazły się przede mną, ale jednak kosztują mnie hamowanie i ryzyko, że dziecko wypadnie z fotelika…)

4. Jeden z piesków z punktu 3., który dwa lata temu rozwalił nam wiele nocy bezinteresownie opuszczając swój teren i przybiegając pod nasz by poszczekać koło trzeciej.

5. NAJWAŻNIEJSZE: Pies (nie piesek, oj nie!) naszej gdańskiej sąsiadki. Drzewiej lubił powyć w nocy, obecnie szczeka „tylko” gdy spotka kogoś na klatce lub pod klatką. Jest dużym psem i nie lubi ludzi. Potrafi rozsadzić bębenki i zbudzić umarłego. Zawsze idzie na spacer podczas dziecięcej drzemki. I prawie zawsze kogoś spotyka.

6079
Bardziej jednak nie lubię piesków jako kierowca niż jako matka. Ale niech czytelnicy kochający swoje psy się nie obruszają. Nasz synek to w każdym domu ma pleska, z którym śpi. A jego ‚mazieniem’ jest ‚dom, plesek’, czyli dom z pieskiem.

Podczas domowego weekendu wcale nie próżnowaliśmy. Nie siedzieliśmy sobie przy kominku z książką. Oj nie… A niektórzy z nas by chcieli. Ja bym chciała. Nie było jednak wcale źle. Jedliśmy mandarynki, jedliśmy jedyne w swoim rodzaju mężowskie frytki oraz zupełnie niepowtarzalne placki ziemniaczane, które regularnie powtarzamy. Widzieliśmy nieco prymitywny film „Nie zadzieraj z fryzjerem”, który zachwycił nas do tego stopnia, że postanowiliśmy posiąść jego wersję na DVD. Ponadto przeczytaliśmy na głos (oczywiście moimi strunami głosowymi) wiele stron czwartego już tomu Harrego Pottera  i powoli zaczynamy martwić się, co będziemy czytali na głos, gdy tom siódmy dobiegnie końca. Odwodniłam się solidnie, bo na wsi herbaty stygną zastraszająco szybko, a zimne nie smakują mi nawet gorzkie. Najważniejszym jednak były klocuszki. Udało nam się przejrzeć niemal wszystkie będące w trakcie kompletowania zestawy i uzupełnić w nich braki w miarę możliwości, czyli ukrócić listę braków. Zbudowaliśmy też nieznany na polskim rynki zestaw 6079, który kompletowaliśmy od dwóch lat. Brakuje nam jedynie jednej głowy i dwóch korpusów, które jednak są jedynie w Hameryce i kosztują dużo.

6071W tym miejscu musiałam przerwać pisanie i udać się do Hameryki na okazyjne zakupy. Nie żebyśmy byli bogaci, ale w Hameryce bywa naprawdę tanio. Właśnie posiedliśmy płytkę do ekskluzywnego zestawu 6071 i możemy go sobie skompletować. Oczywiście ‚możemy’ to duża przenośnia. Tak samo możemy jak i ja mogę sobie uszyć puchate wdzianko z minky. Mamy płytkę, ale w Hameryce. Sprowadzimy sobie za sto lat!

Pewnie czytelnicy z zapartym tchem śledzą tekst zastanawiając się o co chodzi z tym zabijaniem ludzi. Otóż nikt nie zamierza zabijać ludzi ani tego nie zrobił do tej pory. I pieski też mogą spać spokojnie. Gawędziliśmy sobie pewnego wieczoru z synkiem i on rzekł coś, co można było przesłyszeć jako ‚zabić’. Może chodziło o ‚bawić’. Starość nie radość, uszy nie te. Ale powtórzone przez rodzica ‚zabić’ zostało ochoczo podjęte przez synka i rolą rodzica było dopowiedzieć synkowi, co może zabić, żeby było niegroźnie. Nikt nie chciał podpowiadać muchy, bo po co uczyć maluszka przemocy wobec stworzonek. Podpowiedziano zatem ćwieka. Wszak zabija się ćwieka i jest to niegroźne, a wręcz pożądane. Żaden rodzic nie przewidział jednak tego, co przecież szło przewidzieć- mianowicie ten akurat maluszek lubi sobie czasem zamienić ‚w’ na ‚l’ i na ogół jest to urocze. Tym razem zamiast uroczego zwrotu otrzymaliśmy więc ‚zabić ćleka’.

DSCN9710

Reklamy

Jak nie dźwiedź to ja nie wiem*

DSCN5343Znalazłam cały folder uroczych fotek z pewnego wrześniowego weekendu. Miały okrasić wrześniowy wpis o tymże weekendzie, ale nie wiem nawet czy ów wpis powstał (powstał, jest TU).

Chciałam napisać, że jestem bardzo zmęczona, tak zmęczona, że nie pojechaliśmy na wieś dziś, lecz pojedziemy jutro. Tak zmęczona, że spałam w dzień i obudziłam się półżywa a zaraz po mnie wstał synek, którego uśpiłam na drzemkę. Byliśmy w bibliotece z przetrzymaną książką, którą czytaliśmy sobie wieczorami i wcale nam nie naliczono kary za 3-dniowe opóźnienie. W tej bibliotece są dwa wejścia- jedno zwykłe ze schodem (albo schodą) a drugie z podjazdem. Drzwi przy podjeździe są jak zwykle zamknięte a ochroniarz, który pilnuje by mu nikt wózkiem drzwi nie obił, wcale się nie pofatyguje żeby pomóc matce z dziećmi i wózkami. Ochroniarze w pobliskim Rossmannie to jednak są o kilka klas lepsi. I zawsze pomogą przynajmniej w którąś ze stron zależnie od tego, gdzie akurat są.

A poza tym w ogóle nie smakuje mi herbata z cukrem, od której jestem przecież uzależniona. Ciągle wylewam herbaty z cukrem i muszę pić gorzkie bo są mniej niedobre. Ale za to smakują mi czipsy.

A jeszcze poza tym chciałabym dużo zrobić, ale nie mam siły. Między zaśnięciem synka a powrotem Męża nie miewam więcej niż pół godziny, na ogół nawet mniej. A Mąż jest fajniutki, na przykład pewnego poranka zbudziłam się i szafa z ubraniami była otwarta a na podłodze leżały dwie pary spodni. Myślałam, że to synek je wyciągnął, chociaż na ogół nie praktykuje podobnych zabaw. Dopiero z czasem się skumałam, że to dlatego, że Mąż szukał sobie odpowiednich spodni, gdyż spodnie z dnia poprzedniego, które zawsze rzuca na podłogę, nie leżały na owej podłodze albowiem ja je podniosłam i przewiesiłam przez oparcie krzesła. DSCN6358

Ponadto kupiliśmy sobie 5 lampek żeby nam rozświetliły ciemności. Na pewno przydadzą się do szycia o ile takowe w końcu zajdzie. I do czytania, być może ocalą mi resztki wzroku, bo ślepnę. Ślepnę, mimo że przecież jem chleb razowy. Nie jem prawie nic oprócz chleba razowego i chipsów. Robię obiady, ale nie mam na nie apetytu.

Przypadkiem zobaczyłam, że na fejsie można polubić już nawet to, że ktoś coś polubił. I można też uwielbiać. Ja nie mogę ani jednego ani drugiego, ale w ogóle mi to nie przeszkadza.

Cóż, idę sobie obsmarować chlebki razowe serkami Hochland z pudełka  z napisem ‚grzybobranie’. Wygrywają z szyneczką, nawet w piąteczek. I może zdążę zanim trzeba będzie grzać obiadek i wieszać pranie. A tyle chciałam dzisiaj zrobić.

*Tytuł wpisu nawiązuje do różnych takich, jak Pan Kracek, nie toperz, nie dźwiedź,a  w szczególności do ‚siadów’- o sąsiadach synek uparcie mówi ‚siedzi’, ‚siadów’, wszak są siedzi.