Zabawa w tchórza

skm1Oto wpis, który przywróci mój blog na wyżyny jego niegdysiejszej poczytności. We wpisie tym poruszam wydarzenie bieżące i co najmniej 200 zainteresowanych osób, jeśli zagoogla, to tu przyjdzie. Mało tego, przy sprzyjających wiatrach, wpis ten przysporzy mi wielu przyjaciół spośród codziennych towarzyszy niedoli mojego Męża, którzy zaraz tu przeczytają jak ja ich dobrze rozumiem. Wpis ten poruszy senność młodych rodziców i bezsenność miasta, które bawi się aż po świt. Poruszy problem alkoholu i jego nadużywania. I zagrożeń. I podróży. I kosztów i strat też.  Oto on.

Piątkowego wieczoru po skończonej pracy Mąż jak zwykle wsiadł w eskaemkę o 22:59  z zamiarem pojawienia się na macierzystej stacji o 23:21 i po zakupieniu mleka w osiedlowym sklepiku (jest tańsze niż w Biedronce) pojawienia się o 23:35 w domu gdzie czekała wiernie jego żona i dwójka uśpionych dzieciaczków. Mąż wykonuje wszystkie te czynności z dokładnością godną Immanuela Kanta, patrona zegarków. Żona się nieco słaniała na nogach, gdyż tego dnia dzieci wstały jakby o świcie, ale czekała. Nie mieli za bardzo kontaktu, bo Mężowi szwankuje jego stareńka Nokia 6070 z 2007 roku i głośnik czasem odmawia współpracy. Ale mogli wymieniać się eskami. I tak oto o 23:37, gdy powinien już przybyć i zdążyć zdjąć buty, Mąż nadesłał taki oto esemes:

„Pociag stoi i bedzie stal czas jakis. Tesknie.”

skm2Istotne jest, że w esemesie nie było polskich znaków. Nie jest istotne wcale dla sprawy, ale jest istotne z punktu widzenia człowieka rozsądnego. Zwykły esemes mieści 160 znaków, wystarczy jednak jeden polski znak, na przykład takie ‚ą’ albo ‚ę’ i w esku zmieści się już tylko 70 literek (bo zmienia się protokół, mówi Mąż-informatyk). My nigdy nie piszemy tych polskich znaczków, chyba że planowany esek jest bardzo krótki. Nasi znajomi zawsze piszą eski z polskimi literami. Czy w dobie pisania esków z polskimi literami wypada jeszcze usuwać spacje po kropce żeby się treść zmieściła w jednej wiadomości? Czy nie jest to objaw kołtuństwa?

Kiedy tylko nadszedł esemes, zdecydowałam się w trybie przyspieszonym powiesić pranie i położyć na drzemkę. Oczywiście domyślałam się co zaszło, gdyż to u nas taka codzienność. Przykra i ponura, ale człowiekowi na torach też zwykle jest przykro.

Opłaciło mi się gdyż do domu Mąż przybył tuz po pierwszej, kiedy ja już się względnie wyspałam. Miał ogromnego pecha, że trafiło na jego eskaemkę. Dwie kolejne eskaemki pół godziny później i godzinę później przejechały sobie sąsiednim torem. I w ogóle to rzecz stała się 100 metrów przed stacją docelową. Jak stoją eskaemki zimą z powodu śniegu, to drzwi się otwierają i ludzie idą. Ale jak stanęła eskaemka z powodu domniemanego samobójstwa, to nawet faceta spieszącego się na Polski Bus do Warszawy nie wypuścili żeby nie zmieniać sytuacji na torach. Swoją drogą to chciałabym się spieszyć na Polski Bus do Warszawy.

skm3Miał Mąż dodatkowego pecha, bo biedak czyta tylko w tych eskaemkach. Tyle ma życia, co eskaemką pojedzie. W pracy pracuje a w domu musi rodzinę opędzlować, filmy z żoną pooglądać (o grach nie wspominam, bo dawno w nic nie graliśmy). Myślicie, że jestem małostkowa, że w obliczu ludzkiego dramatu życiowego myślę o tym jego czytaniu? Mylicie się. Więc ów Mąż, o którym idąc spać myślałam, że chociaż nieborak poczyta, nie poczytał, gdyż spotkał znajomych jadących do Gdańska na imprezę i wypadało z nimi rozmawiać. Niniejszym przy okazji apeluję do Was: jeśli widzicie gdzieś mojego Męża i on akurat czyta, nie przerywajcie mu. Zasłużył na to.

A co tam u samobójcy, który się tak niecnie położył na tych torach w dodatku głupio wybierając tor eskaemkowy w jednym z najwolniejszych odcinków zamiast zaczaić się na pendolino? Nie zamierzał się zabijać. Popiło się człowiekowi i zasnęło. Na torach. Eskaemka wyhamowała i zrobiła mu jakieś tam obrażenia. Przeżył, konsekwencji nie poniesie, a pewnie nawet mu odszkodowanie dadzą. Chociaż to cały osobopociąg coś tam stracił.

A co z nami? Nam było niesłusznie przykro z powodu samobójcy. Poza tym zarwaliśmy noc, bo zamiast kłaść się o drugiej, musieliśmy położyć się dopiero po trzeciej a to już późno. Zła higiena snu spowodowała u mnie migrenę czyli obrażenia głowy. Mało tego, z powodu migreny nawaliłam na całej linii, bo nie przygotowałam smakołyku dla Męża na urodziny ani nie uszyłam poduszki z misiem, którą zawsze tradycyjnie szyję na urodziny. I nie napisałam ładnego wiersza, co też bym zrobiła gdybym nie cierpiała akurat.

Zdjęcia pochodzą ze stron kukierkolejowy.eu i jakiś dziennik.pl i są dobrane przypadkowo, bo nie chciało mi się ilustrować wpisu własnymi fociami eskaemek. Bo mam własne, ale nie pamiętam z kiedy i długo bym szukała.

Reklamy

Keep calm and watch wanilaski

DSCN0059W czwarteczek (Boże Ciało) pojechaliśmy sobie na wieś. Nie było nas w domu 4 dni a w tym czasie dom nie zaśmiardł, co świadczy dobrze o nas jako gospodarzach. Jedynie bazylia zwiędła, ale to bazylii wina, że nie zaplanowała sobie rozsądnej gospodarki zapasami wody. Bazylia jednak po powrocie się podniosła, co świadczy dobrze o mnie jako o ogrodniczce i o bazylii, która jest wdzięczna w prawidłowy sposób. Ponieważ jechaliśmy na wiele dni, to zabraliśmy wiele rzeczy, w tym także nowy materacyk dla Ursusa, który do tej pory sypiał w gondoli i stare łóżeczko turystyczne, które stało w pokoju dzieci i było place-holderem na czasy, kiedy bracia zamieszkają w jednym pokoju. Wieźliśmy też krzesełko pokarmowe, bo do Misiego Domku w końcu zawitał Antilopek i został przez Ursusa przyjęty z owacją. W końcu nie wyrywa się po 5 minutach, wytrzymuje 7 (hahahaha)*. Wieźliśmy także laptop, który nie przydał się i gry, które także się nie przydały, bo wieczory na wsi są zupełnie inne. I oczywista oczywistość, wieźliśmy jeden wózek terenowy, bo wózek ze wsi to za mało gdy chce się przeprowadzić dwójkę dzieci wokół jednego jeziora. Nie da się, bo zawsze komuś sił zabraknie. Ponadto wózek który wieźliśmy służy jako terenowy fotel matki karmiącej.  Nietrudno domyślić się, że z całym tym majdanem musieliśmy jechać trochę jak sardynki w puszce albo korniszony w słoiku.

DSCN0783Wracając do wspomnianego starego-nowego łóżeczka, to dziecko Ursus obracało się o kąt 180 stopni w różnych płaszczyznach w ogóle się przy tym nie budząc (a przynajmniej nie budząc rodzica), co z kolei wywołało nasze owacje. Do tej pory budził się na wsi w tej ciasnej gondoli nie rzadziej niż co godzinę i mogłam sobie wyobrażać co czuje panna Swawolna, której Róża też tak sypia. Mało tego, Ursus postanowił w tym swoim nowym-starym łóżeczku sam zasypiać!

Ponadto mieliśmy ze sobą dwa nowe świetne kremy do facjatek i na ciałka. Kremy były francuskie i miały filtr 50. Ten do facjatek do moja najmojsza własność- krem matujący!  W tym roku zamiast czerwonej i błyszczącej twarzy będę miała dostojną bladą i matową. Każdy miał tez kapelusik szmaciany, z tym, że Ursus swój zdejmował. Weekend zapowiadał się znakomicie i takim też się okazał.

DSCN0246No prawie, bo ja każdego wieczoru bardzo liczyłam, że gdy dzieci zasną, to Mąż zasiądzie na kanapie i będzie słuchał czy śpią dobrze czy źle, a ja będę chodziła pobiegać, ale Mąż zawsze pierwszy szedł (na spacer, nie pobiegać oczywiście). On lubi spacery nocą po lesie. Ja tam nie lubię biegać, więc wiadomo, że jemu się bardziej należy. Ja za to siadałam do zdjęć i wpadałam w otchłań rozpaczy, bo trochę mnie więcej niż bym chciała i nie jest to wcale moja wina, bo od stuleci nie podjadam wieczorami.

Noce na wsi spędziliśmy 4, ale filmy zobaczyliśmy tylko 2 dorosłe i 1 dziecięcy z dziećmi, bo ja jakoś tak nieuczciwie odpływałam nieco przed czasem (trudno się dziwić skoro mnie zostawiał i szedł spacerować…). Jeden z tych dorosłych filmów był spoko, a drugi z DSCN9996nich to najbardziej porąbany film, jaki nam się przytrafił. A widzieliśmy nawet Dyskretny urok burżuazji i do kin studyjnych też chadzaliśmy. Mało tego, ja w młodości widzialam nawet Blair Witch Project. A jednak nic nigdy na takie miano nie zasłużyło. W ogóle to zachęceni opisem (że thriller i że erotyczny) postponowaliśmy sobie oglądanie od kwietnia, bo lubimy sączyć przyjemności. No i co? A Wy widzieliście Vanilla Sky? Co o nim sądzicie?

Dnia zerowego odbyło się prawie nic. Wyjechaliśmy z domu o 10 minut za późno by zdążyć na Mszę w Żukowie, a nie chcieliśmy iść koło domu. W Kościerzynce zakupiliśmy kurczaki i zjedliśmy je nad jeziorem wykorzystując materac Ursusa jako siedzisko. Kupiliśmy też przydrożne truskawki od wiejskich dziewoj, które zamiast opłaty za kobiałkę chętnie przyjęłyby koszulkę Męża (ze Sknerusem). Ale owe przydrożne truskawki zjedliśmy dopiero po umyciu ich. Ze słoika je zjedliśmy, widelcem, na placu zabaw w DSCN0062Dziemianach po Mszy, po czym udaliśmy się na chwilę do lasu pod Płocicami, ale to była krótka chwila. W Płocicach spotkaliśmy sarenkę oraz zauważyliśmy, że rozłupany niegdyś i naprawiony później krzyż ma piorunochron zgodnie z naszą sugestią. Jeśli chodzi o mnie, to tego dnia poplamiły mi się smarem od wózka nowe jeansy i przez kilka dni byłam zmartwiona. Potem smar zszedł jak ręką odjął przy użyciu płynu Ludwik. Ale co się namartwiłam to moje i nikt mi tego nie zabierze. A Wy? Lubicie się martwić? Wolicie martwienie się na zapas czy martwienie po fakcie?

Pierwszego dnia okrążyliśmy Strupino, gdzie zgubiliśmy a następnie odnaleźliśmy cenny krem z filtrem (był  najcenniejszy oprócz aparatu i oczywiście wypadł). W okolicy Strupina często się gubi i odnajduje rzeczy (nieodnaleziony klapek, niezgubione grzyby, zgubiona i odnaleziona tablica rejestracyjna). Odpoczywaliśmy przy pomoście i dołączyli do nas ciężarni z dziewczynką. Upał jakby był, ale w noc poprzedzającą zarejestrowaliśmy mało stopni na termometrze (amplituda była jakby 30-stopniowa) i do głów by nam nie przyszło się taplać w jeziorze, ale ciężarni pokazali, DSCN0099że można i nasz syn też chciał. Drugi syn współpracował jak rzadko i 3 godziny przespał w wózku, a reszta rodziny też mogla sobie pokimać dzięki tej niemowlęcej łasce! Okrążanie jeziora, które zwykle zajmuje 3 godziny, zajęło tym razem dzień cały. Spotkaliśmy też nasze kozy, których w zeszłym roku nie było, ale znów są. Bardzo możliwe, że to inne kozy, a tylko miejsce to samo. Potem byliśmy w mieście po truskawki i pierożki. I lody, dwa duże kontenerki lodów Manhattan prosto z Ameryki.

Drugiego dnia było nieco leniwiej, bo Mąż, który ma inne ulubione formy spędzania wolnego czasu niż ja, raczył uznać, że trochę odpoczynku się należy i pojechaliśmy nad jezioro Wałachy. Wyobrażacie sobie? Niedługo obejdziemy 100 wspólnych miesięcy, a on przez ponad połowę tego czasu zatajał, że spacery są dla niego takie ważne. A potem wprowadził terror spacerowy i odtąd spacerujemy.

Tym DSCN0122razem junior nie był aż taki uprzejmy i kiedy brat taplał się z jeziorze, junior też chciał, a że chciał uporczywie, to poszedł do wody i opadł na samo dno, ale przy brzegu. Przy czym junior w ogóle nie kuma, że piachu się nie je! Potem poszliśmy się przemieścić, junior (o Ursusie mowa, oczywiście) zasnął, wróciliśmy na plażę i znów niektórzy pokimali sobie wśród szumu drzew. Potem jeszcze syn senior pluskał się w jeziorze Wdzydze, gdzie znalazł cześć żaglowca (to znaczy bezpiecznik zwykły taki, ale on sobie wyobraził i stał się dzięki temu szczęśliwy). Chcieliśmy mu pokazać, że szczęście jest też wtedy, gdy przebiega się pod zraszaczem ogrodowym, a akurat taki tam działał, ale go to nie przekonało. Za to na przykład ja zostałam Misiem Mokrego Podkoszulka. A po powrocie do domu mieliśmy grill z polędwiczkami i innymi rzeczami, które się w Tesco ostały (karczek się niestety nie ostał).

DSCN0437W niedzielkę okrążyliśmy dwa razy jezioro w Lipuszu z dwójką śpiących dzieci (!) oraz ulubiony w zeszłym roku Babiniec. Pogoda nie była już taka upalnie plażowa. Był to też pierwszy dzień weekendu bez koktajlu z truskawek i jego brak się mocno dał we znaki.

Poniedziałek zaś upłynął nam na załatwianiu spraw organizacyjnych. Wciąż jeździliśmy na dwóch kołach zimowych, gdyż podczas własnoręcznej wymiany wykrzywił nam się lewarek i już nie podnosił. I od dwóch lat nie grało nam radio w samochodzie, więc spytaliśmy naszego mechanika, którego znamy z kościoła, kto by nam z tym radiem pomógł. W drodze do poleconego elektryka zapuściliśmy testowo kasetę Golców (bo innej w aucie nie było na skutek niedziałającego radia) i okazało się, ze radio gra! A nie grało bo jakiś mały technik podczas losowego wciskania klawiszy przełączył radio z trybu tape na inny! Na razie darowaliśmy sobie nowe głośniki, zobaczymy czy apetyt na muzykę da się zaspokoić tym jednym cicho działającym czy trzeba będzie dorzucić dwie stówki żeby cieszyć się jakąś obciachową muzyką (bo taką przecież lubimy) na mieście**.

A gdy oglądaliśmy podręczniki licealne*** w antykwariacie, zadzwoniono do Męża z wieściami. Wieści były takie, że publikacja- dzieło życia, cud nad CUDAmi, do którego link wisi na blogu od tylu lat, w końcu została zaakceptowana i to nie byle gdzie, bo w DSCN0470takim czasopiśmie, że gdybyście się choć trochę znali, to byście wszyscy zzielenieli z zazdrości (ćwiartki filadelfijskie i impakt faktory).  Nie chcę tu nikogo obrażać oczywiście, rzecz w tym, że czasopismo jest znane tylko w swojej branży, ale za to jest w niej w top 5 spośród bardzo wielu, bo dziedzina nie jest niszowa. Wynika z tego, że dzieło życia znajdzie się w dorobku do doktoratu, który Mąż już oczywiście skończył. A pisał go 19 dni bez dwóch godzin, co  wcale nie jest imponujące, bo w swej zuchwałości założył się z mnóstwem ludzi, że napisze w 2 tygodnie  i przegrał (przegrał między innymi złotówkę, o którą się założył). Ale jest niewinny, bo jeden tydzień pisania chodził codziennie na pół dnia na wykład i nie pisał wtedy. I w nocy też spał i nie pisał. I pół dnia spał codziennie i też nie pisał. I na weekend pojechał i też nie pisał. I Święto barszczu obszedł, więc w ogóle nie wiadomo kiedy pisał.

Potem jedliśmy kurczaki nad jeziorem (znowu niemowlę spało jak niemowlę i robiło to w samą porę), DSCN0534a potem jedliśmy świeże warzywa w domu. A potem pojechaliśmy do domu i po drodze zatrzymały nas mendy! Niby na kontrolę rutynowo-drogową. Ale nie zatrzymywali mercedesów i golfów czwórek a jedynie nasz biednie wyglądający Lanos  i inną biednie wyglądającą Felicję! I chcieli się przyczepić tego, że dowód rejestracyjny kończy nam się za 8 miesięcy oraz że fotelik czy aby na pewno przypięty bo jakoś tak nie wygląda (faktycznie nie wyglądał, ale był przypięty). Niepotrzebnie nas zestresowali. Powinni byli zatrzymać kogoś, na kim to nie zrobiłoby takiego wrażenia. Potem musieliśmy słuchać tych pożal-się-Boże-Golców (i śpiewać!) żeby się jakoś odstresować.

*Tak naprawdę to Antilopek zrewolucjonizował posiłki, bo w końcu dziecię sięga do stołu i nie potrzebuje rulonu z koca za sobą. A i sprzątanie zrewolucjonizował, bo nie ma szparek, w których zostawałoby wszystko. Niniejszym więc dziękujemy Mamie za Antilopek gdyby kiedyś to przeczytała.

**Tych Golców to akurat nie lubimy za bardzo. Oni byli w aucie przez przypadek, bo wpadli pod fotel i dzięki temu zostali. A odnaleźli się właśnie teraz, bo szukano mężowego telefonu pod fotelami. A telefon był akurat w kieszonce torebki, w której nikt by go nie szukał. Bo Mąż tak samowolnie pozbył się telefonu do zakazanej kieszonki, po czym telefon padł.

***bo Mąż chce sobie odkupić to, z czego sam się uczył gdyż jest taki sentymentalny i lubi posiadać, a nie posiada gdyż pożyczył i nie odzyskał.

DSCN0074

DSCN0364

DSCN0555

DSCN0652

DSCN0777

DSCN0849

Kiedy rośnie lato-rośl?

DSCN0460Chciałabym leżeć i delektować się na przykład snem albo tym, że leżę albo że może nic nie muszę, ale to ostatnie akurat byłoby nieprawdą. Chętnie poleżałabym z Mężem, z którym bym wówczas rozmawiała, bo akurat mamy dużo emocji do omówienia, a przy dzieciach w dzień jakoś omawianie nie idzie, ale w łóżku też jakoś nie idzie. Ale Męża nie ma gdyż szlifuje ostatnie szlify swojego doktoratu, a ja kolejny wieczór spędzam samotnie wzdychając po cichu do naszych dwóch uroczych gier i układając mimochodem puzzle, o których bardzo marzyłam i które jutro dostanie starszak*. Jeśli chodzi o moje powinności, to najbardziej ze wszystkiego chyba muszę kreować sobie potrzeby w internecie, a zaraz po tym to muszę te wykreowane potrzeby zwalczać. Powinnam też puścić zmywarkę i wyczyścić piekarnik po ostatniej drożdżówce, która wyrosła tak bardzo, że spora jej część spadła na dno i przypaliła się na sposób cuchnący. A abstrahując od tych czynności domowo-organizacyjnych, których w niedzielę wykonywać nie przystoi, to mam misję dziejową opisać co w ten weekend robiliśmy, bo wiele robiliśmy po raz ostatni, a niektóre po raz pierwszy.

DSCN0795Wczoraj na ten przykład pojechaliśmy na ślub byłej niedoszłej dziewczyny, która nigdy nie była dziewczyną, a jedynie wielką niespełnioną miłością mojego nastoletniego niegdyś Męża. To dla niej Mąż zrobił patent żeglarski i jeszcze parę innych rzeczy. Podobno dla mnie zrobiłby o wiele więcej, ale pojawiłam się w niekorzystnym dziejowo momencie kiedy był już zajęty nauką. Tym niemniej wczoraj dla mnie został rano z dziećmi a ja poszłam na hennę, drugi raz od porodu i znów przez kilka dni nie będę wyglądać jak pasztet. Zrobił to też poniekąd dla siebie, bo szliśmy do ludzi i gdyby nie ta henna, to z daleka niosłabym mu wstyd. Na owym ślubie byliśmy ze starszakiem, który potem chciał znaleźć się na placu zabaw z kółkiem i krzyżykiem (i tak się stało). A potem zabrakło nam gazu. I pojechaliśmy na stację przy Carrefourze. I po zatankowaniu nie odłączyłam węża i odjechałam ciągnąc za sobą dystrybutor a gaz tryskał na wszystkie strony. Wówczas pracownik stacji wyszedł z budki z papierosem i DSCN0600doszło do wybuchu… E, poniosła mnie fantazja. Odjechałam ciągnąc za sobą ten dystrybutor i nic nie zauważyłam, ale koło domu dogoniła mnie policja i zabrali mi prawo jazdy. E, też słabe. Odjechałam, a wąż się urwał. Po prostu i mało spektakularnie, nie? Zatrzymał mnie jeden facet, który tankował obok, a baba, która tankowała obok z drugiej strony, rzekła, że głupio, że dobrze, że ten facet zatrzymał i oni w ogóle byli tacy niemili, że się przestraszyłam i moje serce zaczęło palpitować, bo już myślałam, że zrobiłam dużą szkodę i będą kłopoty. Że zepsułam stację i jesteśmy im winni miesięczny obrót. A nie odjechałabym przecież, bo Mąż jeszcze płacił. A poza tym nic się nie stało, bo wąż był przygotowany na tankujące blondynki i po prostu rozczepił się w miejscu łączenia, a pracownik stacji połączył bez użycia narzędzi i tylko coś tam niemiło wyburczał o nieumieniu. Ale akurat w tej sytuacji nieumienie nie było przyczyną, ani nawet DSCN0725blond nie był przyczyną, a jedynie fakt, że musiałam się wcisnąć przez ledwo otwarte drzwi bo stanęłam blisko dystrybutora i myśl o tym wciskaniu sprawiła, że wyparłam z pamięci inne trudności.

A jeśli chodzi o dzisiaj, to pewnie pamiętacie, że mieliśmy dziś płynąć jachtem na morze. Ale zadzwoniliśmy  i się dowiedzieliśmy, że to będzie taki prawie całodzienny rejs. Macie dzieci? Wyobrażacie sobie swoje dzieci przez cały dzień na jachcie? Bo my sobie swoich nie. Poza tym z całym szacunkiem dla żeglarzy, ale ja sobie siebie nie jachcie nie wyobrażam tak długo. Akurat Tata ma jacht i z całym szacunkiem dla Taty, ale to trochę nudy. W sensie, że trzeba lubić. Że dobre na godzinkę, ale nie cały dzień.  Poza tym wczoraj akurat jacht zatonął na morzu i taki trochę niesmak. A jeszcze poza tym to ten jacht wypływał o 10 rano czyli jakby nie patrzeć przed świtem. Zwłaszcza, że nie spod domu tylko z odległej marinyDSCN0740. No i najważniejsze- ten jacht był za darmo, czyli nie jadąc, nie ponieśliśmy straty.

Zamiast tego chcieliśmy skorzystać z darmowych atrakcji przygotowanych dla dzieci przez miasto. Okazało się też, że kina studyjne, w których odbyliśmy kilka pierwszych i wiele późniejszych randek, dzisiaj czynne są po raz ostatni i odbywa się ostatni pożegnalny pokaz, na który udało nam się kupić bilety w ostatnim rzędzie na balkonie. W tych samych kinach miałam swój kinowy drugi raz na filmie Kacper w 1995 (pierwszy był Król Lew w rodzinnym mieście) i pierwszy kinowy raz miał 8-miesięczny Staszek na filmie Róża (spał wówczas w gondoli oraz jadł po cichu).

A jeśli chodzi o resztę dnia, to zabrałam dzieci na te atrakcje dla dzieci, które miasto im zorganizowało na stadionie. Starszak wolał do Ikei wprawdzie, ale Ikeę może mieć każdego dnia, a atrakcje od miasta tylko dziś. Młodszy brat w efekcie takiego przedsięwzięcia miał jedynie 10 minut snu, przez co przyszło mu później bardzo zacierpieć, włącznie z gorączkami. Z kolei beneficjent początkowo był sceptyczny, ale jak zobaczył siodełka na stadionie to jakoś się ożywił. A potem poszliśmy oglądać autobusy, które miasto dzieciom podstawiło do zabawy. Dzieci siedziały w autobusach, siedziały za kierownicami, otwierały i zamykały drzwi. Za Chiny DSCN0681nie skumam co w tym ciekawego, ale dzieci mają swoje racje. Starszak w pierwszym autobusie dopchał się do fotela kierowcy i zabawił na nim całkiem długo, ale w kolejnym już jakieś mamuśki pilnowały, żeby kolejka szła sprawiedliwie. A w trzecim nasze duże-małe dziecko się wkurzyło, że chłopiec, który był przed nim w kolejce, postanowił zamknąć się w kabinie kierowcy. Próbowałam wpoić dziecku naukę, że gdy się pchają powinien też się pchać, ale gdy idzie kolejka, to trzeba w niej stać i tylko pilnować swojego miejsca. Odstaliśmy prawie pół godziny w kolejce do wozu strażackiego, w którym jednak dziecko nie zabawiło, chociaż strażak był bardzo miły i oferował dłuższy pobyt. A potem, w ostatnim autobusie, dziecko skupiło się na zamykaniu drzwi, chociaż mogło pilnować fotela kierowcy, a w czasie tego zamykania drzwi przyszło dużo innych dzieci i utworzyły kolejkę, której chwile wcześniej nie było! Przydałby nam się w rodzinie ktoś z łokciami, kto by pokazał dziecku jak się pchać, bo my jesteśmy raczej tacy mocno kulturalni, trochę za bardzo.

*Oczywiście marzyłam o nich dla niego, bo na pewno mu się spodobają. Dla siebie to mam puzzle i marzę już tylko o ich układaniu, a nie o mieciu.

DSCN0660

DSCN0661

DSCN0683

DSCN0686

DSCN0694

DSCN0701