Zły ptak

DSCN1026Jak można zaobserwować, na tym blogu nie ma złego słowa! Nie zwykłam defekować we własne gniazdo jak to przysłowie eufemistycznie nazwało. Nie narzekam na Rodziców, bo kontakty z nimi układają się świetnie*. Nie piszę też o tym, co zabawnego zrobił ktoś znajomy**. Czasem jedynie coś wspomnę o Lidze Przeciwników Związków, gdy Liga akurat działa a ja akurat piszę. Nie krytykuję nawet tego, że wspólnota mieszkaniowa wymieniła drzwi do piwnicy z całkiem dobrych na jeszcze lepsze. Jestem bardzo pogodzona z życiem i pełna optymizmu. No, jednak czasem piszę o anonimowych jełopach na drodze, czasem przyklejam karnego łosia gdy nie ma na chodniku przejścia dla wózka. Ale to wszystko zdrowo i rozsądnie. Cóż więc wzburzyło mnie tak, że dziś na blog trafia sąsiadka z sąsiedniej klatki we własnej osobie?

DSCN1794Taka sytuacja: wybieramy się do cioci na urodziny. Plecak zapasowych ubranek dla dzieci, plecak z dupelkami starszaka, bo umówił się z wujkiem że przywiezie swoje i pokaże, torebka, niemowlę, aparat, a po wyjściu z klatki także wózek i rowerek. Mąż zostaje jeszcze chwilę w domu, bo coś tam jeszcze kończy pisać***. My schodzimy, bo ubranym dzieciom w domu gorzej niż gdzie indziej. No i nie chcemy tego Męża poganiać.

Na dole w klatce spotykamy sąsiadkę z naszej klatki. Mówi nam, żebyśmy nie obijali murków przy wejściu do klatki, bo są świeżo zrobione. Mówię, że my nie obijamy. Ona powtarza, że świeżo zrobione i pokazuje mi. Pytam, czy sądzi, że nasz starszak rowerkiem obija? (Wiem, że nie obija, nie wiem jak w ogóle ktoś dał radę te murki obijać). Sąsiadka zamiast odpowiedzieć, czy tak sądzi, powtarza żeby nie obijać. Wypieram to z pamięci raz dwa, bo nie jestem pamiętliwa. Następnym razem znów powiem „dzień dobry”.

DSCN1698Wychodzimy na parking przed domem. A w ogóle to z okien domu widoczek jest przedni, więc jeśli ktoś nas obserwuje przez okno, to ma ten przedni widoczek za dobre alibi. Tuż obok naszego zieloniutkiego, po jego lewej stronie ktoś zaparkował tak głupio, że nie dam rady drzwi otworzyć. Otwieram więc drzwi starszaka z prawej, wrzucam część rzeczy do bagażnika. Ursusowi zsuwa się czapeczka. A może sam ją zdjął? Czasem zdejmuje. Nic z tym nie robię, nie mam rąk by coś z tym zrobić. Zresztą pogoda jest ładna, wiatru nie ma (to ważne), a on zaraz wsiądzie do samochodu. Czekam aż babsko, które siedzi w tym samochodzie obok mojego i ma odpalony silnik, odjedzie, ale ona nie odjeżdża, chyba grzeje swój pojazd! Przy 10 stopniach! W końcu odjeżdża, nie czekała na nikogo. Zanim odjechała, zdążyłam zasadzić Ursus w jego foteliku (znajdującym się po lewej z tyłu) przez przednie prawe drzwi. Ale zanim zasadziłam, przez okienko wyjrzała owa wspomniana wcześniej sąsiadka z sąsiedniej klatki. Wyjrzała i zaraz wylądowała na blogu.

„Pani w czapce, a dzieciak bez czapki?! W taki wiatr! ”
„Tak”
Stuknij się kobieto
„Proszę się o niego nie martwić”

Jestem bardzo dumna, że zachowałam powściągliwość godną księżniczki, którą przecież prawie jestem. W takiej chwili przez głowę mógł przelecieć stos epitetów brzydkich i niektóre mogły wypaść z buzi nawet, a u mnie nic.

Po chwili okno otwiera się raz jeszcze:
„załóż mu chociaż kaptur”

DSCN1293Gwoli usprawiedliwienia, bo zarówno anonimowym jak i nieanonimowym czytelnikom chętniej się usprawiedliwię niż owej sąsiadce: Czapki nosimy wszyscy, bo dajemy dobry przykład starszakowi, który przechodzi obecnie kryzys czapki. Ponadto ja czapkę miałam na głowie też po to, by jej nie zgubić, bo jak nie mam na głowie, to na ogół gubię.

Ponadto, o ile pierwsze dziecko zawsze ma skarpetki i czapeczkę (czasem nawet w razie potrzeby czapeczkę rodzica), o tyle w przypadku drugiego nie boję się, że kilka minut bez tego czy owego zaszkodzi mu. Ursusowi zdarza się bywać bez czapki i jeszcze nie zdarzyło mu się tego odchorować. Bywa bez czapki od urodzenia. Mam tylko nadzieję że za brak czapeczki służby zabierające dzieci nieodpowiedzialnym rodzicom nie przyjdą do nas. Bo czasem się zdarza, że Ursus czapeczkę ma i ona mu się na oczy nasunie, a on nic nie mówi tylko w ciemności zasypia przekonany, że tak musi być. A to jeszcze gorzej. A czasami palce dziurawią mu ubranko i wychodzą. I gdzie wtedy jest pani sąsiadka?

„Mamo co ta pani krzyczała? ”
„Mówiła, że bardzo się o nas martwi”

*Rodzice sprawili nam ostatnio dużą przykrość, gdy usunęli figurkę sarenki, którą im na szafie na wsi postawiliśmy twierdząc, że im nie pasuje. Pasowała bardzo. Ale ten smuteczek nie położył cienia na wzajemnej relacji. Postawiliśmy ją znowu, a gdy Rodzice na wieś pojadą, sami zabierzemy.

**Znajomi robią różne zabawne rzeczy

***Jak czytelnicy dobrze poszukają w Internecie, to znajdą co on tam wtedy napisał.

Reklamy

Pyk fajeczka

DSCN1827Dzisiejszy dzień przyniósł takie zmiany w naszym życiu, że głupio byłoby o nich nie napisać. I chociaż patrzę bardzo krytycznie, to nijak nie mogę ich zakwalifikować jako pierdół. No właściwie to jeśli chodzi o zmiany, to jedna jest tylko. Ale poza tym byliśmy na spacerze. I zostałam frajerem miesiąca, ale o tym później. To taki trailer o czym będzie żeby zatrzymać uwagę.

Otóż nasz Ursus od dawna spał w kołysce, w której się nie mieścił. W pokoju wspólnym stało dla niego łóżeczko, ale korzystał rzadko, wyłącznie na jakieś dzienne posiadówy. Jak wiadomo jesteśmy dobrymi rodzicami i mimo dobrych rad o integrowaniu dzieci, nie wrzuciliśmy starszakowi do pokoju niemowlęcia, które budzi w nocy. Niech starszak sobie śpi i bierze z nas przykład (z tym niebudzeniem). Nie można jednak było zabrać stamtąd niemowlęcego łóżeczka, bo po pierwsze robiło czasem za kojec, po drugie robiło za melinę na zabawki, a po trzecie grzało sobie miejsce na przyszłość. Bo gdyby zniknęło, to starszak by miejsce zagospodarował w try miga i nieodwracalnie. Kilka tygodni temu DSCN1836kupiliśmy łóżeczko turystyczne, bo to takie dobre, na kółkach, na wyjazd się nada i miękkie, więc się dziecko nie obije. Kupiliśmy je, bo miałam ataki niepokoju, bezsenności i koszmary senne, że niemowlę z kołyski wypada. Kołyska stała na kołdrze i szpeciła tym salon jak nie wiem co, żeby w razie wywrotki zminimalizować straty. Ale chociaż łóżeczko turystyczne przyszło i spodobało się całej dziatwie, to ono też posłużyło za melinę na zabawki. Głównie dlatego, że jego dno jest bardzo nisko i obawiałam się sięgania po niemowlę w nocy, że moje plecy tego długo nie pociągną. Ursus wieczorami szedł spać w nasze łózko, ja siedziałam w kuchni, bo salon z tą całą mądrością świata mnie przytłacza, łóżeczko turystyczne stało puste, a gdy my rozpoczynaliśmy serial, niemowlę szło do swojej kołyski  i spędzało tam noc. Tym sposobem, chociaż od dwóch miesięcy mieszkamy u siebie, nasz pokój nie miał kiedy się posprzątać.

DSCN1814Wczoraj wpadliśmy na ten sam pomysł niezależnie, co świadczy o doskonałym dopasowaniu pary, którą stanowimy. Dzisiaj rano pomysł zrealizowano. A wieczorem wcielono go w życie. Na czym polegał? Z opisu sytuacji łatwo się domyślić. Domyślacie się?

Tak! Tak! Po trzykroć tak! Zamieniliśmy łóżeczka miejscami! W pokoju dziecięcym stoi kojec turystyczny i jest właściwym sprzętem na właściwym miejscu. A w salonie stoi łóżeczko z prawdziwego zdarzenia i lulczy w nim niemowlę. Lulczy oczywiście po ciemku, ale zgodziło się zapozować (duże zdjęcie poniżej).

DSCN1804A ja? Aż dziw, że jeszcze do Was piszę zamiast korzystać. Poniekąd korzystam, bo siedzę przy biurku w moim kąciku szyciowym, którego odtąd będę mogła używać. Mam też do dyspozycji wyrko, w którym będę się mogła wieczorami wylegiwać. Jest szałowo! Ale to od poniedziałku, bo tymczasem w piekarniku dochodzi biała kiełbaska dla Męża, a carbonary dla mnie zrobić nie ma komu (w sensie, że muszę sama).

Niestety, okazało się, że istnieje stado niezadowolonych Mężów, którzy uważają, że powinnam siedzieć przytłoczona tą wiedzą pokoleń w salonie przy stole z historią a dzieciaka trzymać w naszym łóżku jak jeszcze do wczoraj było, bo on Mąż i jego cienie i jego alter ega i jego biomasa jak przychodzą ze swojej pracy umysłowej, to chcą sobie posiedzieć wśród swoich książek w swoim ulubionym pokoju. I spłynął po nich mój, jakże trafny argument, że wszystkich na raz nie poczytają i żeby sobie po trzy na każdy wieczór wynosili. Co się polepszy, to ktoś musi zepsuć.

A w kwestii tego wielkiego frajerstwa, to byliśmy w Lidlu. Podobała mi się blaszka taka prostokątna z odczepianym dnem. Idealna na drożdżówkę. Za 25 złotych była. Bo mam bez wyjmowanego dna i ta drożdżówka się łamie podczas wyciągania. DSCN1844Ale nie kupiliśmy, bo w końcu jak często piekę drożdżówkę? Raczej rzadko. I nawet jak piekę i ona się złamie, to niczego jej to nie ujmuje, bo drożdżówka nie tort i kroi się ją jak popadnie, na kawałki . Za to po odejściu od kasy, gdy pakowaliśmy zakupy, okazało się, że na oknie, pod pustym kartonem, ktoś taką właśnie zapakowaną w kartonik blaszkę zostawił. I wiecie co? Zamiast ją sobie wziąć jak gdyby nigdy nic, powiedziałam Mężowi, żeby powiedział pani kasjerce. I on powiedział pani kasjerce. Założę się, że ten bogacz, który ją tam porzucił, to celowo porzucił żeby dla mnie była. A nawet jeśli nie był to bogacz, to zapewne i tak nie wrócił do sklepu po przegapiony zakup. Może jakieś małżeństwo się rozpadło z tego powodu, albo dziecko oberwało… Oczywiście mam nadzieję, że nasza niezdrowa wręcz uczciwość komuś tam pomogła, ale wątpię. Kiedy jednak powiedziałam Mężowi, że szkoda, bo miałam na nią chrapkę, to nawet zaoferował, że możemy wrócić i kupić. Taki jest dobry ten Mąż. Jeśli nie wynika to z kontekstu, to napiszę wprost: nie skorzystałam.

Na wypadek gdyby Mąż to czytał i nie miał jeszcze niespodzianki dla mnie na 4 kwietnia, to zadowolę się formą do tarty z wyjmowanym dnem.

DSCN1854BONUS: dokument  pozostawiony w niebezpośrednim  zasięgu niemowlęcia

DSCN1850

Książę i prostak

DSCN1779Dziś znów nie będzie o tym, o czym ma być. I nawet o niczym sensownym nie będzie. Chodzi o to, że muszę się utrzymać w pionie żeby posłużyć jeszcze Mężowi jako towarzysz do serialu (Drużyna A, oczywiście). A może i do gry. Gajki nie wiedzą jeszcze w co gramy, a i u Panny Swawolnej na półce nie widziałam, to napiszę, co my tu mamy. My ostatnio gramy w Osadników. Mąż dostał tą grę na rocznicę ślubu w innym mieście. Gra jest super. Ja gier nie lubię bo zasad nie ogarniam, ale tu ogarnęłam i do tego zawsze wygrywam, na ogół jednym punktem, ale wygrywam właśnie ja. Więc tak gramy. Nawet dodatek sobie już sprawiliśmy. Ale ja o tej porze to gram już nieco bezmyślnie, bo padam. gdybym pomyślała i nie padła, to pewnie wygrywałabym druzgocąco.

DSCN1313Poczytałabym, bo mi się chce, ale literki mi się zlewają. Pamiętam ze swoich złotych czasów, gdy czytało się bez przerwy aż po zaśnięcie, że literki stawały się czerwone aż w końcu książka wypadała z ręki. Teraz nie ma na to szans, bo nie dość, że człowiekowi zbyt sennie by w ogóle do ręki brać wieczorem, to jeszcze ten Mąż tyran jeden  mówi, że chce spać i trzeba się natychmiast podporządkować, bo ja to zasypiam zawsze od razu (jak prostak), a on tylko gdy jest odpowiednio senny (jak książę). Ja wpływam pozytywnie na jego zasypianie, bo jestem jego przytulanką. No i gdy sypiałam z dziećmi dawno dawno temu to zdarzało mi się przy nich czytać i im światło nie przeszkadzało (widać też są prostakami jak ja), ale teraz nie da się, DSCN1316bo mamy tylko jedno wyrko, nad czym bardzo ubolewam. Jednak trzeba było w naszej małej bibliotece wstawić wyrko zamiast stołu, ale stół już mieliśmy i to taki z historią prawie jak u Borejków*, a drugiego wyrka nie mieliśmy wcale. Stoi więc stół i nie ma wyrka. I nie będzie. Nawet szezlonga się nie wciśnie. Może fotel co najwyżej.

A kończąc ten bełkot i przechodząc do czegokolwiek, to dzisiaj pojechałam na przegląd. Przegląd zrobiliśmy 2 miesiące po terminie, co jest znakomite, bo dzięki temu w kolejnym roku przegląd wypadnie nam akurat gdy skończymy spłacać oc. Niniejszym informuję, że przez dwa miesiące jeździliśmy bez ważnego przeglądu. I co? DSCN0215Ktoś mi coś za to zrobi? Ale przeglądu nie dostałam, bo olej nam cieknie. Ale umówiliśmy się już z naszym mechanikiem, którego znamy z kościoła, więc się nie martwimy. Umówiliśmy się z nim na Wielki Piątek. To znaczy, że w czwarteczek wieczorem jedziemy na wieś, że w niedzielę odwiedzimy rodzinę i wrócimy do Gdańska gdzie babcie przebrane za zajączki przyniosą prezenty dzieciom. Jednemu zabawki za grube setki a drugiemu fotelik za 6 dyszek. Taka sprawiedliwość dziejowa**. Ale wiecie co jest w tym najlepsze? Że raz w życiu ja nie robię żadnych przygotowań i wypieków i serników i nic w ogóle, bo na wsi nie ma piekarnika, więc mam alibi!

Poza tym testowałam dziś drogę hamowania na mokrej nawierzchni bo jełopy jak to jełopy stały na zielonym. Ale Lanos dobrze hamuje. Inny jełop stał na skrzyżowaniu na lewoskrętce i palił awaryjne i mi całe zielone przeszło, DSCN0002bo ci ze środkowego nie chcieli wpuścić. Potem wraz z dziećmi upiekliśmy pasztet wegański, strasznie mdły, ale bardzo zdrowy. Byłby niemdły, ale pieprz ziołowy wyszedł akurat. No a tymczasem idę sobie zrobić smuufi, bądź też smoothie z owoców, mleka i miodu. A w ogóle to wcale mi się nie chciało pisać. Pisałam, żeby zapić smutek. Bo akurat naklejałam dziś znaczek i mi się przypomniało jak to moja mama oddała swoją kolekcję znaczków swojemu chrześniakowi a mojemu kuzynowi, chociaż mi się ta kolekcja podobała i chciałam ją. Nie wiem ile miałam lat, ale do dziś mi przykro. Chociaż w międzyczasie, między tym daniem a dzisiajem nie myślałam o tym za wiele.

Obiecuję, że następnym razem będzie coś na niezerowym poziomie. I że to będzie przed środą, bo w środę zabiera mnie na randkę z okazji Wielkiej Środy i potem na pewno zmusi do opisania. Ten Mąż oczywiście.

DSCN9995*Stół z historią kiedyś należał do rodziców Cytrynny i miał biały blat, został potem wraz z 6 krzesłami drucianymi przekazany cioci. Ciocia go miała, potem zmieniła w nim blat na taki jakby bukowy albo jakby jakiś inny. Potem ciocia się wzbogaciła i zamówiła sobie u stolarza stół dębowy a ten stał w kącie i paliła się na nim świeczka aż wypaliła ślad. Cytrynna razu pewnego zgłosiła chęć przygarnięcia stołu i gdy ciocia stół wywalała, to dziadek go przywiózł Cytrynnie wraz z 4 sosnowymi krzesłami. Na stole stawiano wanienkę i to tam kąpał się starszak w przegotowanej wodzie mineralnej. Na stole Mąż pracował, na stole układano klocuszki i na stole był bałagan, aż przyszło nam przeprowadzić się do Misiego Domku i Tata stół przywiózł a my sami skręciliśmy i mamy.

**Oczywiście prezenty to tam nieważne i pal licho z nimi, ale Maluszek ma pecha, bo się urodził za późno i już nie starczyło dla niego miłości. Poza tym miłość sprawiłaby przykrość jego bratu, więc nawet gdyby była, to nie można mu okazać. Wszyscy kochają jego brata, a jego co najwyżej nazywają cwaniakiem, bo się uśmiecha i próbuje bezczelnie wzbudzić tym uśmiechem jakieś uczucie. Tylko Dziadek był dla niego dobry i sprawiedliwy, ale Dziadek wyjechał i Ursus teraz jak Kopciuszek.

Grafomania

DSCN9978Za chwilę napiszę, co dziś zrobiłam. Mąż mówi, że lepiej żeby wpisy były krótkie, lecz regularne niż przydługie i od wielkiego dzwonu. Ale akurat chwilowo muszę pisać żeby się rozćwiczyć, bo ten sam Mąż, który chce wpisów krótkich lecz regularnych, domaga się opisania naszej tegorocznej rocznicy ślubu i będę musiała w tym celu naprawdę być w formie.

Otóż dzisiaj zrobiłam tak wiele, że aż sama nie wierzę, że tyle się dało zrobić w jeden dzień. Na samym początku wstałam wcześnie, bo jak jeden syn się odezwał, to zaraz drugi chciał mleczko i o powrocie pod kołderkę nie było już mowy. A była 6:45. Czyli nieźle, bo prawie 5 godzin snu i to ciurkiem*. Udało się jednak przetrzymać dzieci w jednym pokoju bez za głośnych okrzyków jeszcze przez półtorej godziny i Mąż sobie pospał, bo przecież teraz musi. Jakoś tam rano zrobiłam przeszczep kawałka klawiatury z prawie nieużywanej literki Q na bardzo częstą literkę E. Bo E po tym ostatnim czyszczeniu jakoś się popsuła i potrzebowała tego przeszczepu. Teraz działa jak należy. DSCN0994

Potem umyłam włosy i spryskałam je nawet odżywką. A potem Mąż, który był dziś u babci na śniadaniu, zadzwonił, żeby mu rzeczy na basen przygotować. Mąż po posiłku nie wchodzi na górę, bo by mu posiłek siadł na żołądku zamiast przelecieć, ale ja zejść nie mogłam, bo miałam mokre i spryskane odżywką włosy. Zatem rzuciłam wszystko przez okno. Z trzeciego piętra. Wrócimy do tego jeszcze.

Później odbyło się rozpakowywanie zmywarki. Oba dziecka to lubią i każde przychodzi wtedy do kuchni na swoich kończynach i garną się. Następnie chyba Ursus odsypiał noc a mi udało się uporządkować wydatki gromadzone w postaci paragonów od początku lutego. Był ich cały kartonik. Był też jakiś spacer z dziećmi. W międzyczasie zadzwonił Mąż, że nie udało mu się pójść na basen bo mydełko w płynie się rozpadło (chryzantema z mydełka w płynie) i zalało ręcznik i gatki**. Doprawdy nie wiem jak to się mogło stać.

DSCN1765Wszyscy (w sensie ja i dzieci) ugotowaliśmy obiad dla mnie na dwa dni. Wspaniałomyślnie nie wmieszałam kaszy do eintopfu i dzięki temu Mąż może mi połowę zabrać. Mąż nie lubi kaszy, woli najgorszy ryż od przepysznej kaszy jęczmiennej mazurskiej. Udało mi się też podjąć decyzję na temat rolet- że nie zamówię ich przez internet tylko sobie zawołam do domu pana z próbnikami. Zapodano Ursusowi marchewkę i pietruszkę, ale nie zareflektował. Później odnaleziono w jego buzi jakieś orzeszki (nie wiadomo skąd). W innym międzyczasie odkryłam, że w najbliższy weekend telewizja disnej junior zapuści nam*** każdego dnia po 5 nowych odcinków Kaczych opowieści. Trwa spór czy siostrzeńcy Donalda są dziećmi w naszym wieku, czy jednak są młodsi. I udało mi się z sukcesem umówić do dentysty, a to dopiero wyczyn. Wymagało to wielu telefonów celem skoordynowania czasu pani dentystki z czasem opieki osób które nie mogły się dziećmi zając w jednym z terminów i czasem osób, które przyjmą dzieci podczas umówionej już wizyty.

A na koniec dnia zapuściłam jeszcze zmywarkę żeby dzieci jutro miały. Nie chciało mi się ani trochę, ale czego się nie robi. I jeszcze usunęłam 50 smsów. I ryż ugotowałam temu Mężowi. I piorę ten jego ręcznik utytłany z mydełku raz po raz i pieni się to ach jak pieni.

DSCN9981Myślę, że chociaż ten wpis jest nieco kijowy, to jeśli nie wydarzy się nic ważnego i wymagającego pilnego opisania, następny będzie mógł już być o naszej tegorocznej podróży  lifetime.

*Bezdzietny kumpel Męża [a wszyscy nasi kumple są bezdzietni] mówi czasem, że jest niewyspany i że musi odespać 10 godzin.

**Mydełko jest jak widać najtańsze. Zawsze się łamię w Rossmannie i mam ochotę na jakieś lepsze, ale Mąż gubi mydełka, dlatego na basen ma najtańsze.

***Jak wiadomo my telewizora nie mamy, ale rodzice na wsi mają.

Karkówka z grilla

DSCN0124Najbardziej lubię wpisy o dzisiaju, są takie soczyste i ociekają szczegółami niczym dobrze wytopiona karkóweczka na grillu. A grilla akurat byśmy chcieli w najbliższy weekend. Wracając jednak do szczególastych wpisów o dzisiaju, to one są takie iście pamiętniczkowe i przez to przypominają mi o młodości kiedy to pisałam pamiętniczki. Mam ponad 20 tomów i każdy ma ładną okładkę. Teraz już jestem stara i muszę łapać się wszystkiego, co mi o młodości przypomina. Nie wiem kiedy to nastąpiło, że zaczęłam myśleć o sobie jako o starej, wszak zapytana o wiek, muszę zawsze policzyć. Ja naprawdę nie znam odpowiedzi na pytanie ile mam lat! Bronię twardo też takich bastionów młodości jak długie włosy. Masa roboty z nimi i efekt też marny, ale od zawsze myślałam, że obcięcie włosów to takie przyznanie się do starości. Moja ulubiona ciocia na przykład obcięła włosy na chłopaka gdy miałam kilka lat i była tym chłopakiem aż jej dzieci całkiem urosły. Skoro mowa o obcinaniu włosów na chłopaka, to mam dwie traumy z tym związane. Pierwsza dotyczy mojego pierwszego obcięcia włosów w życiu. Chodziłam wówczas do przedszkola i miałam kręcone loczki. Wyglądałam jak aniołek i gdyby ktoś mi wtedy dał złoto-srebrną suknię, o której marzyłam, to mogłabym wygrać konkurs na miss. Pewnego dnia zabrali mnie do fryzjera, posadzili na desce położonej na podłokietnikach żebym była wyżej i obcięli na „pana kamerzystę”, krótko z przodu, długo z tyłu. Tamtego dnia moje cudne loczki przestały się kręcić. No i zostałam panem kamerzystą. Mało tego, następnego dnia pani Bożenka albo inna pani spytała- „a co to za nowy chłopczyk?”

IMG_0037 (2)

Cyrograf na drugą traumę podpisałam sama swoją nieświadomą ręką. Byłam wówczas w szóstej klasie i spędzałam sylwestra z rodzicami i ich znajomymi. Jedna znajoma miała fryzurę na chłopaka, ale już taką normalną, wszędzie krótko. Miała też jasne włosy jak ja. Moja własna rodzona mama powiedziała wówczas, że ona tak ładnie wygląda i ja jestem podobna, IMG_0026to też będę ładnie wyglądać. Miałam 12 lat i moja 12-letnia niewinność chciała ładnie wyglądać i podobać się. Efekt był opłakany. Tym opłakańszy, że jeszcze kilka razy fryzura była wyrównywana i poprawiana na jeszcze bardziej męsko. Na koloniach w wakacje owego roku wciąż byłam chłopakiem. Ponad pół roku w nieswojej płci w czasach gdy nie było to nawet modne!

OŚWIADCZENIE: Mąż, który śledzi fejsbuka bardziej ode mnie, powiedział właśnie, że Lolinka obcięła włosy. Mojej uwadze to umknęło i żadne słowo w tym wpisie nie jest obelgą pod Jej adresem, a jedynie pamiętniczkowym spisem traum i przemysleń. Lolinka korzystnie wygląda w nowej fryzurze. Poza tym nie ma fryzury na chłopaka, więc Mąż niesłusznie się zmartwił.

DSCN0094Innym bastionem młodości, którego bardzo strzegę, jest czytanie książek o dzieciach w naszym wieku, czyli na przykład Norweski dziennik, na przykład Klasa pani Czajki, na przykład Harry Potter, na przykład Przygody Trzech Detektywów. Zabawne jest, że chociaż są to dzieci w wieku nas obojga, to ja je czytam na głos jak mamusia.

Długie i krótkie włosy nijak mają się do dzisiaj. Sponsorem dzisiejszych atrakcji jest Ursus we własnej osobie. O szóstej czasu urzędowego ogłosił, że wstaje. Nie wiadomo, czy to przez to, że w jego salonie wciąż nie ma rolet (są tylko zasłony), czy przez to, że po nocnej pobudce zgasiłam nianię i kiedy Ursus przemówił, był już rozbudzony. Niania jednak pozwala usłyszeć pierwszy kwęk i pobiec zanim nastąpi drugi. Ja ją oczywiście zgasiłam w dobrej wierze, bo nie chciałam żeby pikała Mężowi. Mąż jest w ciężkiej sytuacji, bo pracuje obecnie nad dokładnie 10-oma projektami i wszystkie są pilne, więc najważniejsze na świecie jest jego wyspanie się. Niewyspany Mąż mógłby w ogóle nie pojawiać się w pracy, bo by nie popracował. Każdy dzień roboczy jest na wagę złota, gdyż od napisania doktoratu w terminie zależy WSZYSTKO. Na blogu jest zabawnie i nie widać, że to nie hiperbola. Naprawdę wszystko i naprawdę 10 projektów.

DSCN0072Niedawno Mama poprosiła nas żebyśmy pojechali do Leklerka, bo tam czeka na nią zamówienie*. Gdy o Leklerku usłyszał nasz starszy syn, również się napalił, bo do Leklerka jeżdżę z nim po dentyście i on lubi. Ponadto do Leklerka jeździmy co roku 9 marca (tu i tu) na prymulki, a w tym roku nie byliśmy, bo 9 marca był poniedziałkiem (czyli dniem roboczym), a poprzedzający go weekend był bardzo pogodny i ciepły i spędziliśmy go na wsi. Więc gdy złożyło się, że trwa jeszcze marzec, że Mama poprosiła i że Mąż nie może pracować, bo jest kaputt a do tego świeciła ładna pogoda, to do Leklerka wybraliśmy się  dziś właśnie. Kupiono mi tam cały róg obfitości herbat, bo Leklerk ma najlepsze ceny, a jest zupełnie nie po drodze oraz prymulki dla naszych kobiet jak co roku na dzień kobiet. W Leklerku Ursus zgubił zabawkę wartą dyszkę albo i półtorej. Przeszliśmy się po sklepie w poszukiwaniu, ale bez efektu. Powiedziano wówczas dzieciakowi, że sobie grabi i tak się stłamsił, że zasnął w trakcie 3-minutowej podróży z Leklerka nad morze, bo potem byliśmy nad morzem właśnie. Nie przeszkodziło nam to jednak w nakarmieniu go- wiadomo, matka karmiąca wywala cyce wymiona do pasa i karmi jak krowa. Sami popatrzcie. W tle widać oczywiście zgorszoną opinię publiczną.

DSCN0047
DSCN0126Znad morza pojechaliśmy do ulubionej restauracji. Przegapiłam wjazd, bo zagapiłam się na reklamę. Jestem zdania, że jeśli na mnie lubiącą pizzę tak działa jej widok, to na statystycznego chłopa lubiącego nagość, nagość przy drodze też podziała i jeśli ograniczy się tylko do przegapienia jakiegoś wjazdu, to pół biedy. Bo z drugiej strony plakatu była reklama agencji takiej jednej. Mąż mówi, że dosadna była ta reklama. Ulubioną pizzę wzięliśmy na wynos, zawinęliśmy w kurtki tych, którzy mieli duże kurtki i powieźliśmy ze sobą do pracy Męża. Tam pizzę zjedliśmy, zwiedziliśmy piętra i zostawiwszy go tam samego z jego dużym laptopem i ciężkim plecakiem, wróciliśmy do domu.

DSCN0084Jeszcze z samego rana postanowiono, że mały Ursus, który nagle przestał odróżniać dzień od nocy, pójdzie spać do komórki pod schodami jak Harry Potter. Oczywiście tylko do czasu pojawienia się rolet, bo jaki mógłby być inny moment stopu? Mamy taką komórkę i ona ma przyzwoity gabaryt i zero światła (tylko schody nad komórką nie są nasze). Komórka jest tym pomieszczeniem, które miało zostać uprzątnięte dopiero wtedy gdy porządek zapanuje już wszędzie (czyli być może nigdy). Na razie jest tam wszystko. Jednak morze łagodzi obyczaje i dzieciak dostał drugą szansę. Nikt go dziś nie wypędza do komórki pod nie naszymi schodami. Może te rolety przyjdą zanim uroczy Ursus sprawi, że widoki na przyszłość przestaną być urocze?

*nie w Leklerku to zamówienie, tylko w sklepie meblowym nad Leklerkiem, ale my lubimy całą Galerię przymorze nazywać Leklerkiem i nikt nam nie zabroni.

DSCN0127

Pełne brzuszki

DSCN1723O pełnych brzuszkach napisano już wiele, ale zawsze można z jakiejś innej strony ugryźć sprawę. Podczas produkcji poprzedniego wpisu oczyściłam klawiaturę pod literką E i teraz pisze mi się lepiej, ale nie wynika z tego wcale, że dziś będzie równie dużo jak w sobotę, bo jednak pełne brzuszki mniej wdzięczne niż pierdzący wiatr. Pełne brzuszki to przede wszystkim ociężałość.

Jak napełniały się brzuszki? Stopniowo oczywiście. Nie jest to pamiętniczek rzeczy zjedzonych jaki zaleca się robić osobom na diecie żeby sobie monitorowały, co zjadły, bo dieta nam obca.

Mowa będzie rzecz jasna o niedzieli. Napisałabym o tym w niedzielę, ale było mi ciężko. Napisałabym wczoraj, ale Orange, które zapewnia nam mały i tani internet, wczoraj go nie zapewniło.

DSCN1645Dzień zaczął się jak zwykle nieszałowo (a gdyby tak raz zaczął się szałowo, to bym się nawet ucieszyła, chociaż na ogół za niespodziankami nie przepadam). Dzieci ogłosiły początek dnia o szóstej, ale każdy coś tam jeszcze dospał w systemie zmianowym. Za to na Mszy to dzieci zasnęły. Padły jak kawki! Jedno planowo, drugie jako niespodzianka. Wtedy Mąż ogłosił, że zmieniamy plany! Jak wiecie mieliśmy tego dnia znów jeść do oporu.

Na skutek zmiany planów Mąż zabrał potomstwo młodsze na spacer, starsze poszło lulać do wyrka a ja czytałam! Tak po prostu. Mąż był już dla mnie bardzo dobry minionego lata gdy usypiał po kolei wszystkie dzieci i pozwalał mi kimać popołudniami, ale wtedy to było konieczne, bo ja padałam na ryj. A teraz dostaję czas na CZYTANIE ot tak, za darmo. Potem oczywiście płacę opowiadaniem o tym, co ja tam przeczytałam i on to podobno bardzo lubi, zapewne kojarzy mu się z młodością, kiedy tak właśnie zwykłam opowiadać. Ale ten czas daje niby za darmo i ja niby za darmo opowiadam. Czytałam bardzo efektywnie w ogóle nie podjadając ciasteczek i w końcu brzuszek mi całkiem opustoszał!

DSCN1672Ale zanim to nastąpiło ten, kto miał wrócić, wrócił, a kto miał wstać, wstał i kto miał ogolić się, ten też to zrobił. I pojechaliśmy napełniać te brzuszki. Dochodziła 15:00. Zaczęliśmy od sobotniej restauracji numer 1 (jako najtańszej) i dewolajów z surówkami żeby się trochę zapchać. Nawet Ursus poradził sobie z kąskiem mięsa. Miał go potem w buzi jeszcze długo i bardzo go to cieszyło, ale ostatecznie dał radę. Kolejnym lokalem było Pod Kurem w Strzelnicy, czyli już właściwie za miastem. Albo na Strzelnicy, bo może ta Strzelnica to nazwa ulicy. Jedzie się tam taką brukowaną drogą, że co kto zjadł, to mu na pewno wytrzęsie. A samo miejsce jest w lesie. kto nie ma domku na wsi jak my, a lubiDSCN1712 naturę, ten powinien tam spędzać niedziele. Gmina, czy kto tam za rekreację odpowiada, wymyśliła nawet 3 trasy rowerowo-kijkowo-spacerowe o zróżnicowanych długościach i wysokościach. Tam byłoby naprawdę fajnie gdyby gdzie indziej nie było fajniej.

Rok temu w tym miejscu i o tej porze jedliśmy Pod Kurem wyśmienitą zupę kurkową i jakiegoś łososia*. W tym roku tylko tego jakiegoś łososia. Ale za to wszyscy (tak, nawet ja pomagałam, bo Mąż lubi jeść powoli i siedzielibyśmy tam do zmroku bez tej pomocy). Mąż mówi, że bardzo lubi ryby, ale nie ma za bardzo na nie szans w domu, bo ja się brzydzę i kijem nie szturchnę**.

DSCN1737Bardzo liczyłam na kostkę Luwr w Sowie jeszcze i w imię tego zrezygnowałam z deseru w Strzelnicy, którego zresztą nikt mi nie proponował, ale oczywiście, jak to zwykle bywa gdy chodzi o coś dla mnie, Sowa była już zamknięta. Pojechaliśmy więc do Matrasu, który też wkrótce mieli zamknąć. Wszak Mąż zgolił ten swój niezbyt udany zarost i bardzo chciał mieć makijaż. Został kotkiem. Dokonaliśmy tam także zakupu planowanego od dawna. Było to „Mam oko na litery”***. Tak sobie pomyślałam, że jak tam spędzamy czas, oglądamy za darmo te ich książki i wyczytujemy z nich literki i wypatrujemy obrazki i jeszcze korzystamy z makijażu, to można od biedy przepłacić 2 złote względem najlepszej oferty na rynku i kupić coś co i tak się mieć chciało. No i dziecku też jakoś tak lepiej, bo zamiast mieć kolejną książkę, którą „pan listonosz przyniósł”, to dostało złudzenie, że samo wybrało.

DSCN1721No a najlepsze zostało na koniec. Najbardziej opisowe menu, najbogatszy wybór potraw i w ogóle w ogóle. Proszę Państwa, ostatnim lokalem, w którym się zastołowaliśmy była restauracja Malena w hotelu Bazuny. Wy jej nie znacie i my tez jej nie znaliśmy. Obawialiśmy się, czy nas z Mężem-kotkiem wpuszczą, ale gdyby nie wpuścili, to byśmy się publicznie zbulwersowali i też byłoby ok. W hotelu zjedliśmy „tatar z łososia norweskiego ze świeżymi warzywami, przyprawiony olejem orzechowym, podany z sosem dziewiczym i tostami” oraz „filet z kurczaka rolowany z szynką wędzoną i mozzarellą na sosie z suszonych pomidorów, z ziemniakami opiekanymi w ziołach sałatką ze świeżych warzyw„. Prawdopodobnie wszystko było dobre, ale nie wiem, bo brzuszek już ledwo dawał radę. Skąd więc takie wielkie „łał”, skoro nie wypowiadam się na temat jedzenia? Po pierwsze w kiblu mieli przewijak i to czysty. Odkąd mam dzieci pierwszy raz widziałam czysty przewijak gdzieś. I jeszcze pieluszki mieli, ale nie skorzystałam, bo aż taka łapczywa DSCN1753nie jestem. Ale wahałam się, nie ukrywam. I po wielkie drugie, oni tam mieli znakomitą spławialnię do dzieci. Chyba 50-metrowa sala z wypasionymi zabawkami i widokiem na rodzica. Oba nasze dziecka popędziły tam co sił i metraż był wystarczający by się nie kłóciły o nic, a my mogliśmy sobie spokojnie napełniać brzuszki nie stresując się tym, że ktoś się nudzi, chce wyjść albo ściągnąć zastawę ze stołu. Należy jeszcze dodać dzieciom, że ciągnęło je bardziej do siebie niż do nas i że mimo ogromnego metrażu do dyspozycji, bawiły się raczej blisko niż daleko.

*Dla mnie łosoś zawsze jest jakiś, bo łosoś to ryba a dla ryby skala ocen jest następująca: niezjadliwa i jakaś.
**No zjeść od biedy mogę jak ości nie ma. Nie każdą, ale jeśli cel szczytny to wiadomo.
***Osobiście byłam wkurzona, że niedawno poznany Blog, który nam ten tom Mamoka polecił, tak bardzo zdominował nam weekend.

DSCN1734

Być jak Remus

DSCN0340Słyszeliście o Remusie? Nie, nie tym od Romulusa. O Remusie z Kościerzyny. Ja nie słyszałam*. Ale wiele rzeczy się tu tak nazywa. Mamy kino Remus, dom handlowy i drużynę koszykową o takiej nazwie. A na Rynku siedzi Remus. Siedzi na swoim wózku, na którym jest wszystko, co posiada i odpoczywa. Odpoczywa z książką/rękopisem w ręku. Na wózku leży jeszcze stosik ksiąg. I ptaszki siedzą, bo Remus tak współgra z naturą, że podlatują do niego. I kawałek sznurka ma jeszcze, i różaniec i  nożyk  kozik. A buty swe znoszone zdjął co by nogi wypoczęły.

Dzisiaj Remus siedzi i odpoczywa, ale na co dzień wędruje popychając ten wózek-taczkę „z gospodarstwem swoim całym”. DSCN0432Ilu z Was zmieściłoby swój majątek na wózku? A w TIRze? Mogę spojrzeć na Was z góry, bo niedawno wnosiłam cały swój majątek na trzecie piętro. A Wy na którym mieszkacie? No nie, jednak na wsi mamy drugi równie duży majątek i trzymamy go na pierwszym.

No ale mu tu nie o Remusie i majątkach ani nawet o piętrach, lecz o okazjach. Okazja trafiła się taka, że Kościerzyna za pół ceny, czyli można zjeść w restauracji a zapłacić jak w barze, o! Dzieci obudziły już o siódmej, lecz pakowanie rowerków, wózeczków, prowiantów, śniadanka i bajeczki zajęły razem czas do prawie 11. Szczęśliwie wszystko się upchnęło w aucie. Przypominam, że był to ekwipunek na jeden zaledwie dzień. Skontrastujcie to z tymi, którzy idą na K2 (nie będziemy mieli tej gry, bo Męża tematyka nie pociąga, on woli iść w las) i z samym Remusem. I z minimalistami też skontrastujcie.

DSCN0353W mieście zrobiliśmy małe sympatyczne zakupy, wśród których znalazł się abażur do lampy z Tomkiem i przyjaciółmi, bo starszak lubi a my lubimy jego na tyle, że przymykamy oko na to, że to takie no nie za ładne. Starszak popylał na rowerku, ale stawał i czekał na nas zawsze przed ulicami i często gdy stwierdził, że wypada. Nie mogliśmy się go nachwalić. Kupił też sobie sam za nasze pieniądze grę, którą zna i ma, ale chciał, to niech ma. Gdy zanieśliśmy zakupy do auteczka, starszakowi przypomniało się, że kończą mu się siły i ochoczo zamienił rowerek na wózek (po to były dwa, bo dzieciom siły się zawsze prędzej czy później kończą). Celem rozłożenia wózka powierzono starszakowi aparat na chwilę. Kilka minut później i wiele metrów nad poziom morza niżej, gdy trafiło się ujęcie na zdjęcie, okazało się, że aparatu nie ma. Aparat jest bardzo cenny z wielu powodów, do których należy znajdująca się wewnątrz karta pamięci i jedyne kopie tego, co przeżyliśmy od 1. lutego. Są tez powody sentymentalne i użyteczne i właśnie je opisałam**.DSCN0370

Syn, pytany, co zrobił z aparatem, twierdził, że nie wie, że zostawił w jakimś sklepie, że nie wie, że nie on, że powie wieczorem i że nie wie. Trochę później, już przy samochodzie, stwierdził, że chyba w bagażniku (nie było go tam). Gdyby nie panika i adrenalina, ręce by opadły. Nawet Ursus opuścił swój pojazd i usiadł na chodniku, bo trwały przeszukania wózków. Aparat w końcu się odnalazł i był w samochodzie, lecz przykryty. Podejrzany jest jeden, ale winy mu nie udowodniono. Zresztą sam później, gdy zapomniał, że zostawił rowerek w bagażniku, wpadł w panikę na punkcie rowerka i zrozumiał co znaczy martwić się.

DSCN0375Mąż swój atak paniki przypłacił bólem gardła, na który pomogła mu gorąca zupa pomidorowa w restauracji nr 1. Po zupce każdy dostał drugie danie złożone z dewolaja (5,95), doskonale pachnącej modrej kapusty (2,5) i kartofelków (2,5) A więc poza pół-ceną drugie danko na łebka kosztowałoby 22 złote, czyli drogo. W restauracji znajdowały się 2 Antilopki z Ikei, o których niedawno czytałam na jednym takim fajnym blogu. Taca naszego krzesełka do karmienia jakoś nie bardzo Ursusa absorbuje, więc skorzystaliśmy z okazji by przeprowadzić test Antilopka i pod kątem absorbowania dziecka przez tacę wypadł lepiej. Pod innymi kątami też. Tego dnia spotkaliśmy także Antilopki w dwóch innych miejscach, więc pod kątem popularności nie ma sobie równych, zwłaszcza, że nie spotkaliśmy innych krzesełek. Gdy skończyliśmy z restauracją nr 1 i posprzątaliśmy po sobie (tak trzeba, jutro tam wracamy), była już 13:30 a ja bardzo chciałam zdążyć do pobliskiej Lubiany po talerzyki (czynne do 14), gdyż miałam chcicę na nowe talerzyki. Nie była to chcica bezpodstawna, gdyż talerzyki, które mamy w domu i których codziennie używamy, są zbyt ekskluzywne, a dzieci zbyt nieostrożne, by dalej używać. Talerzyków zwykłych zakupiono 4 i wtedy spadły pierwsze krople ciepłego wiosennego deszczu.DSCN0398

Mąż, który myśli o wszystkim, wziął  starszaka do sklepu i pozwolił mu wybrać cokolwiek zechce, żeby się temu starszakowi zapach wiosennego deszczu dobrze skojarzył. Starszak wybrał M&Msy za 3,90 (drogo, ale nie mrugnęliśmy okiem nawet). Duża część paczuszki rozsypała się przed sklepem podczas otwierania, ale resztę przesypaliśmy do woreczka i dzieciak miał radochę do końca dnia i jeszcze mu zostało. Chodził z tym woreczkiem, opowiadał o kolorach, które akurat jadł i się cieszył, oj jak cieszył. W ogóle u dzieciaka, który ze słodyczami obcuje raczej mało, to niesamowite wyczucie, że tak po opakowaniu spośród wszystkiego w sklepie, sam wybrał coś, co mu na tak długo starczyło***.

Wróciliśmy do miasta. Mąż chciał pizzę, ja chciałam kostkę Luwr w Sowie, gdyż uwielbiam, a też była za pół ceny. Gdyby mnie sfutrował najpierw pizzą, to bym sobie za dużo tego Luwru nie pojadła. Zgłosiłam zażalenie w tej sprawie i zdecydowano, że Luwr będzie najpierw. Po Luwrze weszliśmy do Carrefoura, gdzie syn lubi wózki sklepowe poprzymierzać – jest ich 5DSCN0405 i przymierza wszystkie. Nie wspomniałam o tym jeszcze, ale po mieście kręciło się dużo miłych i młodych ludzi z ulotkami reklamującymi otwarcie nowej księgarni, której jeszcze nie było w żadnym z naszych miast (w Gdańsku mamy Empik i Muzę a w Kościerzynie była księgarnia na Rynku). Podczas przymierzania wózków ci mili i młodzi ludzie wręczyli po balonie każdemu z naszych dzieci. Do nowej księgarni i tak właśnie szliśmy, więc… poszliśmy. O owej księgarni też niedawno czytałam na tym samym blogu co o Antiplopkach. W Matrasie, bo o nim mowa, byłam raz w Gdyni przypadkiem i w pośpiechu i możliwe że też raz i w pośpiechu i dawno temu w Warszawie, gdy mi Mąż kupował jakiś prequel albo sequel Ani z Zielonego Wzgórza, który zobaczyłam u Lolinki i zapożądałam. Tak sobie rozmyślałam czy księgarnia się tu utrzyma, bo jednak Kościerzyna małym jest miastem, ale ona jest super (właściwie i księgarnia i Kościerzyna) i pasują do siebie. Wiecie, nasz empik jest przy dworcu i w czasach gdy i ja w nim bywałam, to wszelkie siedziska były pozajmowane i tego klimatu to nie poczerpałam. DSCN0453A nasze Muzy to nie mają siedzisk i w ogóle takie bardzo kameralne i nie bójmy się tego rzec, nie za sympatyczne. A tutaj, ojejku jejku. Pełno personelu a jednocześnie zero skrępowania. Ciasto na każdym kroku, te książki tak wszędzie i tak tematycznie. Nasz starszak poszedł do pań i brylował tam w towarzystwie, ale nie mogę pokazać, bo na zdjęciu jest też inne dziecko. I fotel taki wygodny i taki fajowy. I stołeczków pod dostatkiem. I historia taka obfita, a ja ostatnio historię lubię. O Żołnierzach Wyklętych pełno książek, a te lubię najbardziej. I mieli dzisiaj z okazji tego otwarcia 25% zniżki na książki i wszystko się takie tanie wydawało. Wyszłabym stamtądDSCN0461 z pełnym plecaczkiem, ale niedawno na pewnym fajnym blogu (tak, tym samym) przeczytałam o Arosie, który na wszystko ma teraz 35% zniżki****, więc trzeba było powstrzymać popęd książkowy. Innym powodem niezrobienia zakupów jest to, że jakikolwiek zakup mógłby zaszkodzić czytanej właśnie książce, a do tego nie można dopuścić, bo owa książka to mój wielki powrót z intelektualnego niebytu. W kąciku z literaturą dziecięcą Ursus zjadł podwieczorek oraz przeczytaliśmy sobie co tam auta mówią.  Jutro tam oczywiście wracamy. Dziewczyny robią makijaż dzieciom na buziach. Nasz starszak nie chce, ale Mąż też jak dziecko, tylko ogolić się musi. I ta atmosfera. Moje odintelektualizowane ciało chłonie każdą sylabę z książek. Ja tak lubię księgarnie!

A potem deszcz połączył się ze śniegiem i zacinał tak, że starsi chłopcy w tym Matrasie zostali a ja i Ursus poszliśmy po samochód, bo jesteśmy w rodzinie najdzielniejsi. Odebraliśmy leserów, zjedliśmy wszyscy wraz pizzę, zrobiliśmy urocze zakupy w Tesco (o ile zakupy w Tesco mogą być urocze) i wróciliśmy do domu. Obejrzeliśmy jeden odcinek Kaczych Opowieści i dzieci udały się na nocny wypoczynek a mu tu siedzimy i trzęsiemy się z zimna*****. Mąż czyta sobie o labiryntach i pulpitach a ja piszę, ale właśnie w pośpiechu i panice kończę, bo już namDSCN0485raz prąd wyłączyli i to na ponad pięć minut, wichura dmie w okna i pewno zaraz znowu wyłączą i pewno już nie przywrócą. Pewnikiem i tak dziś nic nie opublikuję, bo jak wiatr wieje, to internetu nie ma, takie prawo dżungli lasu kaszubskiego. A najgorsze, że jak zabiorą prąd, to nie będzie Drużyny A. I nawet nie ma rodziców, żeby z dziećmi zostali i żebyśmy poszli do sąsiadów, którzy mają agregat. Człowiek w nocy bez prądu to taki bezradny. Niby nie potrzebuje, ale chętnie by pomiał.

*i nie sprawdzę, bo internet mam tak słaby, że nie wiem jak zaplołduję zdjęcia do tego wpisu.

**niewiele więcej miejsca zajęłoby mi napisanie, że kupiłam aparat za swoje samodzielnie zarobione pieniądze w 2008, że aby zaoszczędzić 1,4zł szłam do sklepu pieszo, a potem mi powiedzieli, że jak zapłacę kartą, to doliczą 3% do ceny i biegłam daleko do bankomatu, a potem musiałam skasować ten bilet za 1,4zł żeby wrócić po aparat przed zamknięciem sklepu. Oni dali byli możliwość zrobienia przelewu, ale to był czas, że kod potwierdzający przelew nie przychodził smsem, lecz lista haseł leżała w domu. Wyntydż, no nie? Mąż do dziś tak ma na jednym z kont. Jak niektórzy mogą pamiętać, mamy też drugi aparat, nowszy i lepszy, ale Mąż go raz upuścił na dół w Barcelonie. To, ze w Barcelonie, to wcale nie lepiej niż w Polsce. W Polsce spadłby na miękki grunt leśny, a w Barcelonie spadł na twarde i działa gorzej. Dlatego aparat, którego używamy jest taki cenny.

***Jedliście M&Msy w dzieciństwie? Jaką metodą? Ja na ogól eliminowałam najbrzydszy kolor najpierw (brązowy oczywiście), a potem po kolei resztę. Chociaż zdarzało mi się też jeść losowo dbając o to, by na koniec została reprezentacja każdego koloru. W przypadku Skittlesów najpierw zjadałam fioletowe jako najmniej smaczne, zaś czerwone, które były pyszne, zostawiałam na koniec.

****Znam Arosa z allegro i często ma najatrakcyjniejszą cenę, ale ma tak bogaty asortyment, że nie przyszło mi do głowy przeglądać przedmiotów, a jednak na stronie to i lepsze wyszukiwanie i w ogóle bardziej się chce i już mam tam zaplanowany koszyczek.

*****Kominek bucha, ale od okna bucha jeszcze bardziej. Raz nawet wiatr zapierdział przez szparę w oknie.