Panna zielona

DSCN2013Chciałabym bardzo opisać jak spędziliśmy ostatni tydzień, ale mój umysł z racji pory dnia (jest 1:43) pracuje na niższych obrotach, a z racji tego, że moja druga połówka już śpi, pracuje tylko połową zwojów. Nie żebym była z tego tytułu głupsza, ale jestem zmęczona. Nie mogę jednak pójść spać, gdyż piecze się sernik, który potem musi wystygnąć, przede mną więc jeszcze godzinka powstrzymywania się od snu. Nie mogę robić nic odpowiedzialnego jak piłowanie choinki czy szycie prezentów, bo gdyby nie wyszło ( a zapewne by nie wyszło), mogłoby być gorąco. Na przykład gdybym obcięła sobie palec piłując choinkę, to nie miałby kto wyjąc na czas sernika z pieca. Gdybym zaś przeszyła palec, krew splamiłaby kremowe futerko przeznaczone na komin, a nie mam już dostatecznie dużego kawałka by wyciąć nowy prostokąt futerka bez krwi. Skazana więc jestem na pisanie. Mam jeszcze w zanadrzu miskę prania do powieszenia, ale to wiadomo- czynność wyciszająca na koniec dnia pracy.

W tym tygodniu Mąż pracował mniej, bo zaledwie 50 godzin, by mieć czas na rozrywki przedświąteczne i chłonięcie atmosfery. Ja umyłam dwa okna, gdyż zamierzałam przyozdobić szybki sztucznym śniegiem, ale próba śniegowa po umyciu tych dwóch wypadła słabo, więc reszty okienek sobie oszczędziłam.

DSCN2177
W poniedziałek byliśmy w Galerii Bałtyckiej, gdzie jedliśmy pizzę oraz mierzyliśmy kurteczki w Smyku. Kurteczki ze Smyka nie zadowalały moich gustów oraz mojej potrzeby zapewnienia dziecku ciepła. W środę byliśmy na spotkaniu politycznym. W czwarteczek rano był przegląd medyczny synka, a Mąż do 20 prowadził zajęcia ze studentami, więc wraz z synkiem pojechaliśmy po niego auteczkiem i wspólnie udaliśmy się do sklepu z zabawkami na obrzeżach miasta, gdzie kupiliśmy… komplet baterii! Co ciekawe, synek nie domagał się zabawek, chłonął je na miejscu a najwięcej chłonął atmosfery. Najbardziej cieszyło go popychanie wózka. Kupiliśmy też mały zapas brzoskwiń w puszkach.  W sobotę Mąż szedł do pracy by mieć wolne 27 grudnia (to już się nie wliczało do puli 50 godzin) a ja z synkiem udałam się na inne osiedle do odległego paczkomatu i odległego empiku po odbiór bluzy z ciuchciami ze Stacyjkowa. Widzieliśmy też śliczne jodełki za 150 złotych. W niedzielę wrócili dziadkowie i synek wybrał atrakcje z nimi zamiast atrakcji z nami, a my udaliśmy się na objazd marketów w poszukiwaniu choinki. Jodełki były dla nas DSCN1992zaporowo drogie, świerki się sypią, więc dopuszczaliśmy haniebną myśl o choince sztucznej. Zmacaliśmy jednak sztuczne choinki w różnych cenach i żadna się nie nadawała do dotykania. Pechowo pierwszym sklepem, do którego trafiliśmy było Obi, które zaoferowało nam i jodełkę w promocji (Mąż wybrał najwyższą, teraz nie zmieści nam się ona na stole…) i mnóstwo przecenionych bombek. Bombki przeceniono z powodów błahych, czyli zniszczonych opakowań lub zniszczonych pojedynczych bombek z opakowania. Zakupiliśmy ozdób na całą choinkę. Przy okazji odwiedzania Obi zjedliśmy też pyszne kurczaczki w KFC (po jednym…) i zaobserwowaliśmy panią, która podjechała autkiem pod KFC celem opróżnienia swojego pojazdu ze śmieci (stała tam długo i wiele razy wystawiała rękę…). Ponadto zakupiliśmy w pobliskiej Ikei sitko bez dziurek do roztapiania czekolady w kąpieli wodnej. Dziś stosowaliśmy i jestem prawie równie zachwycona jak wagą. Również wczoraj było spotkanie klasowe, o które zahaczyliśmy, chociaż przecież nie chodziliśmy do jednej klasy. Wczoraj też powstały pierniki, ale nie miałam najpierw czasu, a potem siły poprzekładać ich powidłem i oblać czekoladą. DSCN1978

Dzisiaj zapakowaliśmy kilka naszych pierniczków alpejskich we własnoręcznie uszytą torebkę z papieru i zawieźliśmy wujkowi Marcinowi (temu, który jako jedyny występuje a blogu z imienia). Synek niósł i wiedział kiedy dać. Do wujka Marcina pojechaliśmy autkiem i Mąż niczym przysłowiowa żona całą drogę truł i narzekał jak to fatalnie będzie wracać i cały czas insynuując powrót i pójście pieszo na pociąg. Trasę pokonaliśmy w 15 minut. Wracaliśmy jednak już przez pół godziny. Była godzina 13 i każdą najwęższą ścieżką na starówkę wdzierały się pojazdy. Spodziewałam się ich na głównym wlocie i drugim głównym wlocie, ale nie przypuszczałam, że będą się pchały i wąziutką odnogą, którą my wybraliśmy. Stanęliśmy daleko od domu na pierwszym wolnym miejscu. Mąż miał okazję by wyrzec swoje ‚a nie mówiłem?!’, ale zupełnie nie było źle. Później kupiłam synkowi kurteczkę przez internet, co było ciężką pracą, gdyż należało wybrać jedną kurteczkę spośród czterech, a żadna nie była idealna. Jedna była śmieszna, co przemawiało na jej korzyć, ale zeszła w trakcie mojego zastanawiania.

DSCN1982Później podjęto próbę zepsucia mi Świąt- mianowicie niepodziewany kurier przyniósł moje zimacze z odrzuconą reklamacją. Rzeczoznawca był uprzejmy stwierdzić, że obuwia używałam przez 12 miesięcy (najintensyniej latem pewnie…) i zamek miał prawo się połamać. A ja już się oblizywałam na myśl o nowych, których cena tak ładnie spada.

Udało się jednak wyprzeć niefortunnego kuriera z myśli i pojechaliśmy do ałtletu na pizzę. Nie było żadnej pizzy, bo zabito ją dechami, było jednak inne Obi, gdzie kupiliśmy sobie malutki świerk na wieś. Świerk mierzy 60 centymetrów i jest w doniczce, a kosztował zaledwie 7 złotych. Kupiliśmy mu też komplecik mnóstwa pastelowych bombeczek za 12,99. Na koniec pobytu w ałtlecie zakupiono dla mnie jedną parę majtek z bawełny co bym i ja coś dostała, bo wiadomo- ja o siebie nie zadbałam z racji skromności, a nikt inny o mnie nie zadbał, bo tak to jest, że jeśli nie zadbam o siebie, to zostanę na lodzie i to jeszcze bez butów, o czym akapit wyżej.

Byliśmy także i w Tesku w poszukiwaniu odpowiedniego dodatku do prezentu dla chrześniaka (swego czasu były odpowiednie dodatki), ale w Tesku pucha i dodatków nie było. Nie za bardzo były też bakalie do kluseczek z makiem, ale wygrzebałam z wózka stojącego obok półki i czekającego na rozpakowanie pożądane ingrediencje. Tyle tylko, że moją słodką tajemnicą jest, iż kluseczek nie będzie. DSCN2042Ja wiem, że ja jutro nie dam rady czasowo tego ogarnąć, więc ich nie przyrządzę. Jutro to ja będę robić milion innych rzeczy i kluseczki się w tym po postu nie zmieszczą.

W kwestii bycia kierowniczką, bo wiem, że niektórzy czytują ten blog z powodu pikantnych szczegółów o prowadzeniu 4 kółek, to myślę, że jeżdżąc w świątecznych korkach zdobyłam kolejny skill kierowniczy. Chciałam tu też wspomnieć o pewnym Pajero na ruskich numerach, które stało przede mną na pewnym skrzyżowaniu. Ono było drugie a ja trzecia w kolejce do skrętu w prawo na prawopasie. Pierwsze auto odjechało korzystając ze strzałki warunkowej, a wtedy zapaliło się ogólnozielone światło. Pajero nie ruszało się do czasu, aż zatrąbiłam. Obtrąbione wyrwało do przodu. Najbliższe światła przejechało, a  dla mnie paliło się już czerwone. I paliło się długo, oj długo. Kilka świateł dalej spotkałam pajero stojące przede mną, zupełnie jakby nie było tego długo, oj długo. Nie wiem jak ono to zrobiło, ale widocznie nie każdy ma taki dobry samochód jak my.

Reklamy

Żeby puchy nie było!

DSCN9384Tytuł wpisu jest grą słów i piciem do Maurycego Teo, który czasem komentuje, żeby puchy nie było, ale puchy jako takiej nie ma i w tym problem. Nie tylko blog nie świeci pustkami, ale i hipotetyczna spiżarnia nimi nie świeci. Hipotetyczna, bo nie ma spiżarni, ale są zapasy. Zapasów jest multum, a nie ma gdzie ich przechować. I to jest ten problem, nad którym ja tu debatuję.

Otóż pewnego dnia w zeszłym tygodniu Mąż wrócił wcześniej niż zwykle, a ja akurat miałam upieczone przy walnej pomocy synka 3 pierniki Lolinki (skądinąd najlepsze jakie do tej pory były). Synek jako pomocnik jest ekstra. Na widok miksera sam wychodzi z kuchni, a w pozostałych momentach pomaga odważać mąkę i inne ingrediencje na wadze, którą od niedawna mamy. Mimochodem przestawia kilogramy na funty, ale ja na to uważam, więc szkód nie wyrządza. Wrzuca krojone przeze mnie masło do cukru i rozmieszcza je równomiernie na cukrowej powierzchni. Dotyka mąki, dotyka kakaa, zostawia ślady. A potem zapomina o sprawie i następnego dnia, mimo woni szalejącej po domu, wcale nie upomina się o pyszne ciasto. Skądinąd, smutna sprawa, bo nie futruję synka pysznym ciastem, a potem idziemy gdzieś, gdzie spuszczam go z oczu i w tym czasie je słodkie byle co spaczając sobie guścik.

DSCN9396Wracając jednak do Męża, co to wrócił, gdy ja byłam w nastroju piernikowym, wspólnie ulepiliśmy ciasto na pierniki „jak alpejskie„. Ciasto trafiło do lodówki na noc. Następnego dnia też wrócił wcześniej. I do drugiej w nocy spędzaliśmy wieczór w kuchni nad piosenkami Kuby. Ja zmywałam, przekładałam i polewałam swoje pierniki (zabrakło mi jednej łyżki kakao, co okazało się wyśmienite w skutkach) i pilnowałam czasu pieczenia. Upiekliśmy tak dużo blach, że ciastka z nich zajęły 8 pudełek. PUDEŁEK, bo puchy nie było. A prawie każde ciastko ma inny kształt. Tuż przed ostatnią blachą okazało się, że jako gapcia nie podałam najważniejszych foremek- w kształcie najkształtniejszych misiów. Zdjęcia są marne, bo nasz nowszy aparat akurat na ten wieczór wywędrował z domu, a nasz starszy aparat zupełnie nie ogarniał sytuacji. Kto by pomyślał, że starszy aparat był o tyle gorszy od nowszego? Mąż specjalnie się przegrzewał w ubraniach podczas pieczenia żeby mieć blogaskowe zdjęcia, ale stary aparat zauważył, że Mąż był nieco zmarnowany i zapomniał to zretuszować.

Poza tym znów zepsuły mi się buty i to tak samo jak identyczne buty rok temu. Rok temu w DSCN9421ramach gwarancji dostałam nowe i nowy paragon, więc i nową gwarancję. Mam nadzieję na pomyślny przebieg reklamacji, bo już sobie upatrzyłam nowe, tym razem inne. Dzięki pomyślnym gwarancjom i niewielkim nakładom środków od prawie 5 lat mam nowe buty zimowe CO SEZON. Trochę tylko ubolewam, że ponieważ w szafie z kiepskimi butami rezerwowymi stoi rowerek, to nie mogę jej otworzyć i przyszło mi teraz człapać w kozaczkach za szejset, kupionych oczywiście połowę taniej, ale jednak szejset to szejset a dostanych na rocznicę ślubu (podobno jest przesąd o dawaniu butów swojej kobiecie w prezencie, ale my się nie boimy przesądów).

A do tego mamusia czasem przynosi mi wykwintny chleb z suszonymi pomidorami i ja robię z niego najlepsze na świecie tosty i bywa mi dobrze. Tylko sił nie mam.

Chciałam jeszcze na łamach tego bloga nagłośnić pewien problem, z którym borykam się od około tygodnia. Otóż codziennie zmywam pełną suszarkę (dwie półki) naczyń oraz zawsze coś dodatkowego, co schnie na ściereczce. Staram się też nie brudzić dużo, lecz mimo takiej aktywności pomywawczej od tygodnia nie jestem w stanie opróżnić prawej komory zlewu.

Nowinki, czyli o mistrzyni parkowania

DSCN3024Nowinki są takie, że dostałam dziś wagę kuchenną, że ugotowałam rosół z kury i będe go teraz pić w oczekiwaniu na powrót Męża. Oraz, że dzwoniła pewna bliska pokrewieństwem lecz zawsze daleka osoba zza granicy spytać, czy ja wczoraj nie wydzwaniałam do jej gdańskiego mieszkania, bo ktoś tam był i miał pełno głuchych telefonów. Owa bliska osoba upewniła się, że na pewno, ale to na pewno przyślę kartkę na święta osobie tak samo bliskiej lecz jeszcze dalszej oraz zapowiedziała, że przybędzie w poniedziałek i zadzwoni w przyszłym tygodniu poinformować mnie kiedy mam przyjechać z małym. Nie żadne umówić się, kiedy byśmy mogli ją odwiedzić, nie zaprosić nas. POWIEDZIEĆ KIEDY MAMY SIĘ STAWIĆ, bo ‚stęskniła się za tym małym’, którego widziała raz, gdy miał 9 miesięcy i wytarł jej kurze za szafkami swoim ciałkiem. Hm, nie wiem, czy w przyszłym tygodniu nie będę niedostępna.

Ta waga to od babci. Będę mogła teraz zważyć wszystko i nie odmierzać mąki do kreski, lecz wedle masy. Wyjdzie mi każde ciasto. Dostane też, ale później, od tej samej babci suszarkę, bo miałam kiedyś suszarkę od mojej babci, porządna rosyjską, składana lecz niedawno mi padła i od tego czasu mam tłuste włosy. Ciągle! A mamusia moja kochana dała mi rabacik doDSCN9379 sklepu z ubraniami oraz stówkę i zapowiedziała, że jeszcze powiększy pulę tak abym musiała dołożyć jak najmniej żebym sobie kupiła kurteczkę, bo żal jej się mnie zrobiło w mojej białej puchówce o stażu pięcioletnim, która to puchówka za biała już nie jest i w której wcale mi nie do twarzy, ale noszę ją, bo lubię, jest sentymentalna.

A poza tym to tak jakbym miała dzis urodziny, bo 6 lat temu, w nieco lepszej pogodzie zdałam swój jedyny egzamin na prawo jazdy. A nasze auteczko odsniezyła dzis młodziez lepiąca śnieżki, ale chyba juz nie ma po tym śladu. A lusterko, które wczoraj wymieniłam i opony, ktore wymieniliśmy w poniedziełek, powymieniały się w sama porę. Lusterko to można by rzec, że w ostatniej chwili. Nie wiem, czy lubię zimę. Mąż jest zachwycony widokami na przykład na drzewach, ale ten sam Mąż szedł dzis pieszo do pracy, bo pociągi stanęły. Ja nawet jestem skłonna zaakceptować śnieg, ale nie kiedy pada. Niech on spadnie raz i leży. I jeszcze, zeby zimno przy tym nie było, bo nie lubię nosić wielu warstw, one krępują mi ruchy.

DSCN9907

DSCN5626

DSCN5589

Jak nie być frajerem?

DSCN7918Nie wiem. Ja akurat jestem, ale po kolei. Postanowiłam, że dzisiaj załatwię sprawę lusterka. Ale też planowałam uprać dziecięcą lalkę. Wczoraj uszyłam woreczek ochronny na włosy i wciągnęłam sznurek. Rano wrzuciłam lalkę z workiem na głowie do pralki. Po godzinie wyjęłam i gdy rozcinałam sznurek, który był nierozwiązywalny oczywiście, to nożyczki przeciąwszy go, strzeliły mi prosto w oko. A że moje oczka z niewyspania są bardzo nisko, to gałka ocalała. Ale krew chlusnęła i zalewała oczy. No dobra, tak naprawdę, to nie oczko, nie gałka, tylko brew. Ale krew była. A teraz jest obite. Jutro spodziewam się siniaka. Wyglądam jak połączenie brudasa z ofiarą losu. Mogłabym się przez to nawet źle czuć, ale reguluję sobie samopoczucie apaszką z minky od Natalii. Gdy samopoczucie spada, pocieram apaszką o szyję.

W kwestii lusterka było tak: Widziałam już na mapie, dokąd należy pojechać. Były trzy różne opcje drogi i uznałam, że dam radę. Chciała mnie powstrzymać babcia mówiąc, że dziś wszyscy jeżdżą jak śnięci i pewnie nie dam rady, więc tym bardziej musiałam to zrobić, żeby poczuć się trochę mężczyzną. Ubrałam adidaski, żeby nie było ciężko w nogi DSCN1514(właściwie do autka to mogłabym ubrać i szpilki, gdybym miała i umiała używać). Okleiłam lusterko taśmą pakową jak poleciała mi Natalia, ale tylko zmarnowałam taśmę, lusterko unieruchomiło się w pozycji nie pozwalającej nic widzieć. Ruszyłam. Musiałam jechać na benzynie, bo gazu nie było. Zatrzymałam się w nielegalnym miejscu (legalnym ale płatnym) a właściwie to legalnym, płatnym, ale niefachowo, gdyby to było na dłużej, to byłyby kłopoty. Przebiegłam na drugą stronę ulicy do bankomatu, bo gotówki miałam tylko dyszkę i parę moniaków. Wziąwszy gotówkę ruszyłam dalej włączając się do ruchu za pomocą patrzenia w tylną szybę i kręcenia kółkiem na oślep. Czułam się jak prawdziwy mężczyzna.

DSCN1516Dojechałam do stacji. Stałam grzecznie w kolejce a w tym czasie cwaniak w sportowym wozie wyprzedził mnie w tej kolejce i podjechał sobie do zwalniającego się właśnie stanowiska. Mało tego, tuz przy stanowisku obrócił się o 180 stopni żeby zajechać w nie tyłem. Ja wysiadłam, zamknęłam autko, co by nie ukradli i nalałam benzyny, po czym poszłam płacić. Samo nalewanie benzyny zasługuje na uwagę, bo było sprawne. Po prostu nacisnęłam spust i się lało. To pierwszy raz gdy spust szło nacisnąć i nie doszło do tego, że przestało lecieć. Tankowałam już z pewnością ze sto razy i ZAWSZE trzeba wymierzyć idealny nacisk na spust żeby leciało. Tankuję mało benzyny, bo spalamy głównie gaz, ale i to mało ledwo udaje mi się wyciurkać. Raz, gdy wyjątkowo źle ciurkało, nalewanie przejął Mąż i zupełnie nie mając w pamięci swoich męskich doświadczeń z sikaniem, nie strząsnął resztki benzyny z węża do baku, marnując tym samym paliwo za 30 groszy!

Do kasy były duże kolejki, bo wszyscy kupowali żarcie (było południe, pora lunchu). Udało mi się zapłacić kartą Męża, co da nam 3% zwrotu na konto i nikt nie zakwestionował mojej płci. Spytałam pana kasjera o LPG i okazało się, że LPG jest na tym stanowisku do którego wtedy podjechał cwaniak. Mało tego, na tymże stanowisku mają i LPG i Pb95, czego nie widziałam jeszcze na żadnej stacji (żeby były razem) i gdybym od razu dobrze zajechała, to mogłabym załatwić sprawę jednym gaszeniem silniczka (a tym samym jednym zapaleniem) i jedna płatnością w kasie i jednym zamykaniem autka. Tym niemniej udało mi się zatankować oba paliwa i nikt w tym czasie nie ukradł mojego zieloniutkiego auteczka.

DSCN7946Potem jechałam na gazie i prawie nie gasł. Ale ja już jestem tak dojrzała jako kierowca, że wcale się nie stresuję, gdy mi zgaśnie. Kiedyś każde niekontrolowane  zgaśnięcie owocowało migreną, a teraz ja sobie dojeżdżam na luzie do skrzyżowania . Należy nadmienić, że śpiewałam sobie piosenki o Misi własnego autorstwa i jechało się bardzo raźno, tylko trochę się speszyłam jak sobie uświadomiłam, ze obok mnie jadą dwa inne pasy i mogą mnie widzieć. Na jednych światłach nawet uśmiechnęliśmy się do siebie z kierowcą ciężarówki stojącej obok, ale z racji jego wysokiego położenia, na pewno nie widział jak śpiewałam.

Wjechałam na teren złomowiska auteczek i stanęłam na parkingu o wstępie wzbronionym, po czym poszłam do sklepu i zauważyłam, że przed sklepem jest parking pełnoprawny. Kupiłam. Wiedziałam, że nie pomogą w montażu, bo pytałam o to wcześniej przez telefon. Pojechałam z lusterkiem do ‚naszego’ warsztatu, który był nieopodal i jest chyba największym warsztatem w mieście i do tego kolebką Lanosa, bo poprzedni właściciel gdzieś tam go kupił. Spytałam o możliwość wymiany przewodów gazowych, które usiłujemy wymienić od sierpnia, bo sa popękane. Niestety, pan gazownik wciąż (od września, w sierpniu był jarmark i auteczka nie szło ruszyć) jest na zwolnieniu chorobowym i najwcześniej za dwa tygodnie wróci. Wówczas, we wrześniu polecono mi innego gazownika na jeszcze innym końcu miasta, ale ów gazownik nie miał wówczas czasu i zaoferował koniec października, co na owe czasy było terminem nie do wyobrażenia sobie. Koniec października minął, a my dalej mamy nieszczelne kabelki, ale adidaski i możliwość sprawnego zginania paluszków w nich zapewniły, że auteczko gasło naprawdę mało.

DSCN7951Korzystając z okazji pobytu w warsztacie zleciłam wymianę lusterka i wycieraczek. Wycieraczki wozimy całe lato i nie potrafił ich wymienić nawet mój dziadek. Dwóch panów pracowało 5 minut. Nie wiem co robił ten od wycieraczek, ale ten od lusterka zdjął plastikową osłonę, której ja bym nie zdjęła w obawie, ze połamię, odkręcił 3 śruby, wymienił, przykręcił, nałożył osłonę i zmył z lusterka napis. A potem poszłam do kasy. Cała ta przyjemność frajera, który nie umie sam kosztowała mnie (a konkretnie to Męża, który zarabia, ale naprawdę to jednak mnie, która żeby to zrównoważyć będę sobie musiała odmówić przyjemności za tą kwotę) 49 złotych! Bulwers. Frycowe. Ale lusterko jednak jest. Nowe doświadczenia są. W przyszłości, jeśli będzie trzeba, wymienię sama a wracałam już taką drogą, że dwa razy zlewiałam z użyciem nowego lusterka. A w domu na szczęście były kabanosy- pozostałość po wczorajszym kinie, bo my do kina to kupujemy kabanosy i one mi dobrze zrobiły na skołatane nerwy. Tylko oczko wciąż boli i nie wiadomo czy nie wypłynie.

E, tak sobie myślę, że jak mechanik życzył mi miłego przeglądania się w lusterku, to pewnie pomyślał, że ja je sama rozwaliłam kiedy się akurat przeglądałam zamiast uważać, czy nie wjeżdżam w ścianę. A przecież nie wyglądam na taką, co to gapi się w lusterka. Nie mam po co.

Zabezpieczony: Meteopatka

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Nieszczęścia jeżdżą czołgami

DSCN0519Ostatnio na cytrynninym blogu niewiele się dzieje i ma to wiele przyczyn. Jedną z nich jest, że Cytrynna sama w sobie robi więcej w domu niż robiła niegdyś, zatem czasu na pisanie ma mniej. Inna rzecz, że wieczory się skróciły i w zasadzie tego czasu nie ma. Trzecia i najpoważniejsza z przyczyn jest taka, że prowadzimy obecnie życie umiarkowanie ciekawe i pisanie o nim byłoby nie w porządku wobec życia, które prowadziliśmy latem, a które nie zostało opisane gdyż nie było kiedy tego z robić z powodu owej nieprzerwanej wręcz ciekawości.

Zdarza się jednak, że coś bywa tak poruszające, że nie może tu nie trafić. Na przykład gdy jakies nieszczęście spotka jednego z naszych pobratyŃców. Tym razem rzecz dotyczy naszego auteczka zwanego pieszczotliwie Lanią. Auteczko od trzech latDSCN0294 stacjonuje sobie na chodniku pod przedszkolem na ulicy, przy której jesteśmy zameldowani. Skądinąd, cóż za paradoks: Mieszkamy w A, zameldowani jesteśmy w B, mamy mieszkać w C i tam robimy opłaty, zaś domem nazywamy D. Wyjątkowo specyficzny rodzaj bezdomności w stylu ‚pełno nas a jakoby nikogo nie było’.

Sto i więc Lania i nikomu nie przeszkadza. Rok temu podczas jarmarku została złośliwie obklejona włochatymi penisami, ale to był ewenement. Stoi, jeśli może to w tym samym miejscu co zawsze, z którego można wyjechać nie używając wstecznego lecz okrążając latarnię, a jeśli nie może to obok. Człowiek się cieszy, że choć mieszka przy najbardziej hałaśliwej ulicy w okolicy (są dwie hałaśliwsze, ale wystarczająco daleko by ich nie uznawać za okolicę), to auto trzyma przy najcichszej i najspokojniejszej i może spać spokojnie bez obaw, że mu benzynę spuszczą czy koła odkręcą. Aż tu nagle pewnej soboty człowiek wstaje i dowiaduje się, że niesłusznie spał spokojnie.

DSCN0301Już od dawna zanosiło się na to, że i najspokojniejsza ulica zmieni swój charakter. Postawiono bowiem na niej parkomat, a potem poinformowano mieszkańca, że aby trzymać auteczko pod domem, będzie musiał od nowego roku bulić zeta za każdy dzień! Sam parkomat jednak uczynił elitarną ulicę, na którą nie wjeżdżał nikt poza mieszkańcami i elitarnymi parafianami elitarnej parafii w niedzielne południe, ulicą jak każda. Parkowiskiem dla pijanych bywalców restauracji. A człowiek nadal spał spokojnie mimo że akurat była to trzecia Noc Kupały w roku (po czerwcowej i październikowej).

Co się stało? Jakiś jełop (mam nadzieję, że to jełop, chociaż musiałby być naprawdę fatalnym lub bardzo pijanym jełopem, żeby tak dać radę, ale jeśli zadomniemam złośliwość, to już nigdy nie zasnę spokojnie) wjechał w ludzkie auto i zniszczył je, po czym bez śladu opuścił miejsce zbrodni.

Nowe DSCN0297lusterko owszem jest, ale na drugim końcu miasta, na który jakoś trzeba dojechać. Wiadomo, że trzeba być naprawdę dobrym kierowcą żeby umieć jeździć bez lusterka i ja przejechawszy tak już 170 kilometrów udowodniłam, że jestem, ale jednak drugi koniec miasta to nie jest miejsce, w które człowiek chciałby zapuszczać się sam. Jeszcze inna rzecz, że przed pojechaniem na drugi koniec miasta należałoby zatankować na najbliższej stacji, a człowiek, choć zawsze jest tym, który nalewa, to boi się, że gdy opuści auteczko na stacji, to mu je ukradną. Naczytał się w młodości o złodziejach, potem na starość posiadł auto i drży o nie.

DSCN0292