Kołysanka dla przyjaciół

DSCN3559Jestem bardzo śnięta, ale oczywiście nie będę chora i nie będę mogła sobie poleżeć przez tydzień bezkarnie. Ostatnią gorączkę miałam ponad 2 lata temu, gdy synek miał 4 miesiące a ja sięgając do jego łóżeczka przymiażdżyłam sobie jedną pierś i ta zaczęła się palić. Ale nawet wówczas była to mała gorączka i trwała niecały jeden dzień. Tacy jak ja nie chorują. Możliwe zresztą, że wcale nie będę chora, nawet bez gorączki a jedynie przeżywam stresy dnia dzisiejszego, bo miałam dziś kilka stresów za kierownicą. Pierwszy był taki, że śniła mi się laska żądająca ode mnie kupy kasy za zarysowanie jej (wgniecionego wcześniej nie przeze mnie) zderzaka podczas manewrów na parkingu. Kolejny był taki, że wjechałam w Kościerzynie na parking, na którym nie było miejsc, a który był na końcu ślepy. W tym czasie ktoś zwolnił jedno miejsce, ale mi bardzo trudno było się cofnąć szybko i sprawnie, bo opony ciągnęło do szurania o krawężnik. Gdy zastanawiałam się przy jakim ustawieniu kierownicy koła będą proste, laska w dużym czarnym samochodzie wjechała w to miejsce, które wciąż było za mną i zajęła je. Zapłakałam wtedy gorzko  i rzewnie, ale nie zaklęłam. Mąż zaś nie pozwolił mi nakleić jej naklejki o łosim parkowaniu. Zaparkowałam na innym parkingu, dużo dalej od celu. Potem poszliśmy kupić Mężowi Osadników z Catanu i parówki. Po parówki stałam w kolejce jak po mięso za czasów, których nie mam prawa pamiętać. Ludzie kupowali mięso, ja kupiłam parówki. Stałam pół godziny,DSCN3575 bo sprzedawała jedna pani, a druga w tym czasie mieliła mięso zamiast rozładować kolejkę zanim zmieli. Mam nadzieję, że parówki okażą się warte tego stania. To wprawdzie znane parówki, ale za każdym razem smakują inaczej. Potem w mieście Mąż spanikował gdy zbyt długo nie naciskałam hamulca zbliżając się w korku do auta przede mną. Stwierdził, że zachowuję się czasami jakbym nie miała oczu i musiałam zdjąć chroniące mnie od słońca okulary, żeby go przekonać, że oczy mam.

A potem zajechaliśmy na parking za domem, czyli na podwórko. Odkąd naszą ulicę uczyniono strefą płatnego parkowania, zawsze pełna aut ulica stoi pusta, zaś na podwórku, niegdyś pustawym, roi się od bezprawnie tam umieszczonych aut i rozgrywają się dantejskie sceny*. Dla nas nie było miejsca więc wjechałam na trawnik (na pewno rozjeżdżając przy tym wiele psich kup**) w miejsce wątpliwego parkowania. Poszliśmy jeść obiad, a tymczasem miejsce na podwórku się zwolniło. Pobiegłam się przeparkować z rozwianym włosem i sznurówką. Po drodze mogłam zaobserwować, że na podwórko wjeżdża auto należące do pobliskiego sklepu. Nie wiedziałam, czy pilnować wolnego miejsca, czy szybko biec po Lanos, ale auto nie zauważyło wolnego miejsca i zaczęło kręcić się koło naszej Lanii. Już myślałam, że zawraca i zaraz odjedzie, ale nie. Chociaż stałam i czekałam na ten odjazd, kierowca obrócił tak, żeby nas przyblokować i stanął w rogu parkingu blokując wielu. Byłam wściekła. Mocno to przeżyłam, ale znów nie miałam przekleństw, bo jestem taka kulturalna. Potem szłam z Mężem i tym razem miałam pozwolenie na naklejenie łosiej nalepki, ale kierowca auta nosił towar. Zobaczył nas i naszą sytuację, spytał czy wyjeżdżamy i odblokował nas. DSCN3552Kulturalnie wszystko. Mąż jest taki kontaktowy. Mąż przestawił auto bo ja nie miałam już nerwów na siadanie do manewrów. I zapomniałam o moim największym stresie zakierowniczym i największej przykrości jaką mi wyrządzono. Otóż kiedy Mąż zauważył, że się popłakałam a ja wyznałam szczerze, że nie umiem manewrować, to powiedział „wiem, to widać”. Jak żyję nie słyszałam bardziej gorzkich słów.

A poza tym dziś przyjechał nasz nowy laptop, drugi już. Pierwszy jest w trakcie zwracania i okazał się mieć uszkodzony procesor a sprzedawca najpierw zainstalował system, potem dopiero wymienił procesor i nie sprawdził, czy jest dobrze. Nowy laptop wizualnie powala dyzajnem i cenę tez miał atrakcyjną, ale uroczyste odpalenie odbędzie się dopiero po powrocie Męża. Z Mężem wraz też będziemy czytać pasjonującą powieść o dzieciach w naszym wieku. Tego to nie mogę się doczekać i przeżywam prawdziwe katusze czekając na wieczory i wspaniale ćwiczę silną wolę nie podczytując jej sama. W kwestii jedzenia galaretek nie mam tyle silnej woli. Galaretki idealnie regulują mi cukier, ale żołądek ich nie trawi.
DSCN3690
A poza tym, to marzę o owerloku. I o minki w każdym kolorze. Ale mam już kilka kolorów minki- po ćwiarteczce, zaś owerloka nie mam a byłby idealny do zszywania kawałeczków minki. W sobotę przeczytałam pozytywną opinię o owerloku z Lidla, co pozwoliło mi zacząć marzyć o owerloku 3 razy tańszym niż do tej pory marzyłam. Ponadto, w naszym Lidlu wciąż stoją bądź tez leżą 3 owerloki, co pozwala marzyć o czymś osiągalnym, przynajmniej fizycznie.

A jeszcze poza tym, to widzieliśmy dziś sarenki z bliska i wciąż mają białe pupy i ogólnie są szare. Zapewne nie zmieniają futra, bo wiedzą, że jeszcze będzie zima. A wypatrzyłam je oczywiście ja. Dwie sarenki żyją sobie przy drodze za płotem i można się zatrzymać i popatrzeć.

A jeśli chodzi o krzyż w Płocicach, to został on naprawiony. To dobrze.

*Dziś byłam świadkiem jak pani z Wejherowa odgrażała się panu w długim samochodzie, że zawoła kogoś, bo nie mogła przez niego (tego pana, nie kogoś) wyjechać, ale pan jej rzekł, żeby cicho siedziała, bo sama wjeżdżając dwa zakazy złamała.

**I niniejszym przyznaję tu, że za psami nie przepadam, ale jeszcze bardziej nie lubię ich panów. Najbardziej w psach, czyli w ich panach w zasadzie przeszkadza mi, że nie sprzątają psich kup. Kościerzyna jest ich pełna, podwórko za domem w Gdańsku też. Wczoraj wdepnęłam raz, Mąż, który kocha, wyczyścił mi but i dziś znów wdepnęłam***, a prawie nie opuszczam chodników. Na wsi, gdzie psy biegają samopas, kup praktycznie nie ma, co daje pewne pojęcie o tym, kogo należy nie lubić. Ale psy także szczekają. Jeśli ktoś po psie sprząta, a pies nie szczeka za dużo, zwłaszcza w nocy i bez powodu, to ja na takim psie nie wieszam psów i akceptuję go. Ale nie pogłaszczę, bo rzadko kiedy pies bywa miły w dotyku. Bezpański kot to jest czysty i miły, a pies, nawet domowy to jest taki, że jak się dotknie, to ręka zaraz zasyfiona. Ale to nie ma wpływu na moje lubienie psów, bo ich nie tykam.

***Wyobraźcie sobie jaką udręką jest prowadzenie auta z psią kupą pod butem. Każdy ruch nogi aktywuje zapach!

DSCN3684To zdjęcie jest w dużym formacie, żeby pokazać jak biegnę kiedy akurat nie kuleję. Dzięki temu zdjęciu można mnie bardziej podoceniać.

Reklamy

O niechcemisiu

DSCN2919W ogóle mi się nie chce. Wpis o naszej Norwegii, która była taka fajna, przerwałam w połowie. Wpisu o naszej randce z okazji rocznicy ślubu, która była poniekąd jeszcze fajniejsza nawet nie chce mi się zaczynać. Mam bardzo ładne wyniki badań krwi i fajny ruchliwy brzuch, który wcale nie spowodował jeszcze ogromnego przyrostu masy. Mam też nowy laptop, którego nie chce mi się uruchomić. Poza tym jeszcze nie jadłam dziś budyniu ani nie piłam ulubionej herbaty, którą pijam tylko raz dziennie, czyli teoretycznie wszystko co najlepsze przede mną. Mam kilka potencjalnie interesujących książek, których nie chce mi się otwierać. Codziennie sparzam się wyparzając butelkę z przegryzionym smoczkiem, który tryska na wszystkie strony, ale nie chce mi się pójść po nowy do apteki chociaż już go uwzględniłam w wydatkach. Mam też atrakcyjnie pachnące masło shea, ale nie chce mi się nim smarować. Na poczcie czeka od piątku prezent na rocznicę dla Męża, jeden z wielu, ale na poczcie trzeba czekać w kolejce, więc to akurat jest zrozumiałe, że mi się nie chce. Skądinąd jutro będę na poczcie, więc być może odbiorę. Odebrałabym dzisiaj, ale kiedy mijałam pocztę, ona była JESZCZE zamknięta. Istnieją zaległe esemesy, na które nie odpisałam, ale mi się nie chce. Powinnam uszyć pokrowiec na laptop Męża, bo dotychczasowy pokrowiec poszedł w zamku gdy wpakowałam tam mój nowy. Mam też atrakcyjny i kolorowy projekt, w którym wystarczy poukładać kolory i zszyć, ale nie jestem w stanie ułożyć kolorów w sposób satysfakcjonujący. Planowałam tez Mężowi uszyć koszulę z bardzo fajnego materiału. Nawaliłam zupełnie. Oczywiście nic już nie zrobię, DSCN3109bo jutro muszę zająć się samochodem, który przeczekiwał mrozy i pewnie stracił całą moc z akumulatora. Zajmie mi to tyle czasu ile będę miała. Być może zajmie mi to jutro, pojutrze i piątek. Czy ja jeszcze żyję? Te ładne wyniki badań świadczyłby o tym, że żyję i to nieźle, ale okupiłam je bardzo.

A było tak. Poszłam do wykwintnej kliniki leczenia niepłodności, która mieści się w pobliskim Medisonie, bo owa klinika bada krew dla okolicznych małych pobieralni, więc siłą rzeczy ma też najtaniej. Ale ma kolejki. Ale za to krew oddaną tam można bez osobistego odbierania zobaczyć wieczorem w internecie. Zamierzałam czytać w kolejce, ale nie byłam w stanie wyjąć książki z torebki. Zresztą i kolejka szła szybko. Czułam, że muszę pilnować swojej kolejki i co chwilę zmieniać krzesełko, bo inaczej się przede mnie wepchną. Potem weszłam. Były dwa babsztyle. Jeden od igły, drugi od biurokracji. Ten od igły powiedział, żeby nie stawiać sików na stole. A potem spytał, czy ciąża i który tydzień. Ja im na to, że nie wiem i to je zbulwersowało. Podałam im datę ostatniej miesiączki tak jak to się robi w wyższych sferach, czyli u naszego doktora. Jednak im to nic nie powiedziało, bo nie są wyższą sferą. Do mnie rzekły, że jak od trzeciego września, to chyba już wiadomo, który tydzień (ę? w ogóle to wiadomo, ale kto by liczył? nie staję co wtorek przed lustrem i nie mówię sobie ile minęło, ile zostało, nie sprawdzam obwodów, nie robię odlewów brzucha, nie notuję objawów. Czy to błąd?). Wspólnie zaś uradziły, ze do swojej statystyki nic nie wpiszą. Wielkim szczęściem wyżłopałam rano szklankę wody, więc krew leciała żwawo a nie jak zawsze i nie musiałam być tam długo. Bo jakoś atmosfera nie sprzyjała nawiązywaniu przyjaźni.

DSCN3034A potem poszłam do pobliskiego Subwaya na tym samym piętrze i zjadłam ulubioną kanapkę, która okazała się być subem dnia na wtorek, czyli była taniej. Potem zeszłam schodami do sklepu samoobsługowego i zrobiłam zapas budyniów malinowych, które są ulubione, a których nie ma w okolicznych spożywczakach. A potem przyszłam do domu i wycięłam kolorowe kwadraty- małe i duże, lecz na tym moja aktywność twórcza się skończyła. Nietwórczo wypolerowałam kibel, umywalkę i wannę. Ostatnio robię to często. Mam taki Harpic, którego zapach mnie zniewala, a działanie powala. I był sporo on tańszy od Brefa 6w1, który stał tuż obok na półce w niemieckiej drogerii.

Chyba mogłabym napisać o czymś ambitniejszym, czymś z tej listy tematów, które nakazano mi opisać, ale już nie zdążę, bo muszę zrobić karbonarę. Wszak już umiem idealną, a i Mężowi należy się spróbować czegoś, co ja sobie żarłam cały zeszły tydzień, nawet w piąteczek.

Czy nie sądzicie, że ja po prostu za dużo muszę i to mnie przytłacza? Chciałabym musieć leżeć i czytać. I pachnieć. I zjadać frykasy, które by mi podawano. Najlepiej jeszcze musieć wybierać je na bieżąco z karty frykasów.

Wysokie progi

DSCN1406  Ilekroć tworzę wpis, on nie potrafi sprostać moim wielkim oczekiwaniom. Nie mogę publikować, tego, co piszę, bo obniżyłabym poziom, który przez lata tak pieczołowicie wznosiłam. Można wznosić poziom? Niewykluczone, że wypaliłam się jako blogerka, ale za to jestem fantastyczną gospodynią domową (tylko nie przypadkiem panią domu, pani nie chodziłaby w getrach…), bywam też dobrą mamusią, w kwestii bycia idealną żoną mam ułatwione zadanie, bo jestem nią na odległość. Plecy bolą mnie straszliwie, ale korzystam z nieobecności Męża i śpię na łóżku z pozycji wyjustowanej zamiast na swojej, mniejszej oczywiście, połowie.

Chciałam jeszcze dużo rzeczy napisać, ale one nie trzymają poziomu. Poprzeczka jest tak wysoko, że można POD nią prześlizgnąć pytanie: co lepiej zjeść jutro na obiad? Karbonarę własnej produkcji czy kanapkę z Subwaya? Po składniki co Karbonary i tak pójdę do budynku, w którym mieści się Subway… Uprzedzając najmilszą i najżyczliwszą z możliwych odpowiedzi: nie dam rady obu, chciałabym jak nie wiem co, ale nie dam rady.