Pełne brzuszki

DSCN1723O pełnych brzuszkach napisano już wiele, ale zawsze można z jakiejś innej strony ugryźć sprawę. Podczas produkcji poprzedniego wpisu oczyściłam klawiaturę pod literką E i teraz pisze mi się lepiej, ale nie wynika z tego wcale, że dziś będzie równie dużo jak w sobotę, bo jednak pełne brzuszki mniej wdzięczne niż pierdzący wiatr. Pełne brzuszki to przede wszystkim ociężałość.

Jak napełniały się brzuszki? Stopniowo oczywiście. Nie jest to pamiętniczek rzeczy zjedzonych jaki zaleca się robić osobom na diecie żeby sobie monitorowały, co zjadły, bo dieta nam obca.

Mowa będzie rzecz jasna o niedzieli. Napisałabym o tym w niedzielę, ale było mi ciężko. Napisałabym wczoraj, ale Orange, które zapewnia nam mały i tani internet, wczoraj go nie zapewniło.

DSCN1645Dzień zaczął się jak zwykle nieszałowo (a gdyby tak raz zaczął się szałowo, to bym się nawet ucieszyła, chociaż na ogół za niespodziankami nie przepadam). Dzieci ogłosiły początek dnia o szóstej, ale każdy coś tam jeszcze dospał w systemie zmianowym. Za to na Mszy to dzieci zasnęły. Padły jak kawki! Jedno planowo, drugie jako niespodzianka. Wtedy Mąż ogłosił, że zmieniamy plany! Jak wiecie mieliśmy tego dnia znów jeść do oporu.

Na skutek zmiany planów Mąż zabrał potomstwo młodsze na spacer, starsze poszło lulać do wyrka a ja czytałam! Tak po prostu. Mąż był już dla mnie bardzo dobry minionego lata gdy usypiał po kolei wszystkie dzieci i pozwalał mi kimać popołudniami, ale wtedy to było konieczne, bo ja padałam na ryj. A teraz dostaję czas na CZYTANIE ot tak, za darmo. Potem oczywiście płacę opowiadaniem o tym, co ja tam przeczytałam i on to podobno bardzo lubi, zapewne kojarzy mu się z młodością, kiedy tak właśnie zwykłam opowiadać. Ale ten czas daje niby za darmo i ja niby za darmo opowiadam. Czytałam bardzo efektywnie w ogóle nie podjadając ciasteczek i w końcu brzuszek mi całkiem opustoszał!

DSCN1672Ale zanim to nastąpiło ten, kto miał wrócić, wrócił, a kto miał wstać, wstał i kto miał ogolić się, ten też to zrobił. I pojechaliśmy napełniać te brzuszki. Dochodziła 15:00. Zaczęliśmy od sobotniej restauracji numer 1 (jako najtańszej) i dewolajów z surówkami żeby się trochę zapchać. Nawet Ursus poradził sobie z kąskiem mięsa. Miał go potem w buzi jeszcze długo i bardzo go to cieszyło, ale ostatecznie dał radę. Kolejnym lokalem było Pod Kurem w Strzelnicy, czyli już właściwie za miastem. Albo na Strzelnicy, bo może ta Strzelnica to nazwa ulicy. Jedzie się tam taką brukowaną drogą, że co kto zjadł, to mu na pewno wytrzęsie. A samo miejsce jest w lesie. kto nie ma domku na wsi jak my, a lubiDSCN1712 naturę, ten powinien tam spędzać niedziele. Gmina, czy kto tam za rekreację odpowiada, wymyśliła nawet 3 trasy rowerowo-kijkowo-spacerowe o zróżnicowanych długościach i wysokościach. Tam byłoby naprawdę fajnie gdyby gdzie indziej nie było fajniej.

Rok temu w tym miejscu i o tej porze jedliśmy Pod Kurem wyśmienitą zupę kurkową i jakiegoś łososia*. W tym roku tylko tego jakiegoś łososia. Ale za to wszyscy (tak, nawet ja pomagałam, bo Mąż lubi jeść powoli i siedzielibyśmy tam do zmroku bez tej pomocy). Mąż mówi, że bardzo lubi ryby, ale nie ma za bardzo na nie szans w domu, bo ja się brzydzę i kijem nie szturchnę**.

DSCN1737Bardzo liczyłam na kostkę Luwr w Sowie jeszcze i w imię tego zrezygnowałam z deseru w Strzelnicy, którego zresztą nikt mi nie proponował, ale oczywiście, jak to zwykle bywa gdy chodzi o coś dla mnie, Sowa była już zamknięta. Pojechaliśmy więc do Matrasu, który też wkrótce mieli zamknąć. Wszak Mąż zgolił ten swój niezbyt udany zarost i bardzo chciał mieć makijaż. Został kotkiem. Dokonaliśmy tam także zakupu planowanego od dawna. Było to „Mam oko na litery”***. Tak sobie pomyślałam, że jak tam spędzamy czas, oglądamy za darmo te ich książki i wyczytujemy z nich literki i wypatrujemy obrazki i jeszcze korzystamy z makijażu, to można od biedy przepłacić 2 złote względem najlepszej oferty na rynku i kupić coś co i tak się mieć chciało. No i dziecku też jakoś tak lepiej, bo zamiast mieć kolejną książkę, którą „pan listonosz przyniósł”, to dostało złudzenie, że samo wybrało.

DSCN1721No a najlepsze zostało na koniec. Najbardziej opisowe menu, najbogatszy wybór potraw i w ogóle w ogóle. Proszę Państwa, ostatnim lokalem, w którym się zastołowaliśmy była restauracja Malena w hotelu Bazuny. Wy jej nie znacie i my tez jej nie znaliśmy. Obawialiśmy się, czy nas z Mężem-kotkiem wpuszczą, ale gdyby nie wpuścili, to byśmy się publicznie zbulwersowali i też byłoby ok. W hotelu zjedliśmy „tatar z łososia norweskiego ze świeżymi warzywami, przyprawiony olejem orzechowym, podany z sosem dziewiczym i tostami” oraz „filet z kurczaka rolowany z szynką wędzoną i mozzarellą na sosie z suszonych pomidorów, z ziemniakami opiekanymi w ziołach sałatką ze świeżych warzyw„. Prawdopodobnie wszystko było dobre, ale nie wiem, bo brzuszek już ledwo dawał radę. Skąd więc takie wielkie „łał”, skoro nie wypowiadam się na temat jedzenia? Po pierwsze w kiblu mieli przewijak i to czysty. Odkąd mam dzieci pierwszy raz widziałam czysty przewijak gdzieś. I jeszcze pieluszki mieli, ale nie skorzystałam, bo aż taka łapczywa DSCN1753nie jestem. Ale wahałam się, nie ukrywam. I po wielkie drugie, oni tam mieli znakomitą spławialnię do dzieci. Chyba 50-metrowa sala z wypasionymi zabawkami i widokiem na rodzica. Oba nasze dziecka popędziły tam co sił i metraż był wystarczający by się nie kłóciły o nic, a my mogliśmy sobie spokojnie napełniać brzuszki nie stresując się tym, że ktoś się nudzi, chce wyjść albo ściągnąć zastawę ze stołu. Należy jeszcze dodać dzieciom, że ciągnęło je bardziej do siebie niż do nas i że mimo ogromnego metrażu do dyspozycji, bawiły się raczej blisko niż daleko.

*Dla mnie łosoś zawsze jest jakiś, bo łosoś to ryba a dla ryby skala ocen jest następująca: niezjadliwa i jakaś.
**No zjeść od biedy mogę jak ości nie ma. Nie każdą, ale jeśli cel szczytny to wiadomo.
***Osobiście byłam wkurzona, że niedawno poznany Blog, który nam ten tom Mamoka polecił, tak bardzo zdominował nam weekend.

DSCN1734

Advertisements

3 Responses to Pełne brzuszki

  1. To w kieliszku na dole wygląda okropnie, ale za to z Mamoko na pewno będziecie zadowoleni! 🙂 Naprawdę wiele podobieństw widzę między nami (ryby to największa ohyda na świecie) i zastanawiam się czy to przypadek, czy los złączył nas w tym szerokim internecie, choć w los nie wierzę, podobnie jak w msze – no tu zupełnie inaczej.

    • cytrynna says:

      Msze są spoko:) A Mamoko wciąż daje radę i jest pierwszą książka dziecka, na widok której się nawet cieszę. Książki z tekstem, nawet te ciekawe, czytane trzeci raz tego samego dnia wywołują odruch podobny do ryby (w sensie do odruchu wywoływanego przez ryby).

  2. Pingback: Grafomania | Świat misiów, stworzeń i pobratyŃców

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s