Taryfa ulgowa

DSCN4877Znów nie jestem w stanie zrobić nic sensowniejszego od siedzenia i pisania. Mogłabym jeszcze leżeć z książką, którą wczoraj wieczorem zaczęłam gdy nie byłam w stanie nawet siedzieć, ale póki mogę siedzieć, to siedzę. Jeszcze będę dziś musiała dużo leżeć. Jestem nieco przytłoczona sytuacją, w której nie mogę zaplanować sobie czasu. Wczoraj planowałam na popołudnie szycie dresiku i kończenie czapeczki dla synka, ale kiedy poszłam po synka, to wróciłam wyczerpana do granic możliwości i do konieczności leżenia. Tłumaczy mnie jedynie to, że rano dreptałam do lekarza 1,5km w jedną stronę, ale to było rano, a potem czułam się nieźle, więc tak naprawdę nie tłumaczy mnie nic. Tym niemniej ciąża to cudowny czas. Mam taryfę ulgową, tyję dość powoli (wczorajszy pomiar wagi i to z pełnym pęcherzem tchnął mnie optymizmem) i w ogóle nie boli mnie głowa. Nie wiem nawet czy lepsza jest taryfa ulgowa, czy brak bóli głowy. Wzięłabym nawet i stałe bóle pleców (oczywiście w połączeniu z taryfą ulgową) za gwarancję braku bóli głowy.

Wczoraj u pani doktor dostałam całą siatę „prezentów”. Oni to nazwali prezentami, ale naprawdę są to próbki sudokremu, próbka płynu do kąpieli i ulotki o wózkach. Ja tam na wózkach już się znam i mnie ulotki nie przekonają. DSCN4791Przy okazji czytelnikom, których temat interesuje, a którzy się nie znają mogę wyznać, że nie polecam x-landera. Ma w prawdzie bardzo dobry serwis i jest polski, ale w spacerówce za mało miejsca na zadek, a po dwóch latach szyny, na które nasunięta jest buda się wyrobiły i z każdym zdjęciem pałąka zsuwa się buda. Ponadto nóżki śpioszka zwisają, a przy pochylonym oparciu wózek słabo trzyma równowagę. No nie polecam. Ale za to jest ładny, to mu przyznam. A nowe serie są jeszcze ładniejsze. Polecam za to hiszpański Nomad. Jest lekki i ma miejsce na nóżki, tylko hamulca nie używamy, bo raz jak zaciągnęłam, to nie mogłam podnieść. Ale jest dobry mimo braku hamulca. Tylko kółka do niego masakrycznie drogie, a nam już druga para przednich prawie poszła na gdańskich chodnikach. Wracając do kwestii prezentów, to jak się synek urodził, to w szpitalu dali mi niebieskie pudełko też z prezentami i teraz mnie spamują mimo upływu lat i dziś właśnie spytali, „czy Stanisław ma problemy w przedszkolu”. Ę? A w kwestii samej pani doktor, to jakkolwiek jest miła i daje skierowania na darmowe badania, to tęsknię za naszym doktorem, który pokazywał naszego małego Ursusa i mi na osobnym ekranie i Mężowi na tym samym ekranie na który on (doktor) patrzył. Tutaj Ursusa ogląda tylko pani doktor, a ja nawet wydruku nie dostaję. Tym niemniej, Ursus, nawet nieoglądany, ma się dobrze i powoli zaczyna wymierzać prawdziwe kopniaki a nie tylko smagnięcio-przesunięcia. I waży podobno 2200. Ale opieka państwowej pani doktor to jednak fajna rzecz, bo idzie się 1,5 kilometra zamiast jechać prawie 7 km i nic się nie płaci, więc ma się poczucie bycia pod opieką państwa.

DSCN4000Inną kwestią jest stówka z zeszłego lata z Wdzydz. Jak pamiętacie, znaleźliśmy wówczas stówkę i przelaliśmy ją Caritasowi (to znaczy ją wydaliśmy, a przelaliśmy stówkę z konta). Jednak nie jesteśmy takimi frajerami, za jakich nas wówczas uznano, bo teraz ta stówka do nas wraca. Nie cała, ale wraca, bo wczoraj sprytnie rozliczyłam się z fiskusem i doniosłam fiskusowi o stówce i oni nam za nią zmniejszą podatek. Pierwszy raz też udało się nam odliczyć od podatku całego synka (wcześniej raz nie miał pełnego roku, a rok temu nasz podatek był za mały i odliczyliśmy tylko 250 złotych), więc wkrótce nasze konto się zazieleni od obfitego zwrotu podatku. Tak naprawdę to konto Męża. To na konto Męża przychodzą wszystkie pieniądze a wspólne konto, do którego mam dostęp jest czasem tak puste, że nie mam czym zapłacić za wow! w Subie. Wczoraj na przykład miałam 5 złotych w portfelu i 2,62 na koncie i nie dla mnie był Sub chociaż tuż obok przechodziłam. Dziś za to skorzystałam z oktawy i zjadłam ulubioną wędlinkę, bo to grzech nie zjeść mięska w piątek oktawy. Kupiłam też dla Męża białą kiełbaskę, bo ta świąteczna już się skończyła, a on tak lubi. Pani specjalnie zamówiła więcej takiej specjalnej świątecznej, co to jest lepsza, bo ludzie lubią po Świętach poprawić. Zamierzam też w końcu upiec ten wegetariański pasztet, którego nie upiekłam sobie na Święta. Z powodu jego braku nie miałam co jeść i musiałam sobie całą niedzielę (kolacja) i cały poniedziałek kłaść pomidor na masło, bo szyneczki było tylko tyle co dla synka, a serka topionego nie było. Do takiego zaniedbania doszło oczywiście z powodu braku siły na ten pasztet i z powodu wielkich kolejek po mięso. Ale głodowałam oczywiście tylko ja. Mąż miał sałatkę i kiełbaski, a synek szyneczkę i ogórki.  Wiem nieoficjalnie od pani z Suba, że promocja na wow! ma potrwać do końca czerwca, więc nawet zdążymy z Ursusem pójść na pierwszy spacer do porządnej restauracji😀 Ciekawa również jestem, czy truskawki dobrze robią diecie matki karmiącej, bo nigdy nie próbowałam truskawek w diecie matki karmiącej, a przecież czerwiec to miesiąc truskawek. Mamy co prawda cały zamrażalnik mrożonych, ale one nawet w koktajlu nie są tak dobre jak te hiszpańskie, a co dopiero porównywać je z polskimi świeżymi z Kaszub. Kwestia tegorocznych truskawek niemal spędza mi sen z powiek.

DSCN5080O tym, że termin porodu się zbliża informują różne zwiastuny. Głównym są sny o porodzie przedwczesnym. Innym jest moja narastająca niezdarność. Gdy wyparzam butelkę, parzę się cała. Gdy leję wrzątek z czajnika, połowa leci obok. A dziś to nawet kubełek z mielonymi migdałami mi spadł i są wszędzie, a pochylić się tak ciężko. Ale za to w ogóle nie puchnę. W poprzedniej ciąży na tym etapie to już musiałam przestać nosić obrączkę, co stało się przyczyną jej zgubienia, a teraz noszę w najlepsze. Ale najbardziej o nadchodzącym porodzie świadczą pogarszające się warunki sanitarne. Jeszcze do niedawna ciekło nam z piecyka na potęgę. Piecyk został wymieniony za grube pieniądze, ale ciekną wszystkie krany. Z prysznica woda ucieka kranem, a spod umywalki wykapuje. Umywalkę osobiście naprawiłam kilka tygodni temu, bo była zapchana i kapie chyba od tego czasu. Oczywiście poza skojarzeniem z odchodzeniem wód to całe to kapanie nijak ma się do zwiastowania porodu, ale w naszym konkretnym przypadku bardzo upodabnia to sytuację do tej sprzed trzech lat- wtedy akurat żyliśmy na wsi i zapchało się szambo, więc zmywaliśmy naczynia do garnka, który się wynosiło i w ogóle mieliśmy ciężko.

PS. Można u nas przy hali kupić czeską czekoladę studencką, 3 rodzaje, w tym taką z wiśniami. Można. A ja wiem, że jest pyszna, bo jak P. był ostatnio w Czechach, to mi taką przywiózł. I co z tego, że można, jak ja orzeszków nie mogę? I gdzie ta taryfa ulgowa? Jak jadę tramwajem, to też muszę skasować pełny bilet, bo jestem za stara by korzystać z ulgi studenckiej. I tak szczęście, że jestem dość gruba by siedzieć. Ale nie za bardzo jeżdżę tramwajami, bo nie dość, że się nie opłaca finansowo, to mam za daleko do tramwaju i już dochodząc na przystanek bym się zmęczyła, a jeszcze jechać? Chciałam zauważyć, że mimo tego niedopasowania jestem dość fajna by mnie kochać, ale gdy ostatnio padło pytanie „kto nas kocha?”, synek, który jest rezolutny, odpowiedział „mama”. Więc ja nie jestem do kochania, ja jestem tutaj  od kochania. Ot, cała taryfa ulgowa.

Reklamy

Księżniczka z ziarenkiem chleba

DSCN6672Ponieważ zeszłoroczny wpis o wtorkach po Wielkiejnocy cieszy się dużym powodzeniem, to mimo iż nie chce mi się wcale*, opiszę Wam tegoroczny wtorek co by Ci którzy wtorkami są zainteresowani, mogli się dowiedzieć jak to tym razem było.

Wiadomym jest, że musieliśmy pójść na forty. W 2011 byliśmy tam wczesnym popołudniem, w 2012 wieczorem o zmierzchu, zaś w 2013 znów raczej rano, więc powstała nowa tradycja chodzenia w kratkę, a że Polacy lubią tradycje, to idealnym wyjściem było teraz znów znaleźć się na miejscu wieczorem. I znów poszło z nami tylko jedno dziecko, chociaż dzieci mamy już dwoje. Wtorek po Wielkiejnocy to jednak nie tylko forty, więc należy wspomnieć, co działo się wcześniej. A wcześniej się działo, bo nocowaliśmy na wsi i do miasta musieliśmy się jakoś dostać.

DSCN6710Jakoś tak bezmyślnie, lecz zupełnie zgodnie uznaliśmy, że dzień jest idealny na zmianę opon. Było to absurdalne. Dzień zaplanowanej randki, jedno z naszych 5 najważniejszych świąt w roku- idealnym na zmianę opon? Zapakowaliśmy opony, podjechaliśmy do spożywczaka po produkty brakujące do ‚śniadania na trawie’, które następnie zjedliśmy, a potem znaleźliśmy się w tej niefortunnej oponiarni. Ostatnia zmiana opon kosztowała 15 złotych, więc uznaliśmy, że stać nas na ten luksus i że nie opyla się kręcić samemu tymi śrubkami, zwłaszcza, że nie tylko zajmuje to czas, ale i przednie koła nie chcą same schodzić ze swoich osi po odkręceniu. No i ja, która zawsze uwielbiałam kręcenie śrubkami, nie mogę tego robić z tym brzuszyskiem, bo jeszcze urodzę, więc nie moglibyśmy kręcić na zmianę i sobie pomagać. Do oponiarni dotarliśmy w wielkim korku. My akurat korek ominęliśmy sobie tylko znanym objazdem i nie staliśmy w nim ani minuty, ale ominięcie korka wywołało poczucie, że dotrzeć było ciężko, więc trzeba już zostać. Zaoferowano nam czekanie 40 minut, więc uznaliśmy, że po 55 minutach opuścimy przybytek. Myliliśmy się bardzo. Czekanie było miłe, bo był i cień i słońce i ławka do siedzenia i prowiant mieliśmy i opony do wspinania się i ogólnie atrakcje dziecięce do zabawy i do obserwacji i nawet opony do ułożenia legowiska dla mnie były, a legowisko złożone z dwóch opon do siedzenia i trzech do opierania było pierwszorzędne. Problemem było tylko pilnowanie kolejki, które nie pozwoliło w pełni wykorzystać czasu oczekiwania.

DSCN6769Nasza oponiarnia jest ekstra. W chwilach gdy nie zmienialiśmy opon na swoim podwórku, to od zawsze korzystaliśmy wyłącznie z jej usług i nigdy się nie zawiedliśmy. Pragnę to podkreślić żeby nie było, że krytykuję. Dzięki dobremu nastawieniu i wczoraj było nieźle. Ale naczekaliśmy się a nic nie osiągnęliśmy! Okazało się, że jedno z naszych kół jest rozpłatane, zresztą wiadomo po czym i nadaje się na złom, czyli do wsadzenia sobie pod zadek jako siedzisko. A nie wyglądało, wyszło dopiero przy zdjęciu z felgi celem ponownego założenia żeby grało i żeby nie uciekło przypadkiem powietrze za chwilę…Panowie dzwonili po kolegach i magazynach szukając dla nas opony, a my czekaliśmy. Po dwóch godzinach od przybycia odjechaliśmy stamtąd ubożsi o 25 złotych i z zimowymi kołami na przedniej osi i dopiero wtedy się zaskoczyliśmy, jakim cudem udało nam się być zgodnymi w tak absurdalnej idei.

Potem był obiad, a potem jechaliśmy do miasta i ścigaliśmy samochód Jasia Fasoli. Akurat się taki znalazł przed nami a jego obecność bardzo cieszyła synka, który Jasia ubóstwia i dopóki się dawało, to goniliśmy za nim, ale potem on wyprzedził kilku na raz, a ja nie miałam dość odwagi na wyprzedzenie kilku na raz i synek zniechęcony zasnął, a my jechaliśmy dalej i wtedy okazało się, że prześladuje nas pech. Jechaliśmy żwawo szukając fajnego miejsca na mini-postój z napijaniem się wody przez kierowcę. Miejsce miało być zacienione co by synek się nie zgrzał kiedy auto stanie. W jednej wsi, w której jest fotoradar, stały mendy czyli panowie policjanci. Ale ponieważ tam jest fotoradar, aDSCN6807my poszukiwaliśmy przystawajki, to jechałam żółwią 50-tką i nie musiałam się stresować. Nie rozumiem tylko dlaczego tam stali skoro jest fotoradar. To jak masło maślane, bo stali niemal tuż obok owego fotoradaru, chociaż wieś krótka nie jest. Potem jechaliśmy przez las i wówczas Mąż zadał znamienne w moim stanie pytanie: „to co, zajeżdżamy do tych prostytutek?„. Chodziło oczywiście o zjazd w przesiekę leśną, ale każda taka przesieka zajęta jest w sezonie przez jakąś biedną dziewczynę.

Uznaliśmy, że kierowca wytrzyma bez wody jeszcze kwadrans i że przejedziemy jeszcze trochę kilometrów zanim staniemy i że może do tego czasu wstanie synek i też zazna postoju. Jechaliśmy tak sobie przez ostre zakręty, gdzie elektroniczna tablica nakazuje jechać maksymalnie 70. Ja zaczynałam ten odcinek 80-tką, ale właśnie zwalniałam, bo zakręty są naprawdę ostre a i Mąż lubi jak się przestrzega przepisów. I wychodząc z jednego zakrętu zobaczyliśmy kolejnych policjantów i oni machali! Osobiście przypuszczam, że machali bo kierowali ruchem po jakimś wypadku, ale najbardziej na świecie nie znosimy przejeżdżać obok panów władz** nawet gdy wszystko gra, więc impulsywnie zjechałam w prawo, a następnie szybko zawróciłam i w piskiem opon uciekłam stamtąd ile ciśnienia w prawej nodze. Nikt nie ruszył w pościg za nami, ale na wszelki wypadek szukaliśmy pierwszego lepszego zjazdu z głównej drogi i taki znaleźliśmy. Droga powiodła nas do Szymbarku. Tam pod lasem napiłam się w końcu wody i odczekaliśmy chwilę, bo nie wiedzieliśmy, że można przez Szymbark do Gdańska dotrzeć i tylko 8 kilometrów nadłożyć, więc zamierzaliśmy stawić sytuacji czoła.

DSCN6811Po króciutkim mini-popasie wyruszyliśmy w podróż czoła-stawiającą. Plan był by w razie zatrzymania twierdzić, że to nie oni nas spłoszyli tylko przypomniało się nam o niezakręconym gazie w domku. Plan na miarę ciężarnej i jej ociężałego umysłu. Ruszanie z piskiem opon przecież na pewno podbiega pod jakiś paragraf a i czas był za krótki by do domku i z powrotem obrócić. Zapięłam pas, czego normalnie nie robię, bo mnie ściska i jechałam pomalutku powolutku. W miejscu ucieczki nie było ani jednego przedstawiciela władzy, ale minęliśmy dwa wozy strażackie, więc może faktycznie ruchem kierowano a może to w ogóle kto innym tym ruchem wówczas kierował. Wiedząc jednak, że pogoda taka ładna, że od przedstawicieli władzy aż się roi, jechałam ostrożnie pomalutku powolutku i zapasana całą niemal trasę aż tu nagle po kilkunastu kilometrach zauważyłam, że… jadę bez świateł! Bardzo to przeżyłam, bo gdyby jakiś przedstawiciel władzy gdzieś po drodze był i to zobaczył, to na nic zdałby mi się zapięty pas i przestrzeżona prędkość.

A DSCN6829potem nadszedł wieczór, synek poszedł na kolację do babć, a my udaliśmy się pieszo (rozważaliśmy samochód, ale ja miałam dość prowadzenia na cały dzień) w nasze miejsce. Mieliśmy dobre picie w butelce po wodzie mineralnej i dobre jedzenie w torebce od chipsów (akurat torebka zawierała oryginalną zawartość***). I było całkiem niczego sobie romantycznie. Ja ani za Chiny ani za overlocka nie jestem w stanie sobie przypomnieć o czym rozmawialiśmy, ale Mąż twierdzi, że romantycznie było, a on się na tym zna. Ja pamiętam tylko, że przyznałam się iż nie przypuszczałam że się tak fajnie w życiu ustawię. Bo obecnie to mam fajnie, nawet mimo zgagi, pęcherza, kręgosłupa i drętwiejącej nóżki, które żyć nie dają.

Potem jeszcze mieliśmy w planie oglądanie Jane Eyre**** na diwidi, ale zabrakło sił. Ledwo wsadziłam sobie poduszkę między nogi*****, to zasnęłam.

Minionej nocy zaś śnił mi się mendowóz pełen mend (4 ich było), które nas odnalazły i przesłuchiwały na temat ucieczki na ich widok. Sen poniekąd mniej szkodliwy niż sen o przedwczesnym porodzie, ale jednak nie najmilszy. Zwłaszcza, że nie mieliśmy spójnej wersji, bo mendy znalazły nas nagle. Znaczy panowie policjanci oczywiście.

 DSCN6856*To nie jest tak, że nie chce mi się z lenistwa. Akurat tym razem nie chce mi się ze zgagi. Mam zgagę, bo utknęło mi ziarenko chleba w gardle i powoduje, że połykam powietrze. I drażni. Przeszkadza! Jestem księżniczką z ziarenkiem chleba!

**Raz żeby nie jechać koło panów władz musieliśmy uciekać w las, z którego nie mogliśmy potem znaleźć wyjazdu, przez co straciliśmy umówioną wizytę u dentysty, na którą pędziliśmy, ale wtedy mandacik byłby murowany. Innym razem uciekaliśmy w ciemną noc przed tablicą, która wskazywała, że niby my jedziemy 80, chociaż jechaliśmy najwyżej 60, a można było 50. A raz, kiedy jeszcze myślałam, że panowie władze są dobre, to wiadomo jak się to dla mnie skończyło.

***Chipsy były bez tłuszczu, dla diabetyka. Dokładnie takie jakie niemal rok temu zjadł nam Maurycy Teo w ogóle nie dzieląc się! Ale niech się Maurycy nie czepia, bo pamiętamy, że latem odkupił, tyle że w innym smaku.

****Całe życie marzyłam o przeczytaniu Dziwnych losów Jane Eyre, a potem kilka razy je przeczytałam. Ja się w zasadzie na Jane Eyre wychowałam. A potem nie poszliśmy na film do kina, bo miałam dwumiesięczne dziecko na piersi, ale potem, rok temu, Mąż kupił diwidi i od tego czasu nie było dość romantycznie ani dość mało zmęczenie by to zobaczyć.

*****To nowe odkrycie, stosowane w poprzedniej ciąży bez powodu, tylko dlatego, ze tak napisali w gazecie. Teraz wkładam świadomie i dzięki temu udo górne nie opada aż tak na udo dolne, a kręgosłup lepiej odpoczywa.

Charie, Charlie…

DSCN5950Spuściłam dziś dziecko z oka. W domu i na chwilę. I to dziecko zaokrętowane przy telewizorze. Nic niebezpiecznego. Ja w tym czasie myłam łapki po pieluszce, a następnie wydobywałam z bardzo nisko położonej szuflady i wciągałam na własne nogi rajstopy, a wciąganie rajstop na własne nogi nie należy już do najłatwiejszych czynności (kiedyś należało). Wszak to ósmy miesiąc. Ale ja się nie tłumaczę. To naprawdę była chwila. Nie widziałam takiej torpedy! Dziecko wzięło kredki, mówiło coś o malowaniu po ścianie, ale u nas nie ma gołych ścian do sesji zdjęciowych, więc nie ma ich i do malowania. Uznałam, słusznie zresztą, że chce kredkami pomalować tablicę. Potem jeszcze, na moich już oczach pomalowało dno drewnianej skrzynki. Wyszliśmy z domu. Wracam i kieruję swoje kroki tam, gdzie każdy łasuch by skierował. I oczom nie wierzę. Okazało się, że jest jeszcze jedna ściana. Ścian lodówki! Zaatakowana przez super szybką torpedę. Zabawnie!

Ale jeszcze zabawniej: dzwoni telefon i ja odbieram. Odbieram bezmyślnie, bo przecież widzę, że stacjonarny warszawski, a stacjonarne warszawskie to banki. Ostatnio spławiłam pana ze swojego banku, który oferował mi kredyt, albo chociaż debet, albo może coś do mojej karty kredytowej, której nie mam. Nie spodziewałam się tak szybko ponownego telefonu. Tym razem na linii pani z mojego innego banku, w którym konto mam tylko na chwilę, dla promocji. mam je, bo da mi 200 złotych, a w tym czasie pobierze 20zł za używanie karty, której nie używam. Z owego konta wykonuje jedną transakcję internetową miesięcznie na 100 złotych, bo tyle wymagają.

Pani też się nie spodziewała, że odbiorę, bo po przedstawieniu się musi zajrzeć do komputera jak to ja się nazywam? Odczuwa wielką przyjemność z rozmowy ze mną, tak zapewnia. I proponuje mi od razu złote góry. Mianowicie ubezpieczenie do karty, którą przeanalizowała. W sumie nie musiała analizować, żeby zaproponować ubezpieczenie, ale zrobiła to. Czuję się już wyjątkowa, a to dopiero początek. Pani opowiada mi o profitach płynących z ubezpieczenia. Słucham jednym uchem, drugie moje ucho obrywa przekwitnięte kwiatki ze stojącego obok jaskru, a ucho wewnętrzne zastanawia się, czy pani to czyta, bo mówi dość płynnie. Nie pamiętam więc szczegółów oferty, ale wiem, że jest wyjątkowa. Że tylko 6,50 w skali miesiąca (to ważne), że ubezpieczenie wypłat z bankomatu, transakcji w internecie, skopiowania danych karty, kradzieży, towarów kupionych kartą, że działa i w Polsce i za granicą. Zastanawiam się, czy gdyby było 1zł a nie 6,50, to bym się zgodziła dla spokoju. Zastanawiałam się też nad rozłączeniem, ale jestem zbyt kulturalna (nie wiem czy pamiętacie, ale jestem księżniczką, a przynajmniej takie mam maniery). Pani w końcu na chwilę przerywa, a ja dziękuję, chociaż wiem, że to nie wystarczy. DSCN5951

Inna rzecz, że te złote góry są naprawdę złote. Gdybym byłą bogatą cizią z dużego miasta, co sobie na kartę kupuje buty na wysokim obcasie, to bym chociaż ubezpieczyła nogi od połamania w tych butach. Gdybym po zakupy na cały miesiąc podjeżdżała do marketu, też by to miało sens, bo przecież na parkingu przy markecie to już o kradzież łatwiej. Można stracić i torebkę i zapas marchewek na miesiąc, zależnie na jakiego złodzieja się trafi. Ale ja chodzę w najbardziej płaskich butach świata, a i w nich wykrzywiają mi się nogi, a marchewki kupuję codziennie w ilości na jeden dzień, żeby były świeże. I za kilka marchewek nikt płatności ubezpieczoną kartą nie przyjmie. A do marketu jeździmy wszyscy razem, ale tak rzadko, że się nie liczy.

Pani ma kontrargument na moje podziękowanie- mówi, że 55 tysięcy ludzi (u nich, w całej Polsce czy gdzie?) od początku roku zastrzegło już swoje karty. Mówi, że 6,50 to kwota w gruncie rzeczy nieodczuwalna, ale przecież akurat nie powiem jej że to więcej niż kanapka WOW! w Subwayu i że każdą taką kanapkę odczuwam każdą cząstką podniebienia. Dalej mówi, że konto mam bezpłatne, że jeśli wykonam kartą obroty na 350zł to i 4 zł za kartę nie jest pobierane, a tak się u mnie dzieje, więc czymże jest 6,50. A ja jej na to błyskotliwie, że jeśli przeanalizowała mój rachunek, to wie, że nie udaje mi się tych 350 miesięcznie realizować, na co ona, że faktycznie w kwietniu 4zł pobrano, ale już w marcu nie. Cóż, nie lubię się kłócić. Nie mówię więc, że marcu nie pobrano, bo karta została aktywowana w połowie lutego. Nie o to chodzi. Pani używa magicznego słowa ubezpieczenie. Słowo to działa na mnie jak płachta na byka. Wychowałam się w domu pełnym ubezpieczeń. Jest też taki Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wiadomo jak ubezpiecza. Ale nawet on mnie nie rozjusza, jestem spokojna. Pani mówi, że za granicą będę bezpieczna. Ja jej mówię, że się nie wybieram, no bo jak tu z dziećmi za granicę? Zresztą po co jak mamy kaszubski las? Pani mówi, że nie wiem, czy w przyszłości się nie wybiorę. Ja jej po prostu dziękuję, chociaż ona była już tak przekonana do przekonania mnie, że chciała na potwierdzenie naszej rozmowy wysłać mi dokumenty na adres korespondencyjny. Jest trochę zła i zaczyna mi grozić. Mówi, że kradzieże się zdarzają i zdarzać się będą coraz częściej, bo nie każdy ma pracę a każdy chce jakoś żyć. I że 55 tysięcy ludzi też się nie spodziewało. I że nawet utrata 100 czy 200 złotych to dziura w domowym budżecie (ale ja akurat prawie nigdy z bankomatu nie biorę na raz więcej niż 50). Na tyle, na ile mój głoś może być słodki, odpowiadam, że jeśli mi się przytrafi, to wtedy będę się martwić na własną odpowiedzialność. To ją chyba przekonało. życzymy sobie nawzajem miłego dnia i żegnamy się obiecującym ciąg dalszy ‚do usłyszenia’