Charie, Charlie…

DSCN5950Spuściłam dziś dziecko z oka. W domu i na chwilę. I to dziecko zaokrętowane przy telewizorze. Nic niebezpiecznego. Ja w tym czasie myłam łapki po pieluszce, a następnie wydobywałam z bardzo nisko położonej szuflady i wciągałam na własne nogi rajstopy, a wciąganie rajstop na własne nogi nie należy już do najłatwiejszych czynności (kiedyś należało). Wszak to ósmy miesiąc. Ale ja się nie tłumaczę. To naprawdę była chwila. Nie widziałam takiej torpedy! Dziecko wzięło kredki, mówiło coś o malowaniu po ścianie, ale u nas nie ma gołych ścian do sesji zdjęciowych, więc nie ma ich i do malowania. Uznałam, słusznie zresztą, że chce kredkami pomalować tablicę. Potem jeszcze, na moich już oczach pomalowało dno drewnianej skrzynki. Wyszliśmy z domu. Wracam i kieruję swoje kroki tam, gdzie każdy łasuch by skierował. I oczom nie wierzę. Okazało się, że jest jeszcze jedna ściana. Ścian lodówki! Zaatakowana przez super szybką torpedę. Zabawnie!

Ale jeszcze zabawniej: dzwoni telefon i ja odbieram. Odbieram bezmyślnie, bo przecież widzę, że stacjonarny warszawski, a stacjonarne warszawskie to banki. Ostatnio spławiłam pana ze swojego banku, który oferował mi kredyt, albo chociaż debet, albo może coś do mojej karty kredytowej, której nie mam. Nie spodziewałam się tak szybko ponownego telefonu. Tym razem na linii pani z mojego innego banku, w którym konto mam tylko na chwilę, dla promocji. mam je, bo da mi 200 złotych, a w tym czasie pobierze 20zł za używanie karty, której nie używam. Z owego konta wykonuje jedną transakcję internetową miesięcznie na 100 złotych, bo tyle wymagają.

Pani też się nie spodziewała, że odbiorę, bo po przedstawieniu się musi zajrzeć do komputera jak to ja się nazywam? Odczuwa wielką przyjemność z rozmowy ze mną, tak zapewnia. I proponuje mi od razu złote góry. Mianowicie ubezpieczenie do karty, którą przeanalizowała. W sumie nie musiała analizować, żeby zaproponować ubezpieczenie, ale zrobiła to. Czuję się już wyjątkowa, a to dopiero początek. Pani opowiada mi o profitach płynących z ubezpieczenia. Słucham jednym uchem, drugie moje ucho obrywa przekwitnięte kwiatki ze stojącego obok jaskru, a ucho wewnętrzne zastanawia się, czy pani to czyta, bo mówi dość płynnie. Nie pamiętam więc szczegółów oferty, ale wiem, że jest wyjątkowa. Że tylko 6,50 w skali miesiąca (to ważne), że ubezpieczenie wypłat z bankomatu, transakcji w internecie, skopiowania danych karty, kradzieży, towarów kupionych kartą, że działa i w Polsce i za granicą. Zastanawiam się, czy gdyby było 1zł a nie 6,50, to bym się zgodziła dla spokoju. Zastanawiałam się też nad rozłączeniem, ale jestem zbyt kulturalna (nie wiem czy pamiętacie, ale jestem księżniczką, a przynajmniej takie mam maniery). Pani w końcu na chwilę przerywa, a ja dziękuję, chociaż wiem, że to nie wystarczy. DSCN5951

Inna rzecz, że te złote góry są naprawdę złote. Gdybym byłą bogatą cizią z dużego miasta, co sobie na kartę kupuje buty na wysokim obcasie, to bym chociaż ubezpieczyła nogi od połamania w tych butach. Gdybym po zakupy na cały miesiąc podjeżdżała do marketu, też by to miało sens, bo przecież na parkingu przy markecie to już o kradzież łatwiej. Można stracić i torebkę i zapas marchewek na miesiąc, zależnie na jakiego złodzieja się trafi. Ale ja chodzę w najbardziej płaskich butach świata, a i w nich wykrzywiają mi się nogi, a marchewki kupuję codziennie w ilości na jeden dzień, żeby były świeże. I za kilka marchewek nikt płatności ubezpieczoną kartą nie przyjmie. A do marketu jeździmy wszyscy razem, ale tak rzadko, że się nie liczy.

Pani ma kontrargument na moje podziękowanie- mówi, że 55 tysięcy ludzi (u nich, w całej Polsce czy gdzie?) od początku roku zastrzegło już swoje karty. Mówi, że 6,50 to kwota w gruncie rzeczy nieodczuwalna, ale przecież akurat nie powiem jej że to więcej niż kanapka WOW! w Subwayu i że każdą taką kanapkę odczuwam każdą cząstką podniebienia. Dalej mówi, że konto mam bezpłatne, że jeśli wykonam kartą obroty na 350zł to i 4 zł za kartę nie jest pobierane, a tak się u mnie dzieje, więc czymże jest 6,50. A ja jej na to błyskotliwie, że jeśli przeanalizowała mój rachunek, to wie, że nie udaje mi się tych 350 miesięcznie realizować, na co ona, że faktycznie w kwietniu 4zł pobrano, ale już w marcu nie. Cóż, nie lubię się kłócić. Nie mówię więc, że marcu nie pobrano, bo karta została aktywowana w połowie lutego. Nie o to chodzi. Pani używa magicznego słowa ubezpieczenie. Słowo to działa na mnie jak płachta na byka. Wychowałam się w domu pełnym ubezpieczeń. Jest też taki Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wiadomo jak ubezpiecza. Ale nawet on mnie nie rozjusza, jestem spokojna. Pani mówi, że za granicą będę bezpieczna. Ja jej mówię, że się nie wybieram, no bo jak tu z dziećmi za granicę? Zresztą po co jak mamy kaszubski las? Pani mówi, że nie wiem, czy w przyszłości się nie wybiorę. Ja jej po prostu dziękuję, chociaż ona była już tak przekonana do przekonania mnie, że chciała na potwierdzenie naszej rozmowy wysłać mi dokumenty na adres korespondencyjny. Jest trochę zła i zaczyna mi grozić. Mówi, że kradzieże się zdarzają i zdarzać się będą coraz częściej, bo nie każdy ma pracę a każdy chce jakoś żyć. I że 55 tysięcy ludzi też się nie spodziewało. I że nawet utrata 100 czy 200 złotych to dziura w domowym budżecie (ale ja akurat prawie nigdy z bankomatu nie biorę na raz więcej niż 50). Na tyle, na ile mój głoś może być słodki, odpowiadam, że jeśli mi się przytrafi, to wtedy będę się martwić na własną odpowiedzialność. To ją chyba przekonało. życzymy sobie nawzajem miłego dnia i żegnamy się obiecującym ciąg dalszy ‚do usłyszenia’

Reklamy

4 Responses to Charie, Charlie…

  1. Goria says:

    ja z reguły nie odbieram 😛

    • cytrynna says:

      ja nie odbieram wielu telefonów, ale jakoś jak widzę ten bank, co do którego nie mam pewności, że to bank, to budzi się we mnie niedźwiedzica:D

  2. czasemtrzeba says:

    Też staram się nie odbierać takich telefonów, szczególnie po tym jak ostatnio zadzwoniła do mnie pani z jakiejś szkoły języka angielskiego z zaproszeniem na Dzień Otwarty tejże szkoły. Ja jej mówię, że nie mam potrzeby ich odwiedzać, bo nie zamierzam korzystać z ich usług, ona na to, że i tak warto ich odwiedzić, pozwiedzac sobie, choćby z ciekawości, „bo przecież znajdzie pani chwilę czasu w sobotę na taki spacerek z rodziną”. Tu mnie trochę zatkało, ale jak mnie odetkało, to jej grzecznie opowiedziałam, żeby mi pozwoliła samej decydować na co mam czas, a na spacer to ja wolę iść na plażę 😉

    • cytrynna says:

      Moja mama namiętnie odbiera telefony od szkół językowych i chętnie bierze udział w ich testach, a potem dopiero zaczyna być niezadowolona:) Ale sobota to przecież idealny dzień na poświęcanie czasu rodzinnego, prawda? 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s