Człowiek z tytanu

DSCN4618Czuję się jak prawdziwy tytan, chociaż nie jestem z tytanu ino z ciałka. I nawet obrączkę mam nie z tytanu, lecz ze złota, chociaż za czasów, gdy obrączka wybieraną była, na tytan panowała moda. Jako ten tytan dźwigam na sobie cały atlas, albo Atlas. Dźwigam w każdym razie.

Byłam niedawno u innego doktora za państwowe pieniądze i inny doktor był innej płci niż nasz doktor i inny doktor rzekł mi, że dźwigam już 1,5 kilograma dziecka. Dziecko nosi robocze imię Ursus, ale nie jest to imię, z którym zostanie. Po prostu takie ma imię, żeby mieć imię a nie być ‚Nowym’. Dźwigam też nasze duże dziecko, bo jest takie tulaśne i ostatnio polubiło tulenie się. Mam nadzieję, że polubiło trwale a nie tylko w związku z chorobą, którą przechodzi.

Dźwigam także obowiązki i przyjemności. Obowiązkiem jest na przykład odetkanie umywalki w łazience. Ciążył tenże na mnie od wielu tygodni, a sytuacja dojrzewała. Butelka od kreta nie dawała się odkręcić, ale w końcu zabrałam się za to fachowo i samodzielnie, jak to kobieta w ciąży na ogół robi, odkręciłam kolanko pod umywalką. Miewam też przyjemności w życiu. Jedną z przyjemności jest pusty zlew. Nie znoszę zlewu pełnego, ale pusty to rzadkość, a ostatnio miewam pusty. Miałam też w tym tygodniu „Wiatr” Marcina Ciszewskiego. Jak powszechnie wiadomo, Marcin Ciszewski to jeden z dwóch ulubionych pisarzy. Akurat dziecko miało gorączki i spało w kratkę, więc ja wykorzystałam noce w kratkę i przeczytałam. Odbiło mi się to nieco na wyspaniu, ale i bez książki bym nasłuchiwała, a tak to piekłam dwie pieczenie.

DSCN4600Ponadto zostałam doceniona po latach trudów wkładanych w małżeństwo. Mąż poszedł do kolegów i okazało się, że z całym dla nich szacunkiem, to ja jestem jego najlepszym kolegą. Tyle razy obrywałam od Męża i od życia, że jestem powolna, mało robotna, że długo się pakuję, że najchętniej bym siedziała, że lubię spijać herbatkę, ale gdy przychodzi do kolegów, wychodzi na jaw, że moja powolność i domniemany brak organizacji to tak naprawdę tryb turbo w porównaniu. Ja w ciąży mam lepsze turbo niż przeciętny kawaler po 20-tce. E, no przed 30-tką, nie oszukujmy się. Do 20-tu to nawet mojego wieku się już nijak nie zaokrągli. Inna sprawa, że to dzięki ciąży mam takie turbo. Nie muszę uprawiać sloł liwingu aby ustrzec się przed migreną i mogę iść choćby na czczo  gdziekolwiek, a zwłaszcza do lasu, bo jedyne czego naprawdę potrzebuję, to węzeł sanitarny do częstego siusiania. Wszak mam 2 pęcherze i 4 nerki i wszystkie pracują na potęgę. Mogę opróżnić pełny pęcherz i po chwili znów mam pełny nawet bez picia. A najlepszym węzłem sanitarnym jest las właśnie, bo w lesie nie trzeba się bać choroby wenerycznej i w ogóle panuje wolność i swoboda a ustronnym jest każde miejsce.

Reklamy

Niedziela będzie dla nas

DSCN4293Ostatnia niedziela nie należałaby do tak udanych, gdyby nie wyjątkowo uroczo spędzone przedpołudnie. Jako że nie było weekendu w minionym tygodniu, to nie mogliśmy pojechać na wieś nawet na jedną noc i znów zadziałało prawo Marfiego dla wyjazdów na wieś- pogoda w czasie spędzanym w mieście była idealna. W najbliższy weekend na wieś się wybieramy i podobno ma padać nawet i śnieg a na pewno ma być brzydko. Tylko w sobotę i niedzielę.

Po porannej Mszy i śniadaniu złożonym ze świeżych bułek z lokalnej piekarni wybraliśmy się eskalemką na Przymorze. Taki przynajmniej był plan. Rozważaliśmy i Gdynię, ale czasu do popołudnia nie było dość dużo, by warto było bulić tyle ile buli się za bilety do Gdyni. Chociaż nasze autko jeździ DSCN4295jak nowe, postanowiliśmy go nie używać, bo eskalemka to większa atrakcja dla dzieci wychowywanych w dobrobycie niż owo autko. Pierwsze schody spotkały nas na peronie, na który dotarliśmy windą, lat około 20 (windy na dworcu znów na chodzie, nie trzeba docierać okrężną drogą na dworzec, ale to wciąż te same windy co dawno dawno temu…). Schodami na peronie okazał się być biletomat, który nie chciał sprzedać mi dwóch biletów- zerowego i normalnego (Mąż ma miesięczny). A wiem z niedawnej próby, że samego zerowego też by nie dał. Tym razem próbowałam 3 razy, a w tym czasie Mąż zbiegł do tunelu do kasy z obsługą ludzką, ale tam panowała kolejka, a eskalemka odjeżdżała za 3 minuty. Bardzo się zdenerwowałam. Ze zdenerwowania aż klepnęłam ekran biletomatu i powiedziałam „ścierwo”, co jest jednym z najbrzydszych słów jakie znam. Pobiegliśmy na przód pociągu, do jego kierownika. Biegłam i ja, chociaż nie powinnam. Synek toczył się wózkiem, bo na wyprawy zawsze lepiej mieć wózek niż dźwigać, zwłaszcza, że u nas nie bardzo jest komu dźwigać odkąd jestem w zaawansowanej ciąży*. DSCN4296Kierownik pociągu, po sprzedaniu 4 biletów czterem chłopakom z napojami, odmówił sprzedaży biletów nam tłumacząc, że są kasy dwie czynne. Mąż spytał go (agresywnie, naprawdę!) czy żona w ciąży ma stać w kolejce do takiej kasy, na co ten po chwili raczył zgodzić się na sprzedaż biletu. I powiedział „sześć sześćdziesiąt”. Wiecie, do kwoty ‚6,60’ to ja dołożę zeta i mam kanapkę dnia w Subwayu we wtorek, gdy kanapka dnia jest najlepsza. 6,60 to cena biletu i prowizji a on nie musi prowizji pobierać, to jego zła wola. Jak nie działa biletomat, to nie powinien pobierać. Wysiedliśmy w ostatniej chwili, a ja jeszcze zawołałam do niego po imieniu (to było brzydkie słowo, spoza mojego słownika, nie znam takiego słowa), zaś Mąż zawołał „świnia” (mój bohater, potem źle się z tym czuł, bo uległ moim nerwom, ale wtedy był dla mnie takim bohaterem, że gdyby nie miejsce publiczne, obecność dzieci i tak dalej to wiecie rozumiecie, kobiety lubią bohaterów…). Mi od mojego zawołania od razu przeszły nerwy, więc nie żałuję, bo inaczej bym to przeżywała, a dzięki natychmiastowemu rozładowaniu złych emocji, miałam już same dobre.

I rozpoczęliśmy udany dzień. W kasie u miłej pani kupiliśmy zapas biletów zerowych oraz dwa dla mnie. Pani była tak miła, że zamiast biletów za 3,80, dała nam DSCN4316takie za 3, które są strefowe na cały Gdańsk i o których mało kto wie, bo są nowością. Korzystając z okazji pojechaliśmy nie na Przymorze, ale o jedną stację dalej- do Oliwy. Na miejscu odbyliśmy piknik złożony ze świeżych bułek. Piknik odbywał się na parapecie nieczynnej w tym dniu Mekki wszystkich szyjących, słynnego na całą Polskę i chwilowo jedynego- Craftoholic Shopu. Mąż sobie siedział i jak gdyby nigdy nic jadł kukając do chowającego się za drzewem synka zamiast docenić, że 2 metry od niego, oddzielone jedynie szybą, znajdują się całe bele minky w różnych kolorach. Potem wędrowaliśmy dalej w kierunku morza. Pogoda była idealna, dowędrowaliśmy do nasłonecznionego placu zabaw między blokami. Plac był czysty, miał czysty trawnik i fajną zjeżdżalnię. Ani śladu psa, ani peta, ani szkiełka! Na czystym trawniku rozłożyłam się ja. Zjeżdżalnię zajął synek, który z wielką radością wspinał się w górę i w dół ćwicząc swoje umiejętności wspinaczkowe. DSCN4326Na placu znajdował się tez jeden błotnik Lego, który synek spuszczał ze zjeżdżalni testując jego możliwości zjeżdżaniowe. Możliwość wyleżenia zarówno prawego jak i lewego boku w środku dnia pozwoliła mi dłużej cieszyć się spacerem. Znajdujący się nieopodal rynek w Oliwie funkcjonował nawet i w niedzielę, więc kupiliśmy tam sobie mandarynki jako relikt mijającej zimy. Idąc dalej trafiliśmy na stertę liści, która pozwoliła synkowi zaznać prawdziwego dzieciństwa**. Na Mężu usiadła nawet biedronka, ale w ogóle go to nie podjarało, bo podobno biedronki na nim siadają od miesiąca***. Potem trochę po sobie sprzątnęliśmy i poszliśmy do pobliskiego Dekatlonu, gdzie Mąż chciał nabyć tanie Kłeczłaki. Szybko się jednak okazało, że takie Kłeczłaki nie są zbyt szlachetne w dotyku i że nie warto. Zamiast tego w pobliskim Leklerku kupiliśmy gumowe klapki. Niestety, z racji niedzieli nie kupiliśmy herbaty, w związku z czym w tej chwili nie mam co pić i schnę od wewnątrz****.

DSCN4382Po opuszczeniu przybytku handlowego skierowaliśmy się w stronę morza, ale tylko do najbliższej wolnej ławki (wciąż o jakiś kilometr odległej od morza) i tam znów mieliśmy piknik. Było już za późno, by nad morze iść, poszliśmy więc na tramwaj i wróciliśmy do domu, gdzie zjadłszy pierogi poszliśmy spać (spać poszedł konkretnie jeden z nas, reszta zajęła się produkcją ciasta na wieczór). Co istotne, Mąż sam zaoferował się z tym tramwajem (za który przecież płaci dodatkowo, bo nie ma miesięcznego), a ja byłam gotowa iść na odległy pociąg by oszczędzić, bo wyleżałam oba boki i miałam siłę. Mąż jest hojny i troskliwy. A w tramwaju pan mi ustąpił miejsca (bo inne dwumiejsce zajęło dwóch młodych ludzi zanim się do niego przepchnęłam). Synek zaś poprosił o bilet do kasowania i kasował go tyle razy ile uznał za konieczne. Bardzo go to cieszyło, ale fotki nie uwieczniły radości z kasowania. Radość z kasowania mamy na dwuminutowym filmie. Polecam zwrócić uwagę na sam bilet, który tata synkowi przyciął na wymiar kasownika. I na poziom skasowania też. To naprawdę dobrze skasowany bilet.

DSCN4396

dobrze skasowany bilet

dobrze skasowany bilet- rewers

dobrze skasowany bilet- rewers

DSCN4358

I tu właśnie dochodzimy do tej części dnia, która gdyby nie naprawdę urocze przedpołudnie, trawka i huśtawka, mogłaby zepsuć dobre wspomnienie o niedzieli. O 18 miał przybyć A. i przyprowadzić ze sobą P., który niczego się nie spodziewał, a który kilka dni wcześniej miał urodziny. Oni akurat byli razem, bo programowali. Niezależnie od nich miało przybyć jeszcze dwóch kolegów, którzy przybyli punktualnie. A. nie słynie z punktualności, P. też nie, ale P. akurat się nie spodziewał, więc to, z czego słynie, gra tu niewiele. Było sympatycznie i można było rozmawiać, co moim osobistym zdaniem przy A. nie zachodzi, bo on dominuje rozmowę i kieruje ją na nieciekawe tory. Ale goście przyszli akurat bardziej na urodziny P. niż do nas tym razem, więc sympatycznie nie było tym, co miało być. Było tiramisu, był Szwarcwald. Wszystko wszystkim smakowało. A. dał znać, że coś muszą dokończyć, zanim przyjadą. Wiele minut później dał znać, że już jadą. Wystawiłam na stół mleczna kanapkę żeby nic nie wystawiać przy nich, bo jednak się spóźnili i nie powinno się ich traktować tak, jakby się na nich czekało. Przybyli trochę po ÓSMEJ ale zarówno oni jak i jeden z gości szli na dziewiątą na Mszę!  Podałam dwa najbrzydsze kubki jakie były w domu i poinformowałam ich, że te są najbrzydsze (bo chłopy to jednak nie mają poczucia estetyki i by nie odczuły). Szwarcwaldu nie podałam im celowo, bo moim zdaniem był najlepszy. Jestem dziecinna? Niedojrzała?

Podobno to ja jestem tą osobą, której mogłoby być przykro z powodu takiego a nie innego przebiegu „imprezy”, DSCN4408ale ja akurat byłam bardzo zadowolona z dobrego jedzenia i rozbawiona sytuacją. Po Mszy A. i P. jeszcze przyszli, ale Mąż ich nie wpuścił do domu głębiej niż przedpokój (mimo mojej propozycji…). Oni się tłumaczyli, ale tak mętnie, że można było albo się zasmucić, albo być po cichu rozbawionym (tę opcję wybrałam). A. twierdził, że jest jak zawieszony system, P.go dodatkowo bronił twierdząc, że zawieszony system nie zwróci komunikatu o swym zawieszeniu i że to naszym rzekomym zadaniem było się dopytywać, czy przypadkiem A. jako system się przypadkiem nie zawiesił. A. nawet zauważył, że umawiając się na szóstą wiedział, że nie da rady szóstej osiągnąć, zaś kwestię innych gości to w ogóle przeoczył, bo jest zawieszonym systemem. P. mówił też, że mają teraz taki krytyczny czas, że takich rzeczy (jak jego urodziny?) nie powinno się w ogóle urządzać. Pominiemy milczeniem to, że obaj byli dzień wcześniej na innej imprezie i dali radę zarówno być tam punktualnie jak i pić alkohol (mimo postu i krytycznego czasu).

DSCN4337Półmisek ciasta dostał jeden z gości do domu, dzięki czemu nie było nadmiaru i nic się nie zmarnowało. Ten sam gość przyjechał był do nas swoim nowym samochodem z salonu i pozwolił mi w nim posiedzieć chwilę za kierownicą. A podczas gdy Mąż w przedpokoju dyskutował z niedzielnymi pracownikami, ja poukładałam płyty na półce z płytami. Z kolei pozostałą mleczną kanapkę jadłam po plasterku przez 4 dni i oto dziś skończyłam. Ponadto na tym Przymorzu znaleźliśmy się 9 marca, podobnie jak rok temu i to zupełnie przypadkiem. Taka zbieżność przypadków jest początkiem nowej rocznicy do świętowania (‚bez okazji’ świętujemy już 18 lipca). Podobnie jak rok wcześniej, kupiliśmy też prymule dla naszych kobiet na dzień kobiet. I w ogóle lektura zesżłorocznego wpisu wskazuje, że była cała masa podobieństw i nieznaczne tylko różnice. Główną różnicą było to, że wtedy na Przymorzu byliśmy we dwóch plus Lanos, a teraz w czterech, ale bez Lanosa. Nawet ci wujkowie tak samo przyszli. I płaszczyk po teściowej wciąż noszę ten sam. I moją jedyną torebkę ze skóry… Bilans weekendu jest bardzo dodatni i mocno słodki.

*Mąż, który w pracy nie tylko leży lub spaceruje, ale też czasem musi siedzieć przy komputerze, ma bardzo wyeksploatowany kręgosłup i nie powinien dźwigać dzieci jeszcze bardziej niż ja.

**Mąż pokazał synkowi, co się z taką stertą robi, po czym synek odprawiwszy tatę słowami ‚bez tatusia’ jął przebiegać przez stertę rozkopując ją na wszystkie strony. Ja sobie właśnie tak wyobrażam dzieciństwo. Mogę się oczywiście nie znać, bo ja byłam dzieckiem bardzo udomowionym, którego nic nie ciągnęło na podwórko i które bało się tych dzieci spod trzepaka a na propozycję kogoś mniej nieznajomego ‚Ola chodź na podwórko’, udawało, że nie ma na imię Ola.

***To, że na kimś siadają biedronki jest przejawem życia i wiosny, w przeciwieństwie do faktu, że kogoś oblazły robaki.

****Herbata, którą pijam jest tylko w Leklerku, Tesko i Kerfurze. Jeśli jest gdzie indziej, to dużo drożej.

wnętrze mlecznej kanapki dla Natalii- miłośniczki zdjęć wnętrz ciast

wnętrze mlecznej kanapki dla Natalii- miłośniczki zdjęć wnętrz ciast

O wisience na torcie i złym, które nie wzięło licha

DSCN4157Zacznę od tego, że wczoraj Liliana została 18-tym fanem blogowego fejsika i na tę wieść Mąż jął mnie przekonywać, że blog należy otworzyć, bo zapewne Liliana marzy o tym, by móc poczytać. Na blogu nie ma tajemnic, więc nie ma i powodu trzymać go w ukryciu.

Jak z fejsika można odczytać, albo z korespondencji ze mną albo się domyślić, mieliśmy mieć dzisiaj imprezę na sto osób. Właściwie to ja miałam tylko zapewnić katering, bo impreza miała być gdzie indziej coby nie wyganiać gości gdy tylko dziecko okaże pierwsze oznaki zmęczenia. Ale gospodarz gdzie indzieja nawalił lekko, bo był w stolicy i się zapomniał i już rano wiedział, że na czas nie dojedzie. Całe szczęście, że wiedział rano, bo dzięki temu mogłam mieć inny dzień niż bym miała gdybym nie wiedziała.

A było tak: wczoraj upiekłam dwa biszkopty- biały i czarny. W międzyczasie Mąż zrobił 3 miski tiramisu. On to robił na siedząco, chociaż siedzi i leży na przemian cały dzień (nie licząc chodzenia po lesie, które też zalicza się do jego pracy), a ja stałam, chociaż powinnam siedzieć i leżeć cały dzień (a robię tylko to pierwsze i to z rzadka). Ale ja akurat tak mam, że myślę o sobie dopiero gdy mnie boli (a w nocy bolało że hej). Jestem największą altruistką jaką znam. Chciałabym być swoją żoną, to znaczy mieć taką żonę jak ja. Przypuszczam jednak, że Męża mam najlepszego jakiego można mieć w kategorii Mąż. Mimo, że on siedzi gdy robi tiramisu.

Jasny biszkopt miał ulec namoczeniu w płynącej czekoladzie i obtoczeniu w wiórce kokosowej. A ciemny biszkopt miał zostać przełożony kremem Misi i frużeliną wiśniową domowej produkcji i udawać, że jest Szwarcwaldem. Na tę myśl śliniłam się od chyba tygodnia.

A ponieważ nie musiałam robić nic na dzisiaj i nie musiałam nawet myć włosów, która to czynność by mnie wyczerpała*, to zrobiłam tylko to, co chciałam. Najpierw zrobiłam frużelinę, wyszła pyszna, lecz o niedoskonałej konsystencji. Potem zrobiłam krem. Gdy wieczorem dzieci poszły spać, połączyłam wszystko i przyozdobiłam jak umiałam. Dekoracje nigdy nie były moją mocną stroną, zdjęcia też nie, ale udało mi się na torcie umieścić wisienkę, której wcześniej udało mi się nie zjeść. Zdjęcie pokazuje etap sprzed rozpoczęcia jedzenia. Zdecydowanie jest to najlepsze ciasto o takiej nazwie jakie jadłam, ale wciąż jeszcze nie takie, którego chciałabym zjeść tonę i dla którego zrezygnowałabym ze snickersów**. Mąż mówi, że ciasto ze zdjęcia wygląda jak prawdziwe. Chyba słabemu zdjęciu udało się ukryć słabość dekoracji.

Dla wyczerpania tytułu posta należy jeszcze wspomnieć o tym jak złe nie chciało wziąć lichego albo odwrotnie. Wczoraj kupiłam dużą butelkę wódki wiśniowej celem produkowania dużych ilości Szwarcwaldów. W sumie mogłam wziąć małą, bo Szwarcwaldy są lepsze gdy są bardziej soko-owocowe niż ten dzisiejszy. Ale kupiłam i wstawiłam ją do kredensu. Gdy dziś otworzyłam kredens, półka uginająca się pod ciężarem niepitych przez nikogo alkoholi postanowiła wypuścić na światło dzienne w sposób niekontrolowany pierwszą butelkę z brzegu. Huknęło dość mocno i wyleciała właśnie ta wczorajsza. Ale że ona jest zła, to licho jej nie wzięło i wylądowała sobie miękko w koszu na parasole by móc bez szwanku dosmaczyć wiele Szwarcwaldów.

*Mnie obecnie wyczerpuje już samo słowo ‚czynność’.

**Z tego, co jestem zorientowana, ze snickersów zrezygnowałam wczoraj, jako że rozpoczął się post, a snickersy zawierają niekorzystne orzeszki mogące uczulać. Ja zrezygnowałam z postem co by za swoje męki i katusze nie obwiniać później karmionego dziecka.

DSCN4159